ppieprz
30.10.09, 18:36
NIE wytrzymam dłużej z teściami. Mam ich szczerze dość. Oni mnie pewnie też.
Nigdy się nie lubiliśmy. Zawsze wydawało mi się że traktują Krzyśka źle,
gorzej niż na to zasługiwał. Teraz nagle okazuje się że to był ich ukochany
syn. I szlag mnie trafia jak widzę teściową wylewającą potoki łez przed każdym
napotkanym znajomym. Ja nie potrafię płakac przy obcych ludziach. I nie bedę
opowiadała dookoła jak mi jest źle. I nie zrobię pomnika na Wszystkich
Świętych bo "przecież już powinien być". A kwiaty bedę zanosiła wtedy kiedy
chcę, a nie jak radzi teściowa - "w niedziele raniutko, a nie w sobotę, bo w
sobotę w nocy ma być przymrozek i mogą zmarznąć i źle wygladać w niedzielę..."
jak zmarzna w niedziele i bedą nieładne w poniedziałek to juz nie ważne, bo
przecież w poniedziałek nie będzie tylu ludzi na cmentarzu...
Zapytałam teściową czy nosi tam kwiaty dla ludzi, a ona na to że przecież ja
też robię różne rzeczy dla ludzi... W rezultacie ja siedzę w pokoju i mam
prawie piane na ustach, a ona w kuchni obrażona... I atmosfera jest do dupy...
I mam wyrzuty sumienia generalnie, bo wiem że on nie chciałby żebyśmy się z
jego mamą kłóciły...
Ale nie mogę znieść ich wiecznych uwag, ich prób wychowywania MOJEGO dziecka -
które do czasu wypadku też ich średnio obchodziło...
Chce sie stąd wynieść - szybko, jak najszybciej... i jednocześnie boję się
zostać sama, teraz przynajmniej sprzeczki z teściami odwracają moją uwagę od
prawdziwego powodu mojej złości, rozpaczy... czyli jego nieobecności...
Tak sie nie da żyć, a inaczej nie umiem...
Dlaczego to wszystko jest takie trudne?
Dlaczego nam sie to przydarzyło?
Jak do ciężkiej cholery mam stanąć z nimi w niedziele przy jego grobie i nie
wybuchnąć, kiedy znów tesciowa zacznie biadolić???
Jak mam ich polubić albo chociaż zaakceptować???