milo_z_wenus
30.07.10, 12:39
Wróciłam do byłego męża a teraz zaczynam czuć, że to jednak nie
miało większego sensu. Bylismy parą 11 lat, w tym małzeństwo 6.
Rozstalismy sie rok temu z hakiem. Mamy 3,5 letniego synka.
Postaram się krótko o mnie, o nas i w ogole na temat, Pozwole czasem
wrzucać pewne kwestie, które moze jakoś nieszczególnie sensowne, w
moim odczuciu jednak mogące miec znaczenie.
Poznaliśmy sie gdy ja mialam 19 lat, mąż 21. Ja bylam na pierwszym
roku studiow. Mąz nie studiował, pracował. Od początku różniło nas
wszystko; począwszy od statusu spolecznego i materialnego,
skonczywszy na zainteresowaniach i niestety poziomie intelektualnym.
Bylismy w sobie bardzo zakochani. Dla nas oboje był to pierwszy
poważny zwiazek i w sumie jedyny. Ja mialam na koncie kilka
nieodwzajemnionych "milosci" i byłam dosc zakompleksioną.
W naszym zwiazku jednak to ja byłam osobą wytyczającą cele i je
realizującą. Zmotywowałam męża by szedł na studia. On sam mial
szereg roznych pomyslow ktorych bez mojego wsparcia i pokierowania
nie umial sfinalizowć. Generalnie zawsze był bierny i mało
wymagający od życia. Tzn plany i marzenia miał wielkie, tym mi
swojego czasu imponował. Natomiast inicjatywy niewiele. Budowa
wlasnego domu, z ogrodem i szereg roznych "projektow" nigdy nie
ujrzalo swiatla dziennego.
Pierwsze 2-3 lata były ok. Potem kolejne lata nasz związek w duzej
mierze "toczył" sie na odleglosc bo mąż jeszcze w ostatnich latach
moich studiowo wyjechal zarobkowo za granice, potem musial ruszyć
sie za pracą w Polsce i zdecydować co dalej co tez wiązało sie z
widywaniem w weekendy. Ten okres nazwalabym "czekaniem na bliskość",
rezygnowaniem z wielu rzeczy, wakacji zeby on mógł się "rozwijać".
Ja byłam można powiedziec ustawiona, konczylam studia, obroniłam
prace z wyróżnieniem. Mielismy juz swoje mieszkanie, ktore dostalam
od rodzicow. Potem zaczelam pracować. Nie robie oszałamiającej
kariery ale od poczatku zarabiam więcej od męża. Dla niego nigdy nie
był to problem wrecz przeciwnie byl dumny ze mnie. Generalnie
pasowalo mu ze to ja dominuje i nosze spodnie, niby decyzje
podejmowalismy wspolnie ale to zwykle moje pomysly i ja zajmowalam
sie ich wykoaniem. On angazowal sie minimalnie. Znajomi potem z
perspektywy czasu oceniali ze go rozpuscilam.
Gdy skończyl sie okres tego mojego czekania na bliskosc, czyli
pracowalismy już oboje w miare stabilnie, mielismy mieszkanie,
samochod, duzo czasu dla siebie i ja wlasnie wtedy poczulam ze nie
ma tej bliskosci na ktora czekalam. Bylo to jakios po 6 latach bycia
razem. Pytalam go wtedy czy nie czuje ze niby jestesmy razem a jakby
osobno. Na co on odpowiadal że jak osobno, skoro jest obok mnie. Ja
chcialam wtedy wychodzic gdzies, spotykac sie ze znajomymi, spedzac
czas inaczej niz tylko w domu. On moich znajomych za bardzo nie
lubil, inna sprawa ze tez ich jakos nie bylo bardzo dużo, a on niby
znajomych - kolegow mial duzo ale nie bardzo nadawli sie na nasze
wspolne spotkania. Wg niego oczywiscie, byli to jego koledzy z
silowni czy treningow. Wtedy tez mialam krótki flirt z kolega w
pracy. Zaczelo sie od rozmow a skonczylo na kilku spotkaniach. On
sie troche za bardzo zaangazowal ja natomiast czulam sie strasznie,
ze przeciez mam takie fajne zycie, fajnego meza i jestem
niewdzięczna ze czegos ciągle mi brak. Zakonczylam tą znajomosc. Ale
pustkę i jakies deficyty emocjonalne niestety chcialam koniecznie
czyms wypełnic. Stwierdzilam ze byc moze to wszystko dlatego ze nie
mamy jeszcze dziecka, ze moze dlatego czuje co czuje. Spytalam meza
co o tym myśli. On oczywiscie jak zawsze (jak to oceniam teraz z
perspektywy) bierna akceptacja, skoro chcesz to jak najbardziej.
Wiem, ze to juz wtedy byly znaki ostrzegawcze, ze decyzja o dzicku
na tamten moment nie byla dobra-wiem to juz to z sobą rozliczylam...
Ale stało sie. Nie tak od razu bo okazalo sie, że bede miala dosc
powazne problemy z zajsciem w ciąze, o ile w ogole to bedzie
mozliwe. Zaczeło sie wiec staranie o dziecko, jezdzenie po
lekarzach, badania. Po 2 latach udało sie i zaszlam w ciąze. Mąż
wtedy niestety zostal przeniesiony do innego miasta i znowu moglismy
widywac sie tylko w weekendy. Zostalam wiec w sumie sama w ciązy, do
pojawienia sie komplikacji pracowalam i dawalam sobie swietnie sama.
Okres ciązy wspominam jako najcudowniejszy okres w moim zyciu. Mimo
ze pod koniec 2 trymestru pojawilo sie zagorozenie porodem
przedwczesnym to jakos udalo sie dotrwac do bezpiecznego dla dziecka
terminu. Troche lezalam w szpitalu, troche u rodzicow. Jak odeszly
mi wody bylam z mama i to ona byla ze mna w szpitalu jak urodził sie
synek. Mimo ze byla taka mozliwosc maz nie przyjechal na drugi dzien
bo byl na szkoleniu, z ktorego wracal we srode, wiec stwierdzil ze
nie oplaca mu sie jechac na drugi dzien jak bedzie w domu juz we
srode. Nie trudno nie przyznac mu racji... Jednak bolało. To ze
nigdy nie czułam sie dla niego najwazniejsza. Mówił ze kocha ale
nigdy chyba tego tak w pełni nie czulam.
Nigdy tez jakos specjalnie nie okazywal mi uczuc, nie przytulał ale
zawsze tlumaczyl ze on nie potrafi bo w domu go tego nie nauczyli. Z
czasem to mialam wrazenie ze jak sie przytula to tylko wtedy gdy ma
ochote na sex. Z seksem tez z czasem było słabo, glownie z mojej
strony. Potem juz sam mi mówił ze powinnam isc do seksuologa bo cos
ze mna nie tak, ze nie mam ochoty wiecznie, ze jestem zimna jak lód.
Ale wracajac do tematu... okres po narodzinach synka był poczatkowo
przyzwoity. Maz angazowal sie pod wplywem moich prosb w opieke nad
malym, kapal, przewijal przez kilka pierwszych tygodni. Potem ja
wrocilam do pracy, maz wrocil znowu do domu (sluzbowo zostal znowu
przywrocony) powinno wszystko zaczac sie ukladac. Ale bylo coraz
gorzej. Wiadomo czas dla zwiazku dla mnie w tzw okresie
wczesnodzieciecym moze rodzic problemy. Niestety dla nas to juz byla
rownia pochyła. A juz calkowicie stracilam nadzieje ze to sie da
uratowac, gdy zorganizowalam (niestety znowu sama) chrzest malego i
rownoczesnie nasz slub koscielny. To był koszmarnie glupi pomysł...
wiem... Ale mądry Polak po szkodzie, sama tez potrafie sie surowo
ocenic. Slub koscielny podsunal nam ksiadz ze niby konieczny do
ochrzczenia dziecka. Ja mimo kryzysu bylam tak zaprogramowana ze ten
moj zwiazek to na cale zycie, ze zawsze bedziemy razem a moze
ceromonia, przysiega obudzą w mezu jakies uczucia. Moze tos sie
zacznie jeszcze tlic. Niestety ta uroczystosc to był najbardziej
koszmarny dzien w moim zyciu. Po ceremonii byla mala impreza dla
rodziny i znajomych. Potraktowal mnie okropnie... Poczawszy od
momentu skladania przysiegi kiedy nie spojrzal mi nawet w oczy
skonczywszy na imprezie, na ktorej bylam wrogiem nr 1 bo tylko mu
przeszkadzalam w zabawie z jego kolegami...
Potem bylo juz tylko gorzej. Maly zaczal chorowac, miał zabieg w
szpitalu, gdzie spedzilam z nim kilka dni, nie opuszczajac go nawet
na chwile. Mąz wtedy intewsyniwe pracowal, nie byl z nami w
szpitalu, raz odwiedzil nas wieczor to nie wpadl nawet ze moge byc
glodna bo przeciez 1,5 rocznego dziecka nie zostawie samego zeby
sobie isc na obiad. Bylam coraz bardziej rozczarowane. Frustracja
rosła i napiecie przez rok. Az w koncu pekłam jak uslyszalam od
niego serie wyrzutow ze odebralam mu radosc z zycia, ze przeze mnie
nie zrealizowal swoich marzen zawodowych, ze jestem zimna i nie ma
ze mna nawet udanego sexu. Ja nie mogłam zniesc jego lenistwa,
codziennego spania po pracy, braku incjatywy, biernosci i z drugiej
strony postawy roszczeniowej, ze mu sie cos nalezy. Wtedy cos we
mnie pękło i powiedzialam ze daje mu czas zeby soebi cos znalazł i
sie wyprowadzil od nas. Poczatkowo myslal ze to jakas fanaberia z
mojej strony. Ja jednak wiedzialam ze nie ma odwrotu, ze nie chce go
znac. W koncu spakowalam jego rzeczy i sie obrazony wyprowadzil.
Poczatkowo liczylam ze