trzy.14
09.05.15, 15:06
Każdy może sobie poczytać:
www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1616201,1,profesor-doktor-zdegradowany.read
Ten artykuł nie jest aż tak zły, jak się spodziewałem :-) jednak kilka fragmentów zwróciło moją szczególną uwagę.
Cytat Skończyły się już czasy, gdy większość profesorów miała dwa etaty, a doktorzy setki dobrze płatnych nadgodzin. Tym samym odcięte zostało główne źródło naszych dodatkowych dochodów, a drastyczne ograniczenie możliwości korzystania przez wykładowców z dobrodziejstwa 50-proc. kosztów uzyskania przychodów jeszcze pogorszyło naszą sytuację finansową. Przeciętnie biorąc, profesor zarabia dziś znacznie mniej niż pięć albo 10 lat temu, a za to zdolni i obrotni doktoranci i doktorzy, zatrudnieni w grantach i otrzymujący rozmaite stypendia, nierzadko są uposażeni lepiej od swoich starszych kolegów.
Generalnie, ci bardziej aktywni i pracowici naukowcy zarabiają ok. 100 tys. zł rocznie na rękę, przy czym znaczna część tych dochodów pochodzi z zagranicy, z różnych staży i stypendiów. Rzecz jasna, lekarz, prawnik czy ekonomista zarabia więcej, a filolog czy historyk mniej. Jednakże czasy, gdy przeciętny profesor był mieszczaninem dysponującym dużym mieszkaniem z piękną biblioteką, skończyły się bezpowrotnie.
Chciałem się spytać kolegów społ-humów, zwłaszcza humów, o co Hartmanowi chodzi i jaką on opisuje rzeczywistość. Bowiem dla mnie 100 tys. rocznie na rękę jest kwotą *astronomiczną*, mimo że z gołej pensji nie żyję, bo bym chyba zdechł. Czytelnik powyższej opinii może jednak odnieść wrażenie, że przynajmniej dla profesora 100 tys. netto rocznie to w Polsce stawka normalna. No, może profesor historii zarabia trochę mniej, ale już Podwórkowy z pewnością duuużo więcej! Co więcej, można by pomyśleć, że Hartman jeszcze niedawno zarabiał ponad 100 tys. rocznie netto a teraz już nie i właśnie dlatego zaczął odczuwać ból egzystencjalny. A może to właśnie spadek dochodów jest tą pierwotną przypadłością dającą asumpt dla różnych komitetów ratowania humanistyki a nawet całej nauki polskiej?
Hartman pisze w formie "my" - my mieliśmy dwa etaty, setki nadgodzin, to nam obcięto dobrodziejstwo 50% kosztów uzyskania przychodów. I faktycznie - ten filozof oprócz zatrudnienia na UJ miał też - czas przeszły dokonany - etaty w Pułtusku i Tarnowie, co nadało autentyczności jego wynurzeniom o profestytucji. Wysokie dochody zapewne dotyczyły (i dotyczą?) ekonomistów, prawników, może politologów i socjologów, może filologów nowożytnych obcych, pewnie też inżynierów, lekarzy, ale chyba nie np. etnologów, historyków, muzykologów, filologów klasycznych czy polonistów? Czy kryzys humanistyki, o którym tak głośno w mediach, to kryzys humanistyki jako nauki uniwersyteckiej czy kryzys humanistów jako warstewki społecznej, której wysoka stopa życiowa (?) w ostatnich latach została zredukowana do stopy życiowej takich, dajmy na to, ścisłowców, dla których dwa etaty czy nadgodziny zawsze był jakimiś baśniami o zamorskich krainach?