szarsz
08.08.14, 12:00
Frapuje mnie to odkąd mój starszy poszedł do przedszkola. Dopiero wtedy zobaczyłam, jak karmione są dzieci, dopiero wtedy zobaczyłam rodziców/babcie czekające w szatni z bułeczkami, czekoladkami, lizakami, soczkami itp. Jak wracam z kimś z przedszkola, to taki rodzic potrafi wepchać swojemu chrupki, czekoladki, serek do wysysania, sok przecierowy, a na koniec idą na lody, no pustynię można by usypać z tego cukru.
A ja się miotam. Mimo upływu lat wciąż nie do końca radzę sobie z optymalizacją spożycia słodyczy przez moje dzieci. Po pierwsze dlatego, że ja byłam pasionym na słodyczach dzieckiem, dzięki czemu mam totalnie rozwaloną trzustkę. Po drugie dlatego, że u mnie w domu słodycze bez dzieci kupuje się rzadko, a jak ich nie mam, to o nich nie myślę. Po trzecie dlatego, że moim zdaniem robienie ze słodyczy zakazanego owocu czy nagrody to już w ogóle najgorsze z najgorszych.
A przedszkole dorzuca swoje. Słodkie zupy mleczne, nagrody w postaci cukierka za zjedzenie obiadu, deser, słodkie drugie dania bywają nawet i dwa razy w tygodniu.
Mam wrażenie, że jestem zasypywana i atakowana ze wszystkich stron :\
Bez słodyczy nie da się prowadzić życia towarzyskiego, zawsze jak ktoś przychodzi to z ptasim mleczkiem (450 gramów!!!), w najlepszym wypadku czekoladą.
Szczupli dorośli też tak pasą swoje potomstwo i mają grube dzieci.
Praca u podstaw daje niewiele, choć w niektórych domach ciasteczka zastąpiono pestkami dyni a czekoladki malinami. Uff.
Czy ktoś mi to wytłumaczy, dlaczego?
Bo ja mam jedną teorię: pasiemy własną potrzebę nagrody. Bo dziecko się cieszy, a z czasem, przyzwyczajone do słodkiego smaku i idealnie gładkiej czy chrupiącej konsystencji, nie chce już niczego innego jeść.
Bo miałam podejrzenia, że ludzie nie mają świadomości. Tyle że sami tego nie jedzą.