08.08.14, 12:00
Frapuje mnie to odkąd mój starszy poszedł do przedszkola. Dopiero wtedy zobaczyłam, jak karmione są dzieci, dopiero wtedy zobaczyłam rodziców/babcie czekające w szatni z bułeczkami, czekoladkami, lizakami, soczkami itp. Jak wracam z kimś z przedszkola, to taki rodzic potrafi wepchać swojemu chrupki, czekoladki, serek do wysysania, sok przecierowy, a na koniec idą na lody, no pustynię można by usypać z tego cukru.
A ja się miotam. Mimo upływu lat wciąż nie do końca radzę sobie z optymalizacją spożycia słodyczy przez moje dzieci. Po pierwsze dlatego, że ja byłam pasionym na słodyczach dzieckiem, dzięki czemu mam totalnie rozwaloną trzustkę. Po drugie dlatego, że u mnie w domu słodycze bez dzieci kupuje się rzadko, a jak ich nie mam, to o nich nie myślę. Po trzecie dlatego, że moim zdaniem robienie ze słodyczy zakazanego owocu czy nagrody to już w ogóle najgorsze z najgorszych.
A przedszkole dorzuca swoje. Słodkie zupy mleczne, nagrody w postaci cukierka za zjedzenie obiadu, deser, słodkie drugie dania bywają nawet i dwa razy w tygodniu.

Mam wrażenie, że jestem zasypywana i atakowana ze wszystkich stron :\
Bez słodyczy nie da się prowadzić życia towarzyskiego, zawsze jak ktoś przychodzi to z ptasim mleczkiem (450 gramów!!!), w najlepszym wypadku czekoladą.

Szczupli dorośli też tak pasą swoje potomstwo i mają grube dzieci.

Praca u podstaw daje niewiele, choć w niektórych domach ciasteczka zastąpiono pestkami dyni a czekoladki malinami. Uff.

Czy ktoś mi to wytłumaczy, dlaczego?
Bo ja mam jedną teorię: pasiemy własną potrzebę nagrody. Bo dziecko się cieszy, a z czasem, przyzwyczajone do słodkiego smaku i idealnie gładkiej czy chrupiącej konsystencji, nie chce już niczego innego jeść.


Bo miałam podejrzenia, że ludzie nie mają świadomości. Tyle że sami tego nie jedzą.
Obserwuj wątek
    • genepi Re: Słodycze 08.08.14, 12:26
      W moim przedszkolu udało sie wprowadzić ideę że nagrodą dla dzieci są naklejki. Panie twierdzą że tak jest lepiej bo nagradzane słodyczem dziecko od razu go spożywało a inne patrzyły ze smutkiem. Nagrodzony naklejką przykleja ją sobie a inni podchodzą, oglądają, cieszą się razem z nagrodzonym.

      W domu dobre efekty przyniosło wprowadzenie słodyczowych niedziel. W niedzielę można jeść wszystkie słodycze, bez limitu, oczywiście pod warunkiem zjadania głównych posiłków. Młodzież po 3 razach potrafiła odmówić w gościach zjedzenia w tygodniu ciasta słowami: "Nie, ciociu, dziś nie jest niedziela, dziękujemy".
      I widzę że teraz jedzą mniej słodyczy, wiedzą że mogą jeść w niedzielę, że to nie jest owoc zakazany ale czasem zapominają o tym, ja im nie przypominam, są w ich życiu więc ważniejsze rzeczy niż słodycze.
      • genepi Re: Słodycze 08.08.14, 12:35
        Wyprostuję: zapominają "o tym" czyli o słodyczach w niedzielę. Wówczas słodyczowa niedziela przechodzi bez słodyczy i przepada.



        • szarsz Re: Słodycze 08.08.14, 15:09
          Ja kiedyś ze starszym próbowałam wprowadzić słodyczowe soboty, ale u niego akurat to nie przeszło, bo co dwie minuty (nie żartuję) pytał kiedy będzie sobota :D

          Najlepiej działa wzięcie ich z zaskoczenia, każde uporządkowanie powodowało, że czekali, czekali, czekali i....nic nie jedli. A drugiego, czego nie znoszę, to licytowania się na łyżki zupy. Czasem jak gdzieś z kimś jesteśmy ze znajomymi, to w duchu dziwię się dorosłym ludziom, którzy wiszą nad dzieckiem i wyliczają łyżki. A dziecko przechyla tę łyżkę, żeby się 3/4 wylało. No to rodzic zaczyna się wkurzać i każe uzupełnić. Dziecko wyje, bo przecież zjadło. Ratunku!!!
    • bathilda Re: Słodycze 08.08.14, 14:04
      Ja Cię rozumiem. U nas za główne słodycze robią suszone morele. Od czasu do czasu jakiś lizak czy cukierek (ale jeden). Za to jak dzieciaki pojadą do dalszej rodziny to potrafią przywieźć 5 kilo czekolady, żelek, pianek, cukierków i sama już nie wiem czego. Ja to potem chowam, wydzielam a ostatecznie muszę większosć wyrzucić, choć bardzo nie lubię wyrzucania jedzenia. Ogromnie mnie to irytuje. Zwłaszcza że moje dzieci długo były uczulone na czekoladę. No ale jak to tak, czekolady dziecku nie dać? To gorsze niż zbić.

      Mnie najbardziej wkurza przynoszenie takiego byle żarcia na plac zabaw. Ostatnio widziałam matkę z paczką chrupków kukurydzianych która to paczka była (nie żartuję) wysokości mojej 4-letniej córki czyli miała ponad metr. No i potem nagle się okazuje że moje dzieci, z łapami brudnymi bo grzebali w piasku czy grali w piłkę, jedzą te chrupki w ilościach hurtowych. Jak złapię to zabronię. Ale co robić jak mama kolegi wciska kiedy nie patrzę?
      • szarsz Re: Słodycze 08.08.14, 15:18
        > . Zwłaszcza że moje dzieci długo były uczulone na czekoladę.

        Moje jedno było na mleko. Mleko jest we wszystkich słodyczach, z wyjątkiem niektórych twardych cukierków, co ja się przeżyłam.

        > No ale jak to tak, czekolady dziecku nie dać? To gorsze niż zbić.

        W pierwszej chwili zaczęłam się śmiać, ale to nie jest śmieszne. To najczystsza prawda, niestety :(

        > o widziałam matkę z paczką chrupków kukurydzianych która to paczka była (nie ża
        > rtuję) wysokości mojej 4-letniej córki czyli miała ponad metr.

        Moi oboje je uwielbiają i jak gdzieś dorwą to trzeba pilnować. A potem starszy wymiotuje (także nosem), a młodsza przez kilka dni nie może (przepraszam) kupy zrobić. Dlatego tych kukurydzianych nie znoszę, bo one przecież bez cukru, nieszkodliwe, a ta się znowu czepia.
    • teresa104 Re: Słodycze 08.08.14, 14:52
      W ogóle zauważyłam, że wielu ludzi bez nieustannego jedzenia czegokolwiek nie może wytrzymać.
      Dużo jeżdżę pekaesami, jeśli droga trwa 5-6 godzin, to zazwyczaj coś biorę, kilka bananów albo paczkę migdałów, zjadam wszystko na jednym postoju i z głowy, ale są ludzie, którzy całą drogę się czymś futrują, w drodze wszak się je, jaja, kurczę pieczone, chleb z kotletem, placki ziemniaczane w folii aluminiowej, krążki ryżowe, czipsy owocowe, cola, piwo. Idziesz na seans do kina - wiadro kukurydzy, napoje, jakby się nie dało 2 godzin bez ruszania żuchwą wytrzymać. W pracy też ciągle kawki, owoce, jogurty, kisiele, kanapki, serniczki, ludzie jedzą stale i wszędzie.
      A po co dziecku po przedszkolu dawać serek do wyssania, skoro to dziecko zjadło niedawno obiad i podwieczorek?

      Moim zdaniem problemem jest właśnie wypasanie się, nie słodycze jako takie, a styl jedzenia, nawet jest jakaś reklama, jakiś baton czy serek, gdzie lansowana jest fraza, żeby jeść to "między posiłkami". Kiedyś tak nie było, jadło się trzy razy dziennie, można było posiłek zakończyć budyniem czy ciastkiem i tyle, a w wielu miejscach (kino) jeść wręcz nie wypadało.
      • szarsz Re: Słodycze 08.08.14, 15:21
        > Moim zdaniem problemem jest właśnie wypasanie się, nie słodycze jako takie, a s
        > tyl jedzenia, nawet jest jakaś reklama, jakiś baton czy serek, gdzie lansowana
        > jest fraza, żeby jeść to "między posiłkami". Kiedyś tak nie było, jadło się trz
        > y razy dziennie, można było posiłek zakończyć budyniem czy ciastkiem i tyle, a
        > w wielu miejscach (kino) jeść wręcz nie wypadało.


        Możliwe, że to jest samo sedno. My z mężem właśnie taki styl życia mamy, trzy posiłki dziennie, raczej solidne, żeby starczyło do następnego i nie ma potrzeby podjadanie w międzyczasie. Rzeczywiście reklamy "najlepszy między posiłkami" za każdym razem wprawiają mnie w solide zdumienie :)

        Ale czy to nie jest pochodna "mody" na nieduże posiłki? Zamiast się najeść po korek, zjadamy obiad na 300 - 400 kalorii i za godzinę jesteśmy głodni. A przynajmniej "szukający"
      • roza_am Re: Słodycze 08.08.14, 16:59
        > W ogóle zauważyłam, że wielu ludzi bez nieustannego jedzenia czegokolwiek nie m
        > oże wytrzymać.

        Hehe, zbiorowa fiksacja oralna ;p
    • turzyca Re: Słodycze 08.08.14, 16:46
      Ja sie dzis przylapalam na nawyku intensywnie cwiczonym w dziecinstwie - mialam troszeczke za duza porcje salatki, a najukochanszy chlop podzielil sie ze mna swoim deserem i zostawil kawalek ciasta. I w sumie to juz po dziurki w nosie mialam tej salaty, ale siedzialam i jadlam. Bo odstawienie niedojedzonej salatki, zeby zjesc ciastko nie wchodzi w gre. I swietnie wiem, ze to jest efekt cwiczenia przez cale dziecinstwo i mlodosc, bo u nas obowiazywala zasada, ze jesli porcja obiadowa jest za duza, to warzywa i mieso trzeba zjesc (zupa tez jest kategoria warzywa, u nas nie bylo zawiesistych), nie miescic moga sie ziemniaki. I slodycze. A do tego na koniec bywal (bo nie zawsze byl) deser o okreslonej wielkosci - jakos czlowiek ma mniej apetytu, jak widzi blache ciasta, niz jak widzi miseczke kislu czy jedno ciastko. Czyli nie owoc zakazany, ale mozolne cwiczenie prawidlowych zasad.

      Swoja droga taka sama zasada bylo, ze nie pije sie slodkiego. Bo slodkie nie gasi pragnienia, a jeszcze czlowiek od takiego malego slodkiego glodnieje. Pogadanka ze szczegolami biologicznymi byla przy okazji objawienia przeze mnie marzenia o bidonie - bo najlepszy przyjaciel mial i strasznie sie lansowal. Ja moglam dostac bidon, ale nie slodka herbatke.

      I mniej wiecej wtedy, czyli w wieku poznoprzedszkolnym, zostalam uswiadomiona, ze jako dziecko mam latwo, ale pewnie odziedzicze sklonnosci do tycia, wiec lepiej od razu przyzwyczajac sie do zdrowego trybu zycia, bo latwiej wage utrzymac niz schudnac.

      A podsumowujac: bardzo lubie podstawowa zasade wychowawcza moich rodzicow czyli racjonalne uzasadnianie zakazow i nakazow. Wlacznie z uczciwym ostrzezeniem, ze czasem zachowujac sie rozsadnie, odstaje sie od aktualnej grupy, ale jesli sie wie, ze ma sie dobre podstawy, to nie warto pedzic z reszta stada.
      Tak wiec usiadz i przeanalizuj jadlospis dzieci, a potem ucz sensownego obchodzenia sie z jedzeniem. Z informacja o wlasnej trzustce wlacznie.
      • teresa104 Re: Słodycze 08.08.14, 16:52
        Ty, ale zmuszanie się do jedzenia sałatki, kiedy ma się już po dziurki w nosie sałatki, bo ma się za dużą porcję, to dobry nawyk?
        • turzyca Re: Słodycze 08.08.14, 17:08
          Moglam w ktoryms momencie uznac, ze juz sie najadlam i nie skonczyc salatki. Ale wtedy tez raczej nie zjesc deseru, skoro jestem juz najedzona.
          Ale gdybym do tej salatki miala np. bagietke i zalezaloby mi na deserze, to rezygnowalabym wlasnie z bagietki, nie odstawiala warzyw.
          Przy tradycyjnym posilku jest jeszcze wiecej miejsca na manewr.
          • teresa104 Re: Słodycze 08.08.14, 17:13
            I ostatecznie zjadłaś sałatkę do końca i deser? Tak się dopytuję, przepraszam, ale staram się dociec metody:)
          • szarsz Re: Słodycze 08.08.14, 19:56
            turzyca napisała:

            > Moglam w ktoryms momencie uznac, ze juz sie najadlam i nie skonczyc salatki. Al
            > e wtedy tez raczej nie zjesc deseru, skoro jestem juz najedzona.

            Mój syn ma teorię, że jest posiadaczem dwóch żołądków. Małego na mięso i warzywa oraz dużego, na słodycze.
            • yaga7 Re: Słodycze 09.08.14, 10:09
              Och, nie tylko Twój syn, ja od zawsze mam dwa żołądki :) Co prawda mój pierwszy nie jest na mięso, tylko po prostu na normalnie żarcie, ale drugi żołądek na słodycze jest obowiązkowo. I ZAWSZE będę mogła tam wcisnąć coś słodkiego, nawet jeżeli ten pierwszy się zapcha.
              • turzyca Re: Słodycze 10.08.14, 10:40
                I ZAWSZE będę mogła tam wcisnąć coś słodkiego, nawet
                > jeżeli ten pierwszy się zapcha.

                Moja babcia miala powiedzenie "na zur nie ma dziur, na ciastko znajdzie sie gniazdko". :)


                Co tlumaczy dlaczego spokojnie moglam dojesc salatke, choc bez entuzjazmu, a potem jednak zjesc to male ciastko. Szczegolnie ze salatki bylo tylko "troszeczke za duzo", po prostu w ktoryms momencie mi sie znudzila. Ja chyba w ogole jestem restauracyjne zwierze, moglabym na kazdy obiad jesc przystawke, zupe, drugie i deser. Tylko wszystkiego po odrobinie.
      • bathilda Re: Słodycze 08.08.14, 17:07
        Och Turzyco, żebyś Ty wiedziała (a dowiesz się na pewno jak przyjdzie pora) jaki bój musi stoczyć matka która sobie ubzdura (tak, tak, ubzdura) że jej dzieci będą pić wodę a nie soczki i herbatki. Teraz to luz, otoczenie przyzwyczajone. Ale przy pierwszym dziecku to myślałam że nie zdzierżę. No bo jak to wodę? Wodę to bydłu się daje. Dzieci to muszą pić soczki, herbatki (70% cukry w składzie) i to najlepiej z kartoników z kolorowymi postaciami. I z butelki, ewentualnie kubka-niekapka bo przecież ze zwykłego kubka to dopiero jak do gimnazjum pójdzie.

        U nas akurat zasada "zjedz mięsko i warzywa jak chcesz deser" też działa. Ale wymaga od rodziców rozsądnego określania porcji na możliwości dziecka. Podobno w myśl tej zasady duża część małych dzieci w Polsce zjada zdecydowanie za dużo mięsa jak na swoje potrzeby i możliwości.
        • roza_am Re: Słodycze 08.08.14, 17:29
          Dzieci to muszą pić soczki, herbatki (70% cukry w składzie)
          > i to najlepiej z kartoników z kolorowymi postaciami. I z butelki, ewentualnie

          Ostatnio łażę po sklepach i szukam napojów dla dzieci w małych butelkach z dzióbkiem (bo są wygodne i praktyczne, dzieć może z nich pić cały dzień, w domu i na podwórku). Wydawało mi się, że będę miała aż za duży wybór, a tu się okazało, że wręcz przeciwnie. Wodę o jaką mi chodzi znalazłam tylko w jednym sklepie (i w jednym rodzaju). A z soczkami musiałam pójść na kompromis i wybrać takie tylko z cukrem. Bezcukrowych nie znalazłam, za to pełno takich z aromatami, gluk-frukiem i innym świństwem.

          Podobno w
          > myśl tej zasady duża część małych dzieci w Polsce zjada zdecydowanie za dużo m
          > ięsa jak na swoje potrzeby i możliwości.

          To jest w ogóle możliwe???
          • bathilda Re: Słodycze 08.08.14, 17:35
            roza_am napisała:

            > Ostatnio łażę po sklepach i szukam napojów dla dzieci w małych butelkach z dzió
            > bkiem (bo są wygodne i praktyczne, dzieć może z nich pić cały dzień, w domu i n
            > a podwórku)

            Różo, miałam niestety na myśli butelkę ze smoczkiem. Dla rocznego dziecka które nigdy z butelki nie piło. Podczas gdy ja uczyłam pić z normalnego kubka.

            Co do wody to moi piją taką ze "sportowych" butelek, choć niestety one zwykle mają pojemność 0.7l. Więc często kupuję zwykłą wodę 0.5 l i przekręcam korek ze "sportowej" butelki. Soczków moi akurat nie piją, wydaje mi się że takie butelki z dzióbkiem robi tylko Kubuś.

