15.03.12, 01:23
a czemu ludzi większość, tak lubi pływać ?
albo się choć w wannie moczyć.
że niby stąd, bo gałąź ta sama ?
wszystkie żeśmy z mórz wyleźli ?

https://www.rybobranie.pl/pliki/prezentacje/2064/wiadomosci/859/bcvbdfye54754.jpg

no i czemu co niektórzy, jak w wodzie ryba, a innych panika dotyka totalna, gdy się ich próbuje pływać uczyć ?
no i co to w ogóle jest nauka ta, na czym polega, jak nie na gadaniu, by dać sobie luz i przestać się bać ?
się mnie zdaje, iż niektórzy mają opór, no to sztywnieją i każda nauka na nic, bo się należy podówczas specjalista od rozluźniania.
ale są i tacy, którzy się w wodę dosłownie wpasowują i nawzajem miziają uroczo.

no to od czego to zależy, że woda dla kogoś jest cudna, a dla innego strach ?
wcale nie wierzę już w sprawy dzieciństwa w tej kwestii.
więc dlaczego ktoś jest morskim dinozaurem bardzo, a kto inny mniej ?
a nawet wcale.

a w ogóle, to co jest na świecie tym najpiękniejszą sprawką ? - woda.
do pluskania, picia, szemrania, zaczynania życia od nowa .
Obserwuj wątek
    • dzidzia_bojowa Re: Woda 15.03.12, 07:01
      Ciekawe pytanie. Moja ukochana Mama wodziła mnie i mojego brata od wczesnego dzieciństwa nad wodę, nad rzekę, na basen i moczyła nas w tych wodach od zarania. A sama nie weszła dalej niż gdy woda sięgała Jej do kolan. Dalej nie, dalej w żadnym wypadku, taki lęk miała. W rezultacie pływam jak ryba od czasów przedprzedszkolnych.
      Podobną metodę stosowałam wobec mojego synka. Długo, systematycznie próbowałam przekonać go do pływania a on zawsze wylękniony był, wycofany i nieufny. Nie pływa, nie wchodzi do wody i nie wchodzi w grę żaden uraz. Nie rozumiem tego. Może zależy to od usposobienia?
      • ploniekocica Re: Woda 15.03.12, 07:54
        Też mi się wydaje, że to zależy od tego czegoś w nas, a nie od jakichkolwiek przeżyć.
        Ja jako małe dziecko wpadłam do basenu tak skutecznie, że dostałam zachłystowego zapalenia płuc i mało nie umarłam. Ale wody się nie boję nic a nic. Choć mam respekt.
        Nawet mimo tego, iż z racji wady serca nigdy nie pływałam naprawdę dobrze i jak jestem w wodzie bez asekuracji kogoś naprawdę pomocnego to wolę pływać wzdłuż niż w głąb.
        Oboje moje dziecka pływają od przedszkola, a młody to pływał zanim zaczął chodzić. W związku z powyższym przeżywałam w jego dzieciństwie horrory, bo się wypuszczał na akweny różne, a ja stałam na brzegu i wiedziałam, że jak mu coś niedajbuk to go nie będę potrafiła uratować. Nad morzem mu kupiłam kamizelkę ratunkową, taką prawdziwą ze styropianu i jak sam szedł do wody to miał nakaz wkładania jej na siebie, bo ja temperaturowo nie wytrzymywałam jego morskich wyczynów i nie dawałam rady go pilnować zawsze. A potrafił w wieku lat czterech nagle się pojawić na boi czerwonej w zimnym bałwaniastym Bałtyku.
        Ponadto moje dzieci kąpią się właściwie bez względu na temperaturę wody (czego o sobie JUŻ powiedzieć nie mogę) i czasami są jedynymi pływającymi po horyzont plaży.
        Znam natomiast ludzi, którzy wody się boją nawet w kubku. Pamiętam dziką karczemną awanturę, którą mi zrobiła moja koleżanka, gdy posłałam siedmiolatków samych na basen. Na nic się zdało tłumaczenie, że po pierwsze nie samych, ale pod opieką emocjonalną starszego wówczas trzynastoletniego rodzeństwa i wodną panów ratowników, którym poprosiłam o szczególną uwagę, po drugie nie na basen tylko do aquaparku, gdzie w najgłębszym miejscu jest 140 cm, a po trzecie nie samych, bo ja siedziałam z Gupkiem pod oszkloną ścianą i co chwila ich widziałam, a po czwarte troje spośród tej bandy dzieciaków pływało jak ryby, a gorzej pływało tylko jej starsze trzynastoletnie dziecko, które się wdało w mamusię . O mały włos mnie do sądu nie podała ta moja koleżanka jako matkę wyrodną.
        Tymczasem ona wysyłała dwóch siedmiolatków kompletnie samych na podwórko windą z dziesiątego piętra i przez czas pobytu tamże w ogóle ich nie widziała, co mnie z kolei wydawało się horrorem, bo się bardziej boję ludzi obcych niż wody ocieplanej z ratownikiem w aquaparku.
        • ewa9717 Re: Woda 15.03.12, 10:04
          Chyba faktycznie z jakimś nadrukiem się człek rodzi. Byłam ponoć paskudnym wiecznie drącym dziób niemowlęciem. Jedyne chwile spokoju, kiedy rozebrano mnie do kąpieli (i wtedy nawet z pół godziny trwałam w ciszy w oczekiwaniu na szczęście) i sama kąpiel. Pływać nauczyłam się w sytuacji albo utonę, albo wypłynę. Wypłynęłam ;) I do dziś napalonam na pływanie jak mrówka na cukier, bywam jedyną kąpiącą się ;) I już odliczam dni do kolejnego pływalnego sezonu, bo baseny to jednak zupełnie nie to, choć na biezpticziu i żaba sołowiej.
          A! Jestem podgatunek dinozaura jeziornego.
          • damakier1 Re: Woda 15.03.12, 10:27
            Te drące sie upiorne niemowlaki, zamykające dziób natychmiast po zanurzeniu w wanience z wodą to dość powszechne zjawisko. I wynika chyba z tego, że te dzieciaczki dopiero co taplały się w wodzie w mamusinym brzuchu i ta wanienka im szczęśliwe i najbezpieczniejsze miejsce przypomina.
            Ja dla wód niezmiernych jestem podziwu pełna i godzinami mogę na brzegu siedzieć i patrzeć z zachwytem. Ale wejść weń, to tylko na tyle, na ile da się pewny grunt wyczuć pod stopami.
            W takich miejscach to nawet popłynąć mogę, bylebym wiedziała, że w każdej chwili pewnie na nogach stanę. A na basenie proszę bardzo, nie przeszkadza mi, że jest głęboko, moge sobie pływać. Ale w ogóle, to pływaczka ze mnie żadna.

            Aleś Olgo wielkiego pana rybę wynalazła!
            • olga_w_ogrodzie Re: Woda 15.03.12, 11:07
              psycholodzy powiedzą, że wrzuciło się dziecko do wody na siłę, to będzie ono bać się jej.
              ale też to, co piszecie, wcale nie potwierdza takiego schematu.
              ja także mojego synka chciałam wielce delikatnie z wodą oswajać, co nie było konieczne wcale, bo on się od zarania wody nie bał.

              ale jeszcze kąpiele - człowiek weźmie gorącą, co uspokaja,
              zimną, by się odnowić, a taki kot już, to nigdy żadnej nie lubi.
              i pies też.
              no chyba, że się pies sam wgramoli do stawu czy innej rzeki po patyk.
              ale kota, to raz tylko musiałam do połowy wykąpać.
              skończyło się licznymi moimi obrażeniami ciała.

              a raz to mi mąż zorganizował wyjazd do Santropiaka.
              dla leczenia traumy.
              no i ja tam do południa na basenie byłam, po południu w morzu pływałam najęcie wielce.
              po dwóch tygodniach skutki stresu poszły w cholerę i zasypiałam zdrowo i mocno bez żadnych tabsów.

              mnie to chodzi w tym wątku o takie uczucie, które od razu się pojawia, gdy płynie się - jakby wolności czy coś.
              skąd ono ?
              jeśli z powodu ewolucji czy podświadomej pamięci delikatnego bujania się wśród wód płodowych, to czemu nie u wszystkich ludzi jest ta miłość wody ?

              a tak w ogóle - jest inny zwierz, który, jak człowiek, ma chęć nie zważać na brak skrzydeł i latać usiłuje ?
              olewa brak oskrzeli i pływa ?
              nie ma łapek kreta, a włazi wgłąb ziemi ?

