Dodaj do ulubionych

emigracja & lifestyle

21.05.08, 20:51
www.nzherald.co.nz/section/1/story.cfm?c_id=1&objectid=10511122
Kolezanka podeslala mi ten artykul z Heralda. Wynika z niego,ze dominujacym
motywem emgracji do NZ jest tzw lifestyle. Znam wielu ludzi, glownie Anglikow,
ktorzy sie taka motywacja w przyjezdzie do kraju powodowali, ciekawa jestem
czym motywuja sie w przyjezdzie do NZ Polacy?
Ja musze przyznac powodowalam sie innymi motywami, lifestyle nie bylo na mojej
liscie priorytetow, wrecz przeciwnie, przygotowana bylam nawet na pewne
obnizenie poziomu zycia. Jakie sa Wasze w tym wzgledzie doswiadczenia?
Obserwuj wątek
    • iza42 Re: emigracja & lifestyle 21.05.08, 21:08
      otworzylam ten link i widze same hieroglify, sprobuje to naprawic po przyjsciu z
      pracy
    • abere8 Re: emigracja & lifestyle 21.05.08, 22:05
      U mnie link dziala w porzadku.

      Piszesz, "lifestyle nie bylo na mojej
      > liscie priorytetow, wrecz przeciwnie, przygotowana bylam nawet na pewne
      > obnizenie poziomu zycia."

      Ale lifestyle to przeciez nie poziom zycia, tu chodzi o "work-life balance" na
      przyklad - ze w wielu miejscach pracy mozna sobie np. wynegocjowac flexi-hours i
      powiedzmy pracowac od 7 do 15 zamiast od 8.30 do 17, ze nie nie ma takiej pogoni
      za kariera, jak w Europie, a za to ludzie uczestnicza w sportach, robia sobie
      wycieczki na weekend, maja zycie poza praca. A ze to oznacza, ze trudniej jest
      sie tu dorobic majatku, to inna sprawa - zalezy, jakie kto ma priorytety smile
      Jedni chca pracowac po 12 godzin dziennie, robic kariere i zbijac kase, a inni
      cenia sobie to, ze punkt 17 wychodza z pracy i maja jeszcze czas na hobby, a w
      weekend nie leca do biura, tylko popijaja kawe w ogrodku albo spotykaja sie ze
      znajomymi na brunch. Cos za cos.
      • kasia763 Re: emigracja & lifestyle 21.05.08, 22:31
        I tu cie Abere popieram wszystkimi czterema nogami smile Moja motywacja
        byl lifestyle, ktore dla mnie oznacza brak wyscigu szczurow, kariery
        robionej po trupach, ludzi oceniajacych cie przez pryzmat tego co
        masz. Lifestyle, czyli swiety spokoj, piekne okolice, mili ludzie,
        mozliwosc robienia roznych dziwnych rzeczy na spokojnie (dzisiaj
        zaczynam furniture restoration class wink
        Oczywiscie tu nie jest idealnie, ale jak na razie jest mi lepiej niz
        bylo w Polsce i w UK (tylko tamtych przyjaciol brak)
        • jasyr100 Re: emigracja & lifestyle 22.05.08, 10:39
          Choc nie mieszkam w NZ, pozwole sobie powiedziec pare slow. To wszystko brzmi
          dosc atrakcyjnie, ja tez wolalbym w wyscigu szczurow nie brac udzialu, rowniez
          chcialbym tak po prostu cieszyc sie zyciem, jest jednak jedno ale. Ludzie o
          takich zapatrywaniach, poza poszukiwaniem normalnosci, lagodnosci, spokoju,
          zyczliwosci, relaksu, maja tez czesto glebsze potrzeby natury powiedzmy
          kulturowej. Z calym szacunkiem dla Nowej Zelandii, ale jest to kraj na uboczu
          doslownie i w przenosni, i to sie czuje, gdy sie tam jest. Bo choc z jednej
          strony mierzi mnie wyscig szczurow, to z drugiej strony niespecjalnie zachwyca
          prowincjonalosc ludzi a co za tym idzie czesto mialkosci kultury, ktorą oni tworza.
          W NZ - bardzo mocno upraszczajac - po prostu nic sie nie dzieje. Ja wiem, ze z
          miejsca wymienicie mi 10 fajnych imprez kulturalnych, moga nawet byc na niezlym
          poziomie, ale to naprawde nic w porownaniu z tym co ma do zaoferowania w swej
          roznorodnosci Europa, USA a nawet Australia. Przyczyny tego sa oczywiste, ale
          komus kto do tej roznorodnosci sie przyzwyczail, w NZ moze sie nagle zrobic ciezko.

          NZ bez watpienia moze sie pochwalic pieknymi widokami, ale z zupelnie innej
          beczki ma swoje patologie i ulomnosci, ktore wlasnie z plytkosci kultury
          wynikaja. I tak dalej grzebiac, moze wlasnie stad bierze sie fascynacja kultura
          maoryska, bo jest to jedyne tego rodzaju zjawisko w NZ, ktore mozna nazwac
          autentycznie wyrazistym (mimo, ze komercjalizacji oczywiscie rowniez zostalo
          poddane). Kiwusi wciaz szukaja swojej tozsamosci i czesto w tych poszukiwaniach
          bladza, a stosunkowo niski poziom edukacji zadania im z pewnoscia nie ulatwia.