            Co do mięsa to pamiętam że czytałam o tym bardzo długi artykuł. Że statystyczny polski 3-latek ma w diecie bardzo dużo białka zwierzęcego, dużo więcej niż powinien. Jak odszukam to zalinkuję.
            • bathilda Re: Słodycze 08.08.14, 17:59
              Znalazłam artykuł - jest o cukrze, mięsie, soli i przekarmianiu. Pewnie trochę przesada, ale kilka myśli jest ciekawych.

              www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1552347,3,rodzinna-produkcja-grubasow.read
              • madzioreck Re: Słodycze 08.08.14, 19:37
                Fajny artykuł.
                Masakra. To jest chyba nie do powstrzymania... Jak nie rodzice, to dziadkowie. Ile moi rodzice pchają w moich siostrzeńców, to się w głowie nie mieści. Prośbą, groźbą, szantażem (dziadziuś specjalnie ugotował...), porcje jak dla minidrwala. Napychanie od śniadania (oczywiście gówniane, słodkie płatki plus słodzone kakałko), potem latanie za dzieciakiem, czy aby nie chce kinderjajka, ciasteczka, jabłuszka, a może bananka, owocki są zdrowe przecież, aż do pretensji, że dzieciak nie chce jeść obiadu, a jak ma u licha mieć na niego miejsce, skoro od rana bez przerwy rusza buzią? :(
                I nie przetłumaczysz, skichasz się, a nie dotrze. Można gadać, prosić, tłumaczyć, kiwają głowami, tak tak, no masz rację, po czym idą nakładać obiad, porcja jak dla minidrwala, a po obiedzie od nowa, może bananka, może kanapeczkę, soczek... a potem kolejne zdziwienie, jak dziecko domaga się słodyczy, po których nie chce jeść obiadu (umawialiśmy się, że zjesz obiad! a dzieciak umówi się na wszystko, żeby dostać kolejny zapychacz).
                Cała moja rodzina jest otyła. Tata, mama, siostra mamy była, jej córka tyje na potęgę, choć długo wydawało się, że jest genetycznym chudzielcem i jadła za pięć, moja siostra, ja też byłam otyła. Godziny gadania, jak to ciężko, całe życie odchudzania, cukrzyce, nadciśnienie, i zero wniosków.
                Zaczęłam się przyglądać, odkąd grzeczny w tygodniu siostrzeniec (byłam jego nianią) w wieku, kiedy nawet jeszcze nie gadał, nagle w niektóre dni urządzał mi dzikie histerie przy śniadaniu, a czasem strajk i wrzask pod szafką ze słodyczami. Bo zła ciotka dawała kanapkę, a dziadziuś z babcią, co dziecko zechciało :/
                • szarsz Re: Słodycze 08.08.14, 19:51
                  > ... a potem kolejne zdziwienie, jak dziecko domaga się słodyczy, po których nie
                  > chce jeść obiadu (umawialiśmy się, że zjesz obiad! a dzieciak umówi się na wsz
                  > ystko, żeby dostać kolejny zapychacz).

                  Jezu, ja to pamiętam jeszcze ze swojego dzieciństwa. Te łyżki wpychane za mamusię i tatusia i ciasteczka popijane oranżadą między posiłkami. Tylko naiwnie myślałam, że ludzie odrobinę zmądrzeli przez 30 lat. A gucio.
                  • madzioreck Re: Słodycze 08.08.14, 20:05
                    No :/ I to siedzenie nad talerzem godzinami, nie wstaniesz póki nie zjesz (zimne, tłuste żeberka, fuj, do dziś dnia jak słyszę "żeberka", to mi słabo), mięso międlone przez siostrę w ustach 2-3 godziny do postaci trocin, bo mięsko trzeba zjeść. W przedszkolu czy sanatoriach trafił się i paw do talerza. Co ciekawe, nie byłam niejadkiem, nie było powodu stać nade mną i zmuszać. Do dziś się opowiada, jak opędzlowałam w ciągu dnia kilo jakiejś kiełbasy, łaziłam do lodówki, wyciągałam i żarłam, miałam ze 2-3 lata wtedy. I zupy pochłaniałam, mama gotowała niemal w kociołku, a ja chodziłam i jadła, dla taty zostawał ledwo jeden talerz, a ja i tak brałam łyżkę, siadałam tacie na kolanach i pytałam, czy "pojemy ziupki". Póki żarłam, nikt mnie też nie powstrzymywał. Ponoć później zrobiłam się niejadkiem. Z przedszkola pamiętam, że za nic nie chciałam jeść śniadań, ani w placówce (owsianka, wrrr), ani w domu. Tata cudował i ściągał skądś jakieś kremy czekoladowe, ale i tak nie chciałam rano żreć. Nie jestem stworzona do jedzenia śniadań, nie jadłam, nie jem i jeść nie będę.
                    Ciągle było, że jestem chudzielcem. Ale ja nie byłam chuda, miałam i mam tylko te cholerne wystające dolne żebra, schowały się dopiero przy pokonywaniu granicy nadwaga/otyłość. Jedyny moment w życiu, kiedy byłam chuda, to 7 klasa podstawówki, rzeczywiście przy w miarę obecnym wzroście ważyłam 49kg. A potem wzrost się zatrzymał, a żarcie nie, i rok później już dobrze ponad 70kg, zaczęło się odchudzanko, potem jo-jo, potem otyłość, i dalej to już wiecie ;)
                    A potem, w wieku nastoletnim, uwagi na temat tuszy. Czy kogoś zdziwi, że obie z siostrą wylądowałyśmy z zaburzeniami odżywiania...
                    • szarsz Re: Słodycze 08.08.14, 20:35
                      > y nadwaga/otyłość. Jedyny moment w życiu, kiedy byłam chuda, to 7 klasa podstaw
                      > ówki, rzeczywiście przy w miarę obecnym wzroście ważyłam 49kg.

                      O, to ja tak samo miałam, 6 - 7 klasa podstawówki, 46 kilo przy 164cm. I jeszcze do pierwszej klasy liceum pociągnęłam, miałam figurę jak marzenie. Tylko potem, z normalnego zaokrąglenia się przeszłam do delikatnej nadwagi, otoczenie zaczęło sugerować, żebym zrzuciła może z 5 kg albo że mam grube nogi (no mam, trudno żeby klepsydra/wiolonczela) miała udka jak spagetti. Więc głodówka, po której miałam już 10 kilo do zrzucenia... Znaczy nie, nie miałam, wciąż było ok, ale mnie się wydawało, że nie jest, stówa w biodrach, dramat. No to teraz mam.

                      > A potem, w wieku nastoletnim, uwagi na temat tuszy. Czy kogoś zdziwi, że obie z
                      > siostrą wylądowałyśmy z zaburzeniami odżywiania...
                  • pierwszalitera Re: Słodycze 08.08.14, 21:21
                    szarsz napisała:

                    > Jezu, ja to pamiętam jeszcze ze swojego dzieciństwa. Te łyżki wpychane za mamus
                    > ię i tatusia i ciasteczka popijane oranżadą między posiłkami. Tylko naiwnie myś
                    > lałam, że ludzie odrobinę zmądrzeli przez 30 lat. A gucio.

                    No to ja miałam sporo szczęścia, bo moi rodzcie nie mieli chyba cierpliwości i ja musiałam zjeść tylko "mięsko". Wiadomo, mięso w PRL-u było towarem deficytowym i nie mogło się marnować. A kawałeczek mięsa bez węglowodanów pozostawiał sporo miejsca na słodycze. ;-) Do tego troskliwych dziadków miałam daleko, a miejscowa babcia z bolesnym doświadczeniem dwóch wojen światowych reglementowała żywność z przyzwyczajenia i u niej dostawałam tylko główne posiłki i zawsze dziecięce mikro porcje, za to z wolnym dostępem do warzywnego ogródka, najeść mogłam się tam własnoręcznie zebranych i umytych pod pompą marchewek, kalarepy, rzodkiewek, malin, truskawek i porzeczek. Jedyne do czego mnie zmuszała i przekupywała, to do picia mleka. Za małą filiżankę mleka dostawałam jedną czekoladkę z bombonierki. Słaby interes. ;-)
                    • szarsz Re: Słodycze 08.08.14, 21:43
                      > A kawałeczek mięsa bez węglowodanów pozostawiał sporo miejsca na słodycze. ;-)

                      Fakt, ja mam znacznie gorszy zjazd po ziemniakach niż po czekoladzie, więc stanowczo lepiej czuję się po mięsie z warzywami i deserze niż po tradycyjnym obiedzie bez deseru :)

                      > ięce mikro porcje, za to z wolnym dostępem do warzywnego ogródka, najeść mogłam
                      > się tam własnoręcznie zebranych i umytych pod pompą marchewek, kalarepy, rzodk
                      > iewek, malin, truskawek i porzeczek.

                      Zmieniając temat to jedno z moich najlepszych wspomnień z dzieciństwa :)
                      • bathilda Re: Słodycze 09.08.14, 10:31
                        szarsz napisała:

                        > Fakt, ja mam znacznie gorszy zjazd po ziemniakach niż po czekoladzie, więc stan
                        > owczo lepiej czuję się po mięsie z warzywami i deserze niż po tradycyjnym obied
                        > zie bez deseru :)

                        Jeszcze się zastanawiałam od wczoraj. Na ile człowiek "obojętnieje" na cukier i musi zwiększać dawki żeby było słodko. Ja od końca października przez 4 miesiące byłam na diecie cukrzycowej i słodkiego nie jadłam w ogóle. Kiedy urodziłam okazało się że młody ma szereg nietolerancji pokarmowych, w tym na mleko i czekoladę, wskutek czego przez kolejne pół roku słodyczy prawie nie jem, w tym żadnych kupnych.

                        Efekt jest taki, że wszystko jest dla mnie słodkie a wręcz za słodkie. Ostatnio mąż kupił mi sorbet gruszkowy (bo zwykłe lody mają niestety mleko) i nie jem bo dla mnie za słodki. A on twierdzi że kwaśny. To samo z kilkoma domowymi ciastami które jem - dla mnie wszystkie są bardzo słodkie, dla rodziny wręcz przeciwnie. Przy pierniku z marchwi regularnie domagałam się żeby mąż zmniejszał ilość dodawanego cukru aż skończyło się potężnym zakalcem, widać zeszłam już poniżej poziomu niezbędnego do tego żeby ciasto wyrosło.
                        • yaga7 Re: Słodycze 09.08.14, 10:49
                          Moim zdaniem różnie to bywa.

                          Ja jestem wychowana, niestety, na słodyczach, ale raczej domowych ciastach niż kupnych czekoladkach i teoretycznie powinnam teraz walić wszędzie cukier, a tego nie robię. Owszem, miałam okresy, że nic nie było za słodkie (serio), ale teraz od jakiegoś czasu jem znacznie mnie słodko i już nie raz mam większą ochotę na łososia z grilla niż ciasto (co kiedyś było nie do pomyślenia), dlatego teraz jest dużo rzeczy, które są za słodkie.
                          Czyli wydaje mi się, że i ile faktycznie można zobojętnieć na cukier, to można się też tego oduczyć, to nie jest tak, ze to jest na stałe.
                        • pierwszalitera Re: Słodycze 09.08.14, 12:09
                          bathilda napisała:

                          > Jeszcze się zastanawiałam od wczoraj. Na ile człowiek "obojętnieje" na cukier i
                          > musi zwiększać dawki żeby było słodko.

                          Człowiek nie obojętnieje na cukier. Preferencja na słodkie jest wrodzona i istnieje u wszystkich ludzi na tej planecie, także u takich, dla których jedyna słodycz w życiu (np. Inuici), to mleko matki. Tylko, że intensywność słodyczy odbierana jest u każdego człowieka indywidualnie, to co dla jednego jest już przesłodzone, dla drugiego może być w sam raz. Dzieci lubią z reguły słodziej, dorośli nieco mniej. Ilość zjadanego cukru gra też pewną rolę. Jak się chce, można sobie niższą tolerancję więc wytrenować, ale pozbyć się przyjemności ze słodkiego smaku całkowicie nie można. Mieszkańcy puszczy amazońskiej bez dostępu do cywilizacyjnego żarcia też lubią słodkie, ale nasze batoniki są dla nich zdecydowanie za słodkie. Po pewnym czasie by się jednak gwarantowanie przyzwyczaili. Ja jako dziecko lubiłam bardzo słodkie, dziś wolę inne smaki, ale nikt nie jedzący słodyczy nie ma przewagi nad wielbicielami słodkiego, bo spotkałam całą masę otyłych ludzi, dla których słodycze mogłoby nie istnieć, oni swoje kalorie ładowali sobie przy pomocy potraw słono/kwaśno/pikantych i tłustych. Głodowanie, czyli spożywanie przez dłuższy czas mniejszej iliości kalorii niż się spala, może jednak preferencję na słodkie podkręcić, organizm domaga się wtedy szybkiej energii, czyli glukozy. Dlatego wiele osób jedzących cały dzień za mało, ma wieczorami napady obżerania się słodkim. Ja jak napisałam już, cukru się nie boję i chociaż nie jem zbyt dużo klasycznych słodyczy, to dodaję często cukru do potraw pikantnych, sosów, warzyw, czy nawet mięsa.
                          • szarsz Re: Słodycze 09.08.14, 12:36
                            > Człowiek nie obojętnieje na cukier.

                            Ja zrozumiałam, że obojętnieje czyli przestaje wyczuwać słodki smak. I potrzebuje więcej i więcej słodzić, żeby smak znowu był optymalny.
                            • pierwszalitera Re: Słodycze 09.08.14, 12:52
                              szarsz napisała:


                              > Ja zrozumiałam, że obojętnieje czyli przestaje wyczuwać słodki smak. I potrzebu
                              > je więcej i więcej słodzić, żeby smak znowu był optymalny.

                              Ja bym powiedziała, że raczej znosi więcej słodkiego. ;-) Ale nie wydaje mi się, by wszyscy wielbiciele słodyczy lubili tylko ulepki. Łasuchy mogą preferować mniej słodkie domowe ciasto, jednak organizm domaga się tego smakołyku bardzo często. A ktoś inny zje z przyjemnością trzy makabrycznie słodkie batoniki, dojdzie tym do granicy wymiotów i ma dosyć na cały tydzień. ;-)
                              • yaga7 Re: Słodycze 09.08.14, 13:08
                                Ja na przykład wolę zjeść częściej a mniej. Opcja zjedzenia trzech batoników na raz to w ogóle jakiś kosmos, z kolei mąż potrafi wciągnąć na raz wielką czekoladę, a potem nie patrzeć na słodycze przez tygodnie.
                                A ja tę czekoladę mogłabym zjadać tygodniami po jednym okienku codziennie ;)
                                • pierwszalitera Re: Słodycze 09.08.14, 13:22
                                  yaga7 napisała:

                                  > Ja na przykład wolę zjeść częściej a mniej. Opcja zjedzenia trzech batoników na
                                  > raz to w ogóle jakiś kosmos, z kolei mąż potrafi wciągnąć na raz wielką czekol
                                  > adę, a potem nie patrzeć na słodycze przez tygodnie.
                                  > A ja tę czekoladę mogłabym zjadać tygodniami po jednym okienku codziennie ;)
                                  >

                                  On jest typem spontanicznym, ty kontrolowanym. ;-) Ale coś za coś, on może nie będzie miał zaburzeń łaknienia i utrzyma relatywnie niską wagę, jednak osoby potrafiące odsunąć przyjemność na później, odnoszą według amerykańskich badań, więcej sukcesów w innych dziedzinach życiowych. ;-)
                                  • yaga7 Re: Słodycze 09.08.14, 13:33
                                    > On jest typem spontanicznym, ty kontrolowanym. ;-)

                                    To z pewnością ;)

                                    > Ale coś za coś, on może nie
                                    > będzie miał zaburzeń łaknienia i utrzyma relatywnie niską wagę, jednak osoby po
                                    > trafiące odsunąć przyjemność na później, odnoszą według amerykańskich badań, wi
                                    > ęcej sukcesów w innych dziedzinach życiowych. ;-)

                                    No właśnie, nie raz się zastanawiam, czy mam jakieś zaburzenia łaknienia, czy nie.
                                    Bo raz mi się wydaje, że po tak słodkim dzieciństwie i różnych jazdach jedzeniowych powinno być coś ze mną nie tak, ale też wydaje mi się, że ponieważ nigdy tak naprawdę się nie odchudzałam (zero drastycznych diet, zero głodówek, zero nagłych zmian wagi - zwykle tyłam czy chudłam w przeciągu miesięcy, a nie tygodni), to może jednak nie rozregulowałam sobie metabolizmu.

                                    A o tym odsuwaniu przyjemności też czytałam już gdzieś w odniesieniu do eksperymentu z dziećmi i cukierkami ;)
                                    • roza_am Re: Słodycze 09.08.14, 16:19
                                      > A o tym odsuwaniu przyjemności też czytałam już gdzieś w odniesieniu do ekspery
                                      > mentu z dziećmi i cukierkami ;)

                                      Ale tam zdaje się, że chodziło o większą nagrodę po wykonaniu zadania/odczekaniu jakiegoś czasu. A podjadanie codzienne po jednej czekoladce to nie tyle odsuwanie przyjemności w czasie, co wydłużanie tej przyjemności na możliwie wiele dni. Mniejsza przyjemność, ale za to wielokrotna, a nie jedna wielka nagroda, na którą się cierpliwie zaczekało.
                                      • pierwszalitera Re: Słodycze 09.08.14, 17:47
                                        roza_am napisała:

                                        > Ale tam zdaje się, że chodziło o większą nagrodę po wykonaniu zadania/odczekani
                                        > u jakiegoś czasu.

                                        W klasycznym eksperymencie chodziło o zwykłe ciastka. Albo jedno już dzisiaj, a jak poczekasz do jutra, to dostaniesz dwa. Żadna więc wielka nagroda. Niektórzy wolą jednak nieco mniejszą przyjemność natychmiast, inni wolą nieco większą nagrodę kosztem czekania. W tym przypadku (czekolada na raz, albo po kostce) chodzi nie o większą przyjemność, a o dłuższą, ale trzeba się bardziej kontrolować.
                                        • roza_am Re: Słodycze 09.08.14, 19:02



                                          Dla mnie to jak różnica miedzy zarabianiem a wydawaniem. Eksperyment to symulacja zarabiania - czy się woli łatwo zarobić mniej, czy większym wysiłkiem więcej. Jedzenie czekolady to równoważnik wydawania - czy się to robi raz a dobrze, czy rozkładając kasę na dłużej.

                                          W tym przypadku (czekolada na raz, albo po kostce) cho
                                          > dzi nie o większą przyjemność, a o dłuższą, ale trzeba się bardziej kontrolować.

                                          Jeśli się nie jest osobą impulsywną, to to kontrolowanie nie jest tak bardzo odczuwalne. W sensie, że nie stanowi jakieś cierpienia czy poświęcenia. Po prostu z kalkulacji wychodzi, że dłuższa przyjemność jest fajniejsza, więc się ją wybiera.
                            • bathilda Re: Słodycze 09.08.14, 13:26
                              szarsz napisała:

                              > > Człowiek nie obojętnieje na cukier.
                              >
                              > Ja zrozumiałam, że obojętnieje czyli przestaje wyczuwać słodki smak. I potrzebu
                              > je więcej i więcej słodzić, żeby smak znowu był optymalny

                              To miałam na myśli. Wrażliwość kubków smakowych. Ja jak słodkiego smaku od prawie roku nie mam to wyczuwam go intensywniej niż zwykle i niż reszta rodziny.
                              • roza_am Re: Słodycze 09.08.14, 16:21
                                > To miałam na myśli. Wrażliwość kubków smakowych. Ja jak słodkiego smaku od praw
                                > ie roku nie mam to wyczuwam go intensywniej niż zwykle i niż reszta rodziny.

                                Ale to nie tylko słodki smak tak ma. Jak kiedyś za bardzo ograniczyłam sól, to nie byłam w stanie jeść kupnego pieczywa czy serów, bo były dla mnie za słone.
                                • szarsz Re: Słodycze 09.08.14, 21:25
                                  Ja to mam ogólnie znanego fijoła na punkcie kulinariów, więc wiem, że w ciągu ostatnich czterdziestu lat zawartość soli w chlebie zwiększyła się z 15 na 20 gramów na kilogram mąki. Ja piekę sama i daję właśnie 15, to jest dla mnie w tej chwili optymalna ilość.
                        • roza_am Re: Słodycze 09.08.14, 16:25
                          Ostatnio
                          > mąż kupił mi sorbet gruszkowy (bo zwykłe lody mają niestety mleko) i nie jem b
                          > o dla mnie za słodki.

                          Mam wrażenie, że sorbety są jeszcze słodsze niż zwykłe lody. Niedawno kosztowałam wiśniowy i nie byłam w stanie zjeść więcej niż 2 łyżeczki. Zwykłych lodów zjadam jakieś 2-3 łyżki bez specjalnego zamulenia.
                          • bathilda Re: Słodycze 09.08.14, 16:53
                            Sorbety malinowe i mango (wszystko Grycana) są dla mnie ok. Choć ogólnie to wole lody bakaliowe i jak odstawię to na pewno na sorbet długo nie spojrzę ;).
                            • roza_am Re: Słodycze 09.08.14, 17:24
                              O, mango brzmi całkiem kusząco :)

                              Też preferuję Grycana, ma najkorzystniejszy skład, i w zwykłych lodach, i w sorbetach (inne marki potrafią zawierać białka mleka).
                              • szarsz Re: Słodycze 09.08.14, 21:27
                                Mnie w Grycanie (w niektórych lodach) denerwuje posmak chyba mleka w proszku, taki piaskowy. Jeszcze serki Almette taki mają, też ich nie lubię.
                                Natomiast z przemysłowych Grycan niestety wciąż jest najlepszy, choć lody pistacjowe wyjątkowo im się nie udały :)
                        • klymenystra Re: Słodycze 09.08.14, 21:00
                          Zgadzam się z tym - jeśli odstawiam słodycze i przetworzone żarcie, a na deser jem gorzką czekoladę, to po miesiącu - dwóch wszystko jest za słodkie - ciasta, czekolady itp. Raz nawet czekolada 80% była dla mnie jak ulepek, musiałam jeść taką, co ma 90% kakao :)
                          To samo mam z solą - nie solę od wielu lat, teraz jest gorzej, bo chłopak soli używa i czasem sypnie mu się za dużo - za dużo jak na moje standardy. Pozytywny punkt jest taki, że on soli mniej. Nie solę nawet ziemniaków, co dla niektórych jest świętokradztwem. Po prostu odwykłam, wolę zioła.
                          • szarsz Re: Słodycze 09.08.14, 21:27
                            > Nie solę nawet ziemniaków, co dla niektórych jest świętokradztwem.

                            Może nie tyle świętokradztwem, co nieposolone ziemniaki są zwyczajnie mdłe.
                            • bathilda Re: Słodycze 09.08.14, 21:30
                              szarsz napisała:

                              > > Nie solę nawet ziemniaków, co dla niektórych jest świętokradztwem.
                              >
                              > Może nie tyle świętokradztwem, co nieposolone ziemniaki są zwyczajnie mdłe.

                              Oj tam oj tam. Ja nie solę i dla mnie nie są mdłe. No ale ja w ogóle niczego nie solę - jajek, pomidorów, ogórków, ryżu, ziemniaków i co tam jeszcze ludzie solą. To kwestia przyzwyczajenia i oswojenia ze smakiem jaki ma dana rzecz bez soli.
                              • yaga7 Re: Słodycze 10.08.14, 01:29
                                Też nie solę ziemniaków, nie są mdłe.

                                Aczkolwiek czasem sól jadam, czasem solą czosnkową solę łososia, no i czasem jem solone chipsy.
                                Ale nie solę jajecznicy, zup, czy innych potraw. Kilogram soli mamy od pięciu lat chyba, jak nie dłużej.
                          • pierwszalitera Re: Słodycze 10.08.14, 11:33
                            klymenystra napisała:

                            > To samo mam z solą - nie solę od wielu lat, teraz jest gorzej, bo chłopak soli
                            > używa i czasem sypnie mu się za dużo - za dużo jak na moje standardy. Pozytywny
                            > punkt jest taki, że on soli mniej. Nie solę nawet ziemniaków, co dla niektóryc
                            > h jest świętokradztwem. Po prostu odwykłam, wolę zioła.

                            A dlaczego nie solisz? Co pozytywnego jest w unikaniu soli, skoro nasz organizm soli wyraźnie potrzebuje? Ja solę domowe produkty, lubię nawet dosyć słono, mam prawie 50 lat i (za) niskie ciśnienie. Nie popadajmy z jednej skrajności w drugą, skoro unikasz przetworzonego żarcia nie ma powodu rezygnować z soli, obawiam się że jest to nawet niekorzystne dla organizmu.
                            • szarsz Re: Słodycze 10.08.14, 11:38
                              Ja też nie rozumiem programowego nie solenia niczego. Jedzenie jest niesmaczne (jest, to nie kwestia przyzwyczajenia się), a co do zdrowia? Byle nie przesadzać. Nie ma gorszej trucizny, jak woda destylowana.
                              • madzioreck Re: Słodycze 10.08.14, 13:29
                                Też nie lubię niesłonego, aczkolwiek nie wiem, jak to jest z odzwyczajaniem się. Próbowałam mocno ograniczyć sól zgodnie z zaleceniami Dukana na początku diety, ciśnienie mi tak poleciało, że na czterech dotelepałam się do kanapy, bo bałam się, że upadnę.
                                Poza tym - hm, są rzeczy, które się lubi albo nie i jeśli rzecz nie jest w lubieniu totalnie niezdrowego, to nie wiem, po co na siłę się odzwyczajać czy przyzwyczajać. Odzwyczaiłam się i przyzwyczaiłam w ciągu kilku lat do różnych rzeczy, tyle zmian zaszło, ale dwie rzeczy są święte: jedzenie słone ma być słone, i nie cierpię gorzkiej herbaty i kawy.
                            • bathilda Re: Słodycze 10.08.14, 14:59
                              Ja nie sole bo nie odczuwam braku soli i zwyczajnie o niej nie pamiętam. Nie ma w tym żadnej ideologii.
                              • pinupgirl_dg Re: Słodycze 10.08.14, 15:31
                                > Ja nie sole bo nie odczuwam braku soli i zwyczajnie o niej nie pamiętam. Nie ma
                                > w tym żadnej ideologii.

                                Ja niby też, z naciskiem na niby. Co do węgli też niby wiem, że od nich się nie umiera, ale ledwo tylko przestanę zwracać na to uwagę, tne bez litości. Chociaż je uwielbiam. Co do soli - również wytresowałam w sobie taki nawyk na fali hasła "cukier i sól to biała śmierć". Było to już tak dawno temu, że nie pamiętam, czy naprawdę słone lubię, czy nie. Tak samo, jak niczego nie słodzę, w sumie muszą przyznać, że herbata z cukrem jest smaczniejsza, ale zaraz odzywają się jakieś "wyrzuty sumienia" i lęk, że jak raz tę łyżeczkę cukru wsypie, to utonę w słodkim nałogu.
                                Obawiam się, że nie ma dorosłego, który jadłby naprawdę intuicyjnie. Wszyscy ulegamy pewnym stereotypom i modom.
                              • smallfemme Re: Słodycze 11.08.14, 15:14
                                Kiedy sama gotuję to praktycznie nie solę, bo nie potrzebuję. Na gar makaronu czasem wsypię ze dwie szczypty soli i tak lubię, tak mi smakuje. Brat w akademiku nauczył się gotować makaron bez soli, bo zapomniał kupić i uważa, że rewelacja. Jedyna rzecz, którą absolutnie muszę posolić, to jajka, szczególnie smażone - sadzone/jajecznica. Sól zwykle i tak jest w rożnych rzeczach, które jem - daniach mięsnych, które dostanę od mamy, mieszankach przypraw, które czasem stosuję, np. gyros, w daniach, które jem czasem na mieście, nie odczuwam braku.

                                Nie wiem jak jest z przyzwyczajeniem do smaku słodkiego, ale przyzwyczajenie do słonego jest dosyć silne i wiele osób, które znam, przestawiła się na mniejsze ilości soli po wyprowadzce z domu rodzinnego.
                                • pierwszalitera Re: Słodycze 11.08.14, 20:19
                                  smallfemme napisała:

                                  Sól zwykle i tak jest w rożnych rzeczach, które jem - dan
                                  > iach mięsnych, które dostanę od mamy, mieszankach przypraw, które czasem stosuj
                                  > ę, np. gyros, w daniach, które jem czasem na mieście, nie odczuwam braku.

                                  To trudno mówić o braku, skoro używasz tyle solonych już produktów. Jeżeli jednak ktoś nie jada na mieście, nie kupuje gotowych mieszanek przyprawowych z solą (ja nigdy takich nie kupuję) i gotuje samemu z naturalnych produktów, to powinien solić, bo sól jest nam potrzebna do fizjologii. To nie jest tylko sprawa smaku. Też zdarzyło mi się zapomnieć posolić wodę do makaronu, nie wyczułam nawet różnicy, bo zwykle nie jem makaronu bez niczego. Swoją drogą, brak soli może powodować nieprzyjemne skurcze łydek, a w czasie upałów rezygnowanie z soli jest nawet groźne, bo może powodować zatrzymywanie wody w organizmie i obrzęki.
                                  • smallfemme Re: Słodycze 14.08.14, 09:33
                                    > To trudno mówić o braku, skoro używasz tyle solonych już produktów.

                                    Nie jestem pewna, czy to tyle, to aż tak dużo, jak się wydało ;) Obiad na mieście raz na tydzień, kurczak z przyprawą gyros, jak się nie możemy z chłopem zgodzić, jak go przyprawiamy - raz na miesiąc. No i te słone obiadki od mamy raz w tygodniu. Może to rzeczywiście sporo, tylko dla mnie w porównaniu ze znajomymi, którzy wysypują pół solniczki na kanapki na śniadanie, a drugie pół na kolację, wydaje się, że niewiele :)
              • roza_am Re: Słodycze 12.08.14, 22:48
                Przeczytałam artykuł. Wynika z niego, że to dogadzanie jedzeniem jest nie tylko niepotrzebne, ale wręcz przeciwskuteczne. Tzn. dzieci na okrągło zmuszane do jedzenia nie tylko nie są od tego szczęśliwsze, ale wręcz (nomen omen) zatruwa im to dzieciństwo.

                A co do tego białka, to tam stoi, że nawet dzieci wegańskie spożywają go za dużo. Nie wiadomo czy to oznacza, że generalnie dzieci jedzą za dużo (więc chodzi tu nie o proporcjonalną zadużość białka, tylko sumaryczną wszystkiego), czy weganie są tak nadgorliwi, że poją dzieci mlekiem migdałowym w ogromnych ilościach, czy może z tymi normami jest coś nie tak, skoro nawet uboga w białko dieta je kilkukrotnie przekracza.
                • teresa104 Może te racuchy nie są zatem takie złe? 13.08.14, 09:52
                  Zastanawiam się, jak moi rodzice i ich liczne rodzeństwo rodzone w czasie wojny i tuż po niej, w nędzy i głodzie, bo szczaw i mirabelki zżerał ten, kto miał fart i był pierwszy a chleb nasączony herbatą i potarty sacharyną był rarytasem, byli w stanie wyrosnąć we względnym zdrowiu, wyuczyć się, rozmnożyć, do dziś pracować. Cud. Chyba powojenny entuzjazm Polski Ludowej ich utrzymał przy życiu.
                  • felisdomestica Re: Może te racuchy nie są zatem takie złe? 13.08.14, 11:54
                    Właśnie dlatego, że jedli mało. Są dane z doświadczeń na szczurach, że te, którym obniżono kaloryczność posiłków o 30% żyły dłużej i zdrowsze. Były też jakieś prace, wktórych wykazano, że jednorazowa dłuższa głodówka przedłuża życie.
                    Ciekawa w kontekście diety i długości życia jest rola sirtuiny i jej aktywatora - resweratrolu.

                    www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC2922851/
                    www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3462230/
                    www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3467333/
                  • pierwszalitera Re: Może te racuchy nie są zatem takie złe? 13.08.14, 19:17
                    teresa104 napisała:

                    > Zastanawiam się, jak moi rodzice i ich liczne rodzeństwo rodzone w czasie wojny
                    > i tuż po niej, w nędzy i głodzie, bo szczaw i mirabelki zżerał ten, kto miał f
                    > art i był pierwszy a chleb nasączony herbatą i potarty sacharyną był rarytasem,
                    > byli w stanie wyrosnąć we względnym zdrowiu, wyuczyć się, rozmnożyć, do dziś p
                    > racować. Cud. Chyba powojenny entuzjazm Polski Ludowej ich utrzymał przy życiu.

                    Ale co oznacza we względnym zdrowiu? Istnieją badania, które wykazuję zależność odżywiania matki w dzieciństwie i ryzyka występowania pewnych chorób u jej dzieci w życiu dorosłym. Otóż potomstwo niedożywionych, głodujących w dzieciństwie dziewczynek, choruje częściej w dorosłym wieku na cukrzycę i choroby układu krążenia. Wcześniej wykazano taką zależność pomiędzy (niedostatecznym) odżywianiem matki w ciąży i podwyższonym ryzykem u jej potomstwa, ale jak się ukazuje nie tylko czas ciąży jest decydujący. Chodzi tu o dziedziczność pozagenową (epigenetyka). Niedożywienie i dłogotrwałe głodowanie nie jest więc u ludzi korzystne, chociaż trzeba przyznać, że lekkie przegłodzenie (kilka godzin) pozwala wyregulować metabolizm insuliny i sprzyja tym samym zdrowiu. Podobnie jak nie należy lekceważyć nadwagi/otyłości, tak samo nie należy gloryfikować głodu. Długowieczeni są wprawdzie zwykle szczupli, ale to nie znaczy, że niedojadają, bo szczupłą sylwetkę można utrzymać jedząc zdrowo i do syta.
            • roza_am Re: Słodycze 08.08.14, 18:13
              > Co do mięsa to pamiętam że czytałam o tym bardzo długi artykuł. Że statystyczny
              > polski 3-latek ma w diecie bardzo dużo białka zwierzęcego, dużo więcej niż pow
              > inien. Jak odszukam to zalinkuję.

              A, jak ogółem białko zwierzęce, to może i tak. Ja mam akurat w pobliżu mlecznego alergika, więc cały nabiał odpada. No i ciągle mam wrażenie, że dziec je za mało pełnowartościowego białka, a jednocześnie, że więcej już się nie da, jeśli dieta ma być zróżnicowana.

              Do artykułu zajrzę jak tylko będę miała dostęp do pełnej wersji.
              • szarsz Re: Słodycze 10.08.14, 11:41
                > A, jak ogółem białko zwierzęce, to może i tak. Ja mam akurat w pobliżu mleczneg
                > o alergika, więc cały nabiał odpada. No i ciągle mam wrażenie, że dziec je za m
                > ało pełnowartościowego białka, a jednocześnie, że więcej już się nie da, jeśli
                > dieta ma być zróżnicowana.

                Mój syn miał skazę białkową, nabiału nie jadł do trzecich urodzin, jest bardzo zdrowy, ani jednej dziury w zębie nie ma. Rozmawiałam kiedyś z pediatrą na ten temat, ona jest zdania, że w ogóle normy na wapń są mocno zawyżone, była zdresztą jedną z tych, którzy w ostatnich latach doprowadzili do ich obniżenia. Niewielkiego, bo niewielkiego, ale coś tam osiągnęli.
                • roza_am Re: Słodycze 10.08.14, 13:04
                  A nie, ja się w tym konkretnym przypadku nie martwię o wapń, tylko o żelazo i ogólny budulec.
                  • szarsz Re: Słodycze 10.08.14, 13:43
                    roza_am napisała:
                    > A nie, ja się w tym konkretnym przypadku nie martwię o wapń, tylko o żelazo i o
                    > gólny budulec.

                    Z żelazem sprawa jest dość prosta: żelazo jest wszędzie, tylko mało i trudno dostępne. Wchłania się natomiast wyłącznie w obecności witaminy C. Rozwiązaniem anemii nie jest jedzenie czerwonego mięsa, ale lanie soku z cytryny do wszystkich posiłków.
            • kaemka Re: Słodycze 14.08.14, 22:51
              W Biedronce jest woda mineralna marki własnej w sportowej butelce o pojemności 0,33 l.
        • pierwszalitera Re: Słodycze 08.08.14, 19:17
          bathilda napisała:

          > Och Turzyco, żebyś Ty wiedziała (a dowiesz się na pewno jak przyjdzie pora) jak
          > i bój musi stoczyć matka która sobie ubzdura (tak, tak, ubzdura) że jej dzieci
          > będą pić wodę a nie soczki i herbatki.

          Rany, skomplikowane to wszystko i nawet jako specjalista od nadwagi coraz mniej rozumiem. Bo u mnie w dzieciństwie też się wody nie piło. Kranówa była zbyt brudna, mineralną w szklanych butelkach kupowało się rzadko (kto by to tachał?), do posiłków piło się więc kakao, słodkie kompoty i słodzoną herbatę. Jako dzieciak dostawałam zawsze parę groszy na oranżadę, którą piło się z innymi dzieciakami "na miejscu" z butelki pod sklepem, a w upały mama gotowała gar herbaty ziołowej (słodzonej), albo przegotowaną wodę z czajnika zaprawiało się domowymi sokami - syropami z czarnej porzeczki i agrestu, oczywiście z całą masą cukru. Niekiedy rodzice kupowali ciemne karmelowe piwo - ulepek i dawali nam też trochę. Na deser były słodkie galaretki, kisiele i budynie. Do tego jadłam jako dziecko tony pastylek owocowych albo miętowych, czyli aromatyzowanego prasowanego cukru, dropsów i innych cukierków. Moja ulubiona letnia kolacja u babci, to był chleb z masłem z truskawkami, oczywiście posypanymi cukrem. W przypadku (częstego) przeziębienia dostawałam ciepłe mleko z miodem (też cukier). Nikt w rodzinie z cukru nie robił problemu, a chuda byłam jak szczapa, podobnie jak reszta rodziny. Nikt u nas nie miał i nie ma teraz też nadwagi. Istniała tylko jedna zasada, żadnych słodyczy bezpośrednio przed obiadem, bo obiad trzeba było zjeść. Więc to nie cukier jest tu moim zdaniem problemem. W każdym razie nie jedynym winnym. Dużo się ostatnio dyskutuje o tym, że rodzaj cukru może mieć znaczenie. Kiedyś słodziło się prawie wyłącznie sacharozą z buraka, dziś używa się nagminnie tańszych syropów glukozowo - fruktozowych z kukurydzy, a te podejrzewa się o stymulowanie zaburzeń metabolizmu i nadwagi. Podobno nawet coca-cola na polski rynek słodzi ciągle jeszcze syropem, a w Europie Zachodniej używa już ze względu na bardziej wymagających konsumentów "prawdziwego" cukru.
          • szarsz Re: Słodycze 08.08.14, 19:42
            > Nikt w rodzinie z cukru nie robił problemu, a chuda byłam jak szczapa, podobnie jak reszta
            > rodziny.

            U mnie też nie robiono problemu, wręcz przeciwnie, były to czasy, kiedy karmiło się zgodnie z zasadą: cukier krzepi. No i ja niestety nie byłam chuda, gruba też nie, ot taka średnia. Natomiast odkąd pamiętam miałam rozregulowany na maksa mechanizm głodu - sytości i póki byłam młoda, to się jakoś trzymałam, a potem było coraz gorzej. Sądzę więc, że to kwestia podatności konkretnego organizmu i metabolizmu.
            • pierwszalitera Re: Słodycze 08.08.14, 20:53
              szarsz napisała:

              > U mnie też nie robiono problemu, wręcz przeciwnie, były to czasy, kiedy karmiło
              > się zgodnie z zasadą: cukier krzepi. No i ja niestety nie byłam chuda, gruba t
              > eż nie, ot taka średnia. Natomiast odkąd pamiętam miałam rozregulowany na maksa
              > mechanizm głodu - sytości i póki byłam młoda, to się jakoś trzymałam, a potem
              > było coraz gorzej. Sądzę więc, że to kwestia podatności konkretnego organizmu i
              > metabolizmu.

              Indywidualnej genetycznej predyspozycji nie neguję, jednak to nie wszystko. W moich czasach większość kolegów i koleżanek w szkole (także średniej) mogła pochwalić się szczupłą sylwetką, dziś jednak wielu z nich ma poważną nadwagę, a ja zawdzięczam moje BMi w okolicach 21 nie tylko szczupłym genom. Podobnie jak moja mama. I nie w konsumpcji cukru się chyba się różnimy od tych, którzy mieli "mniej szczęścia". Ogólnie chyba mniej kalorycznie konsumowałyśmy i konsumujemy, bo jako dziecko wprawdzie jadłam duuuużo słodkiego, ale poza trzema głównymi posiłkami o jedzenie i słodycze musiałam poprosić, nie było zwyczaju zawsze dostępnego talerza z przegryzkami i automatycznego, bezrefleksyjnego wpychania. Na ulicy się też nie jadło (oprócz tej samodzielnie kupowanej oranżady), więc nie dostawaliśmy jako dzieci w łapę żadnych buł i smakołyków, do dzisiaj mam problemy z jedzeniem w biegu, nawet lody na spacerze to dla mnie pewien logistyczny kłopot. Do jedzenia się siadało przy stole. Do tego mama preferowała lekką, mało tłustą, urozmaiconą, interesująco przyprawioną kuchnię. U wielu moich znajomych na stole była często monotonność zalewana śmietaną, okraszana skwarkami, dużo i tłusto, jak to na Śląsku. Więc ten zjadany i wypijany cukier pokrywał chyba moje normalne zapotrzebowanie na kalorie. To chyba nie ma znaczenia co się je, jeżeli nie przekracza się ilości spalanych kalorii. W każdym razie u dzieci, bo nikt nie rodzi się z insulinoopornością i zaburzeniem łaknienia.
              • szarsz Re: Słodycze 08.08.14, 21:46
                > lemy z jedzeniem w biegu, nawet lody na spacerze to dla mnie pewien logistyczny
                > kłopot. Do jedzenia się siadało przy stole.

                No właśnie, ja też pamiętam jak pisałaś o micie 5 czy 6 małych posiłków. Wtedy był to dla mnie jeden z bardzo ważdnych impulsów do zmiany. Z ulgą przestałam myśleć o jedzeniu na większą część dnia. I przestałam tyć.
              • szarsz Re: Słodycze 09.08.14, 11:30
                > To chyba nie ma znaczenia co się je, jeżeli nie przekracza się ilości spalanych kalorii.
                > W każdym razie u dzieci, bo nikt nie rodzi się z insulinoopornością i zaburzeniem łaknienia.

                Myślę nad tym od wczoraj i z jednej strony rozumiem przesłanie, gdzieś tam się z nim zgadzając: że należy pilnować, aby nie utuczyć dzieciaka. Łapię się na tym, że szczególnie w wakacje, gdy starszak lata po 12 godzin po dworze, mooocno luzuję słodyczowe lejce, domagam się jedynie, aby miał co najmniej dwa, a optymalnie trzy "normalne posiłki". Z drugiej strony tak myślę o tej insulinooporności i widzę, że ona zwyczajnie narasta.
                Już dzieci inaczej reagują na kiepski posiłek (np. frytki z keczupem), po pół godzinie słyszę: "głoooodny jestem", a inaczej nawet na tradycyjny. Nie wszystkie, mam w swoim otoczeniu jedną dziewczynkę i jednego chłopca, którzy wrzucą co bądź i do wieczora im wystarczy. Ale jednak większość, któa na śniadanie zje czekoladowe kulki z mlekiem, natychmiast po śniadaniu zaczyna, jak ja to mówię, "szukać". Jak znajdzie, to nie zje obiadu, więc ciągnie na deser i prawdziwy głód czują dopiero wieczorem. Wtedy zaczyna się rąbanie jednej kiełbasy za drugą.

                I być może kluczem jest to, o czym piszesz Ty i Teresa, wyrabianie nawyku, że posiłek to posiłek, a między posiłkami się robi mnóstwo ciekawych rzeczy, ale nie rusza szczęką.
              • bathilda Re: Słodycze 09.08.14, 20:05
                pierwszalitera napisała:

                > Indywidualnej genetycznej predyspozycji nie neguję, jednak to nie wszystko. W m
                > oich czasach większość kolegów i koleżanek w szkole (także średniej) mogła poch
                > walić się szczupłą sylwetką, dziś jednak wielu z nich ma poważną nadwagę, a ja
                > zawdzięczam moje BMi w okolicach 21 nie tylko szczupłym genom. Podobnie jak moj
                > a mama. I nie w konsumpcji cukru się chyba się różnimy od tych, którzy mieli "m
                > niej szczęścia". Ogólnie chyba mniej kalorycznie konsumowałyśmy i konsumujemy,
                > bo jako dziecko wprawdzie jadłam duuuużo słodkiego, ale poza trzema głównymi po
                > siłkami o jedzenie i słodycze musiałam poprosić, nie było zwyczaju zawsze dost
                > ępnego talerza z przegryzkami i automatycznego, bezrefleksyjnego wpychania.

                Zastanawiałam się nad tym od wczoraj. I myślę, że to też jeszcze nie wszystko. Moja mama gotowała smacznie i zdrowo, nie przypominam sobie z dzieciństwa ciężkich tłustych potraw. Jedliśmy zasadniczo 3 posiłki, podjadania nie było, słodyczy nie było, nawet obiad był zwykle bez deseru. Tyle że w rodzinnym domu nigdy nie usłyszałam że jem za dużo, nigdy nie odmówiono mi dokładki a prawie zawszę taką zaproponowano. Wielkość porcji określała mama i po posiłku talerz musiał być pusty i basta. Kiedy wyszłam za mąż, mój mąż był zdumiony wielkością porcji które uważałam za "normalne". Po ponownym samodzielnym przemyśleniu tego ile jem w krótkim czasie straciłam jeden rozmiar i rozsądną wagę udaje mi się utrzymać w miarę stabilnie od 10 lat.

                W ramach anegdoty mogę opowiedziec historię zbliżoną do Madzioreck i jej legendarnej pojemności na zupę. Mój Tata do dziś z dumą w głosie opowiada (a minęło 20 lat) że kiedy mieszkaliśmy na południu to w sezonie cytrusowym zjadłam 150 kilo pomarańczy. Co środę jechał na targ i kupował 20-kilową skrzynkę którą zjadałam praktycznie sama. Ja wiem że pomarańcze są zasadniczo zdrowe, na pewno zdrowsze od wspominanych tu chrupków kukurydzianych. Ale to było 2-3 kilo dziennie, codziennie przez prawie 3 miesiące. A ja miałam wtedy 11 lat.
                • szarsz Re: Słodycze 09.08.14, 21:30
                  > arnej pojemności na zupę. Mój Tata do dziś z dumą w głosie opowiada (a minęło 2
                  > 0 lat) że kiedy mieszkaliśmy na południu to w sezonie cytrusowym zjadłam 150 ki
                  > lo pomarańczy.

                  No, ja też coś takiego miałm. Mój tata z kolei pracował w firmie importującej cytrusy, a że był tam na jakimś kierowniczym stanowisku, to regularnie przynosił skrzynki mandarynek, pomarańczy czy bananów. I też była wyłącznie radość, że to jem. Idiotyczne, jak teraz myślę.
          • bathilda Re: Słodycze 08.08.14, 20:14
            Pierwszalitero oczywiście u mnie w domu było podobnie. Jak się zastanowię to do picia dostawałam przede wszystkim herbatę, obowiązkowo z dwoma czubatymi łyżeczkami cukru. Tylko że ja nie byłam chuda jak szczapa, wręcz przeciwnie moje dzieciństwo upłynęło pod znakiem kpin rówieśników z mojej nadwagi.

            Pewnie masz rację z tym rodzajem cukru. Ale na pewno też ma znaczenie to że dzisiaj dzieci inaczej spędzają czas niż kiedyś. Ja w podstawówce, w słoneczny dzień, latałam kilka godzin po podwórku, na rowerze, drabinkach, grając w gumę. Dzisiaj dzieciaki wychodzą może na godzinę, jak rodzice wrócą z pracy i dadzą radę wyjść z nimi. Oczywiście o ile nie mają do wieczora zajęć pozalekcyjnych. W efekcie zużycie energii jest mniejsze. Zresztą nawet w przedszkolu - pamiętam że kiedy ja byłam w przedszkolu to biegaliśmy bez przerwy, w budynku i na zewnątrz. W przedszkolu gdzie chodziły moje dzieci biegać nie wolno bo można kogoś popchnąć albo się przewrócić.
            • szarsz Re: Słodycze 08.08.14, 20:24
              > Pewnie masz rację z tym rodzajem cukru.

              Rodzaj cukru być może też, ale ja mam wrażenie, że jednak nie do końca o to chodzi. Moim zdaniem ważniejszy od rodzaju cukru jest zwyczaj dodawania go wszędzie. W mięsie, parówkach, keczupie lanym do wszystkiego.
              Zresztą nawet herbata z 2 łyżeczkami cukru to 40 kcal na szklankę. Napoje/soczki/jogurty to między 50 a 60 kcal na 100 ml, czyli trzy razy więcej. To jakby herbatę słodzić 6 łyżeczkami cukru, a tego jednak nikt nie robił.

              > Ale na pewno też ma znaczenie to że dzi
              > siaj dzieci inaczej spędzają czas niż kiedyś. Ja w podstawówce, w słoneczny dzi
              > eń, latałam kilka godzin po podwórku, na rowerze, drabinkach, grając w gumę.

              To na pewno jest jeden z powodów. W podwórkowym towarzystwie mojego syna nie ma grubych dzieci. Z nadwagą jest jeden chłopak i czasem mu ciężko, jak włażą gdzieś, gdzie nie powinni, na rampę do jeżdżenia na desce na przykład nie da rady wejść, czy przeskoczyć przez wyższe ogrodzenie.
          • bathilda Re: Słodycze 18.08.14, 11:52
            pierwszalitera napisała:

            > Podobno nawet coca-cola na polski rynek słodzi
            > ciągle jeszcze syropem, a w Europie Zachodniej używa już ze względu
            > na bardziej wymagających konsumentów "prawdziwego" cukru.

            Aż sprawdziłam. Na coli którą piłam wczoraj wyraźnie było napisane "cukier".
        • turzyca Re: Słodycze 10.08.14, 10:23
          bathilda napisała:

          > Och Turzyco, żebyś Ty wiedziała (a dowiesz się na pewno jak przyjdzie pora) jak
          > i bój musi stoczyć matka która sobie ubzdura (tak, tak, ubzdura) że jej dzieci
          > będą pić wodę a nie soczki i herbatki.


          Wiesz, co mnie w tej calej sytuacji najbardziej martwi? Otoz ze moj wlasny osobisty konsumuje kofeine wylacznie pod postacia coli. No i pada mi argument, ze "w tym domu" sie nie pije tego typu rzeczy.
          Za to juz czuje w kosciach awanture nadciagajaca, jesli podam dziecku herbate-slomke. Z ta zlowroga kofeina czajaca sie w kazdej kropli.
          • szarsz Re: Słodycze 10.08.14, 11:35
            > No i pada mi argument, ze "w tym domu" sie nie pije tego typu rzeczy.

            Przy odrobinie szczęścia możesz trafić na taki egzemplarz dziecka jak moja córka: nie wypije absolutnie niczego, co ma w sobie choćby najmniejszą, niemal niewyczuwalną odrobinę gazu. Nawet stojąca 24 g na powietrzu staropolanka jest dla niej niepijalna :)
        • turzyca Re: Słodycze 10.08.14, 10:28
          > U nas akurat zasada "zjedz mięsko i warzywa jak chcesz deser" też działa. Ale w
          > ymaga od rodziców rozsądnego określania porcji na możliwości dziecka. Podobno w
          > myśl tej zasady duża część małych dzieci w Polsce zjada zdecydowanie za dużo m
          > ięsa jak na swoje potrzeby i możliwości.

          Moja znajoma, matka czworki doroslych dzieci, wynajmuje czesc domu, chetnie rodzinom z dziecmi, bo jej dzieci nie przeszkadzaja. I jest zszokowana, ze ludzie w ogole nie maja pojecia, co to jest dziecieca porcja. Ze przeciez kiedys to sie wiedzialo, ze male dziecko to dostaje takiego sznycelka, a teraz laduja dziecku na talerz caly wielki sznycel i potem sa tylko problemy.
      • szarsz Re: Słodycze 08.08.14, 19:55
        > A podsumowujac: bardzo lubie podstawowa zasade wychowawcza moich rodzicow czyli
        > racjonalne uzasadnianie zakazow i nakazow. Wlacznie z uczciwym ostrzezeniem, z
        > e czasem zachowujac sie rozsadnie, odstaje sie od aktualnej grupy, ale jesli si
        > e wie, ze ma sie dobre podstawy, to nie warto pedzic z reszta stada.
        > Tak wiec usiadz i przeanalizuj jadlospis dzieci, a potem ucz sensownego obchodz
        > enia sie z jedzeniem. Z informacja o wlasnej trzustce wlacznie.



        Uffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffff :)
        Czytałam Twój post ze ściśniętym sercem, bo ja postępuję z moimi dziećmi bardzo bardzo bardzo podobnie i wydało mi się z początku, że krytykujesz takie postępowanie Twoich rodziców.
      • pinupgirl_dg Re: Słodycze 09.08.14, 12:18
        > I w sumie to juz po dziurki w nosie mialam tej salaty, ale siedzialam i jadlam.
        > Bo odstawienie niedojedzonej salatki, zeby zjesc ciastko nie wchodzi w gre.
        > I swietnie wiem, ze to jest efekt cwiczenia przez cale dziecinstwo i mlodosc,
        > bo u nas obowiazywala zasada, ze jesli porcja obiadowa jest za duza, to
        > warzywa i mieso trzeba zjesc (zupa tez jest kategoria warzywa, u nas nie bylo
        > zawiesistych), nie miescic moga sie ziemniaki

        U mnie w domu obowiązywała podobna zasada, mięso to była świętość. I wcale nie wiem, czy taka dobra. Nie miałam wcale potrzeby wciskać w siebie tyle białka, męczyłam to mięso nieraz godzinami. A zapotrzebowanie energetyczne miałam spore. Od przedszkola wymieniałam z dzieciakami kotlety na ziemniaki, warzywa lubiłam, ale jako dodatek.
        Jako dorosła osoba z lekką tendencją do tycia, po prostu się tych węgli bałam, zawsze miałam w tyle głowy, że ziemniaki i chleb tuczą. A zbyt mała ich ilość w posiłku skutkuje u mnie właśnie większą ochotą na słodycze.
        Ostatnie pół roku intensywnej pracy kosztowało mnie +10-12kg. Wybrałam się więc do dietetyka, który obciął w mojej diecie tłuszcze i białko (a jestem wegetarianką, wydawało mi się zawsze, że jem białka za mało), dołożył kosmiczną jak dla mnie ilość węgli. I chudnę. Nie chodzę głodna, nie zapycham się ciastkami, jeśli tylko uda mi się do nich dorwać.
        • yaga7 Re: Słodycze 09.08.14, 12:23
          pinupgirl_dg napisała:

          > Ostatnie pół roku intensywnej pracy kosztowało mnie +10-12kg. Wybrałam się więc
          > do dietetyka, który obciął w mojej diecie tłuszcze i białko (a jestem wegetari
          > anką, wydawało mi się zawsze, że jem białka za mało), dołożył kosmiczną jak dla
          > mnie ilość węgli. I chudnę. Nie chodzę głodna, nie zapycham się ciastkami, jeś
          > li tylko uda mi się do nich dorwać.

          Ooo, a możesz rzucić jakimś przykładowym wege jadlospisem z węglami, na ktorym chudniesz?
          Też od zawsze mi się wydaje, że jem za mało białka (naście lat wegetarianizmu, teraz od czasu do czasu ryby, ale i tak jem za mało białka, jak sobie patrzyłam na różne zalecane diety na forach typu sfd).
          • pinupgirl_dg Re: Słodycze 09.08.14, 12:38
            > Ooo, a możesz rzucić jakimś przykładowym wege jadlospisem z węglami, na
            > ktorym chudniesz?
            > Też od zawsze mi się wydaje, że jem za mało białka (naście lat wegetarianizmu,
            > teraz od czasu do czasu ryby, ale i tak jem za mało białka, jak sobie patrzyłam
            > na różne zalecane diety na forach typu sfd).

            Myślę, że diety z sfd mają sens, gdy się trenuje. Jak pisałam, ostatnie pół roku było z tym u mnie ciężko, a przyzwyczajeń żywieniowych nie zmieniłam, stąd dodatkowe kilogramy. Przestałam się już łudzić, że wrócę do dawnego poziomu aktywności, zatem musiałam zrewidować moją dietę. Nadal dużo chodzę, staram się ruszać, ale to już nie to samo, co dźwiganie żelastwa.
            Co do diety - chodzę do dr Anny Majki, tutaj jest parę wywiadów z nią:
            zdrowiewkrakowie.pl/artykul/koniec.niepowodzen.w.odchudzaniu
            www.rmf24.pl/ciekawostki/news-jesz-chleb-ziemniaki-slodycze-i-nie-tyjesz,nId,634179
            Nie mam jako takiego jadłospisu na każdy dzień, mam dość dużą dowolność. Jeśli chcesz, poślę Ci na maila więcej szczegółów, chociaż nie wiem, czy to, co dobre dla mnie, będzie dobre dla kogoś innego. Generalnie jem 5 posiłków dziennie, mam dietę 1700kcal.
            • yaga7 Re: Słodycze 09.08.14, 12:46
              To bardzo chętnie poproszę na maila o szczegóły :)

              W sumie już od jakiegoś czasu myślę, żeby się udać do dietetyka, ale jakoś ciągle mi nie po drodze. Ale może powinnam.
        • pierwszalitera Re: Słodycze 09.08.14, 12:30
          pinupgirl_dg napisała:

          > Ostatnie pół roku intensywnej pracy kosztowało mnie +10-12kg. Wybrałam się więc
          > do dietetyka, który obciął w mojej diecie tłuszcze i białko (a jestem wegetari
          > anką, wydawało mi się zawsze, że jem białka za mało), dołożył kosmiczną jak dla
          > mnie ilość węgli.

          Jakiego białka jako wegetariance ci obciął? Założę się, że organiczył ci produkty mleczne, a to przecież żadne białko, tylko wybitnie mieszane produkty, które na dodatek mało sycą. Dołożył ci za to węglowodanów, bo pewnie jadłaś za mało.
          • pinupgirl_dg Re: Słodycze 09.08.14, 12:45
            > Jakiego białka jako wegetariance ci obciął? Założę się, że organiczył ci produk
            > ty mleczne, a to przecież żadne białko, tylko wybitnie mieszane produkty, które
            > na dodatek mało sycą. Dołożył ci za to węglowodanów, bo pewnie jadłaś za mał
            > o.

            Jem zarówno produkty mleczne, jajka i strączki, tylko proporcje mam inne. Wcześniej np. jadłam talerz jajecznicy i kawałeczek chleba. Teraz jem np. dwie kromki chleba z jajkiem na twardo.
            Nie neguję wcale diet niskowęglowodanowych, u wielu osób się sprawdzają. Ale u mnie większa ilość ww w stosunku do białka się sprawdza całkiem dobrze, o czym się przekonuję po raz kolejny w życiu. Przy czym i tak gdy się nie pilnuje, zawsze podświadomie te węgle ograniczam, bo, jak napisałam, mam cały czas w tyle głowy, że przytyję.
            • pierwszalitera Re: Słodycze 09.08.14, 13:15
              pinupgirl_dg napisała:

              > Nie neguję wcale diet niskowęglowodanowych, u wielu osób się sprawdzają



              Ja też nie neguję diet ograniczających białko i tłuszcz, schudnąć można na wiele sposobów. Diety niskoinsulinowe pomagają tylko zachować nie - wegetarianom z tendencją do insulinooporności niższą wagę na dłużej. Dieta wegetariańska też może być zresztą dietą niskoinsulinową, właśnie przez ograniczenie zwięrzęcych białek. To jest jednak trudniejsze, bo wykluczając (ograniczając) nabiał i jaja należy uwzględnić większą ilość białek roślinnych, a do tego trzeba myśleć co się gotuje, w naszej szerokości geograficznej nie ma tradycji takich potraw. Moja koleżanka schudła na ekologicznej wegańskiej diecie przy jedzeniu do syta jak ta lala, z jakiś 110kg na 80-coś tam w rekordowo krótkim czasie, no ale jednak z wielu rzeczy musiała zrezygnować, bo wegańskie reguły są surowe. Wcześniej nie potrafiła się ograniczyć, bo wszędzie kusiło coś dobrego. Niektórzy potrzebują reżimu w postaci surowej diety, pytanie tylko, ile to wytrzymają? Najlepsze, że ciągle słodzi napoje, teraz tylko pieruńsko drogim sokiem z agawy (więc oszczędniej), odpadły jej jednak tanie konwencjonalne słodycze. ;-)
              • klymenystra Re: Słodycze 09.08.14, 21:09
                Na diecie wegetariańskiej nie trzeba ograniczać nabiału i jaj. Mam arcyciekawą książkę kucharską o wegetarianizmie dla diabetyków, planuję wprowadzić jej zasady w życie od a do zet, tym bardziej, że są tam wyniki badań dotyczące diety wege w leczeniu cukrzycy - wykluczenie mięsa powoduje, że ludzie chudną, a stan ich zdrowia się polepsza, mogą nawet odstawiać niektóre leki.
                Dania nie są skomplikowane - opierają się na warzywach, kaszach, strączkach, tofu, mleku sojowym oraz serach. O wiele łatwiejsze do przyrządzenia niż mięso, IMHO.
                • pierwszalitera Re: Słodycze 10.08.14, 11:46
                  klymenystra napisała:

                  > Na diecie wegetariańskiej nie trzeba ograniczać nabiału i jaj. Mam arcyciekawą
                  > książkę kucharską o wegetarianizmie dla diabetyków, planuję wprowadzić jej zasa
                  > dy w życie od a do zet, tym bardziej, że są tam wyniki badań dotyczące diety we
                  > ge w leczeniu cukrzycy - wykluczenie mięsa powoduje, że ludzie chudną, a stan i
                  > ch zdrowia się polepsza, mogą nawet odstawiać niektóre leki.

                  Powiedzmy tak, otyłemu diabetykowi, który chudnie, zawsze poprawiają się wyniki badań i nie robi to różnicy czy chudnie na diecie wegetariańskiej, czy na Atkinsie. Ja w swojej pracy mam masę cukrzyków, którym udało się odstawić lekarstwa, a są to ludzie ciągle jedzący mięso. Człowiek jest istotą (prawie) wszystkożerną i nie ma żadnych badań potwierdzających tezę, że coś tam z założenia nam szkodzi. Owszem, nadwaga połączona z wygodnym trybem życia nie jest korzystna, ale to banał.

                  > Dania nie są skomplikowane - opierają się na warzywach, kaszach, strączkach, to
                  > fu, mleku sojowym oraz serach. O wiele łatwiejsze do przyrządzenia niż mięso, I
                  > MHO.

                  Ale warzywa, strączki, soja, to dla wielu ludzi w naszej szerokości geograficznej kosmos. A kaszy, to przeciętny Niemiec, czy inny Brytyjczyk na przykład już w ogóle nie jada, chyba że w postaci grysiku jako słodki deser. No i nie mogę wyobrazić sobie włoskiej, czy francuskiej kuchni z tofu zamiast mięsa, sorry, to ja wolę już wcale nie jeść. Tym bardziej, że soja wcale nie jest taka bezproblematyczna. Wegetarianizm nie jest więc dla mas i nigdy nie będzie.
          • pinupgirl_dg Re: Słodycze 09.08.14, 13:00
            Aha, jeszcze doprecyzuje - nie twierdzę, że utyłam tylko od tej jajeczniczki ;), jak pisałam, słodyczy też sporo było w moim jadłospisie, chociaż tego nie planowałam. Gdy jeszcze ćwiczyłam, miałam więcej czasu, jakoś to ogarniałam, a ewentualne grzeszki uchodziły mi na sucho. Ale praca, stres powodowały, że przestałam to kontrolować, niskie spożycie ww w ciągu dnia u mnie apetyt na słodycze zdecydowanie podkręca.
            • szarsz Re: Słodycze 10.08.14, 11:31
              > ntualne grzeszki uchodziły mi na sucho. Ale praca, stres powodowały, że przesta
              > łam to kontrolować, niskie spożycie ww w ciągu dnia u mnie apetyt na słodycze z
              > decydowanie podkręca.

              Moja dietetyczka w moim przypadku (bardzo silna insulinooporność) na począku bardzo mocno tnie węgle. Na dwa miesiące, potem kontrola i ewentualne powolne ich wprowadzanie. Wtedy, kiedy trzustka już spokojniejsza i nie szaleje.
              I ja kiedyś nie mogłam zjeść tradycyjnego obiadu, bez szaleńczego napadu głodu, ostatnio swobodnie zjadam już kaszę z gulaszem i jest ok. Także te niskie węgle, to niekoniecznie do końca życia.
        • turzyca Re: Słodycze 10.08.14, 10:36
          > U mnie w domu obowiązywała podobna zasada, mięso to była świętość. I wcale nie
          > wiem, czy taka dobra. Nie miałam wcale potrzeby wciskać w siebie tyle białka, m
          > ęczyłam to mięso nieraz godzinami. A zapotrzebowanie energetyczne miałam spore.
          > Od przedszkola wymieniałam z dzieciakami kotlety na ziemniaki, warzywa lubiłam
          > , ale jako dodatek.
          > Jako dorosła osoba z lekką tendencją do tycia, po prostu się tych węgli bałam,
          > zawsze miałam w tyle głowy, że ziemniaki i chleb tuczą. A zbyt mała

          Ja sie zastanawiam, co bylo u nas wieksza swietoscia i wychodzi, ze chyba jednak warzywa. No i porcje miesa byly dzieciece, a nie jednakowe dla wszystkich. Z drugiej strony gotowalo sie tak, zeby wszyscy chetnie jedli, wiec raczej nie bylo memlania obrzydliwych zimnych zeberek, za to byl taki rok, kiedy jedlismy glownie bitki zapiekane w cebuli oraz rosol, bo moja siostra niechetnie jadla cokolwiek innego. A takiej brukselki nie bylo prawie nigdy, bo moja matka za nia nie przepada.
          I mam wrazenie, ze raczej zostalam wychowana bez paranoi jedzeniowych - ziemniaki czy chleb nie sa zle, ale nie nalezy przesadzac. Caly garnek dobrze zrobionego puree jest przesada, jedna porcja, no druga w napadzie lakomstwa miesci sie w normie. Wszystko jest kwestia proporcji.
          • szarsz Re: Słodycze 10.08.14, 11:28
            > k warzywa. No i porcje miesa byly dzieciece, a nie jednakowe dla wszystkich. Z
            > drugiej strony gotowalo sie tak, zeby wszyscy chetnie jedli, wiec raczej nie by
            > lo memlania obrzydliwych zimnych zeberek

            No właśnie, łatwo jest, gdy dzieci mają dość jasno sprecyzowane sympatie i antypatie. I jeśli wiem, że mój starszy choćby go ciągali koniami, nie zje gotowanych warzyw, to zawsze mu odkładam surowe, a on z kolei wie, że to rzecz do jedzenia, a nie ozdoba talerza.
            Gorzej było, jak nie chciał nic jeść (o pardon, jadł rosół) i na widok jakiegokolwiek talerza z czymkolwiek na nim wybuchał potwornym rykiem. To już mnie wkurzało, nie powiem.

            Tak samo młodsza. Ok, bardzo chce, dostanie rogala maślanego na śniadanie, ale potem już nie sięga po bułkę tylko po pomidora, wędliny jeść nie musi. Ale ja z kolei wiem, że po takim śniadaniu muszę jej przygotować większą porcję ryby i groszku.
    • bathilda Re: Słodycze 08.08.14, 17:31
      Tak jeszcze a propos obserwacji i zaskoczeń. Mój syn w zeszłym roku poszedł do szkoły. I okazało się ku mojemu zdumieniu że wielu jego kolegów na drugie śniadanie dostaje batonik, drożdżówkę, rogalik, ciastko i chipsy. I nie "lub" tylko wszystko. I nie oprócz kanapki tylko zamiast. Niektórzy nawet obiadu w szkole nie jedzą (siedząc w niej od 8 do 16) bo nie lubią, ale śniadaniówkę mają wypchaną słodkimi rzeczami i snakami. Mój syn który na drugie śniadanie dostaje kanapkę (którą zresztą musi sobie sam zrobić), jabłko (które musi sobie sam umyć) i butelkę wody jest zdecydowanym wyjątkiem.

      A już najciekawsze jest dla mnie kiedy rozmawiam na podwórku z matką takiego kolegi i słyszę jak mi się żali że to taki niejadek. No kto normalny jadłby szpinak jak może batonika? Przynajmniej jaki normalny 7-latek? ;).
      • szarsz Re: Słodycze 08.08.14, 19:49
        bathilda napisała:

        > Tak jeszcze a propos obserwacji i zaskoczeń. Mój syn w zeszłym roku poszedł do
        > szkoły. I okazało się ku mojemu zdumieniu że wielu jego kolegów na drugie śniad
        > anie dostaje batonik, drożdżówkę, rogalik, ciastko i chipsy. I nie "lub" tylko
        > wszystko.

        U mnie tak samo. I fanta do picia (bo, rozumiesz, to lepsze niż cola). Oraz kasę na sklepik.
    • sylwiastka Re: Słodycze 09.08.14, 09:46
      Może nie będę reprezentatywnym przykładem, bo nie mam dzieci, a sama w dzieciństwie byłam niejadkiem. Jednak pamiętam doskonale tuczenie za siłę w przedszkolu, wlewanie zupy mlecznej do gardła i nieustanne nasiadówki nad pełnym talerzem.
      Nie jadłam nic, ale w domu nikt mnie nie karmił, nie zmuszał. Chyba miałam ciągoty do słodyczy,ale ich po prostu nie było. Skoro nie jadłam, to słodyczami tym bardziej nie byłam karmiona. Nawyki żywieniowe wyniosłam z domu, nie z przedszkola, stołówek czy domów koleżanek i kolegów. U mnie nie było tradycyjnej kuchni polskiej i potraw mączno-ziemniaczanych. Nie było obiadów z deserem (tylko gdy byli goście) oraz nie było słodyczy. Jedynie czasami tabliczka czekolady. Może czasy były biedniejsze, ale nie dostawałam słodyczy w prezencie. Oczywiście jadłam u znajomych, tak samo jak cole i chipsy, ale na zasadzie poczęstunku. Do własnej diety ich nie wprowadziłam. Wiec chyba przykład z domu jest jednak najważniejszy.
      • szarsz Re: Słodycze 09.08.14, 11:20
        sylwiastka napisała:

        > Może nie będę reprezentatywnym przykładem, bo nie mam dzieci,

        Gdybym chciała pogadać tylko z matkami, to bym poszła na matkujące :)

        > czasy były biedniejsze, ale nie dostawałam słodyczy w prezencie.

        Ja też tego jakoś nie pamiętam. Raz któryś z gości rodziców przyniósł czekoladę i położył w moim pokoju (mnie nie było w domu), jak wróciłam po godzinie to znalazłam tylko smętne resztki papierków - pies zeżarł :D
        Natomiast teraz jest tego ogrom, słodycze (cukier) są bardzo tanie, więc każdy do każdego coś gdzieś przynosi - czy to lody, czy to czekoladę (wczorajsza scenka: no i po co przyniosłaś czekoladę? Żeby pamiętała, że ciocia jest fajna. A sama się teraz odchudzasz po takich ciociach i masz im za złe? ...)

        > własnej diety ich nie wprowadziłam. Wiec chyba przykład z domu jest jednak najw
        > ażniejszy.

        Cały czas mam nadzieję :)
        • yaga7 Re: Słodycze 09.08.14, 11:26
          No to ja jeszcze dodam, że z czasów wczesnego dzieciństwa (lata 80.) słodycze jak najbardziej pamiętam. Zbierałam wszystkie sreberka po czekoladach ;)

          A później jak już były bardziej dostępne, to czekolady były wszędzie i zawsze jak szłam gdzieś do rodziny, dostawałam. Wszystkim dzieciom w rodzinie, nawet jak już były pełnoletnie, zwykle do prezentów dawało się coś słodkiego.
          • teresa104 Re: Słodycze 09.08.14, 12:24
            Pamiętam jak ojciec przywiózł w Węgier pudełko po butach wypełnione czekoladami Americana, brązowe opakowanie z pomarańczową palmą. Dostaliśmy z bratem po jednej, resztę zachowano na prezenty dla... dzieci z rodziny, wydawano je sukcesywnie z okazji świąt, nam nie wolno było czekolad ruszać. Słodycze jak najbardziej wtedy istniały, może mniej, ale nikt nie był od brzasku gwałcony przez oczy i uszy reklamami coraz wymyślniejszych ulepów.
        • pierwszalitera Re: Słodycze 09.08.14, 12:24
          szarsz napisała:

          > Natomiast teraz jest tego ogrom, słodycze (cukier) są bardzo tanie, więc każdy
          > do każdego coś gdzieś przynosi - czy to lody, czy to czekoladę (wczorajsza scen
          > ka: no i po co przyniosłaś czekoladę? Żeby pamiętała, że ciocia jest fajna. A s
          > ama się teraz odchudzasz po takich ciociach i masz im za złe? ...)
          >

          No właśnie, że nie. ;-) Sprawdź składy tych słodyczy. Zdziwisz się, w wielu nie ma w ogóle cukru, tylko przeróżne mieszanki syropowe.
          No i skoro słodycze są tanie, to przynoszenie tych kupnych "w gości" powinno być moim zdaniem obciachem. Coś co można sobie sprawić za grosze, nie nadaje się już moim zdaniem do wyrażania sympatii. ;-)
          • szarsz Re: Słodycze 09.08.14, 12:41
            W czekoladach jednak z reguły jest cukier, tam oszukują głównie na tłuszczach. Syropy g-f mają jednak inną konsystencję i stawiam, że czekolada miałaby za niską temperaturę topnienia.
            • magic.only Re: Słodycze 10.12.14, 21:30
              Próbowałam żyć bez słodyczy, ale po prostu nie jestem w stanie. Chyba lepiej je ograniczyć i zastąpić owocami, ale umówmy się, nic tak nie poprawia humoru jak czekolada ;) A jak widzę gdzieś migdały w czekoladzie Monbany, to oczy mi się świecą jak nigdy :)
    • bathilda Re: Słodycze 09.08.14, 10:26
      Taka obserwacja na gorąco. Moje dzieci wróciły wczoraj z dwutygodniowego pobytu u pradziadków. Przywiozły po 700 gram dodatkowej masy własnej (co normalnie zajmuje im pół roku) oraz resztki słodyczy których nie dojedli. 8 paczek mamby (nie 8 sztuk, 8 paczek), 3 opakowania żelek i 2 paczki mentosów. Normalnie jedliby to takoż pół roku, a tutaj to są resztki z 2 tygodni. Zakładam, ze każdy kto odwiedzał dziadków, wiedząc że są tam dzieci, przywoził im słodycze. I gdybym stanęła okoniem domagając się, że jeśli już muszą coś im przywozić (bo ja akurat nie uważam tego ani za konieczne ani za słuszne) to już lepiej kolorowankę, to zapewne uznana zostałabym za matkę wyrodną i niegodną. Przed którą dzieci należy ratować pasąc cukierkami za jej plecami ...
      • teresa104 Re: Słodycze 09.08.14, 11:07
        Ja od dziadków wracałam chuda, brudna i skołtuniona, ze strupami, czarną szyją i kleszczem, było tyle ciekawych rzeczy do robienia, konie, wiatrówka, las, rzeka, wakacje od mycia i czesania. Tak byś wolała?;)
        • bathilda Re: Słodycze 09.08.14, 11:15
          A nie, brudni i podrapani też wrócili ;).
        • szarsz Re: Słodycze 09.08.14, 11:21
          Ja bym stanowczo tak wolała :) Sama mam podobne wspomnienia z dzieciństwa, może poza koniami i uważam, że to najlepsze, co może dzieciaka spotkać. Niestety, nie mam już nikogo w rodzinie, kto miałby taaaaakie możliwości :(
      • roza_am Re: Słodycze 09.08.14, 17:21
        I gdybym s
        > tanęła okoniem domagając się, że jeśli już muszą coś im przywozić (bo ja akurat
        > nie uważam tego ani za konieczne ani za słuszne) to już lepiej kolorowankę, to
        > zapewne uznana zostałabym za matkę wyrodną i niegodną. Przed którą dzieci nale
        > ży ratować pasąc cukierkami za jej plecami ...

        Ja w tym widzę z jednej strony mechanizm pt. "niech młodzi mają lepiej niż ja miałam/em". Zrozumiały u pokolenia powojennego, ale potem powielany bezrefleksyjnie, mimo iż kolejne pokolenia obiektywnie mają lepiej. Może dopiero musi nastąpić jakieś mocno zauważalne przegięcie (wysyp chorób i innych negatywnych skutków przekarmiania słodyczami), żeby nastąpiło zatrzymanie tego mechanizmu.
        Ale z drugiej strony jest w tym coś takiego jak "trzeba dzieciom jakoś osłodzić dzieciństwo". I tego już nie rozumiem. Tzn. nie rozumiem dlaczego trzeba dzieciom to dzieciństwo osładzać? Przecież dzieci mają jeszcze tę spontaniczną radochę z drobiazgów, z rzucania kamykami i rysowania patykiem. Cieszą się życiem w sposób naturalny, jest ono dla nich frajdą i przygodą. To dorośli są zmęczeni, znudzeni i rozczarowani. Projektują te swoje odczucia na dzieci czy po prostu nie pamiętają tej dziecięcej radochy?
        • pierwszalitera Re: Słodycze 09.08.14, 17:56
          roza_am napisała:

          Projektują te swoje odczucia na dzieci czy po prostu n
          > ie pamiętają tej dziecięcej radochy?

          Projekcja. Stąd ci wszyscy ambitni rodzice wysyłający dziecko na chiński, tenis, balet i grę na skrzypcach bez pytania o talent i ochotę. Sami prowadzą szare, przeciętne życie bez pasji i zainteresowań, więc próbują się zrealizować przy pomocy dzieci. ;-)
          • roza_am Re: Słodycze 09.08.14, 19:17
            No nie wiem. Mnie się takie posyłanie dzieci na 150 zajęć kojarzy raczej z wyścigiem szczurów. Tacy rodzice zajmują się raczej ogarnianiem logistyki i zarabianiem na opłaty, a nie ekscytacją tymi dziecięcymi hobby. Rodzice przeżywający wraz z dziećmi ich zainteresowania kojarzą mi się raczej z sytuacjami, gdzie dziecko ma jedno, konkretne hobby w danym momencie, wokół którego kręci się życie całej rodziny.
        • sylwiastka Re: Słodycze 09.08.14, 18:50
          Widzę jeszcze jeden mechanizm, ale on jest ściśle związany z naszą kulturą i może trudniej go zaobserwować.
          Jedzenie nie jest wyłącznie po to aby zaspokajać głód, stymulować prawidłowy rozwój i funkcjonowanie człowieka. Ma szereg innych funkcji, które często stoją na równi lub ponad tą jedną podstawową. Poprzez jedzenie się socjalizuje, utrzymuje relacje i więzi. I co bardzo widać w polskich, włoskich czy hiszpańskich rodzinach, poprzez jedzenie wyraża się pozytywne uczucia: miłość, przywiązanie i troskę. Rodzice i dziadkowie jedzeniem chcą przede wszystkim dogodzić, uprzyjemnić, a nie zdrowo zaspokoić zapotrzebowanie na budulec i energię.
          Dlatego tak się gania z bananami, futruje przekąsami, podaje słodkie, bo to lubią dzieci. To jest troska. Np we Francji tego nie zaobserwowałam. Tam jedzenie jest od zaspokajania głodu i załatwiania biznesów czy towarzyszy randkom. Dzieciom się nie dogadza jedzeniem.
          • roza_am Re: Słodycze 09.08.14, 19:10
            Rodzice i dziadkowie jedzeniem chcą przede wszystkim dogodzić, uprzyjem
            > nić, a nie zdrowo zaspokoić zapotrzebowanie na budulec i energię.

            Oddzielne posiłki jedzone przy stole też mogą być przyjemne. Jaki jest cel tego dogadzania, skoro życie dzieci i tak jest przyjemne? Może to także spuścizna pokoleniowa z ciężkich czasów? Kiedy dzieciństwo oznaczało np. ciężką pracę w polu i faktycznie było co osładzać.
            • sylwiastka Re: Słodycze 09.08.14, 19:18
              Ależ ja sobie zadaję to samo pytanie. Wg mnie to jest zbędne. Jednak tak na razie jest, że przez żołądek do serca (ukochanego, dzieci czy ogólnie rodziny). Przy stole jest fajnie porozmawiać, to jest jasne. Jednak wg mnie największy feler widzę w traktowaniu dań i jedzenia jako uprzyjemniacza, dogadzacza, a nie pożywienia. Gotowanie tego, co się lubi, a nie tego, co jest zdrowsze. Chyba lepiej by było, gdyby jedzenie było czymś obojętnym, a nie nośnikiem emocji.
              • roza_am Re: Słodycze 09.08.14, 19:30
                Jak dla mnie to się wcale nie musi wykluczać. Tzn. lubię być karmiona przysmakami, ale w rozsądnych ilościach i częstotliwościach. Za dużo/za często mnie męczy zamiast mnożyć przyjemność i upodobanie do karmiciela. No, ale ja typ kontrolowany jestem ;)
              • szarsz Re: Słodycze 09.08.14, 21:48
                > żywienia. Gotowanie tego, co się lubi, a nie tego, co jest zdrowsze.

                Ależ imho jest gorzej, dobre gotowanie jest rzadkie i jedzenie generalnie jest kiepskie. Poza tym zawsze pozostaje pytanie, co tak naprawdę jest zdrowe? Zalecenia zmieniają się z roku na rok, ostatnio został ułaskawiony odsądzany od czci i wiary smalec. Ponadto każdy ma swoje indywidualne ograniczenia, które mieszają jeszcze bardziej.

                A wafelek prawie zawsze jest smaczny ;)
                • sylwiastka Re: Słodycze 10.08.14, 00:16
                  Zdrowe czyli zrównoważone i w ilości niezbyt dużej :) Nikt mi nie wmówi, że zdrowe są słodzone zupy mleczne z zacierkami, obiady na słodko oraz smażone racuchy nawet z jabłkami czy dżemem. A to lubią dzieci oraz były to przez długie lata typowe potrawy dziecięce. Mnie karmiono jak dorosłego od momentu rozszerzania diety. Nikt nie bawił się w kuchnie dla dzieci. Było dużo warzyw, ryby, mięso i węglowodany, czyli to, czego potrzebuje każdy.
                  • szarsz Re: Słodycze 10.08.14, 11:20
                    > Mnie karmiono jak dorosłego od momentu rozszerzania
                    > diety. Nikt nie bawił się w kuchnie dla dzieci. Było dużo warzyw, ryby, mięso i
                    > węglowodany, czyli to, czego potrzebuje każdy.

                    To tak, jak i ja postępuję ze swoimi dziećmi. W niedzielę mamy wyjątek od reguły, smażę wtedy górę naleśników, w sporej części z serem :) Ale to pewnie tłumaczy, dlaczego moje dzieci jedzą kasze (różne kasze), przeróżne warzywa i w różnej postaci, ryby, mięsa też przeróżne i piją sok pomidorowy - nie było u nas w domu innego dziecka, które by go choćby spróbowało.
                    Mam problem na wspólnych wyjazdach, takich w kilka rodzin, one tam widzą inne dzieci, które wybrzydzają i przebierają w słodzonych płatkach i kulkach (50 - 75% cukru), zalewają mlekiem i przegryzają serkami homogenizowanymi i chrupkami w czekoladzie. No i moje też chcą, patrzą na te kisiele, ciasteczka od rana do nocy. Na początku ciężko mi było wyluzować, teraz jest trochę lepiej, bo wiem, że to tydzień, dwa, po których wszystko wróci do normy. Łatwiej mi szczególnie odkąd babcia zluzowała ze słodkim i zachowuje rozsądek. Bo wcześniej to potrafiła z pieśnią na ustach: "jak ja nie lubię grubych dzieci" paść serniczkiem na przemian z jajkami niespodziankami.
        • szarsz Re: Słodycze 09.08.14, 21:43
          > pić jakieś mocno zauważalne przegięcie (wysyp chorób i innych negatywnych skutk
          > ów przekarmiania słodyczami),

          Ja nie wiem, czy to jest takie proste - bo te skutki już są, w tym te najbardziej oczywiste, dzieci mają dziury w zębach (mój dziewięciolatek i czterolatka ze zdrowymi zębami są jednorożcami), są grube (w klasie u mojego starszaka co najmniej pięcioro z duuużą nadwagą + kilkoro z mniejszą), ale powiązanie ich z przekarmianiem słodyczami jakoś nie następuje. Ja wciąż słyszę "on ma grube kości", taaaaaa :\

          > Tzn. nie rozumiem dlaczego trzeba dzieciom to dzieciństwo osładzać?

          No i to jest dla mnie kluczowe pytanie. Moje dzieci są dopiero drugim pokoleniem, któremu słodzi się dzieciństwo, pierwszym, które przy tym ma maksymalnie ograniczony ruch.

          > Projektują te swoje odczucia na dzieci czy po prostu nie pamiętają tej dziecięcej radochy?

          Ja mam teorię, ze to samolubne nagradzanie siebie (jestem super, bo sprawiam przyjemność dzieciom) lub fałszywe przekonanie, że tak trzeba (syndrom matki polki).
          • roza_am Re: Słodycze 10.08.14, 13:07
            > Ja nie wiem, czy to jest takie proste - bo te skutki już są, w tym te najbardzi
            > ej oczywiste, dzieci mają dziury w zębach (mój dziewięciolatek i czterolatka ze
            > zdrowymi zębami są jednorożcami), są grube (w klasie u mojego starszaka co naj
            > mniej pięcioro z duuużą nadwagą + kilkoro z mniejszą), ale powiązanie ich z prz
            > ekarmianiem słodyczami jakoś nie następuje.

            W realu już skutki są, ale w powszechnej świadomości jeszcze nie. Widać ta potrzebna masa krytyczna musi być znacznie większa. A może dopiero to pokolenie, które masowo odczuje skutki na samych sobie będzie inaczej karmiło swoje dzieci?
            • mszn Re: Słodycze 10.08.14, 13:37
              >A może dopiero to pokolenie, które masowo odczuje skutki na samych sobie będzie inaczej karmiło swoje dzieci?

              Wierzysz w to? Pokaż mi kraj, w którym po jednym/dwóch otyłych pokoleniach ludzie sami z siebie nagle zaczęli jeść inaczej. Mam wrażenie że póki co sytuacja tylko się pogarsza.
              • sylwiastka Re: Słodycze 10.08.14, 14:13
                Sami z siebie to chyba nie. Jednak za pokolenie czy dwa ludzie będą poniekąd zmuszeni. Widzę tu analogię do palenia papierosów.
                Zła dieta prowadzi do otyłości i jej następstw, cukrzycy i niektórych nowotworów. Leczenie tych chorób jest niesłychanie kosztowne. Zapobiegać im można odżywiając się racjonalnie. I właśnie do tego ludzie będą przekonywani. Zła dieta będzie passe, tak jak teraz palenie papierosów. Pierwsi, z własnej woli zaczną uważać ludzie wykształceni, później majętni. To już można obserwować w USA. Biedni, będą jeść kiepsko, bo nieprzetworzone jedzenie jest doższe oraz jako gorzej wyedukowani będą mniej świadomi.
    • teresa104 Radość nagłą poczułam 10.08.14, 14:03
      że jestem dzić poza rodzicielską pieczą. Jakaś spożywcza opresja wychodzi z tego wątku. Jakieś diety, bez cukru, soli, bez racuchów, oranżady, kontrola wagi, kontrola spożycia, przeliczanie gramów białka na kilogramy ciała. Czy to dziś naprawdę konieczne, żeby wyhodować zdrowego obywatela?
      • yaga7 Re: Radość nagłą poczułam 10.08.14, 14:41
        Trochę o tym samym pomyślałam.

        Nie byłabym w stanie sama w ten sposób kontrolować sposobu żywienia kogokolwiek. Już miałam problemy, jak chciałam barfem żywić kota, poddałam się, podejrzewam, że przy dzieciach poddałabym się pewnie jeszcze szybciej ;)
      • bathilda Re: Radość nagłą poczułam 10.08.14, 15:08
        Teresa/Yaga to tylko jedna strona medalu. Jak dzieci w domu to konieczna ciągła czujność a jak poza domem to stres co robią bez mamusinej czujności 😁.

        A poważnie to bez przesady. Jak się ustali jakieś ogólne ramy to potem wszystko się kręci w miarę sprawnie z niewielkim udziałem rodziców.
      • pinupgirl_dg Re: Radość nagłą poczułam 10.08.14, 15:20
        > że jestem dzić poza rodzicielską pieczą. Jakaś spożywcza opresja wychodzi z teg
        > o wątku. Jakieś diety, bez cukru, soli, bez racuchów, oranżady, kontrola wagi,
        > kontrola spożycia, przeliczanie gramów białka na kilogramy ciała. Czy to dziś n
        > aprawdę konieczne, żeby wyhodować zdrowego obywatela?

        W dużej mierze się z Tobą zgadzam.
        Myślę, że obie przedstawione tu postawy mają podobne źródło. Kiedyś ludzie chcący być jak najlepszymi rodzicami przywozili dziecku słodycze z Niemiec, teraz chwalą się tym, że słodycze to tylko w święta , a do obiadu zawsze surówka z ekologicznie uprawianych warzyw.
      • szarsz Re: Radość nagłą poczułam 10.08.14, 15:34
        > Czy to dziś naprawdę konieczne, żeby wyhodować zdrowego obywatela?

        I to jest pytanie, które ja sobie zadaję i które zadałam mądrym lobbystkom :)
        Na ile pilnować, na ile ingerować, na ile wtłaczać, a na ile dać luz. Dlatego, że ja tego nie wiem, głupia jestem z jednej strony atakowana śmieciowym jedzeniem, a drugiej niechętna kontroli.
        Całkiem luzu dac nie można imho, bo u dzieci (przynajmniej u moich) naturalną tendencją jest wybór jedzenia słodkiego. To się odbywa tak: dziecko poznaje słodycze, które są pożywieniem imho "idealnym", smakiem, konsystencją i kolorem. Nie mają grudek, nie są rozmiękłe (jak gotowane warzywa), miło chrupią, gdzie trzeba. Dziecko zaczyna je preferować i domagać się ich, odmawiając powoli wszystkiego, co ideałem nie jest. Trudniejsze do pogryzienia, nie tak miło drapiące po podniebieniu, czasem kwaśne, czasem ostre.
        Dwulatek jest już w stanie wybierać, co mu smakuje, a co nie. No i obserwujemy, jak to się potrafi skończyć, jeśli dzieciak sam wybiera, co będzie jadł. No właśnie, co? A może kiedy i ile? Dla mnie to jest problem, bo sama byłam wychowywana pod względem jedzeniowym bardzo źle, mam potężne problemy z zaburzonym poczuciem głodu - sytości, rozwaloną trzustkę itp.
        I widzę w bliskim otoczeniu dzieci hodowane tak jak ja byłam. Dzieci, które po niezjedzonym śniadaniu lecą po talerz z ciastkami, które konsumują przez całe przedpołudnie, potem mają na siłę wtłaczaną zupę do gardła, odmawiają drugiego dania, za to na deser (w nagrodę, że zjadły 20 łyzek zupy) dostają 3 gałki lodów z bitą śmietaną i sosem z butli. A w domu czekają cukierki, czekoladki i soczek. A potem, jak siedzimy przy grilu, domagają się kiełbasy za kiełbasą o 22, co kończy się awnaturą, bo rodzice ich nagle ocnknęli się, że dzieciak chce się najeść na noc za cały dzień. A dzieciak, w wieku 8 lat waży już dobrych 5 - 7 kilo za dużo i nie ma siły wejść na drzewo. To też normą nie jest. A przynajmniej dla mnie nie jest.

        I właśnie, gdzie jest ta norma? Gdzie, jak, ile dać, żeby było ok? Żeby obywatelowi nie spieprzyć życia z jednej strony nakazami i zakazami, a z drugiej nadmiernym rozpasaniem, o które w XXI w znacznie łatwiej, niż 30 lat temu.
        • pierwszalitera Re: Radość nagłą poczułam 10.08.14, 17:50
          szarsz napisała:

          > I to jest pytanie, które ja sobie zadaję i które zadałam mądrym lobbystkom :)
          > Na ile pilnować, na ile ingerować, na ile wtłaczać, a na ile dać luz.

          Istnieje jedna dobra i chyba najważniejsza zasada chroniąca przed błędami żywienia - nie jedz tego (albo siegaj po to bardzo rzadko), czego twoja babcia (prababcia u ludzi bardzo młodych) nie uważała za jedzenie. Pod tą definicję podpadają prawie wszystkie nowomodne przetworzone produkty. Korzystanie z kultury kulinarnej babć innych krajów jest dozwolone, bo nie chodzi o konkretne produkty, a o sposób przyrządzania. Oczywiście, to jest trudniejsze do zaszczepienia dziecku jeżeli wokół ludzie jedzą śmiecie, ale u koleżanki piętro niżej też jadło się zupełnie inaczej, a na moje zwyczaje żywieniowe większy wpływ miało jednak to, co było na stole u nas.

          > Całkiem luzu dac nie można imho, bo u dzieci (przynajmniej u moich) naturalną t
          > endencją jest wybór jedzenia słodkiego. To się odbywa tak: dziecko poznaje słod
          > ycze, które są pożywieniem imho "idealnym", smakiem, konsystencją i kolorem. Ni
          > e mają grudek, nie są rozmiękłe (jak gotowane warzywa), miło chrupią, gdzie trz
          > eba. Dziecko zaczyna je preferować i domagać się ich, odmawiając powoli wszystk
          > iego, co ideałem nie jest. Trudniejsze do pogryzienia, nie tak miło drapiące po
          > podniebieniu, czasem kwaśne, czasem ostre.

          Rodzimy się z preferencją słodkiego, słonego i wysokokalorycznego. To wrodzone. Dlatego dzieci mając do wyboru wysokokaloryczną żywność będę po taką sięgać, ignorując na przykład zapychające żołądek, ale energetycznie mało wartościowe warzywa. Dorośli jedzą warzywa też w zasadzie tylko z przymusu, wtedy gdy innych produktów jest za mało do zaspokojenia głodu, albo z racjonalnych przyczyn, na przykład by ograniczyć kaloryczność posiłku i zapewnić sobie witaminę C. Albo dla urozmaicenia diety, bo gdy możemy unikamy nudy, także na talerzu.


          > Dwulatek jest już w stanie wybierać, co mu smakuje, a co nie. No i obserwujemy,
          > jak to się potrafi skończyć, jeśli dzieciak sam wybiera, co będzie jadł.

          Na to istnieją też badania. Dzieci wybierające jedzenie całkowicie samodzielnie z dużej palety różnorodnych produktów nie zrobią sobie kolorowego talerza z wszystkim po trochu jak dorośli. Dzieci jedzą na przykład jednego dnia tylko słodkie, drugiego tylko ziemniaki, a trzeciego sięgną po surowe mięso. Tygodniowe bilansy pokazują jednak, że dzieciom przy takim odżywianiu absolutnie niczego nie brakuje, one instynktownie wiedzą czego i ile muszą zjeść.


          > I właśnie, gdzie jest ta norma? Gdzie, jak, ile dać, żeby było ok? Żeby obywate
          > lowi nie spieprzyć życia z jednej strony nakazami i zakazami, a z drugiej nadmi
          > ernym rozpasaniem, o które w XXI w znacznie łatwiej, niż 30 lat temu.

          Moim zdaniem dzieci rodziców z normalnym stosunkiem do jedzenia, też problemów mieć nie będą. Rodzicie borykający się z własnymi zaburzeniami łaknienia, na dietach i wiecznie kontrolujący własne i cudze talerze, są w trudniejszej sytuacji. Wyluzowanie przy posiłkach jest pewnie najważniejsze, nawet kosztem tego, że dziecko trochę się przegłodzi. Zanim stanie się jednak coś złego, włączy mu się instynkt samozachowawczy, gwarantowanie. Wszystkie produkty, które nie są jedzeniem (patrz zasada prababci), jak na przykład słodycze, można racjonować, ale unikać należy nagradzania przy pomocy jadalnych produktów. Przez to żarcie nabywa specjalnego emocjonalnego znaczenia i będę wykorzystywane w ten sposób także w dorosłym życiu. Więc daj dziecku coś słodkiego raz dziennie, po obiedzie na przykład, ale niezależnie od tego, co i ile zjadło i czy innym zachowaniem zasłużyło. Słodycze to tylko słodycze, nie należy robić z tego świętego graala. Moja grubawa koleżanka miała w domu zakaz słodkiego i wydawała na ten zakazany owoc po kryjomu całe kieszonkowe.
          • szarsz Re: Radość nagłą poczułam 10.08.14, 20:34
            > Istnieje jedna dobra i chyba najważniejsza zasada chroniąca przed błędami żywie
            > nia - nie jedz tego (albo siegaj po to bardzo rzadko), czego twoja babcia (pra
            > babcia u ludzi bardzo młodych) nie uważała za jedzenie.

            No i to u mnie wyszlo jakoś naturalnie. Obie moje babcie uważam za mistrzynie kuchenne i ogromnie załuję, że nie nauczyłam się od nich gotować, tylko z trudem odtwarzam niektóre ich potrawy.

            > się zupełnie inaczej, a na moje zwyczaje żywieniowe większy wpływ miało jedna
            > k to, co było na stole u nas.

            To jest właśnie to, co bardzo chciałam usłyszeć :) A że przewija się w wątku kilkakrotnie, mam nadzięję, że i u mnie tak będzie.

            > zystkim po trochu jak dorośli. Dzieci jedzą na przykład jednego dnia tylko słod
            > kie, drugiego tylko ziemniaki, a trzeciego sięgną po surowe mięso. Tygodniowe b
            > ilansy pokazują jednak, że dzieciom przy takim odżywianiu absolutnie niczego ni
            > e brakuje, one instynktownie wiedzą czego i ile muszą zjeść.

            Ale na pewno dzieje się też tak, gdy miały nieograniczony dostęp do słodyczy? Bo u moich to działało świetnie, zanim zaczęła się socjalizacja.

            > zeniem (patrz zasada prababci), jak na przykład słodycze, można racjonować, ale
            > unikać należy nagradzania przy pomocy jadalnych produktów.

            Aaaaa, tutaj też miałam sporo do przepracowania. Pamiętam odruch, jak moje starsze, malutkie jeszcze dziecko uderzyło się, upadło i płakało. Z automatu pchało mi się na usta "chodź, mamusia da ci coś dobrego" :(

            > że w dorosłym życiu. Więc daj dziecku coś słodkiego raz dziennie, po obiedzie n
            > a przykład, ale niezależnie od tego, co i ile zjadło i czy innym zachowaniem za
            > służyło.

            Tak, to działa świetnie. Choć mam opory, by dawać słodycze dziecku, które odmawia jedzenia śniadania i obiadu. Jak jedzą w miarę normalnie (i w tej normie mieści się dla mnie raz ziemniaki, raz ryba, raz ogórki, raz sos z gulaszu), to słodycze dostają. Nie w nagrodę, po prostu. Tylko nigdy nei mogą wiedzieć, kiedy dostaną coś słodkiego, bo czekają i nie zjedzą nic.
            I to nie bardzo chce działać, odkąd starszy biega sam po podwórku i ganiają grupowo po kolegach. Wnosi, że tak powiem, reklamacje żywieniowe, kwestionując ilości słodyczy, jakie dostaje w domu, w porównaniu z kolegami i koleżankami. Z drugiej strony, tak jak już gdzieś pisałam, póki biega i póki jest chudy, nie bardzo mam ochotę interweniować i kruszyć ten stan delikatnej równowagi... Zostawiam to jego podjadanie poza domem swojemu losowi, w sumie też nie bardzo wiem, co mogłabym z nim zrobić, biegać za nim i pilnować? :p

            Wyjazdy w sumie też juz mam jako tako ogarnięte w głowie. Chyba. Pozwalam na duuuużo więcej niż na codzień, bo uważam, że dwa tygodnie w roku nie rozwalą całorocznego jadłospisu. Denerwuje mnie tylko, jak czekamy na zamówiony obiad, dzieci łażą i marudzą, że głodne, a dorośli rozpakowują ciastka. Eh.
            • bathilda Re: Radość nagłą poczułam 11.08.14, 10:08
              szarsz napisała:

              > I to nie bardzo chce działać, odkąd starszy biega sam po podwórku i ganiają gru
              > powo po kolegach. Wnosi, że tak powiem, reklamacje żywieniowe, kwestionując ilo
              > ści słodyczy, jakie dostaje w domu, w porównaniu z kolegami i koleżankami.

              Mój też wnosi. Jakiś czas temu przyszedł do nas ze smutnymi oczami i pytaniem dlaczego wszyscy koledzy dostają w śniadaniówkach coś słodkiego a on nie. Nawet nie że się domagał, tylko pytał dlaczego. Ponieważ on też chudy jak przecinek to stanęło na tym, że 2-3 razy w tygodniu coś tam małego słodkiego do tej śniadaniówki dostaje. Choć nie wątpię, że wolałby jednak jak koledzy dostawać zamiast kanapek batona i paczkę chipsów.

              > Wyjazdy w sumie też juz mam jako tako ogarnięte w głowie. Chyba. Pozwalam na du
              > uuużo więcej niż na codzień, bo uważam, że dwa tygodnie w roku nie rozwalą cało
              > rocznego jadłospisu. Denerwuje mnie tylko, jak czekamy na zamówiony obiad, dzie
              > ci łażą i marudzą, że głodne, a dorośli rozpakowują ciastka. Eh

              Mnie chyba dużo bardziej przeraża że na stołówce w ośrodku wypoczynkowym prawie na kazdym stoliku stoi tablet z bajką. Bo dzieci są tak przyzwyczajone do jedzenia przy telewizji że poza domem też tak "muszą".

              • szarsz Re: Radość nagłą poczułam 11.08.14, 17:44
                > laczego wszyscy koledzy dostają w śniadaniówkach coś słodkiego a on nie. Nawet
                > nie że się domagał, tylko pytał dlaczego. Ponieważ on też chudy jak przecinek t
                > o stanęło na tym, że 2-3 razy w tygodniu coś tam małego słodkiego do tej śniada
                > niówki dostaje.

                Ja się bardzo cieszyłąm, jak u mnie w klasie udało się wynegocjować współny front. Od razu, od pierwszej klasy, umówiliśmy się wszyscy na słodkie piątki i to działało świetnei przez pierwszy rok, potem się rozmyło, ja zapominam, nie mam pojęcia, jak inni nauczyciele, natomiast syn co jakiś czas mi przypomina i jest ok :)

                > Mnie chyba dużo bardziej przeraża że na stołówce w ośrodku wypoczynkowym prawie
                > na kazdym stoliku stoi tablet z bajką.

                A to ja tego nie widuję, bo jeździmy raczej do malutkich pensjonatów, które zajmujemy praktycznie sami, 20 osobową ekipą na przykład (licząc z dziećmi). No i te nasze dzieciaki wszystko robią razem, i te ciastka przed obiadem też razem chcą jeść. Choć widzę, że jak z niektórych rzeczy zaczęłam się wyłamywać, drobnych, to inni też jakby się ocnkęli. Mamy więc stan niestabilnej równowagi ;)
            • pinupgirl_dg Re: Radość nagłą poczułam 20.08.14, 16:44
              > Ale na pewno dzieje się też tak, gdy miały nieograniczony dostęp do słodyczy? B
              > o u moich to działało świetnie, zanim zaczęła się socjalizacja.

              Mogę tylko napisać, jak to było u mnie. Poza tym, że wmuszano we mnie kotlecik (również z powodów etycznych, chociaż równie dobrze można było dać mi tego kotleta o połowę mniejszego), to dostęp do jedzenia miałam nieograniczony. Dotyczyło to również słodyczy, leżały tam, gdzie każdy miał dostęp i jadłam, ile chciałam i kiedy chciałam. Rodzice i dziadkowie bez oporów kupowali mi słodycze na mieście, jeśli miałam ochotę. I nie było tak, że preferowałam słodycze, jadłam je chętnie i dość często, ale lubiłam też mnóstwo innych, bardziej zdrowych rzeczy.
              Nie mam pojęcia, czy za czasów mojego dzieciństwa używano już syropu glukozowo-fruktozowego, ale możliwe, że tak.
              Może ratowało mnie to, że byłam bardzo aktywna. W każdym razie zarówno ja, jak i mój brat, byliśmy szczupłymi dziećmi.
          • bathilda Re: Radość nagłą poczułam 11.08.14, 10:13
            Wiesz Pierwszalitero fajne jest to co piszesz. Chciałabym tak móc, niestety (i w sumie o tym jest po części ten wątek) nie wszystkie decyzje należą do mnie. Na przykład ta że na śniadanie w przedszkolu 2 razy w tygodniu jest nutella ... Ale pocieszam się tak jak Szarsz, że w większości jesteśmy zgodne co do tego, że jednak wzorce z domu ją najważniejsze. Moje dzieci widzą że my jemy to co one (a mam znajomych, którzy obiad gotują tylko dzieciom a sami jedzą byle co i potem się dziwią, że dzieci tegoż obiadu odmawiają), sami staramy się jeść rozsądnie, więc mam nadzieję że taki właśnie wzorzec im zostanie.

            Dla mnie jeszcze ważne jest to co napisałaś o gratyfikacji jedzeniem. Sama tak mam. Jednym z najtrudniejszym elementów różnych diet eliminacyjnych na których spędziłam połowę czasu z ostatnich 8 lat (ze względu na ciąże i karmienie) było to że nie mogłam sobie zjeść czekolady jak mi było smutno. Dzieci słodyczami nie pocieszam ale zdarza się że nagradzam. Muszę to jeszcze przemyśleć.
            • pierwszalitera Re: Radość nagłą poczułam 11.08.14, 10:56
              bathilda napisała:

              > Na przykład ta że na śniadanie w przedszkolu 2 razy w tygodniu jest nutella ...

              Ale w nutelli nie ma nic złego. Jeżeli jest zjadana do śniadania, jako dodatek do pieczywa, a nie zamiast. Słodkie śniadanie, to standard w wielu krajach i wcale nie gorszy od chleba z kiełbasą. Albo kaszy kaszy mannej z sokiem, którą ja dostawałam w przedszkolu i przeżyłam bez uszczerbku na zdrowiu. ;-)
              Problemem są raczej słodycze jadane pomiędzy posiłkami i/albo zamiast.


              >Jednym z najtrudniejszym elementów różnych diet eliminacyjnych na których
              > spędziłam połowę czasu z ostatnich 8 lat (ze względu na ciąże i karmienie) było
              > to że nie mogłam sobie zjeść czekolady jak mi było smutno.

              Tego można się pozbyć. Trzeba sobie zrobić tylko listę rzeczy dających nam przyjemność spoza kategorii żarcie i z niej korzystać. Z drugiej strony czekolada też nie jest grzechem (chyba, że ma się alegrię na składniki), bo ludzie z problemem insulinooporności mogą jeść słodycze, tylko nie za często w ciągu dnia i najlepiej do głównego posiłku.
              • szarsz Re: Radość nagłą poczułam 11.08.14, 17:46
                > Problemem są raczej słodycze jadane pomiędzy posiłkami i/albo zamiast.

                No i to jest konkret, bardzo cenny, który pomoże dopracować konsensus. Dziękuję :*
    • indigo-rose Re: Słodycze 13.08.14, 11:23
      Wiecie co, mimo wszystko zastanawiam się, skąd się biorą ostatnio te grube dzieci, porównując ich możliwości dietetyczne z własnymi z dzieciństwa.
      Jako berbeć mały byłam w stanie się utuczyć do słodkiego pączusia na samym maminym cycu. Żeby nie było, że jestem od urodzenia chucherko ;)
      Jako kilkulatka byłam niejadkiem na skraju zaburzeń żywienia, więc jakie były jedyne obiady, które wsuwałam w całości? Naleśniki, pierogi na słodko, kopytka, kluski na parze... mączne i słodkie. Nad innymi rzeczami zdarzało mi się godzinne modły odprawiać. Owoców wcinałam tony. Słodycze też dostawałam, ale raczej w kategorii jeden batonik dziennie niż torba cukierków do szkoły. Bywało ciasto, ale nigdy kupione (i u nas zawsze dawało się najwyżej 2/3 cukru z przepisu, do dzisiaj sama tak robię). Piłam przecierowe soczki, jakieś juniorfruty. Jadłam 4 posiłki dziennie (liczę drugie śniadanie jako posiłek). Nie ruszałam się bardzo dużo, dzieciństwo w centrum miasta trochę jednak ogranicza. Każda wycieczka do Katowic (no ok, niezbyt częste były te wypady) zawierała zapiekankę albo happy meal zamiast obiadu. A mimo tego wszystkiego miałam niedowagę lub balansowałam na jej granicy przez kilkanaście lat, dopóki mi się tarczyca nie zepsuła. Teraz widzę z jednej strony troskliwe matki, które wiedzą o zawartości cukru w owocach i wydzielają dzieciom banany bardziej niż nasze matki czekoladę, a z drugiej strony zalew pulpecików na dwóch nóżkach. Za moich czasów grube to były dzieci, które pochłaniały zamiast jeść, ale to jednostkowe przypadki, chyba ich nie przybyło. No przecież nie może chodzić o mączne ani tym bardziej o owoce, o ilość słodyczy też chyba nie. Zaczynam mieć wrażenie, że tuczą nas te wszystkie gotowce w sklepach, absolutnie wszędzie teraz jest syrop glukozowo-fruktozowy (kto się zna, niech mi powie, dlaczego nie słodzi się samą np. fruktozą).
      • kis-moho Re: Słodycze 13.08.14, 12:17
        Też się zastanawiam, bo jak byłam mała, na pewno nie jedliśmy niesamowicie zdrowo. Owszem, nie było czekolad czy większych ilości słodyczy (albo inaczej, te, które były, nie były specjalnie smaczne), ale jednak się jadło dużo słodkiego (ogórki z cukrem, hit mojego dzieciństwa) i mącznego. Plus mam wrażenie, że pokolenie moich rodziców było tym, które zachłysnęło się gotowcami typu kostka rosołowa czy gotowe zupy - wydaje mi się, że to jak pralka czy zmywarka, nareszcie nie trzeba było tyle stać przy garach. Uwielbiałam zupki chińskie (te z makaronem w prostokątnych opakowaniach), pamiętam też doskonale gotowe sosy knorra do obiadów. Teraz rodzice trochę zluzowali, ale przy rodzinnych spędach tylko moje pokolenie nie dodaje strasznych ilości maggi do zupy. Jednym słowem nie było przeraźliwie zdrowo, za to na pewno było regularnie. W podstawówce w mojej klasie tylko jeden chłopiec był naprawdę gruby.
        To, co mi się rzuca w oczy teraz wśród dzieciatych znajomych, to karmienie małych dzieci (mówię o naprawdę małych, 1-3 lata) przy przypadkowych okazjach, najczęściej rogalem czy innym słonym/słodkim białym pieczywem. Znajome mamy zwykle nerwowo latają za młodymi z tą bułą czy parówką, dziecko pluje, a potem popija słodkim sokiem. Ale tak szczerze mówiąc nie wiem, kiedy się dzieci zaczyna uczyć, że je się w spokoju, siedząc, i konkretne rzeczy, może na to jeszcze za wcześnie? Sama też nie wiem, co jadłam w tym wieku i kiedy nauczono mnie regularności posiłków. Na pewno jako niemowlę byłam pojona wodą z cukrem, takie ponoć były wtedy zalecenia...
        • indigo-rose Re: Słodycze 13.08.14, 13:02
          A to nie, u mnie gotowców nie było. Czasami, bardzo rzadko, chińska zupka, ale gotowe sosy etc. to nie. Czasem jakiś serfix dla lepszego serniczka i żelfixy w dżemie. Moja mama ma do dziś wstręt do samego zapachu knorrów. ;) Stąd moja hipoteza, że gotowce nas zabijają, ale chyba właśnie ją obaliłaś.
          Jeszcze co do przegryzania między posiłkami to pamiętam, że owoce zawsze leżały na stole. I nie jadło się ich tylko do drugiego śniadania i na deser, tylko się je wcinało między posiłkami (tylko nie przed obiadem, "bo potem nie zjesz obiadu"). I jeszcze czasem słyszałam, że za mało, przecież leżą owoce, trzeba jeść, bo zdrowe. Dlatego mam takie zdanie (najwyżej mnie Pierwszalitera opieprzy, że niesłuszne), że cukrem w owocach trzeba się przejmować przy problemach z insuliną, ale jeśli się jest zdrowym i je ogólnie zdrowo, to ta brzoskwinka czy skubane przez popołudnie winogronko samo z siebie otyłości olbrzymiej nie spowoduje. A ostatnio często widzę matki przerażone, że to ten bananek czy jabłuszko im dziecko utuczy, przecież w jabłku jest cukier, to jakbyś mu kostkę cukru dała.
          • kis-moho Re: Słodycze 13.08.14, 13:09
            Stąd moja hi
            > poteza, że gotowce nas zabijają, ale chyba właśnie ją obaliłaś.

            Ja żyję i mam się dobrze, ale to nie znaczy, że gotowce są takie zdrowe :o) Oczywiście nie było tak, że gotowe sosy i zupki chińskie były codziennie na obiad. Raczej pamiętam moment, kiedy to wszystko weszło na rynek i ludzie się trochę tą łatwością gotowania zachłysnęli. Oczywiście, że po pewnym czasie straciło to czar nowości i przestało komukolwiek smakować, ale nie była to rzecz, która nigdy się w domu nie pojawiała. Jak mówię, na początku w ramach ciekawego smakołyku i odmiany (przynajmniej ja to tak pamiętam, miałam pewnie 6 lat), a potem w sytuacjach, kiedy nie było czasu sensowniej ugotować. Raczej raz na tydzień-dwa, nie codziennie. Tylko zupki chińskie przez dłuższy czas cieszyły się sporą sympatią (ja je szczerze lubię, chociaż wiem, że to świństwo), no i to nieszczęsne maggi.

            > Jeszcze co do przegryzania między posiłkami to pamiętam, że owoce zawsze leżały
            > na stole.

            A nie, to u mnie jeżeli między posiłkami, to na drugie śniadanie czy podwieczorek, które były raz i o stałej porze.
            • szarsz Re: Słodycze 13.08.14, 14:42
              kis-moho napisała:
              > Ja żyję i mam się dobrze, ale to nie znaczy, że gotowce są takie zdrowe :o) Ocz
              > ywiście nie było tak, że gotowe sosy i zupki chińskie były codziennie na obiad.

              Ja znam jedną taką, co na studiach żywiła się głównie takimi i popijała colą. Załatwiła sobie na amen kosmki jelitowe, leżała w szpitalu, mimo upływu x lat wciąż ma problemy ze strony przewodu pokarmowego.
      • szarsz Re: Słodycze 13.08.14, 15:18
        > Teraz widzę z jednej strony troskliwe matki, które wiedzą o zawartości cukru w ow
        > ocach i wydzielają dzieciom banany bardziej niż nasze matki czekoladę, a z drug
        > iej strony zalew pulpecików na dwóch nóżkach.

        No, ja też widzę i trochę się o swoje obawiam. I rzeczywiście różnica między moimi (nie pulpetami), a pulpetami klaruje mi się coraz bardziej w tym, że ja nie mam zwyczaju zamartwiać się o ich żołądki. Nie mam zwyczaju brać jedzenia na dwugodzinną podróż czy spacer z przedszkola do domu. Nie lubię myśleć o jedzeniu, więc posiłki główne zrobię, owszem, ale poza tym raczej do kuchni się nie wchodzi (bo nie ma po co), oczywiście pomijając picie.

        Tylko ten zły świat się uwziął i mi je karmi. Czasem do wymiotów :(
      • pierwszalitera Re: Słodycze 13.08.14, 19:33
        indigo-rose napisała:


        > kto się zna, niech mi powie, dlaczego nie słodzi się samą np. fruktozą).

        Bo od fruktozy się tyje. Ten cukier nie powoduje wprawdzie wyrzutu inusliny, więc nie jest wykorzystywany jako szybka energia do napędzania metabolizmu, tylko jest przetwarzany i magazynowany jako tłuszcz. W dużych ilościach prowadzi bezpośrednio do otłuszczonej wątroby i otyłości. W owocach jest sporo fruktozy, dlatego od nadmiaru "zdrowych" owoców też można utyć i to całkiem dobrze. W tych syropach to nie glukoza jest problemem tylko właśnie fruktoza. Fruktozę wykorzystywano długi czas jako cukier słodzący w produktach dla cukrzyków, bo nie powodowała skoków cukru przy isnulinooporności i nie pytano co się z nią naprawdę dzieje. Od kiedy wiadomo, że przez pogłębianie nadwagi tylko tym ludziom szkodzi, wycofano te produkty z rynku.
        Swoją drogą, zarówna bardzo wysoka jak i za niska waga przy urodzinach oraz szybkie przybieranie na wadze w niemowlęctwie podwyższają ryzyko wystąpienia nadwagi i cukrzycy w późniejszym wieku.
        • indigo-rose Re: Słodycze 14.08.14, 09:56
          OK, w takim razie dlaczego nie słodzi się samą glukozą? Albo dowolnym innym cukrem, ale samym, a nie w jakimś syropie?
          Wydaje mi się, że czytałam kiedyś opracowanie, z którego wynikało, że o ile jeszcze fruktoza z owoców działa jakoś lepiej (chyba ze względu na jakieś inne substancje), to w towarzystwie glukozy działa jeszcze gorzej niż czysta. Dlatego mnie tak bardzo zajmuje, czemu wszyscy się tak na ten syrop uparli.
          W ogóle ciekawe, że fruktoza nie daje wyrzutu energii, bo zawsze przy wysiłku właśnie wcinałam owoce dla cukru i wydawało mi się, że jakiś efekt był. Albo przy przegłodzeniu ratuję się czasem bananem i już nie padam z głodu. Myślałam, że właśnie o cukier i insulinę chodzi.
          • pierwszalitera Re: Słodycze 14.08.14, 11:44
            indigo-rose napisała:

            > OK, w takim razie dlaczego nie słodzi się samą glukozą? Albo dowolnym innym cuk
            > rem, ale samym, a nie w jakimś syropie?

            Najprościej byłoby słodzić starą dobrą sacharozą, czyli zwykłym cukrem z buraka, albo z trzciny. Syropów używa się dlatego, że są tańsze. To jest jedyna przyczyna. Używa się tej mieszanki, która smakowa odpowiada sacharozie, a to jest połączenie fruktozy i glukozy.
            Glukoza do słodzenia jest też mniej korzystna od sacharozy, bo to bardzo szybko przechodzący do krwi cukier i powoduje gwałtowny wyrzut insuliny. Więc żaden ze składników tego syropu nie nadaje się spożywania w większych ilościach, ani solo, ani w mieszance.

            > W ogóle ciekawe, że fruktoza nie daje wyrzutu energii, bo zawsze przy wysiłku w
            > łaśnie wcinałam owoce dla cukru i wydawało mi się, że jakiś efekt był.

            Bo w owocach nie ma samej fruktozy, tylko mamy tam także glukozę i sacharozę. Banany mają tego cukru nawet dosyć sporo. A poza tym, mamy w organizmie pewne zapasy cukru i te wyczerpują się dopiero po kilku dniach głodowania, nikt po odrobinie sportu od razu nie pada. Prawdziwy sportowiec jednak na samych owocach długo nie pojedzie. ;-)
            I ja nie pisałam że fruktoza nie daje "wyrzutu energii", tylko, że nie powoduje wyrzutu insuliny i nie dostarcza komórkom glukozy. Energię fruktoza ma, tylko ta energia wiązana jest jako tłuszcz, a jak wiadomo tłuszcz nie jest wykorzystywany jako szybka energia pierwszego wyboru, organizm tłuszcz spala oszczędnie i w dosyć skomplikowany sposób.
            • indigo-rose Re: Słodycze 14.08.14, 12:30
              Aha, czyli standardowo: badziewie jest tańsze i smakuje tak samo, więc produkujmy badziewie. Właściwie mogłam wpaść na to, że skoro coś jest pozornie bez sensu, to musi chodzić o pieniądze.

              Widziałam ten syrop ostatnio nawet w składzie jakiegoś produktu z założenia "fit"; wydało mi się to dość absurdalne. Chyba lepiej czytać dokładnie te składy i zapłacić więcej za brak kiepskich zamienników, niż kierować się wyłącznie ceną i podobieństwem smaku.
              Mnie czytanie składów weszło w krew, bo musiałam wykluczyć z diety wszechobecne mleko w proszku. Potem tylko się dziwisz, gdzie to mleko, syrop i inne ciekawostki się znajdują, bo czasami człowiek w życiu by nie przypuszczał.
              • madzioreck Re: Słodycze 14.08.14, 13:02
                Potem tylko się dziwisz, gdzie to mleko, syrop i inne ciekawo
                > stki się znajdują, bo czasami człowiek w życiu by nie przypuszczał.

                Wszędzie. Po prostu wszędzie. Jeśli trzeba wykluczyć z diety jakieś składniki, to wykluczonych produktów jest o wiele więcej, niż by się na logikę wydawało. Nie mogę się nadziwić, po co pakuje się włókno grochu do przypraw i do mięsa, po cholerę pakuje się białka sojowe i pszenne do wszelkiej maści wędlin, czy chipsy koniecznie trzeba futrować laktozą, dzięki czemu stają się niejadalne dla wielu alergików/nietolerancyjnych ;) Wydawałoby się - no co, ziemniak, olej do smażenia, sól, przyprawa, no ewentualnie konserwant jakiś, ale nieee, dziś nic nie może być takie proste ;)
                • kis-moho Re: Słodycze 14.08.14, 13:06
                  Wydawałoby się - no co, ziemniak, olej do sm
                  > ażenia, sól, przyprawa, no ewentualnie konserwant jakiś, ale nieee, dziś nic ni
                  > e może być takie proste ;)

                  Ale za to kosztuje tylko 9.99. Cos za cos, niestety.
              • maggianna Re: Słodycze 15.08.14, 08:41
                Syrop glukozowo-fruktozowy jest prawie we wszystkim - we wszystkich platkach musli (mieszankach), w serkach, jogurtach, gotowych wyrobach cukierniczych, lodach, wedlinach a nawet w musztardzie i keczupie. Znalezienie czegoś bez tego syropu jest trudne, pozostają glownie produkty nieprzetworzone.
                • yaga7 Re: Słodycze 15.08.14, 08:44
                  Można znaleźć serki i jogurty na zwykłym cukrze albo na trzcinowym. Fakt, trzeba się naszukać, ale są.
                  Są też mieszanki musli bez syropu i bez zwykłego cukru, też mam takie.
                • pierwszalitera Re: Słodycze 15.08.14, 11:38
                  maggianna napisała:

                  > Syrop glukozowo-fruktozowy jest prawie we wszystkim - we wszystkich platkach mu
                  > sli (mieszankach), w serkach, jogurtach, gotowych wyrobach cukierniczych, lodac
                  > h, wedlinach a nawet w musztardzie i keczupie. Znalezienie czegoś bez tego syro
                  > pu jest trudne, pozostają glownie produkty nieprzetworzone.

                  Że prawie we wszystkim, to się nie zgodzę. Chyba, że to jakaś specyficzność polskiego rynku, co nie jest wykluczone, sama bowiem czytałam, że polską coca colę robi się (robiono?) na syropie podczas gdy ta na niemiecki rynek jest już ze zwykłym cukrem. Ale to świadczy tylko o tym, że w Polsce brakuje prężnych organizacji konsumenckich, bo samo uświadomienie klienta nie wystarczy i nie jest nawet wykonalne. Nie każdy bowiem ma ochotę, czas i wiedzę, by oglądać etykiety i wyciągać z tego odpowiednie wnioski. A że presja konsumencka działa, widać na niemieckim rynku. Teraz nawet firmy (np. Rama) reklamują się tym, że robią margaryny bez tłuszczów trans ze zdrowego oleju rzepakowego, bo tych zwykłych ludzie już nie chcą. Jeżeli chodzi o syropy, to trzeba jeszcze sprawdzać etykiety, ale wielu producentów trzyma się dobrowolnie cukru. Oryginalny ketczup Heinz jest na przykład z cukrem. No i jest gwarantowanie z pomidorów bez środków zagęszczających. ;-) Musztardy z syropem jeszcze nie widziałam, ale ja kupuję zwykle tylko jedną tradycyjną lokalną markę i ta nie używa syropów. Wersja bardzo ostra (Löwensenf extra) jest nawet kompletnie niesłodzona. O ile wiem, rosyjska musztarda marki Kamis (kupuję ją czasem w Polsce) jest też bez syropu. Aż tak trudne do znalezienie te produkty więc nie są. Owszem, im bardziej przetworzony produkt (słodycze), tym większa szansa na zawartość syropu, ale sacharozowe zamienniki ciągle jeszcze istnieją i to nie są zawsze te najdroższe.
                  • maggianna Re: Słodycze 15.08.14, 12:04
                    Kamis zrezygnował z cukru na rzecz syropu - przynajmniej w zwykłych musztardach :-(

                    Sprawdzam etykiety ale czasem w zwykłym sklepie cieżko znaleźć np jogurt owocowy czy serek z cukrem a nie z syropem (i bez żelatyny wpieprzowej i bez zagestnikow). Jogurty kupuje naturalne lub robię sama.
                    Denerwuje mnie tylko ze mam sprawdzone marki gdzie wiem ze nadal dodają stary dobry cukier a przypadkowo sprawdzam skład i okazuje się ze cukru już nie ma (tak miałam z Kamisem) i ze jest duże prawdopodobieństwo ze jeżeli napelnie koszyk bez zastanawiania się i biorąc pierwszy produkt z brzegu to co najmniej połowa będzie miała ten nieszczęsny syrop.

                    Mam wrażenie ze w Polsce świadomość konsumentów wzrasta ale chyba na razie bardziej zwraca się uwagę na konserwanty czy zagestnikow niż na syrop g-f, większość moich znajomych mimo ze czyta etykiety, wręcz wybiera produkty gdzie ńie ma w składzie cukru (bo cukier jest zły) nie zawracaj uwagi ze jest syrop bo fruktoza brzmi tak zdrowo.
        • heliamphora Re: Słodycze 14.08.14, 13:48
          pierwszalitera napisała:
          > Fruktozę wykorzystywano długi czas jako cukier słodzący w produktach dla cukrzyków bo nie
          > powodowała skoków cukru przy isnulinooporności i nie pytano co się z nią naprawdę
          > dzieje. Od kiedy wiadomo, że przez pogłębianie nadwagi tylko tym ludziom szkodzi,
          > wycofano te produkty z rynku.

          Gdzie wycofano tam wycofano :) Na co dzień widuję w sklepach z tzw. zdrową czy "eko" żywnością czekolady, ciastka i inne "zdrowe" produkty słodzone fruktozą zamiast czymś innym...
          • pierwszalitera Re: Słodycze 14.08.14, 16:31
            heliamphora napisała:

            > Gdzie wycofano tam wycofano :) Na co dzień widuję w sklepach z tzw. zdrową czy
            > "eko" żywnością czekolady, ciastka i inne "zdrowe" produkty słodzone fruktozą z
            > amiast czymś innym...

            W Niemczech wycofano fruktozę z produktów dla cukrzyków po tym, jak ukazały się badania na ten temat w prasie, jakieś kilka lat temu. Fruktozę ciągle jeszcze znajdziesz, na przykład w tych słodzących syropach, ale raczej nie w produktach deklarowanych jako zdrowe, czy ekologiczne. Chociaż tu trzeba też uważać, bo "zdrowe" i "ekologiczne" to nie jest chroniona etykieta, te naprawdę ekologiczne produkty starają się o cenione certyfikaty i wtedy mniej więcej wiadomo, jakich reguł trzyma się producent. Albo przynajmniej zobowiązał trzymać. ;-)
      • pierwszalitera Re: Słodycze 13.08.14, 19:47
        indigo-rose napisała:

        > Wiecie co, mimo wszystko zastanawiam się, skąd się biorą ostatnio te grube dzie
        > ci, porównując ich możliwości dietetyczne z własnymi z dzieciństwa.

        Grube dzieci mają pecha, bo prawdopodobnie miały już przy urodzeniu albo bardzo wysoką (nadwaga/przeżeranie się matki podczas ciąży), albo bardzo niską wagę (niedożywienie matki) i przybierały w niemowlęctwie dosyć szybko na wadze, szczególnie przy diecie wysokobiałkowej (sztuczne odżywianie). Często za nadwagę u dzieci odpowiedzialne jest jednak zwykłe przekarmianie. Takie dzieci mają niewielkie szanse na szczupłą sylwetkę w życiu dorosłym. Ale nawet szczupłe dzieci mogą zdrowo przytyć w okolicach czasu dojrzewania, albo nieco później. Szczupła sylwetka w dzieciństwie, to tylko wyższe prawdopodobieństwo szczupłego dorosłego, nie pewnik.
        • indigo-rose Re: Słodycze 14.08.14, 10:05
          Ale nawet szczupłe dzieci mo
          > gą zdrowo przytyć w okolicach czasu
          dojrzewania, albo nieco później. Szczupła s
          > ylwetka w dzieciństwie, to tylko wyższe
          prawdopodobieństwo szczupłego dorosłego
          > , nie pewnik.

          Wiadomo, ale to chyba niedobrze narażać dzieci na choroby, które normalnie pojawiają się w późnej dorosłości, albo na problemy ze schudnięciem na starcie. Osoby, które pamiętam z podstawówki jako grubsze, mają dziś co najmniej poważną nadwagę.
          No i naprawdę więcej jest teraz tych małych grubasków niż kiedyś. Za moich szkolnych czasów w klasie było średnio po jednym pulchnym dziecku każdej płci, i jeśli taki dzieciak miał mało wyszukaną ksywkę "Gruby", to było wiadomo, o kogo chodzi. Teraz czasem mam wrażenie, że jak zawołasz "hej Gruby", to pół klasy się odwróci.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka