magdolot
24.05.12, 22:58
Sobota:
Wieść o bankructwie biura wożącego Szatanki do Włoch dotarła do nas pół godziny przed wyjazdem na lotnisko. Akurat warczeliśmy na ten Szatan, żeby się skończył pakować, bo mieliśmy wyjść razem, obuch i zawarczeliśmy, żeby się przepakował na wyjazd z nami. W tym miejscu pozazdrościłam Doroli.
Tata Gosi, co miał nas na lotnisko wieźć i pobrać Szatan do wsadzenia w autobus ze swoją pociechą, zadygał nas fszystkich do aeroportu i tam się zaczęliśmy miotać za biletem dla Szatana, a dziefczynki kurczowo trzymaly się za rączki, cokolwiek zmartfione. Pan w kasie Rynaira usilował się wykręcić awarią systemu, co potrwa do jutra, aleśmy go poszczuli miłą panią z czekina, a ona zwierzchnikiem i system się naprawił... Dziefczynki stropiły się bardziej, ja zdążyłam ojcu Gosi popomstować cichaczem, że właśnie mój wyjazd kawalerski trafia szlag... i małż mię zawołał do kasy, bo Rynair wyliczył Szatanu za bilet 2 tysiaki. Dzielnie przejęłam więc inicjatywę i uratowałam sytuację mówiąc panu od serca, że jego szanowną firmę najwyraźniej ze szczętem pojebało i niechże się wali na ryło ona, jak tak i leci se z pustostanem. Dziewczynki- nierozłączki odżyły, a tato Gosi nawet nam dzielnie pomachał.
W samolocie pożarłam opakowanie gardloxu, przejechaliśmy pół Scylii po ćmoku dziwnym małym samochodzikiem i wylądowaliśmy w nadmorskim składzie wsiowych antykuf, ze kuchnią w ogrodzie z widokiem na Eryks.