              /nie wiem czy "w głąb" czy "wgłąb."
              z wyglądu widać, że "wgłąb" jednak.
              ale co to jest ten "wgłąb" i jak się go odmienia ?
              komu, czemu ? - wgłąbowi ?
              albo z kim, czym ? - z wgłąbem ?/
              • olga_w_ogrodzie Re: Woda 15.03.12, 11:45
                i jeszcze - mam ja ten lęk głębokości.
                gdy płynę i zacznę dumać nad tym, że nie ma gruntu, to może być panika.
                2 razy mnie tak złapało.
                raz sobie jezioro chciałam przepłynąć, a gdym pomyślała, że to jezioro bardzo głębokie i pode mną kilkadziesiąt metrów, to dopadła panika - oddech i ruchy się stały nieskoordynowane, ale durna nie byłam wtedy, bo tę próbę przepłynięcia zrobiłam z asekuracją męża, co to mi na łódce towarzyszył i wciągnął na łódź, gdym spanikowała.
                drugi raz głupio się zachowałam, bom płynęła hen, hen w Morze Tyreńskie nie zważając na to, że zero ratowników.
                no i też, gdym pomyślała, jak tam głęboko już, to się podtapiać zaczęłam, ale na plecy przewróciłam, oddech wyrównałam, do brzegu wróciłam i już nigdy potem głupot nie robiłam z szacunku dla wody.
                no i to, co Kocica mówi - jednak coś jest w człowieku, iż, niezależnie od doświadczeń ciągnie do wody tej lub nie.
                od zawsze lazłam w Bałtyk, Babcia mnie z wody wyciągała na siłę, bo chuda byłam, to marzłam szybko.
                i braciom wolno było dłużej w wodzie być, a ja na brzegu już musiałam być, bo Babcia mówiła, że "Olutka, ma usta sine z zimna", no to już ma wyjść.
                i faktycznie trzęsłam się z zimna, ale rozżalona byłam, że braciom pozwalają, a mnie każą wyjść na brzeg.
      • magdolot Re: Woda 17.03.12, 00:44
        >Długo, systematycznie próbowałam
        > przekonać go do pływania a on zawsze wylękniony był, wycofany i nieufny. Nie pł
        > ywa, nie wchodzi do wody i nie wchodzi w grę żaden uraz. Nie rozumiem tego. Moż
        > e zależy to od usposobienia?

        Nieufna byłam i obie moje latorośle też, wnuczka włazi jak tygrys i zero lęk.
    • mariner4 Noworodki umieją pływać 15.03.12, 12:28
      Wrzucone do wody (byle odpowiedniej temperatury) nie toną. Dlaczego? Bo nie wiedzą jeszcze, że nie umieją pływać i że mogą utonąć.
      Dopiero jak się nauczą strachu przed wodą zaczyna się problem. Podobnie jak to, że niemowleta nie czują strachu przed ciemnością. Dopiero jak rodzice je nauczą.
      M.
      • dupetek Re: Noworodki umieją pływać 15.03.12, 13:15
        Zgadzam się Mariner! Dopóki nie znamy zagrożeń i nie uruchomimy wyobraźni, to nie ma strachu.
        Czytam sobie o Borgiach, ich epoce i w kontekście tematu wątku, myślę że dla wielu wtedy zwykły posiłek był traumą, bo wiedziano jak może się zwykła przekąska skończyć!
        • olga_w_ogrodzie Re: Noworodki umieją pływać 15.03.12, 13:41
          niby się zgadzałam z Marinerem, dopóki nie zauważyłam, iż jest wiele przypadków, gdy coś się dzieje samo z siebie jakby.
          sama się bałam ciemności i bardzo dbałam o to, by synowi nie przekazać.
          się kryłam z tym lękiem, a gdy się nie udawało, to gadałam, że ja to jestem dziewczyna, a niektóre mają tak, że się lękają bez sensu.
          syn nie przejął nic a nic lęków ode mnie.
          jakieś sporty ekstremalne uprawia - wozy terenowe, żaglówki i narty.
          a przecież ja się bym bała w kolejkę wsiąść, no bo lęk wysokości.
          no to skąd u niego kompletny lęku brak ?
          z wodą to jeszcze rozumiem - malutki był i nigdy do wody nie zmuszany, tylko delikatnie zachęcany, by przy brzegu się taplał, uczył pieskiem pływania.
          ale ani jego ojciec, ni ja, nigdyśmy nie wykazywali zacięcia do szybkich jazd w ekstremalnych warunkach terenowych.
          skąd to u niego więc ?
          • mariner4 Ludzie nie są jednakowi 15.03.12, 13:55
            Co do ciemności to w chwili narodzin jest ona stanem normalnym. Noworodek wrzeszczy, bo z ciepłego, ciemnego i mokrego miejsca wylądował w nieprzyjaznym początkowo środowisku.
            Ja o tym pamiętałem i nie pozwalałem aby mój syn spał przy jakiejś lampce. Udało mi się to i nie było nigdy problemów ze spaniem. Jest jeszcze jeden powód. Oseski są z natury ciekawe. Kiedy się w nocy obudzi, to zaczyna się przyglądać otaczającym go przedmiotom i ciekawość wybija go ze snu. Jak jest ciemno, to usypia i już.
            Wiele uciążliwych spraw u dzieci jest nieopatrznie wyuczonych przez rodziców.
            Na przykład strach przed lekarzem. Kiedy mój 5 letni syn miał iść do dentysty, to przygotowywałem go do tego mówiąc: "jak będziesz niegrzeczny, to NIE pójdziesz do dentysty! Chłopak napalił się jaki nie wiem. "Tatusiu, a kiedy pójdziemy do dentysty?" słyszałem co chwila.
            My sobie często nie zdajemy sprawy, że jedno nieopatrzne wypowiedziane zdanie może stworzyć problemy. Do tego ludzie często lubią straszyć dzieci jakimiś babami (dziadami) lekarzami, dentystami i tak dalej.
            M.
          • dupetek Re: Noworodki umieją pływać 15.03.12, 14:46
            Poruszyłaś Olgo przeogromny temat fobii! Na dziś, nawet nauka z potężnym zapleczem think tanku nie potrafi sobie z tym tematem poradzić.

