kura17
04.08.09, 10:53
nie mam konkretnego przykladu z wlasnego zycia, rozmowa ma byc z serii "o wartosciach" ;)
wlasnie czytam jakies "zabili go i ucielk" ludluma ("strategia bankrofta") i tam pytanie z tytulu "czy cel uswieca srodki" jest rozdmuchane to absurdalnych (wg mnie) proporcji.
fundacja charytatywna chce uczynic maksymalna ilosc dobra dla maksymalnej liczy ludzi (szczytne cele). ale aby to zrobic, decyduje sie stosowac "metody totalne" - czyli niszczyc w DOWOLNY sposob (szantaz, przekupstwo, nawet morderstwo) wszystkich i wszystko, co moze stanac na drodze "najwiekszego dobra dla najwiekszej liczby osob". i rzeczywiscie wyniki dzialalnosci charytatywnej maja niesamowite. i robia to z dobrych pobudek (czyli naprawde chca czynic to dobro i to robia).
czy maja racje, idac po trupach do celu?
jakie jest Wasze zdanie na ten temat?
ja nie mam duzych podstaw teoretycznych w filozofii czy etyce. ale czuje jakis wewnetrzny sprzeciw, przeciwko takiemu postawieniu sprawy...
z jednej strony argumenty "jesli TEGO (cokolwiek zlego to jest) nie zrobimy, zgina tysiace/miliony ludzi" (co jest prawda).
a z drugiej - stawianie sie niejako poza moralnoscia, decydowanie co jest wiecej warte.
nie pasuje mi to.
mimo, ze uwazam sie za racjonalistke, takie totalnie i wylacznie rozumowe, utylitarne podejscie mi wewnetrzenie zgrzyta.
nie potrafie dobrze opisac swoich uczuc, nie potrafie przeprowadzic argumentacji, dlaczego takie podejscie jest (wg mnie) zle. ale CZUJE, ze zle jest.
co Wy na to?
oczywiscie ksiazka i opisana tam sytuacja jest tylko przykladem, dyskutujemy ogolnie :)