laxie
13.09.11, 15:39
Proszę o radę...
Kilka dni temu mój narzeczony (jesteśmy ze sobą 3 lata, od roku zaręczeni) przyznał się (pod moim naciskiem), że przez kilka miesięcy mnie okłamywał. Mówił, że napisał pracę licencjacką (po roku obsuwy), kiedy ma obronę i egzamin na studia magisterskie. Ja trzymałam kciuki, przyjechałam na obronę (on pokazał
mi tego dnia smsa od promotora, że obrona odwołana - wysłał go z internetu), szukałam wśród znajomych materiałów do jego egzaminu i trzymałam kciuki kiedy go
pisał, potem powiedział, że egzamin był prosty i na pewno zdał. Skłamał, że ma wyznaczony następny termin obrony, a później przedstawiając mi pytanie jakie dostał powiedział z płaczem, że oblał obronę. Teraz okazało się, że nie napisał pracy licencjackiej, że
nigdy nie miało być żadnej obrony i nawet nazwisko promotora wymyślił
i tak od kwietnia. Do egzaminu na studia magisterskie też nie podszedł.On kłamał mi prosto w twarz, a ja byłam naiwna i ufna i we wszystko wierzyłam. Podejrzewałam, ale miałam
nadzieję. Cała moja rodzina mówi, że powinnam go zostawić, a ja nie
potrafię, czuję, że nadal go bardzo kocham. Po 3 latach razem i z pełnymi planami ślubu i wspólnej rodziny nie potrafię. Nie potrafię się nie odzywać do niego, a kiedy
się odzywam, czuję, że się nie szanuję i że on też mnie nie będzie
szanował i może będzie tak kłamał później w małżeństwie..
Nie wiem co robić. Bardzo mi z tym źle i czuję się bardzo samotna i boję się radykalnego kroku. Oszukał nie tylko mnie, ale też swoich rodziców i wszystkich. Moja rodzina nie chce go widzieć. A on tłumaczy to tylko strachem przed przyznaniem się do kolejnej porażki, mówi, że kocha i że mu zależy.
Czy da się odzyskać tak nadszarpnięte zaufanie? Czy można mieć nadzieję, że już więcej nie stworzy takiego teatru i będzie szczery?