ikame
19.02.10, 12:10
Postaram się krótko opisać moje wątpliwości dotyczące postępowania z
moimi Rodzicami. Kilkanaście lat temu tata zachorował, prowadzona
przez niego firma zaczęła podupadać. Mama też w niej pracowała, ale z
perspektywy lat widzę, że wszystko było na barkach mojego ojca, a
mama przyzwyczajona do dostatniego życia długo nie mogła się
przyzwyczaić do obniżonych standardów. 13 lat temu kupili niewielki
dom pod miastem, wyremontowali go i tam chcieli spędzić emeryturę.
Niestety szybko doszło do kolejnego załamania zdrowia - tata miał dwa
poważne udary, ledwie uszedł z życiem, niedawno kolejny. Jego stan z
roku na rok się pogarsza, również psychiczny. W tym wszystkim tkwi
mama, która na szczęście stała się bardziej samodzielna, znalazła
dodatkowa pracę by poprawić finanse, ale już prowadzenie samochodu
przychodzi jej z trudem - ma prawo jazy od 30 lat, ale nigdy nie
jeździła, zawsze tata był kierowcą, jeździ do tej pory, nigdy nie
miał wypadku i to chyba jedyna czynność, która "łączy" go z dawnym
życiem zdrowego bardzo pracowitego i aktywnego człowieka. Do rzeczy:
widzę, że życie pod miastem sprawia im coraz większy kłopot , będzie
taki moment, że tata nie będzie mógł jeździć; wokół domu też niewiele
może zrobić. Zimą odśnieżanie, drobne naprawy, koszenie trawy.
Mnóstwo ciężkiej pracy nawet dla zdrowych ludzi, nie mają pieniędzy
na to, by kogoś wynajmować. My mieszkamy niedaleko, dzielnicę na
końcu miasta wybraliśmy dlatego, zeby być bliżej nich, dodatkowo mama
przez rok pomagała mi w opiece nad dzieckiem, zorganizowaliśmy to
tak, żeby nie musiała przyjeżdzać więcej niż na 4-5 godzin, całą
jesień, wiosnę i lato woziliśmy małą do dziadków. Pomagamy im
(zwłaszcza mój partner) w miarę możliwości, ale te możliwości nie są
nieograniczone. Stosunki z sąsiadami nie zawsze układają się dobrze,
tato często "obraża " i dziwi, że nikt nie chce mu pomóc. Wszystko
to tłumaczymy choroba, która niestety zmieniła psychikę taty o 180
stopni. Mamie psychika też siada, zresztą nie dziwię się jej.
Stosunki pomiędzy nami są dobre, choć nie brakuje napięc, wystarczy,
że odmówimy pomocy w wyznaczonym przez nich dniu i już jest pretekst
do obrażania. My mamy też swoje życie i swój wolny czas. Mój mąż
pracuje od wielu lat ciężko, nie tylko na jednym etacie, studiował
drugi kierunek zaocznie i dopiero od pół roku mamy wspólne wolne
weekendy.
W tygodniu widujemy się też króciutko tylko rano i późnym wieczorem.
Dziecko odchowane odrobinę i chcemy teraz trochę pożyć.
Innymi słowy przecięta wiele lat temu pępowina (wyprowadziłam się z
domu na czwartym roku studiów i poszłam do roboty) znow się zrasta.
Mam poczucie winy wobec męża, albo wobec rodziców. Bardzo staram się
z tym walczyć, ale pętla się zaciska. Z roku na rok będzie gorzej.
Próbowałam przekonać rodziców, żeby wrócili do miasta, ale znajdują
tysiąc wymówek, że wysokie czynsze, że bez krzątaniny wokół domu tata
całkowicie osunie się w depresję. Mogłabym sprzedać dom bez ich zgody
i przeprowadzić ich na siłę, ale przecież nie o to chodzi.Wiem, ze
ten dom daje im wiele, ale będzie wymagał poważniejszych remontów,
coraz więcej pracy... Mam wrażenie, że zadziałałby "zimny prysznic"
np. nasza wyprowadzka do innego miasta, musieliby się wówczas na coś
zdecydować. Poradzicie?