indigo-rose
25.04.14, 12:04
Wiem, był parę lat temu wątek o nazwiskach po ślubie, ale nie dość że ogólnie pogaduszkowy, to jeszcze wpadł na główną i zrobił się długaśny, więc nie będę się do niego podpinać.
Nie planujemy na razie ślubu, bo nie mamy romantycznego podejścia i nie uważamy, żeby ślub sam z siebie powodował, że związek staje się bardziej poważny, więc nam nie zależy. Ale nie można wykluczyć, że go w końcu weźmiemy z powodów praktycznych, jeśli się takie pojawią. I tu pojawia się kwestia nazwiska.
Luby ma feministyczne poglądy i absolutnie nie chce, żebym dla niego poświęcała swoje nazwisko i brała jego. Nawet ucieszyła mnie taka opinia, bo moje nazwisko jest bardzo rzadkie, z tradycją i zwyczajnie je lubię.
On sam zmienił nazwisko zaraz po osiągnięciu wieku pełnoletniego - na panieńskie matki. Dla mnie zrozumiałe jest, że z tego powodu nie będzie chciał zamienić go na moje, nawet nie pytam.
Obydwa nazwiska są przymiotnikowe (typu Komorowski, Potocki) i do tego długie w pisowni, dlatego nie wchodzi w rachubę połączenie. Podalibyśmy w USC łączone dla potencjalnych dzieci, ale to głównie dlatego, że i tak nie chcemy mieć potomstwa i wymiar tego byłby czysto symboliczny.
Nam taki układ pasuje. Ciągle jednak słyszę, że na małżonków z różnymi nazwiskami, oczywiście głównie na żonę, czyhają w Polsce straszne problemy. I to nie tylko od zwolenniczek tradycji, bo nawet na feministka.org czytałam felieton o tym, jak autorka nie może odebrać poczty za męża, urzędnicy nie potrafią zrozumieć, że jej nazwisko panieńskie jest takie jak obecne, a notariusz poddawał w wątpliwość jej stan cywilny.
Jeśli mam nosić wszędzie przy sobie odpis aktu ślubu, to równie dobrze mogę ślubu nie brać i nosić upoważnienie. Dlatego chciałam spytać Lobbystki mieszkające w Polsce, a mające nazwiska rózne od mężowskich, czy naprawdę jest to tak uciążliwe w załatwianiu codziennych spraw, zwłaszcza niezwiązanych z dziećmi.