          Tak wiec wyscig szczurow mozna w tym pieknym kraju ominac szerokim lukiem, bez
          szczegolnego meandrowania. Pochodna tego jest fakt wyksztalcenia sie
          spoleczenstwa niebywale egalitarnego (w przeciwienstwie do Anglii). To sa
          bezwzglednie atuty. Ale ta plytkosc i - ze sie tak wyraze - "pustosc" NZ,
          czlowieka o tych szczegolnych zapatrywaniach, systemie wartosci, wrazliwosci,
          swiatopogladzie moze jednak na pewnym etapie nieco zrazic.
          • iza42 Re: emigracja & lifestyle 22.05.08, 22:17
            Chyba sie troche nie zrozumielismy. ja ronwniez piszac o lifestyle nie mialam na
            mysli dorabiania sie i wyscigu szczorow. Mialam na mysli to zo moim zdaniem
            lifestyle oznacza - dobre warunki mieszkaniowe, ladne otoczenia, czas na
            przyjemnie spedzane weekendy i wakacje, hobby sporty itd.
            Wielu imigrantow tym sie kieruje w przyjezdzie do NZ . Na przyklad Anglicy po
            sprzedaniu swoich nieruchomosci w ANglii kupuja sobie tutaj atrakcyjne domy,
            lodke itd i to jest dla nich lifestyle.
            Dla przebyszow z RPA , ktorzy tak jak ja tutaj przyjechali emigracja do NZ wiaze
            sie na ogol z obnizeniem lifestyle poniewac domy tutaj drogo kosztuja, duzo
            drozej niz tam.
            Co do czasu wolnego, fakt, NZ ma wiele do zaoferowania ale duzo zalezy od pracy
            gdzie sie pracuje. Nie bardzo zgadzam sie ze stwierdzeniem ,ze w NZ ludzie malo
            sie stressuja praca i maja duzo czasu wolnego I nie chodzi tylko o moja prace,
            wszedzie gdzie patrze dookola ludzie bardzo ciezko pracuja godziny sa tutaj
            dluzsze niz w Polsce lub RPA. I nie jest tak,ze kazdy moze sobie wybrac taki
            styl pracy jaki mu odpowiada, pracodawca narzuca rytm pracy i ilosc obowiazkow.
            Jasyr, zgadzam sie z Toba czesciowo, jest sporo miejsc w NZ , gdzie pod
            wzgdledem towarzysko- kulturalnym jest po prostu nudno, ale np Auckland ma
            bardzo duzo do zaoferowania nie tylko w formie przedstawiwen teatralnych i
            koncertow.
            • poledownunder Re: emigracja & lifestyle 22.05.08, 23:31
              Niektore aspekty lifestyle na pewno sa zwiazane z kosztami
              utrzymania i mozliwoscia na nie zarobienia. Czytalam ostatnio jakis
              raport, z ktorego wynikalo ze dla imigrantow z Pld Afryki duza
              zmiana na niekorzysc przy przeprowadzce do NZ jest niemoznosc
              zatrudnienia sluzby, co jest powszechnym rozwiazaniem w kraju
              rodzinnym. Dzieki temu kobiety maja czas na zainteresowania, zycie
              towarzyskie i zawodowe, bo odpada im pranie, sprzatanie itp. Tak
              wiec kiedy nie moga sobie na zatrudnienie pomocy domowej w NZ
              pozwolic na pewno ma to negatywny wplyw na ich "lifestyle". Zalezy
              co sie rozumie jako lifestyle, i jak to jest uwzglednione we
              wszelakich badaniach. W Heraldzie niedawno opublikowano wyniki
              badan przeprowadzonych przez Statistics NZ wsrod grupy 7000
              imigrantow. Badania wykazaly ze najbardziej pozytywnymi aspektami
              przeprowadzki sa dla nich:
              - Klimat i piekno natury
              - Przyjazni ludzi i spokojny tryb zycia
              - Mozliwosc osiagniecia upragnionego "lifestyle"

              Najbardziej negatywne aspekty przeprowadzki to:
              - Wysokie opodatkowanie
              - Koszt opieki zdrowotnej
              - Niska jakosc i wysokie ceny domow

              Tak wiec np. niska jakosc i wysokie ceny domow najwyrazniej nie
              wplywaja negatywnie na postrzegany lifestyle.

              Ten sam artykul przytacza tez wyniki innych badan wskazujacych, ze
              az 35% imigrantow z kategorii "skilled migrant" ma tutaj trudnosci z
              zarobieniem na swoje codzienne potrzeby, mimo ze 91-94% a wiec
              prawie wszyscy badani maja prace. Wielu powodzi sie gorzej niz w
              kraju z ktorego wyemigrowali:
              Imigrancji z UK i Irlandii - 32% tutaj, tylko 16% w kraju rodzinnym
              Imigranci z innych krajow Europy, Pld Afryki i Ameryki Pln - 37%
              tutaj, tylko 10% w kraju rodzinnym.
              Imigranci z Azji - 36% tutaj, 19% w kraju rodzinnym
              Imigranci z innych krajow - 40% tutaj, 17% w kraju rodzinnym.

              Pytani dlaczego mimo to decyduja sie zostac, wiekszosc podaje
              lifestyle i bezpieczenstwo jako glowne powody.

              I badz tu czlowieku madry.
              • iza42 Re: emigracja & lifestyle 23.05.08, 12:01
                No wlasnie, wyniki sa sprzeczne, jak mozna narzekac na koszty i bylejakosc
                warunkow mieszkaniowych i jednoczesnie chwalic lifestyle?
                niepojete wydaje mi sie to. Jezeli chodzi o przybyszow z RPA , nie wydaje mi sie
                ,ze brak sluzacej byl kluczowym elementem niezadowolenia emigracji do NZ, choc
                moze byc, ze ludzie, ktorzy mieli pomoc domowa w pelnym wymiarze godzin tak to
                czasami potrzegaja. Ja nigdy nie odczywalam tutaj braku sluzacej, natomiast
                natychmiast odczulam roznice w cenach i jakosci domow z obu krajach, to chyba
                najwieksza roznica na niekorzysc dla takich emigrantow jak ja. Na poczatku
                rowniez dokuczal mi zimny klimat w NZ ale teraz sie juz przyzwyczailam.
                Dalej jestem ciekawa jaki rodzaj lifestyle pociaga ludzi do emigracji do NZ ?
                • malpuch Re: emigracja & lifestyle 23.05.08, 12:25
                  juz sie rozpisalam,ale chyab lepiej krotko i na temat. mnie to N| przywialo
                  przekoananie ze z kiwi boyem "latwiej" nam bedzie zaczac w NZ (juz dosc UK), niz
                  w PL.Nieco ponad rok po przyjezdzie- przyznam nadal sie przystosowuje.
                  Wierzylismy w better lifestyle, ale teraz wierze ze zalezy to jak sobie
                  poscielesz.Nigdzie nie jest idealnie.
                  Tesknimy troche za Europa, ale mieslismy to szczescie ze znamy Europe jak wlasna
                  kieszen (i inne zakatki tez), wiec "spiaca" i spokojna Nowa Ziewlandia smakuje
                  jak pyszna kawa po obiedzie z deseremsmile.

                  Dla nas NZ lifestyle - to outdoors; natural i wszelka komercjalizacja ktorej
                  brakuje Ci po wyjezdzie z Europy (i nie w AKL, CHCH itp) a w Bay of Plentysmile)
          • poledownunder Re: emigracja & lifestyle 23.05.08, 00:11
            Oczywiscie daje sie odczuc, ze kultura NZ jest mloda, choc nie wiem
            czy posunelabym sie az do okreslen "mialka", "plytka" i "pusta". Na
            pewno nie jest ona przesiaknieta wieloletnia tradycja jak kultury
            krajow europejskich, a co za tym idzie nie jest moze tak pewna
            siebie, konkretna i latwo definiowalna. Jest, powiedzmy, na etapie
            szukania siebie, swojego "identity", ale przez to ze szuka moze byc
            dynamiczna i ciekawa, choc w inny sposob moze ciekawa niz solidna,
            pewna i zrozumiala bo wyuczona w szkole, opracowana i wytlumaczona
            przez podreczniki, kultura europejska. Roznorodnosc jest wydaje mi
            sie taka, na jaka pozwala rozmiar kraju i jego liczebnosc, a ze dla
            kogos przyzwyczajonego do standardow europejskich jest to
            niewystarczajace, no coz, jak ktos sie decyduje jechac w swiat to
            chyba nie w poszukiwaniu tego, do czego jest przyzwyczajony tylko
            aby poznac nowe, to do czego moze przyzwyczajony nie jest. Wydaje
            mi sie ze zetkniecie z kultura na tym etapie rozwoju, nie obciazona
            wiekowa tradycja, moze i dla Europejczyka byc ciekawe jezeli jest on
            przygotowany otworzyc sie na cos innego i moze niezrozumialego, do
            czego nie jest przyzwyczajony. Tak mi sie skojarzylo z utyskiwaniami
            niektorych rodakow, ze w tym czy innym kraju nie moga dostac
            kielbasy, do ktorej sie w Polsce przyzwyczaili...

            W Christchurch Art Gallery wisi taki obraz, tak a propos
            poszukiwania "identity", zawsze sie usmiecham na jego widok.
            blog.humuhumu.com/2006/03/14/dick-frizzells-mickey-to-tiki-tu-meke
            • jasyr100 Re: emigracja & lifestyle 23.05.08, 16:07
              "Mialkosc", "pustosc" i "plytkosc" to sa wlasnie takie nieco dosadne okreslenia,
              ktorych uzywam by - podobnie jak w przypadku wulgaryzmow - "podkreslic nastroj
              wypowiedzi". Poniewaz zabroniono mi tu stosowac moich ukochanych wulgaryzmow
              musze czyms je zastepowac - z racji ogranicznych mozliwosci jezykowych oczywiscie.

              To wszystko o czym mowisz, Pole, to prawda. NZ to mloda kultura, ktora wciaz
              szuka swojej tozsamosci, wyrazistosci, definicji. Jest jednak malym naduzyciem
              mowienie, ze trzeba byc szczegoolnie otwartym by w NZ kulture, mentalnosc i inne
              takie zaakceptowac, i zechciec sie w ten swiat glebiej zanurzyc, az do tego
              stopnia by podjac decyzje o zamieszkaniu tutaj.
              Kazdy czlowiek indywidualnie to musi oceniac, niezaleznie od tego czy jest
              otwarty czy nie. Bo co innego byc otwartym, a co innego szukac optymalnego
              miejsca do zycia dla siebie.

              Ja polubilem NZ, ale stac mnie na dystans do tego kraju. Mowie co MNIE OSOBISCIE
              razi, co mnie sie wydaje np jakas ulomnoscia, co mi najnormalniej w swiecie nie
              pasi. W kazdym kraju cos takiego znajde, a w szczegolnosci w swojej przeuroczej
              Ojczyznie. Jednoczesnie rozumiem uwarunkowania, ktore NZ stworzyly taka jaka ona
              jest, rozumiem tez, ze w niedalekiej przyszlosci moga pojawic sie inne
              uwarunkowania, ktore NZ zmienia.

              Wiele sfer niewymiernych to po prostu kwestia gustu. Sa ludzie, ktorzy NZ
              pokochaja od pierwszego wejrzenia i beda pragneli ostatnie tchnienie wlasnie
              tutaj wydac, a sa tacy, ktorzy docenia uroki kraju, ale grob sobie wykopia gdzie
              indziej.

              Moze i masz racje, ze nie po to jedzie sie w swiat by zastac cos do czego jest
              sie przyzwyczajonym. Ale sa wszak rozne przyzwyczajenia, a co najwazniejsze -
              kazdy nosi w sobie swoje dziedzictwo, od ktorego nigdy sie nie uwolni, jest jego
              czescia i w niektorych okolicznosciach autentycznie moze mu ono utrudnic adaptacje.

              A to dziedzictwo jest roznorodne niebywale i naprawde drobiazg moze sprawic, ze
              mimo dobrych warunkow materialnych nie zamieszkasz akurat w Peru, Australii,
              Kostaryce czy Gwinei Rownikowej. Kazdy sam musi okreslic co jest dla niego
              najlepsze, kazdy sam musi wywazyc wszelkie czynniki, ktore moga o decyzji
              zadecydowac. I kazdy ma prawo do bledow...

              A mowiac o mialkosci kultury kiwuskiej (mocno upraszczajac) wydaje mi sei, ze
              bardziej stwierdzam fakt niz oceniam. Tak po prostu jest, taka kultura na dzien
              dzisiejszy ta mloda Nowa Zelandia moze sie pochwalic. Kultura jest wtorna, ale
              nie znaczy to, ze te wszystkie negatywne czynniki, ktore na nia wplywaja nie
              wyksztalca kiedys - paradoksalnie - czegos oryginalnego, wyjatkowego,
              charakterystycznego wylacznie dla tegoo kraju. To mozliwe, a nawet wiecej -
              bardzo prawdopodobne. Ale dzisiaj literatura, film, teatr, oraz - co mnie
              szczegolnie interesuje - muzyka, mimo poszukiwan utknely w tym kilwaterze, ktore
              pozostawiaja po sobie Europa, Ameryka i Australia. NZ w tym sie rozmywa, a jak
              juz cos wytworzy rzadko jest to - przepraszam za okreeslenie - wartosciowe.

              O muzyce rockowej moglbym prawic dlugo a gdy mialbym prawic o rocku
              nowozelandzkim to prawilbym dlugo i ze smutkiem (mimo kilku interesujacych
              projektow). Literatura to dla mnie rownie wazna czesc zycia i w tym momencie
              naprawde szczerze poprosze Was - kiwuskich Polakow - o podanie mi ciekawych
              kiwuskich tytulow i ciekawyycch autorow, z ktorymi warto byloby sie zapoznac.
              Musza byc to jednak dziela epokowe, przelomowe, bedace wspanialym studium
              zachowan tubylcow, ich kultury, zwyczajow i ich specyfiki. Jezeli chodzi o film,
              to jako milosnik Warszawskiego Festiwalu Filmowego czesto sie na filmy kiwuskie
              natykalem. I odbieralem je z przerazeniem. Po pierwsze nie rozumialem dlaczego
              jacys decydenci od filmu nowozelandzkiego takie knoty pozwalaja wypuszczac w
              swiat. Po drugie nie rozumialem jak takie knoty w ogole mozna tworzyc. Nie bylo
              tylko moja opinia, ze filmy kiwuskie nalezaly przez pare lat do najgorszych
              sposrod calej oferty festiwalowej. A to byly filmy, ktore - bylo nie bylo - NZ
              reprezentowaly.
              "Wladca Pierscionkow", cokolwiek by o tym nie mowic, NIE JEST filmem
              nowozelandzkim, jeno hollywodzkim. "The Piano" Jane Campion, dzielo znakomite,
              nie jest filmem reprezentatywnym dla kinematografii kiwuskiej. Szlajajac sie po
              NZ czasem natykalem sie na miejscowe produkcje (polecane przez miejscowych) i
              wrazenie mialem podobne jak po Warszawskim Festiwalu Filmowym.

              Poza tym mowiac o kulturze NZ nie mam wcdale na mysli tylko filmu czy muzyki,
              jeno to co sie na codzien bedac w NZ odbieralo wszystkimi porami skory. Imprezy
              kulturalne, sposob ich organizacji, ich klimat, publika, liczba, rodzaj,
              telewizja, radio, puby, restauracje, nawet roznorodne backpackersy, kazdy
              drobiazg wygenerowywal we mnie "wrazenie". No i dzisiaj sie tymi subiektywnymi
              wrazeniami dziele.
              Pozdrawiam

              • poledownunder Re: emigracja & lifestyle 24.05.08, 04:28
                de gustibus...

                Na muzyce sie nie znam, wiec sie nie bede wypowiadac. Co mi sie
                podoba, to mi sie podoba, ale juz czy jest to wartosciowe i
                niepowtarzalne, tego nie jestem w stanie powiedziec. Ale zauwaze ze
                przynajmniej sie niektorych kiwuskich artystow za granica slucha,
                nawet w Polsce (pewna niedawna podrzedna komedia romantyczna
                wiekszosc sciezki dzwiekowej oparla np. na piosenkach Bic Rungi, co
                akurat mi pomoglo obejrzec to dzielo do konca).

                W sumie podobnie z literatura i filmem, nie wszystko co rzekomo
                epokowe i ukochane przez krytyke mi sie akurat podoba. Jezeli
                chodzi o literature, to jak dla mnie caly czas nie do pobicia
                jest "Bone People" Keri Hulme, ktora przewinela sie przez forum
                kilkakrotnie. Ze slynnych pisarzy lubie tez autobiografie Janet
                Frame, choc do jej powiesci sie dopiero przymierzam. Sa autorzy, o
                ktorych akurat krytyka ciszej, a mi sie podobaja - Paula Morris,
                Fiona Kidman czy Bronwyn Tate chociazby. Bywa tez na odwrot - wszem
                i wobec chwalony "Mister Pip" Lloyda Jones'a akurat do mnie nie
                przemowil. Moze napisz, co z nowozelandzkiej literatury czytales, co
                Cie przywiodlo do takich a nie innych wnioskow?

                Nie mowie tu, ze Nowa Zelandia wiedzie prym literaturze swiatowej,
                ale pisze sie tu ksiazki, ktorych nie musza sie wstydzic. Jakiejs
                specjalnej posuchy czy beztalencia nie zauwazam. Staram sie tez byc
                na biezaco ze wspolczesna literatura polska, sciagam sobie corocznie
                po kilka czy kilkanascie nowych ksiazek polskich autorow, i tez
                musze powiedziec, ze choc jest wsrod nich sporo utworow do rzeczy,
                to pomimo calego dziedzictwa i bogactwa kulturowego Polski, nie
                wydaje mi sie zeby powstawalo wiele dziel epokowych i na skale
                literatury swiatowej. Z kinem jest chyba podobnie. Kino
                nowozelandzkie nie ogranicza sie do Fortepianu i Wladcy. Whale
                Rider cisnie sie na usta jako film mocno osadzony w tutejszych
                realiach a jednak "odbieralny" i dobrze odbierany poza granicami
                NZ. A coz takiego Polska dala ostatnio swiatowej kinematografii?
                Rumunskie filmy wygrywaja festiwale w Cannes, czeskie sa na roznych
                festiwalach pokazywane. A o polskich cicho.

                Oczywiscie z takimi porownaniami nalezy nader ostroznie, chcialam po
                prostu pokazac ze jezeli kraj 10 razy wiekszy pod wzgledem ludnosci,
                majacy pod reka wielkie centra kultury europejskiej i z wielowiekowa
                bogata tradycja nie wytwarza jakichs monumentalnych dla kultury
                swiatowej dziel, to czy uzasadnione jest tego oczekiwac od malego
                kraju na koncu swiata, ktory powstal niecale 200 lat temu?

                Jezeli ktos nie dal sie zniechecic do kina nowozelandzkiego, to
                informuje ze na lipcowym festiwalu Era New Horizons we Wroclawiu
                bedzie przeglad kina nowozelandzkiego lat 70-tych i 80-tych:
                8ff.eranowehoryzonty.pl/artykul.do?id=125
                Widze, ze festiwalowi bedzie towarzyszyc wystawa fotografii Craiga
                Pottona - jak ktos bedzie akurat we Wroclawiu, polecam - facet
                nalezy do najlepszych fotografow krajobrazu w NZ.
                • beatrix10 Re: emigracja & lifestyle 24.05.08, 08:08
                  Dzieki Pole za to info o festivalu na pewno sie tam zjawie.
                  • iza42 Re: emigracja & lifestyle 24.05.08, 10:31
                    Jezeli chodzi o kinematografie nowozelandzka to bardzo duze wrazenie zrobil na
                    mnie film Once We Were Warriors, ktory ogladalam dawno temu jeszcze w RPA ,
                    oczywiscie Piano lub The Whale Rider tez sa przykladami filmow o miedzynarodowym
                    wydzwieku. Wladcy Pierscieni przyznam sie ze wstydem nie ogladalam bo nie
                    gustuje w tego typu filmach.
                    Z literatury pamietam Katherine Mansfield, czytalam ja w przekladzie strasznie
                    dawno temu w Polsce , o Bone People slyszalam ale na razie nie zdobylam sie na
                    przeczytanie .
                    Nie jestem specjalnie na biezaco z kultura w NZ ale chyba nie jest az tak zle
                    jak opisuje to Jasyr.
                • jasyr100 Re: emigracja & lifestyle 24.05.08, 13:08
                  Rowniez ogromnie dziekuje za informacje o Wroclawiu. Moze utworz osobny watek o
                  tej imprezie, to moze byc naprawde bardzo interesujace...

                  Czytam sporo ksiazek, nie ograniczam sie tylko do fantastyki smile dosc powiedziec,
                  ze moim ulubionym pisarzem jest Fiodor. Jezeli chodzi o literature jestem
                  potwornie wymagajacy i krytyczny... i calkowicie sie z Toba zgodze, ze ostatnio
                  w Polszcze nie pojawily sie pozycje na miare oczekiwan.

                  Kiedys duzym rozczarowaniem byli dla mnie gdanszczanie Pawel Huelle i Stefan
                  Chwin. Pod zadnym wzgledem nie cenie tez Pilcha. Maslowskiej nie rozumiem i nie
                  lubie. Dukaj, pisarz sf, nominowany do tegorocznej Nike, to rzemieslnik, a nie
                  czlowiek poszukujacy. Na poezji sie nie znam, ale przyjmuje do wiadomosci, ze
                  nasi poeci sa w swiecie cenieni i wciaz podobno w dobrej formie. I wlasciwie
                  tylko proza Andrzeja Stasiuka podnieca mnie seksualnie. Czasem juz tak jest, ze
                  ciekawy czlowiek pisze ciekawe rzeczy...

                  Ale niewiele dekad trza sie cofnac w czasie by natknac sie na ludzi absolutnie
                  wybitnych, ktorzy wciaz w jakis sposob zaliczani powinni byc do naszej
                  literatury wspolczesnej. Mam tu na mysli Hlaske, Tyrmanda, a nawet Gombrowicza i
                  Bruno Schulza. Mozna tez wspomniec przed chwila zyjacego Stanislawa Lema oraz
                  Slawomira Mrozka. Mamy wiec z czego byc dumni, mamy z czego wybierac, a to ze
                  Wolna Polska nie dala nam jeszcze geniuszy, nie znaczy, ze to kiedys nie
                  nastapi. Potencjal w naszej kulturze jest ogromny i tego zakwestionowac sie nie da.

                  Bedac jako tako obeznanym z literatura swiatowa (choc jestem tutaj taka malutka
                  lodeczka zagubiona na oceanie podczas sztormu) nie przypominam sobie, zebym
                  slyszal cos o literaturze nowozelandzkiej. Kiwusi, przykro to mowic, ogolnie
                  jako ludzie sa traktowani przez Amerykanow i Brytyjczykow z dosc duza rezerwa i
                  czasem jakby protekcjonalnie. Bardzo czesto draznila mnie pogarda, ktora moi
                  europejscy i amerykanscy przyjaciele okazywali Kiwilandii ogolnie. O ile mlody,
                  wyksztalcony turysta przyjezdzajacy do Polski czesto jest zafascynowany tym co
                  odkrywa, o tyle mlody wyksztalcony turysta przyjezdzajacy do NZ czesto mysli, ze
                  tutaj w ogole nie ma czego odkrywac, poza pieknymi widokami.

                  W oryginale przeczytalem tylko jedna rzecz kiwuska - "Red Runs The Vistula" Rona
                  Jeffreya, ktora zupelnie przypadkiem wylowilem z biblioteczki backpackersu. Nic
                  w NZ tak nie poprawilo mojego angielskiego jak wlasnie lektura tej pozycji. A
                  wciagnela mnie z powodow prozaicznych - bardzo interesuje mnie przedwspolczesna
                  historia Polski XIX i XX wieku, i wszystko co moze mi te wiedze poglebic chetnie
                  pochlaniam. Zwlaszcza kiedy mam okazje zaznajomic sie z opinia z zewnatrz, z
                  takim swiezym nowym spojrzeniem na tematyka juz mi znana.
                  Ron Jeffreys to Kiwus, ktory sluzyl w wywiadzie brytyjskim podczas II Wojny
                  Swiatowej. W latach 42-43 przebywal w moim miescie i w ksiazce wlasnie wrazenia
                  z tego pobytu opisuje. Jego spostrzezenia wydaly mi sie nawet oryginalne
                  (momentami naiwne) i byly miodem na moje stesknione, patriotyczne serce. Jego
                  pozniejsza milosc do Polski wydala swoje owoce - coreczke, ktora wraz z polska
                  zona po wojnie do Kiwilandii przywiozzl.

                  Nie potrafie ocenic walorow artystycznych tej pozycji, bo moj angielski
                  bezwzglednie jest na to za slaby. Ale walory informacyjne byly dla mnie nie do
                  przecenienia.

                  Jako osoba, ktora nie zetknela sie bezposrednio z literatura kiwuska, nie
                  powinienem sie na jej temat wypowiadac, a juz na pewno nie powinienem oceniac.
                  Ja jednak kieruje sie w tym momencie ogolna opinia jaka ta literatura sie w
                  swiecie cieszy, innymi slowy powtarzam to co uslyszalem. Ale okay, nie
                  powinienem sie oddawac takim uciechom, wiec akurat z tematu oceniania kultury
                  przez pryzmat literatury tchorzliwie sie wycofam.

                  I podkresle, ze wszystko co mowie to moje subioektywne odczucia, oparte na moich
                  skromnych, niemiarodajnych doswiadczeniach. Wiem, ze NZ to mlody kraj, zaledwie
                  4-milionowy, wszystko to rozumiem. Ale wiem tez, ze 4-milionowa Norwegia
                  regularnie produkuje filmy wybitne, czasem w stylu dogmy, czasem nie, ktore
                  oglada sie z zapartym tchem. 10-milionowe Czechy rowniez maja sie czym pochwalic
                  pod tym wzgledem. I nie chodzi naweet o filmy, ale ogolny klimat kulturalny
                  panujacy w tych krajach, ktory stwarza mozliwosci do tworzenia rzeczy
                  wyjatkowych i pod wzgledem artystycznym bardzo wartosciowych.
                  Czyli chodzi mi wlasnie o ten potencjal, ktorego w NZ nie dostrzeglem. Mala
                  wiedza ogolna, kiepski poziom edukacji na wszystkich szczeblach, prowincjonalizm
                  wiekszej czesci spoleczenstwa, brak wyrazistych centrow kulturalnych - to sa
                  czynniki, ktore byc moze o tej ulomnosci decyduja.

                  Australia czy USA nie sa o wiele starsze niz NZ, ale zdązyly wyksztalcic cos
                  oryginalnego, charakterystycznego dla tych krajow, co w dodatku dalo sie jeszcze
                  wyeksportowac jako narodowy produkt.

                  Mowiac o kulturze mam na mysli drobiazgi. Mialem watpliwa przyjemnosc byc w
                  sylwka w centrum Auckland. Sposob w jaki ludzie spedzali ten czas, sposob w jaki
                  sie "bawili", swietowali byl dla mnie niepojety. To byl poczatek mojej przygody
                  z NZ, ale tez pierwszy dzwonek alarmowy. Fastfoody wypelnione po brzegi, do
                  ktorych Kiwusi wlazili calymi rodzinami. Na ulicach praworzadny spokoj. Z powodu
                  zakazu spozywania alkoholu rzadko widzialem kogos ostentacyjnie otwierajacego
                  szampana, puszke piwa czy wino. Tlumy ludzi maszerujace chodnikami w przypadkowe
                  strony. Ryk zachwytu z powodu odpalenia nad Sky Tower srednio fascynujacych
                  sztucznych ogni. Nieprzebrane tlumy na nabrzezu, w szczegolnosci na Market
                  Square. Zero twoarzyszacych imprez kulturalnych typu plenerowe sylwkowe
                  koncerty. No i ten uderzajacy mnie w twarz brak jakiejkolwiek inwencji...
                  Brakowalo mi tego europejskiego "zachachmęcenia" tlumu, jakiejs wyobrazni jak by
                  tu sobie ten czas jeszcze bardziej umilic. W Wiedniu, Krakowie, Oslo,
                  Budapeszcie, Pradze, Barcelonie, Turynie. Bukareszcie i Antwerpii sylwek wyglada
                  kompletnie inaczej. Malo kogo podnieca mozliwosc przywitania nowego roku w Maku
                  Donaldsonie (w Auckland wprost nie wierrzylem wlasnym oczom). Mlodzi ludzie
                  rozbiegaja sie na wszystkie strony, tworza mini-party w roznych zakatkach
                  miasta, w parkach, skwerach, bawia sie do bialego rana mimo zimy i zimna.
                  Auckland w sylwka ma dla odmiany do zaoferowania swietna pogode i co? I gowno.

                  Wiem, ze do najwiekszego miesta NZ na sylwestra przyjezdza mnostwo turystow. Ale
                  to nie oni tworzyli ten dretwy, malo tworczy klimat. A ja? Ja dreptalem sobie
                  wszedzie i w typowo polski sposob lejac na przepisy popijalem sobie piwo z
                  puszki (dyskretnie). Szanuje prawo NZ, ale wyszedlem z zalozenia, ze w ten jeden
                  pieprzony dzien nalezy wykazac sie pewna elastycznoscia i wyobraznia, ktorej tym
                  biednym Kiwusom tak czesto brakuje.
                  No i wyszukiwalem co ciekawsze zakatki, by przycupnac, poobserwowac, krytycznie
                  ocenic, z dezaprobata pokrecic glowa. To chyba byl pierwszy moment podczas moich
                  wojazy po NZ, w ktorym poczulem nieprzyjemne uklucie rozczarowania...
                  W koncu poszedlem do Hysterii na K Rd, do sprawdzonej metalowej knajpy, w ktorej
                  znalazlem odrobinke tego czego w sylwka szukalem...

                  Ten scisle okreslony brak inwencji tworczej zauwazylem pozniej u Kiwusow
                  wielokrotnie. I bylo mi autentycznie przykro, bo przeciez ten kraj i tych ludzi
                  bardzo polubilem. No a dzis dziele sie z Wami swoimi owczesnymi wrazeniami,
                  ktore przeciez w szeroko pojmowamnym temacie "kultura" sie mieszcza.

                  Pozdrawiam

                  • jasyr100 Re: emigracja & lifestyle 24.05.08, 13:23
                    P.S. Tak, WhaleRrider to wyjatek. Moj krytycyzm przy nim zdziebko stopnial, ale
                    ja akurat lubie tego typu jakby magiczne obrazy... wiec nie potrafie byc w tym
                    przypadku obiektywny... Taka sama slabosc mam do filmow sf.
                    Tomasz Beksinski, jak wszyscy zapewne wiecie, mial z kolei pierdolca na punkcie
                    tanich, kretynskich amerykanskich horrorow, szczegolnie z gatunku splatter
                    punk... Kazdy ma cos na sumieniu.

                    Wladca Pierscionkow NIE JEST filmem nowozelandzkim, na litosc boska!
                    • jasyr100 Re: emigracja & lifestyle 24.05.08, 18:17
                      P.S.2 - tak mi sie przypomnialo.
                      W dziedzinie teatru my mamy wiecznie zyjacych Grotowskiego i Kantora, podczas
                      gdy Kiwusi na kogos w rodzaju pierwszego z nich - wg moich precyzyjnych
                      matematycznych obliczen - czekac beda 1433 lata.

                      Teatr wspolczesny i awangardowy to nie jest dziedzina stara, nawet 200-letnie
                      kraje moga sie czyms tutaj pochwalic. Niestety Nowa Zelandia NIE!

                      Nawet 4-milionowe kraje moga sie czyms pochwalic; wlasna szkola filmowa, wlasna
                      szkola teatralna, wlasna szkola graficzna, wlasna szkola muzyczna, warsztatami
                      poetyckimi etc. Nie potrzeba do tego miec wiecej niz 200 lat, bo zadna z tych
                      szkol sobie tyle nie liczy (aczkolwiek niektore czerpia z wielowiekowego
                      dziedzictwa).

                      Tak wiec ten argument wspolnie, kolektywnie i "koncyliacyjnie" obalilismy.
                      smile

                      Problem NZ nie wynika tylko i wylacznie z faktu, ze nie ma wiecej niz 200 lat
                      albo z faktu, ze jest krajem 4-milionowym. Ten problem jest znacznie glebszy niz
                      sie niektorym wydaje.

                      Ale jest jeszcze maoryska kultura, ktora szanuje, mozna rzec nawet, ze jest
                      jakims rodzajem kapitalu dla NZ. Ale czy kazdy bialy Kiwus moze zostac Maorysem?
                      Oto jest pytanie!
                      • iza42 Re: emigracja & lifestyle 25.05.08, 01:33
                        Z lifestyle zeszlismy na kulture obu krajow. Ale to nie szkodzi, przeciez te
                        elementy bardzo sie ze soba wiaza. Jasyr, jestem pelna uznania dla Twojej wiedzy
                        na temat wspoolczesnej kultury w Polsce, odleglosc robi swoje, bardzo odbieglam
                        od tego tematu pomimo,ze sie staram. Twoje spostrzezenia wzgledem kultury Kiwi
                        sa rowniez bardzo ciekawe . Mnie bardzo raza tutaj niedobory wiedzy ogolnej
                        wsrod ludzi nie dlatego,ze oczekuje od nich jakiejs szczegolowej wiedzy ale
                        dlatego ,ze czesto przez to brakuje wspolnego mianownika do rozmow. Ale kiedys
                        na ten temak juz dyskutowalismy, wiec nie chce sie rozpisywac. Inna zupelnie
                        niezrozumiala dla mnie sprawa jest fascynacja sportem w tym kraju. Nie,ze zebym
                        miala osobiscie cos przeciwko rugby ale traktowanie tego sportu jako bozyszcze
                        narodowe , to juz lekka przesada moim zdaniem.
                        No taka kultura powierzechownosci na polu towarzyskim czyli wszystko fajnie,
                        wszyskto lovely, bardzo prosze nie dotykajmy przykrych tematow bo nie wypada.
                        Tak przynjamniej czasami to wyglada. Z jednej strony podoba mi sie, ze ogolny
                        negatwizm i pesymism nie sa tuatj w modzie, z drugiej strony jednak falsz
                        pewnych nieuzasadnionych optymistycznych wypowiedzi razil mnie niejednokrotnie.
                    • poledownunder Re: emigracja & lifestyle 25.05.08, 04:55
                      jasyr100 napisał:

                      Wladca Pierscionkow NIE JEST filmem nowozelandzkim, na litosc boska!

                      No, oficjalnie to faktycznie "country of origin" jest podawane jako
                      USA/New Zealand, choc z tego co wiem to USA dalo pieniadze, a New
                      Zealand wiekszosc wkladu tworczego, wiec mozna by sie sprzeczac, czy
                      honor w sztuce nalezy sie temu, kto stworzyl, czy temu kto
                      zaplacil. Czy np. portrety krolow angielskich malowane na zlecenie
                      przez artystow niemieckich i niderlandzkich nalezy zaliczyc w
                      zwiazku z tym do sztuki angielskiej? A obrazy Canaletta i
                      Bacciarellego do sztuki polskiej?
                    • poledownunder Re: emigracja & lifestyle 26.05.08, 00:52
                      Ksiazka Witi Ihimaera (Witiego Ihimaery?), na podstawie ktorej
                      powstal scenariusz, jest dostepna po polsku. Jezeli podobal Ci sie
                      film, moze warto sprobowac i wersji literackiej.
                      merlin.pl/Jezdziec-na-wielorybie_Witi-Ihimaera/browse/product/1,479495.html

                      Mysle ze da Ci to lepsze podstawy do rozwazan nad literatura NZ
                      niz "Red Runs the Vistula". Ron Jeffery urodzil sie w Anglii i w
                      Polsce wyladowal jako zolnierz brytyjski. Do NZ przyjechal dopiero
                      po wojnie bo stad pochodzil jego ojciec. Watpie czy jego ksiazka
                      zawierala wiele elementow nowozelandzkich albo jakas szczegolny
                      nowozelandzki sposob patrzenia na swiat, do literatury
                      nowozelandzkiej mozna ja chyba zaliczyc tylko z racji miejsca
                      wydania, a i wtedy nawet nie jest to dzielo ktore zapisalo sie
                      specjalnie w historii tejze literatury.
                      • jasyr100 Re: emigracja & lifestyle 26.05.08, 11:48
                        To nie jest dobre porownanie, przede wszystkim dlatego, ze NZ nie dala
                        WiEKSZOSCI wkladu tworczego. Dala go mini. Jak chcesz sprawdz sobie tzw liste
                        plac, poczawszy od aktorow glownych i drugoplanowych, poprzez ekipe techniczna,
                        oswietleniowcow, charakteryzatorow, scenarzystow, no i przede wszystkim
                        producentow.
                        Wsrod statystow rzeczywiscie dominuja Kiwusi, ale chyba nie to nazywasz wkladem
                        tworczym. Jedynie krajobrazy NZ wykonaly kawal dobrej roboty smile

                        W dzisiejszym filmie komercyjnym producenci odgrywaja wieksza role anizeli
                        rezyser, i tak niewatpliwie bylo w tym przypadku. Choc Jackson jest Kiwusem, nie
                        mial on decydujacego zdania o ksztalcie tego monumentalnego obrazu.
                        Interesowalem sie kazdym etapem produkcji Wladcy Pierscionkow jako zazarty,
                        zacietrzewiony, fanatyczny, ekstremistyczny, ortodoksyjny milosnik fantastyki.

                        Koproducentem byla Nowa Zelandia, nie zaprzecze, ale jej wklad zarwono tworczy
                        jak i finansowy w powstanie filmu byl niewielki, w porownaniu z wkladem
                        amerykanskim. Trzon ekipy technicznej pochodzil ze Stanow Zjednoczonych. Tego
                        sie nie da zakwestionowac.

                        To byla gigantyczna produkcja, na nieprawdopodobna skale. Zadna wspolczesna
                        kinematografia poza amerykanska nie udzwignelaby kosztow i wymagan
                        organizacyjnych takiego przedsiewziecia. Nawet gdyby dac Kiwusom cala kase na
                        produkcje, oni by sobie nie dali rady po prostu w sensie logistycznym. To
                        przeciez jest oczywiste. Nie ma w calej Nowej Zelandii odpowiedniej ilosci
                        specjalistow do zrealizowania czegos takiego.

                        A Ty mi tu wyjezdzasz z Flamandami czy innymi Niderlandczykami. Kompletnie
                        chybione poorownanie. Tam mielismy do czynienia z kultura, klasa, szkola, dusza
                        niderlandzka, ktora udostepniona zostala Anglikom. Nie zmienilo to charakteru
                        dziela, ktore w swej istocie pozostalo niderlandzkie. Tutaj zas mamy do
                        czynienia z amerykanskim planem filmowym z powodow prozaicznych przeniesionym do
                        pieknego kraju, w piekne plenery... Ale planem przeniesionym z USA wraz z armia
                        ludzi, ktorej to armii w NZ nie uswiadczysz. I w tym calym galimatiasie blakal
                        sie Peter Jackson. Okay, Kiwus, zgadza sie. Ale fakt, ze Roman Polanski jest
                        Polakiem nie oznacza, ze wszystkie jego filmy mianem polskich mozna okreslic.

                        "Pianista", film zrealizowany w Polszcze, przez Polaka, z duza liczba polskich
                        aktorow drugoplanowych, z polskim operatorem, kompozytorem, scenografem i
                        charakteryzatorem, opowiadajacy o Polszcze, opowiadajacy o Polaku, oficjalnie
                        reprezentujacy w Cannes (wygral) kinematografie polska. A mimo tego wszystkiego
                        (i absolutnie nie chodzi mi o finanse) ciezko jest go nazwac filmem polskim. Od
                        biedy mozna to okreslic mianem produkcji miedzynarodowej. W przypadku Wladcy
                        Pierscionkow z takim dylematem nie mamy do czynienia. Koszta sa hollywodzkie,
                        wklad tworczy rowniez, pomijajac tu postac Jacksona, ktory w hollywodzkim
                        klimacie mocniej sie juz zreszta zaglebil.

                        Ciagnac akurat ten watek mamy wiele przykladow Australijczykow i
                        Nowozelandczykow, ktorzy de facto stali sie aktorami i tworcami hollywoodzkimi,
                        zatracajac swoj narodowy charakter. To zjawisko jest oczywiste i wcale nie
                        kontrowersyjne. Ale wcale tak nie musi byc. Niekoniecznie trzeba nakrecic
                        rozrywkowy film by od razu nazwac go hollywodzkim. Swietnym przykladem w kinie
                        anglojezycznym jest tutaj Mad Max George'a Millera (rowniez moja ukochana
                        fantastyka). Mad Max to film, ktory swoj specyficzny australijski klimat
                        zachowal i nie mowie tu wcale o samochodzikach jezdzacych lewa strona szosy...

                        Tak wiec prosze nie przypisuj Nowej Zelandii czegos co sie jej nie nalezy. To
                        nie Nowa Zelandia stworzyla Wladce Pierscionkow, nie dala dominujacego wkladu
                        tworczego.



                        • poledownunder Re: emigracja & lifestyle 27.05.08, 00:13
                          Nie wyklocam sie ze LOTR to film nowozelandzki, ale ze uzasadnione
                          jest uwzglednianie go rozpatrujac nowozelandzka kinematografie.
                          Mowiac o kinematografii polskiej uwzglednia sie Krzysztofa
                          Kieslowskiego z caloksztaltem jego tworczosci, mimo ze jego
                          pozniejsze filmy, te najbardziej znane w swiecie, to produkcje
                          francuskie. A co z takimi rezyserami jak Ang Lee ktory kreci filmy
                          zupelnie hollywoodzkie jak Brokeback Mountain czy Ice Storm, ale
                          czasem wraca do stron rodzinnych i tematycznie i aktorsko i
                          jezykowo, ale nadal za amerykanskie glownie pieniadze jak
                          np. w Crouching Tiger, Hidden Dragon albo ostatnim filmie Lust,
                          Caution. Zeby bardziej sprawy bardziej skomplikowac, czasem kreci
                          cos takiego jak Sense and Sensibility, klasyke angielska uzywajac
                          angielskich aktorow, ale nadal za amerykanskie pieniadze o ile sie
                          nie myle. Czy nalezy jego filmom calkowicie odmowic miejsca w
                          kinematografii tajwanskiej?

                          W dobie ko-produkcji trudno jest czasem okreslic granice
                          przynaleznosci filmu do takiej a nie innej kinematografii, zwlaszcza
                          jezeli film, tak jak LOTR, nie jest osadzony w rzeczywistosci
                          konkretnego kraju i moglby byc nakrecony gdziekolwiek. Gdyby
                          dotyczyl zycia w malym miasteczku w Waikato, mysle ze latwiej bys
                          sie ze mna zgodzil, bez wzgledu na to kto za jego produkcje zaplacil.

                          Osobiscie widzialam dwie czesci trylogii, zadna nie wzbudzila we
                          mnie wiekszych emocji, bo nie cierpie sf, fantasy i wszelakiej innej
                          tworczosci z nadmiernie owlosionymi istotami o spiczastych uszach.
                          Jezeli wiec o mnie chodzi, mogloby go w ogole nie byc. Nie zgadzam
                          sie po prostu z Twoim argumentem.

                          Dla mnie film to w pierwszej kolejnosci rezyser i autor scenariusza,
                          zdjecia, potem aktorzy, czasem muzyka, potem reszta ekipy
                          technicznej. Moze dlatego ze sie nie znam, i kieruje sie tym co
                          galy widzialy i uszy slyszaly. Twoje stwierdzenie, ze Nowa Zelandia
                          wlozyla do filmu jedynie piekne plenery i statystow wydaje mi sie
                          mocno niesprawiedliwe.

                          Patrzac na Oskary zdobyte przez wszystkie czesci trylogii,
                          nowozelandzka ekipa jest czesciowo lub calkowicie odpowiedzialna za
                          nastepujace:
                          Adapted Screenplay
                          Art Direction/Set Decoration
                          Director
                          Editing
                          Sound Mixing
                          Costume Design
                          Makeup
                          Visual Effects
                          Original Song (Lyrics)

                          Plenerow to Nowa Zelandia udziela filmom z Bollywood, w LOTR wlozyla
                          znacznie wiecej. To ze glowni aktorzy to Amerykanie tu akurat
                          niewiele znaczy, Juliet Binoche nie zrobila z Chocolat filmu
                          francuskiego.
                          • jasyr100 Re: emigracja & lifestyle 27.05.08, 01:07
                            Ogolnie zgadzam sie z tymi Twoimi argumentami.

                            Ang Lee to dobry przyklad, natomiast Kieslowski to zupelnie inna para kaloszy. W
                            wiekszosci jego francuskich filmow wklad tworczy Polakow byl znaczacy.

                            Jezeli chodzi o Wladce Pierscionkow spora czesc aktorow pierwszo i
                            drugoplanowych wcale nie byla Amerykanami. Viggo Mortensen jest, zdaje sie,
                            Dunczykiem, Sean Bean Anglikiem irlandzkiego pochodzenia, Rhys-Davies
                            Walijczykiem, McKellen, Monaghan (znany z Lost), Christopher Lee i Ian Holm to
                            Anglicy, zas Cate Blanchett to Kangurzyca. Wlasciwie Amerykanie stanowia wsrod
                            glownych postaci mniejszosc...

                            Ang Lee to taki sam przyklad obiezyswiata jak kazdy inny. Jest on Tajwanczykiem
                            (w tym konkretnym przypadku rowniez Chinczykiem), ktory tworzy filmy zarowno
                            chinskie, jak i amerykanskie, zdarzylo mu sie tez, jak slusznie zwrocilas uwage,
                            poflirtowac z kinem brytyjskim.
                            Nie ma w tym zadnej sprzecznosci. Jak kazdy wybitny rezyser pozostawia w
                            filmach, niezaleznie od tego jakiej sa produkcji, swoje
                            charakterystyczne pietno. Tworzy je wedlug wlasnej poetyki. Choc Brokeback
                            Mountain to film bez watpienia amerykanski, zawiera pierwiastek czegos
                            wyjatkowego i oryginalnego. Tym pierwiastekiem jest wlasnie Ang Lee.
                            Natomiast taka rzecz jak Hidden Dragon (dla mnie niestrawna, ale to kwestia
                            gustu), to produkcja z kolei bez watpienia chinska. Coz z tego, ze za
                            amerykanska kase. Coz z tego, ze wykorzystuje amerykanskie zdobycze
                            technologiczne. Dzis niektorzy tak wlasnie kreca filmy. Mozna sie zzymac, ze ten
                            sposob krecenia z Ameryki sie wywodzi, tak jak mozna sie zzymac, ze papirus
                            pochodzi z Egiptu. To nie ma najmniejszego znaczenia. Wszystko sie wzajemnie
                            przenika i na siebie wplywa. Ktos wymysli jakas narodowa szkole teatralna, inni
                            beda z tego czerpac calymi garsciami, dodajac swoje trzy grosze i tworzac
                            zupelnia nowa jakosc. I na tym to wszystko polega. I wszystko wciaz ewoluuje.
                            Taka jest sztuka, nawet jezeli jej korzenie znalezc mozna w kulturze masowej, a
                            czasem wrecz wlasnie dlatego...

                            Nie potrafie dokladnie stwierdzic, kto z ekipy technicznej Pierscionkowego
                            Wlasciciela jest Kiwusem. Moze masz racje, nie chce sie sprzeczac. Ja rowniez
                            nie mam o tym filmie zbyt dobrego zdania, ale z drugiej strony uwazam, ze moglo
                            byc gorzej. Tworcy filmu zmierzyli sie z naprawde nie lada wyzwaniem i w sumie
                            chwala im za podjecie proby i za odwage.
                            Tolkien to autor kultowy. Jako milosnik fantastyki nie moglem sie na niego nie
                            natknac. Jednak w tym wypadku naleze do skrajnej mniejszosci seksualnej i po
                            prostu za Tolkienem oraz ogolnie fantasy nie przepadam.
                            Moim konikiem jest sf spod znaku np Ph.K.Dicka, Silverberga, Pohla, Strugackich,
                            Aldissa, a nawet Asimova, a ostatnio zauroczyl mnie niejaki China Mieville...

                            Trudno mi powiedziec ile przeczytalem ksiazek sf. Moge to chyba liczyc w
                            tysiacach, w kazdym razie wiecej niz z jakiegokolwiek innego gatunku. Dodam przy
                            tym, ze sf bardzo szeroko pojmuje. Juz Lukian z Samosaty tworzyl cos w rodzaju
                            fantastyki futurologicznej. Mielismy przeciez Verne'a, Wellsa, ktorzy sa
                            absolutna klasyka. Za fantastyke szeeroko rozumiana brali sie tacy ludzie jak
                            Edgar Allan Poe, moj ulubieniec Fiodor, Adaś Mickievicius, Tomek Mann (ktorego
                            nie znosze), Bulhakow, Gogol, Czechow, Szekspir, Byron, Servantes... Raczej
                            trzeba by bylo zadacv sobie pytanie, kto z wielkich po ten gatunek nie siegal.

                            Wg jednej z definicji fantastyki wszystko nią jest co opisuje (poprzez sztuke)
                            rzeczy nieempiryczne. Dla mnie do tego nurtu zaliczaja sie dziela Homera,
                            niektorzy odwazniejsi moga dodac Biblie... To nprawde niebywale szeroki gatunek
                            (np literacki), ktory miesci w sobie nie tylko prozaiczne sf, fantasy i horror...

                            Sorki za ten off-topic, ale jezeli chodzi o fantastyke ja zawsze i wszedzie
                            musze prowadzic te swoja propagande, nawet na forum o NZ.




                      • jasyr100 Re: emigracja & lifestyle 26.05.08, 11:58
                        Jasne. Ja nie umiem ocenic walorow artystycznych ksiazki Jeffery'ego, juz
                        wspominalem dlaczego. Ale jego spostrzezenia nt Polski i Polakow wydawaly mi sie
                        miejscami interesujace i zabawne.
                        Co do jego narodowosci, to zgodzisz sie, ze najwazniejsza jest
                        samoidentyfikacja. Jeffery mowil o sobie "Kiwus" co sprawe chyba rozstrzyga.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka