pierwszalitera
13.11.08, 18:55
Znowu mnie dopadło. Zespół napięcia przedmiesiączkowego. Już nie zauważam nawet senności, opuchniętych oczu, rosnącego jak na drożdżach brzucha i bolesnych piersi, wrażliwej na byle głupstwo skóry i pryszcza na czole. Akurat ten pryszcz trochę mnie nawet odmładza, bo odciąga skutecznie uwagę od moich pierwszych zmarszczek. ;-) Fizyczne obajwy mogę jeszcze znieść, ale jestem podnadto: marudna, płaczliwa, złośliwa, agresywna, histeryczna, wybuchowa, negatywna, wszystkiego się czepiająca i w ogóle nie do zniesienia. :-( Na dodatek pamięć mi szwankuje i ślepa też się robię, bo rano szukałam pół godziny w lodówce masła, posądzając już męża o najgorsze, a maselniczką o mało nie wybiłam sobie przy tym oka.
W takich dniach pomaga mi konsumpcja roślin strączkowych. Jak najem się fasoli, to pogarszam wprawdzie sytuację z wzdętym brzuchem, ale robię się dziwnie spokojna. :-) Przynajmniej na kilka godzin. Dobrze robi mi też śledź z cebulą. Może być i wędzona makrela, albo szproty, ale marynowany śledź uszczęśliwia mnie najbardziej. Po fasoli, to już i tak obojętnie co się je, najważniesze tylko zachować należyty dystans do współmieszkańców. ;-) A na koniec czekolada z nugatem. Albo coś z truflami. Staram się zachować właśnie taką kolejność, bo jak raz zaczęłam od czekolady, to po pierwszej tabliczce zrobiło mi się niedobrze. ;-) Nic innego mi nie pomaga, ani ziółka, ani herbatki, ani kropelki. Acha, nie podejmuję w takich dniach żadnych poważnych życiowych decyzji, żadnych rozmów z mężem o jakości naszego związku i żadnych dyskusji o gustowych upodobaniach z przyjaciółką, bo zdarzyło się, że moi najbliżsi po kilku dniach przypominali mi rzeczy, w które sama nie mogłam uwierzyć. ;-) A jak wy radzicie sobie z pms-em?