            Według mnie, wszelkich lęków uczy otoczenie. Zaczyna się w życiu płodowym, gdy strachy matki determinują późniejsze lęki i później już leci samo. Dzieciaki opowiadające sobie o duchach, utopcach i innych cudach. Głupie gadki dorosłych przy dzieciach o różnych idiotyzmach i wymysłach. Dziecko się uczy, tylko że uczy się z tego co dostaje, dzieciak taką wiedzę przetwarza i organizuje ją swoją wyobraźnią, często z fatalnym skutkiem:( Jestem zwolennikiem behawioryzmu i być może stąd moje podejście, albo odwrotnie; mój behawioryzm wziął się z mego podejścia:)

            Wodę zawsze lubiłem i dużo pływałem, zwłaszcza w naturalnych zbiornikach, bo basenów kiedyś było mało. Mój lęk/respekt przed naturalną wodą zaczął się, gdy jako kilkunastolatek zobaczyłem topielca w stanie rozkładu. Do dziś wchodząc takiej wody mam wrażenie jakby ten cały trupi syf mnie otaczał, na basenie nie ma problemu, podobnie jak u Damykier o czym wyżej napisała. Oczywiście gdy wchodzę do morza w zatoce gdańskiej mam podobne odczucia, tyle że dotyczy to ścieków tam pływających i czystej świadomości:)
            • olga_w_ogrodzie Re: Noworodki umieją pływać 15.03.12, 15:26
              no ja się zgadzam, że wiele rzeczy, to wynik dzieciństwa.
              i, jak Mariner, uważam, że czasem jedno zdanie niedobre tak w pamięć zapada, że determinuje późniejsze zachowania.
              ale czasem nie działo się nic, by lęki się nagromadziły, a one są.
              więc uważam, iż odwieczne rozważania psychologów : ile jest w nas tego, co w dzieciństwie, a ile, to dziwne COŚ w sobie mają sens, gdy się nie wypowiada sądów kategorycznych i nie poddaje.

              niemniej, dziw aż bierze jak jedno zdanie, słowa dorosłych, mogą w dziecku rozpętać fobię.
              niedawno rozwikłałam sprawę mojej bojaźni do proszenia o pomoc.
              mnie mama często w domu na noc samą zostawiała, a gdy płakałam, by nie szła, to mówiła, że się mam uspokoić, bo sina ręka po mnie przyjdzie.
              /sina ręka, to była taka opowieść Ani z przedszkola, która mnie przeraziła - opowiedziałam ją mamie, a potem było to wykorzystane przeciwko mnie./
              i ja rozumiem schemat - prosiłam mamę, by nie wychodziła, ale zamiast pomocy czyli jej z domu niewychodzenia, karę dostałam i postraszenie siną ręką.

              lecz nawet po Nikolce ja widzę, że masa roboty, by lęk przełamać, ale daje się radę, gdy odpowiednio podejść.
              łażę teraz z Nicolą na zastrzyki codziennie.
              to kot, który sobie nie dał krwi pobrać do badania, choć w trójkę ją trzymaliśmy.
              trzeba było narkozę zrobić.
              no i gdy tylko kot-tener widziała, to mi uciekała.
              tom zaczęła sprawę kot-tenera wprowadzać stopniowo - do pokoju wniosłam, ona sobie sama z siebie podeszła, nawet się ocierać o ów zaczęła.
              po prostu nic znienacka i nie na siłę.
              no i gadać dużo stonowanym głosem.
              już dzień drugi, że żadnych problemów nie było z wpakowaniem do kot-tenera, a przede wszystkim z wyjęciem jej i zastrzykiem.
              kompletnie jej nie poznaję - awanturnica weterynaryjna, jakby skumała, że nic złego się nie stanie i nie trzeba się wyrywać, drapać, gryźć.
              ale do takich działań, to jest potrzebne uzyskanie stanu spokoju własnego.
              to samo z dzieckiem - dzieciom to się niepokój rodziców udziela.
              a niepokój to można opanować chwilą zastanowienia się :
              - Zaraz, chwilę - kto i co jest celem ? Moje emocje czy np. zdiagnozowanie i leczenie kota.
              i spokój przychodzi, gdy się wie, że postępuje racjonalnie i nie rozpacza, że bidny kotek, zastrzyki, stres, ale, że się robi wszystko, by kot był zdrowy.

              cel, a nie własne emocje.
              co kieruje rodzicem, ktory na siłę wrzuca dziecko do wody ?
              czy nie własne ambicje i chęci ?
              jeśli tak, to do d... z tym wszystkim.
              ale jeśli jest cel - przekonać dziecko do wody, nie wkurzać się, gdy to się nie udaje, starać, by na tyle w wodę weszło, na ile je stać w danym momencie, no to można przekonać.
              • dupetek Re: Noworodki umieją pływać 15.03.12, 16:26
                Według mnie najwięcej krzywdy fobiofowej czynią dzieciom dorośli, bo nie kontrolują swoich emocji przy dzieciach!! Nawet gdy popełnią błąd nie potrafią go naprawić inną/lepszą bajką, dotyczy to również strachów łapanych od innych dzieci. Dorośli są idiotami!

                Ale są różne sytuacje i czasem nie bajka jest potrzebna, tylko konkretne czyny:
                Pamiętam z dzieciństwa taką sytuację: sąsiad, wyrośnięty młodzieniec, dzieciarnię podwórkową zabawiał podnosząc kazdego za głowę! Chwytał w okolicy uszu i podnosił bujając. Ból kręgów szyjnych pamiętam do dziś. Pożaliłem się rodzicom, że takie coś się dzieje i że mnie to boli. Mama poprosiła jajcarza przy jego matce, żeby z tym skończył, na co następnego dnia stałem się specjalnym obiektem zabawy. Finał był taki, że w pewnym momencie facet dosłownie odleciał kilka metrów, dostawszy w pysk od mojego ojca i dostał zapowiedź masakry jeśli nie będzie mnie omijał z daleka. Od tego czasu uwierzyłem również w siebie i tak mam do dziś:) Może brutalny przykład, ale sądzę że na miejscu, jeśli chodzi o lęk przed ludźmi.
              • magdolot Re: Noworodki umieją pływać 15.03.12, 17:34
                Noworodki umieją pływać... Sprawdziliście? To posłuchajcie. Odruch pływania opisywano mi na zajęciach i wyglądało to jak szczęśliwe dzieciątko, co leży na brzuszku na wodzie z otwartymi oczkami i drobnymi ruchami rączek i nóżek się po niej porusza.

                Podleciało nas z małżem i postanowiliśmy sprawdzić na maleńkim Szatanku w kąpiółce, czy popłynie przed siebie jak Stefan Batory. Szatanek się bynajmniej nie poruszał drobnymi ruchami żadnymi, ino wstrzymał oddech... na glanc. Żeśmy go zaraz wyjęli przerażeni, a on se zmieniał kolor powolutku i dalej nie oddychał, choć potrząsalim nim strasznie przerażeni i usiłowalim rozewrzeć mu gębę. Jak był dobrze siniutki, to w końcu kontrolnie odetchnął... Obiecaliśmy sobie wtedy solennie, że NIC już na nim nie sprawdzimy NIGDY.

                Właściwie mógłby mieć uraz... i nie ufał wodzie. W głębokiej tylko na rękach i szlus. Nartowanie zaczął w koszyczku z mamusi i tatusia na pólku [jechalim jak ślimaki po obu stronach dziecka, a ono nas małpowało, ale najwięcej nauczyło się od góralskiego szkuta "just my size"], jak miał 3,5 i spoko, w wieku 4,5 pruł bez cienia lęku po czarnych trasach w Alpach, a do wody właził po klatkę i dalej za Chiny nie.
                Taplanie w ciepłym morzu w rękawkach, a bez rękawków w życiu. W szkole miał basen raz w tygodniu przez 6 lat z super gościami ze Swim Testu i dobrze go oswoili, teraz szlifuje style, a jak zapieprza po morzu przy dużej fali, to bym wolała, żeby on miał lęki.

                Jak jako dziecko też się obawiałam głębokiej wody, a taplać się nie miałam w czym i tak z doświadczeniem zerowym wylądowałam na lekcjach pływania w kl.II i zostałam ofiarą socjalistycznej metodyki. Nasz pan nas z wodą oswajał tak, że nie umiejących strzałki wrzucał na 4 metry i nie wiem do czego miał mu służyć drąg z pętlą [no, teraz już wiem], ale nas nim przytapiał, a jak człek się wywinął mu i wczepił w brzeg basenu, to nasz miły pan jeszcze deptał po palcach. Pływać nie nauczyłam się, jeno histerycznie wrzeszczeć na propozycje takie. Aż tatko mi przywiózł rękawki z NRD, akurat po ty nauce i mnie sobą przekonał, że mnie utrzymają. Nauczył na pleckach i żabki nadwodnej, o braniu oddechu pod wodą mowy nie było.

                Potem był AWF, żabę złapałam szybko i mogłam nią kilometry, ale oddychanie kraulem to była męka i walka o życie. Kraulem nauczyłam się pływać, jak się uczyłam chodzić, a gdyby nie basen, to chodzić bym się nie nauczyła też. Gicz na żabkę [zgięcie plus rotacja w kolanie] długo była za durna i ją nauczałam zwisając we wodzie na rączkach po troszeczku i na początku żabką natychmiast pod wodę szłam bul, bul. Zginać się troszku umiała, więc się do kraula przymuszała, żeby płodozmian do plecków mieć. Mój lęk, że na plecach nie widzę innych na torze, a strasznie bałam się, że mię nogę urażą, zwyciężył z lękiem topienia i się nauczyłam oddychać bez wysiłku...
                Ale ja zawsze byłam pływak basenowy, choć mogę kilometry i to o sobie wiem. W jeziorze ciemnym jak zanurzę łeb, to mnie zatyka ze strachu, a ze łbem na wierzchu nie umiem już. Jak małż płynie obok, pomagało kiedyś, z resztką nogi już nie. Po morzu wzdłuż i kropka. I z trudem opanowywana panika, jak mi się wydaje po dłuższym kiwaniu-pływaniu non stop, że mogło mnie znieść na głęboką...

                Kiedyś czytałam, że jeden pan jak chciał nauczyć czegoś swoje własne dziecko, to znajdował dziecko, które to potrafi i ono uczyło jego latorośl błyskawicznie. Sprawdziłam to na Szatanku i genialne jest.
                Psa z masą rzeczy oswajałam, jak mały był [tramwaj, autobus, winda, czesanie, dłubanie w nim], jeno o wadze zapomniałam. Widziałam zdjęcia z hodowli, gdzie szczeny mają "tor przeszkód" z tunelami, chybotami pod łapami, wózkami inwalidzkimi... Rewela.

                Amerykany psa w psotenerze chowają, mu stawiają w chałupie i tam dają posłanko, kot mojego taty ma kocyk w kotenerze swój i sobie lubi. Mniejszy stres, jak kotener jest domkiem-schowankiem. Pierwszy kot się bał kotenera, bo to była nowość i tatko go nosił na piersi pod sweterem, a on mu wbijał pazury we klatę, jak na ulicy był huk. Choć jak był mały, to był świetnym kotem rowerowym, jeździł w koszu ze klapką i se ją łebem podważał jak wyglądać chciał... się nadopiekuńczość starych w to wdała i przestał.

                Własnych nie przekazywać, cudze oswajać - tak myślę.

                Masz Olgo zmysł metodyczny, co się zowie!
            • gat45 urazy ? 15.03.12, 16:13
              W pięknym wieku lat 10-ciu (pływałam jak ten ryb od kiedy pamięcią nie sięgam) zobaczyłam nagle topiącego się człowieka. Fala była przedsztormowa, więc tylko ciemny łeb mi od czasu do czasu migał. Poprułam nie tyle niewiele myśląc, co nic nie myśląc, bo akurat zapisano mnie na kurs ratowniczy i nauczono chwytu topielca i chwytu holowniczego. No i okazało się, że powrót na plażę z tym ładunkiem był o wiele cięższy niż mi się wydawało. Szczególnie, że coraz większe fale z uporem skazywały mnie na leninowską zasadę "krok w przód, dwa kroki w tył". Do odległości, gdzie mogłam sięgnąć dna, dotarłam nieprzytomna prawie. Na plaży był komitet powitalny, więc wyciągnęłam moje uratowane życie na płyciznę i pozwoliłam sobie dość efektownie ponoć zemdleć.

              Na szczęście. Bo nawet nie zdążyłam popatrzeć na to, com przyholowała. Tego topielca szukano już od tygodnia. Kiedy mnie cucono, jeszcze bardziej efektownie zemdlała moja niepływająca mama, która na ten cały spektakl patrzyła z brzegu. Ja z tego wydarzenia pamietam tylko walkę z żywiołem o życie własne i tego mojego tonącego, który zaawansowanym topielcem się był okazał. Ratownicy pojawili się dopiero na cucenie.

              Pływam dalej. Radośnie i bez oporów. Kochamy się z wodą, bo ona nawet w postaci basenowej staje się dla mnie materacem, na którym umiem się położyć na pełnym luzie.
              • dupetek Re: urazy ? 15.03.12, 16:33
                Nie wiem jak to sformułować, ale chodziło mi o jakość świadomości(?) przeżycia(?)! Rozkładający się topielec leżący w wodzie, pobudził widocznie wtedy moją wyobraźnię bardziej, niż dzisiejsze strachy bakterią coli na basenach i w zatokach:)
              • olga_w_ogrodzie Re: urazy ? 15.03.12, 17:28
                ale właśnie, Gat, czemu Ty ruszyłaś na pomoc temu człowiekowi ?
                "nic nie myśląc " ?
                to, co się zadziało w organizmie - jakiś przymus biochemiczny ?
                ale czemu ?
                no bo to Twoje zasłabnięcie potem pokazuje, że dostałaś dawkę adrenaliny, ale potem system się upomniał o swoje - jak z amfetaminą - nie ma nic za darmo.

                miałam sytuację równoległą - w mamę jeden taki rzucił słoikiem z farbą olejną.
                w nodze jej jakąś żyłę przeciął, bo krew obficie się lała i mieszała z tą farbą.
                miałam ze 14 lat, a i wtedy i dziś mam tak, że gdy mi krew pobierają do badania, to nie robię wielkiego halo, ale jednak muszę łeb odwracać.
                a wtedy, to wszystko wiedziałam, co robić - nie żadna woda utleniona na żywą ranę, ale o gencjanę prosiłam, z wodą rozcieńczałam, by tej farby się pozbyć, krwawienie powstrzymać.
                no dorośli nic, a ja działałam i mnie wszyscy słuchali.
                dopiero, gdy sytuacja była opanowana, tom zasłabła.

                to czemu niektórym adrenalina pozwala na sensowne działania, a innym nie ?
                albo czemu niektórych zmusza do działań niby bezsensownych - bez namysłu skaczą w wodę, by ratować, choć bywa tak, że uratują, ale sami giną ?
                i nic na pokaz - naprawdę mają instynkt ratownika.
                czemu ?
                dlaczego nie wygrywa wtedy u nich instynkt życia ?
                własnego życia.
                • magdolot Re: urazy ? 15.03.12, 17:49
                  A skąd Gatu się miała w tym wieku starcza oględność wziąć? Chyba on nie był sam na tej plaży, więc w większości wygrała.
                  Jak małż nie mógł dopłynąć do brzegu przy czarnej fladze, to ratownicy oświadczyli żonie, że nie popłyną po niego i kropka, bo to śmierć. Się wykaraskał ostatkiem i zmądrzał, a ja się cieszę, że to inna żona wiła się po plaży...
                  • magdolot Re: urazy ? 15.03.12, 17:58
                    Dziwnie to zabrzmi, ale Gat miał fart, bo żywy topielec byłby go utopił...

                    Największy horror o jakim w życiu słyszałam, to były topielce trzy. Ojcu wpadło w burzliwe odmęty dwóch synów, on za nimi skoczył, ale nie zdołał wybrać.
                    • gat45 Re: urazy ? 15.03.12, 18:10
                      magdolot napisała:

                      > Dziwnie to zabrzmi, ale Gat miał fart, bo żywy topielec byłby go utopił...
                      >
                      Wszyscy uczeni w piśmie mi to potem mówili. Bo ja umiałam tylko chwyt holowniczy, jeszcze nie doszłam do tej lekcji, gdzie uczą, że żywemu trza w łeb dać i go otumanić, coby się ratownika nie czepiał.

                      Uważam, że miałam szczęście z tym zemdleniem, bo dzięki temu nie zobaczyłam swojej zdobyczy. I znaleźli się mądzy ludzie, którzy mnie przekonali, że ja jednak uratowałam czyjeś życie, że to nie było ani na darmo, ani na pośmiewisko. Bo koleżeństwo z plaży nabijało się z biednego małego Gata i wołało za nim "łowca trupów" do końca wakacji :( I mówiło Gatu, że topielcem śmierdzi, choć Gat był wymyty, wymoczony i czyściutki po tych uściskach ze zwłokami. Mamusia od razu wyszorowała.
                      • magdolot Re: urazy ? 17.03.12, 02:01
                        Wyczyn Gata niewyobrażalny, bo 10latek fizycznie "złotym dzieckiem" jest, najsprawniejszym z dzieci i nawet wytrzymałym... ale bohater Gat utaszczył minimum 2 razy więcej niż ważył... i to pod ostrą górkę. To cud. Powinni go byli natychmiast kanonizować. Biedny mały Gat! Dzieci to straszne chuje są. Dzieci wyśmiewane i wyśmiewające. Dzieci z obróbki skrawaniem...

                        Szatanek mnie dzisiaj skrytykował moralnie za sam pomysł brzydki. Żem go po treningu usiłowała zwabić na swój tor, żeby jednej lali dał wycisk pokoleniowy na deser, bo międzypokoleniowy już jej dałam. Była se lala blond utrefiona w kok fantazyjny z toną maszkary na wypacykowanych oczach i z wdziękiem w bikini "pływała" se. I stopniowo do niej docierało, że facety popatrują raczej na Magdolota i wzbierało w niej podejrzenie, że to zła taktyka jest, co ją była obrała... Trzech styluf użyłam, żeby ją oświeciło ze szczętem i na deser strasznie chciałam Szatankiem dorżnąć ją... ale mnie za niemoralność solidnie skrytykował. Zatrzasnął się dopiero jak oświadczyłam mu, że to dla mnie jest wielka satysfakcja, że nie jak na babusię i nie jak na kalekę gapią się, ino się gapią z szaconkiem, a lala se może sprawi kilka lekcji pływania zamiast nowej maszkary i się nauczy od wody odpychać...

                        Napatoczyło mi się dzisiaj pod oczy kilka sztuk, co bardzo ambitnie pływały prawie non stop mimo, że fcale tego robić nie umiały [nie mówię styl, mówię "żaba" rękami miast nogami, mówię 90% energii na marne] i we mnie wezbrał wkurw, że tyle dobrych chęci się w ludziach marnuje, bo nasze pieprzone Państfo inwestuje w katechezę miast w porządną naukę pływania dla dziatek. To masę mięśni angażuje, kręgosłup wzmacnia genialnie, krzywizny mu wyrabia jak trza i układ oddechowy rozwija jak ta lala... cherlawych ancykrystów produkujemy za te kupe szmalu... By już był basen w każdej gminie przez te 20 lat!

                        BASEN MIAST KATECHEZY!
                        Może być z wodą śfięconą...
                        Howgh.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka