Dodaj do ulubionych

Potrzebuję spojrzenia z boku

05.11.13, 16:29
Od 2 lat spotykam się z facetem, którego bardzo kocham i z którym chciałabym spędzić życie. Kiedy się poznaliśmy, on zupełnie zwariował na moim punkcie, bardzo szybko zaczął mówić o ślubie i o dziecku, o wspólnym życiu już na zawsze, ja chciałam trochę poczekać, abyśmy lepiej się poznali. Ale też szybko się zakochałam, i mimo tego, iż on jest mężczyzną bardzo trudnym (jest niesłychanie zamknięty w sobie, nie umie mówić o swoich uczuciach, myślach, ma ogromne opory przed bliskością, bardzo boi się jakichkolwiek zależności), to odkryłam w nim tyle zalet, które przeważyły nad trudnościami. Więc powiedziałam, że ślub i dziecko tak, ale najpierw powinniśmy ustalić gdzie będziemy mieszkać. I tu pojawiły się ogromne schody. Bo on twierdził, że możemy mieszkać wszędzie gdzie tylko zechcę, ale gdy proponowałam różne rozwiązania, to wszystkie były dla niego nieodpowiednie. Ja mam swoje własne mieszkanie, ale on u mnie mieszkać nie chciał, bo mieszkać ani w mieście, ani w małym mieszkaniu nie potrafi (mieszka w domu poza miastem, razem z rodzicami). Proponowałam, że kupię większe, był na nie, z tych samych powodów. Proponowałam, abyśmy wzięli kredyt i kupili bądź wybudowali dom, nie bo on nie będzie żył z takim zobowiązaniem i spłacał je aż do śmierci. Proponowałam, aby porozmawiał ze swoim ojcem, aby dał mu kawałek swojej działki, ja sprzedam mieszkanie, dołożymy wszystkie nasze oszczędności i na wybudowanie domu za gotówkę na starczy. Nie, bo ojciec działki mu nie da. Za to proponował mi, abym zamieszkała razem z nim u niego. Na to nie chciałam ja się zgodzić, bo oboje mamy po 40 lat i nie chciałam mieszkać z jego mamą przez ścianę, mieć wspólnej przestrzeni, wspólnej kuchni. Przez parę miesięcy sytuacja była patowa, aż w końcu mój mężczyzna stwierdził, że rozbuduje ten dom, tak aby stworzyć z niego dwa odrębne mieszkania, abym mogła być panią u siebie. I... przez kolejne pół roku nic się nie działo. On mówił o rozbudowie, ale nic w tym kierunku nie robił. Gdy pytałam dlaczego, odpowiedzi padały różne - albo brakuje mu pieniędzy, albo musi to dobrze przemyśleć, albo jest zagrożenie utraty pracy, albo, albo, albo. Zaczynałam się denerwować, bo z mojej strony wyglądało to tak, jakby wcale nie chciał tego domu rozbudowywać. Bez przerwy o to dopytywałam, proponowałam pomoc w znalezieniu architekta, wypytywałam kiedy porozmawia na ten temat z ojcem (prawnym właścicielem domu jest jego ojciec), ale dostawałam same wykręty. Raz o mało się nie rozstaliśmy, kiedy powiedziałam, że nie chcę tylko bez przerwy czekać.
Na rozbudowę domu zdecydował się po roku naszej znajomości. Znaleźliśmy architekta, wspólnie ustalaliśmy projekt. Strasznie się cieszyłam. Zebranie całej dokumentacji, uzyskanie pozwolenia na budowę zajęło kolejne pół roku i w kwietniu ruszyła budowa. Wiedziałam, że nie starczy mu pieniędzy na całość, więc od razu zadeklarowałam nie tylko jemu, ale też jego rodzinie, że dołożę mu jak zabraknie. Jego rodzina bardzo mnie polubiła i ucieszyła, kiedy mówiłam im, że planujemy ślub i dziecko. Rozbudował ten dom migiem, w 2 miesiące stan surowy zamknięty był gotowy. Byłam w szoku, bo przez rok zwlekał z decyzją, migał się, a jak przyszło co do czego, to rzucił się wszystkimi swoimi siłami do tej pracy. To było na pewno dla niego wielkie wyzwanie, bo poza tym, że pracował na etacie, to cały czas pilnował budowy i wiele rzeczy robił sam. Był wyczerpany, często ogromnie zmęczony, poirytowany, ale nie szukał odpoczynku, tylko cały czas parł do przodu. Kiedy zaczynały mu się kończyć pieniądze, chciałam z nim porozmawiać o tym co dalej. Chciałam dać mu kasę na dokończenie, ale oczekiwałam, że porozmawiamy o naszej przyszłości, o ślubie. I znów zaczęły się schody. Słyszałam same pokrętne wypowiedzi - że nie teraz, że później, że sama ustaliłam takie warunki (najpierw dom, potem ślub), że wszystko będzie w swoim czasie. Dużo słów, ale żadnych konkretów. Dopytywałam coraz częściej, on się wykręcał, ja zaczynałam się denerwować i co chwila wybuchały między nami awantury. Więc któregoś dnia powiedziałam, że mam obawy przed daniem pieniędzy na ten dom, bo dom nie jest mój, a on na dodatek nie chce ustalić kwestii naszego małżeństwa. Między nami zrobiło się jeszcze gorzej. Usłyszałam, że jestem chciwa i pazerna, że ciągle tylko gadam o pieniądzach, że on się mnie boi i tych moich pieniędzy nie chce, że nie weźmie, bo mu potem przez całe życie będę je wypominać. Temat ślubu stał się w tej chwili tak drażliwy, co chwila wybuchają awantury między nami, ja jestem ogromnie sfrustrowana i żyję w wielkim stresie od 5 miesięcy. Sytuacja jest patowa, bo on nie ma już pieniędzy na wykończenie w środku tego mieszkania (podstawowa potrzeba to cała kuchnia, sprzęty i meble), jeśli będzie chciał odkładać z pensji, aby to dokończyć zajmie mu to z rok. Ja chcę mu dać lub po prostu zrobić to sama, ale boję się, że on tak naprawdę nie chce małżeństwa. Kiedy dopytuję dlaczego nie możemy niczego ustalić, to on od razu się denerwuje, i znów słyszę same wykręty - że nie teraz, że jak skończy budowę, że jak tam zamieszkam, że najpierw trochę razem pomieszkajmy, a potem ślub, że po co ten ślub, przecież cały czas się kłócimy więc i tak będzie rozwód, że się pozabijamy jak razem zamieszkamy. Od kilku tygodni remont się ślimaczy z braku funduszy, a to co na początku budowy leciało w tempie błyskawicznym, teraz rozwleka się w czasie.
A ja psychicznie nie daję już rady. Od 2 lat jestem sama i dłużej już sama być nie chcę. Nie chcę czekać nie wiadomo jeszcze ile, abyśmy mogli być razem. Potrzebuję w swoim życiu stabilizacji, chcę wspólnoty, bliskości, wspólnych pieniędzy, wspólnych decyzji. Na początku bardzo się bałam życia u niego, że nie poradzę sobie tam, że będę się czuła jak nie u siebie, że będę podporządkowana jego rodzinie, szczególnie jego mamie, bo to ona jest motorem tego domu. Ale przez ostatnie miesiące mój strach bardzo opadł. Chcę tam mieszkać, jego rodzina bardzo mnie lubi, a teściowa jest super. Co prawda ma dość kontrolujący sposób bycia, ale jest mądra i rozsądna, umie słuchać i wiem, że sobie z nią poradzę, bo coraz lepiej się z nią dogaduję i coraz lepiej idzie ki stawianie w tym domu własnych granic. Ale chcę tam mieszkać i żyć jako żona mojego faceta, a nie jego konkubina lub jakaś flama. Chcę małżeństwa, chcę wzajemnego zobowiązania, chcę wspólnie budować naszą przyszłość. Natomiast boję się, że on tak naprawdę nie chce żadnego ślubu, że tak bardzo boi się zobowiązań i odpowiedzialności, że nie potrafi być z kimś blisko (nigdy z nikim nie mieszkał), że to go przerasta i nie da rady. Coraz częściej boję się, że czas ucieka, a ja stoję w miejscu, że nic z tego nie będzie, że to i tak się rozleci. Jestem chodzącą bombą zegarową, co chwilę wybucham i albo reaguję dużą złością, albo ciągle płaczę. Parokrotnie już mu mówiłam, że nie daję już tak dłużej rady, że jak się nic nie zmieni to wszystko się nam rozleci i odejdę. Proszę, gadam, wybucham, płaczę i nic się nie zmienia. Każda awantura kończy się jego milczeniem, potrafi nie odzywać się do mnie nawet tydzień i jeśli to ja nie zrobię pierwszego kroku, to to milczenie może tak trwać i trwać. Kiedy pytam dlaczego się tak zachowuje, twierdzi że jestem agresywna, więc woli się ode mnie odsunąć i jak mi przejdzie to sama przyjdę. Zarzuca mi też, że ciągle z nim walczę i ciągle chcę go sobie podporządkować. Z tym, że to ja mu ustąpiłam w kwestii mieszkania w jego domu, to ja mu ustąpiłam w kwestii naszych wspólnych rozrywek (jest wybitnym odludkiem, nigdzie nie lubi wychodzić, więc mu odpuściłam i wychodzę sama), to ja mu ustąpiłam w kwestiach rodzinnych (nie lubi świąt, nie lubi rodzinnych spotkań, moich rodziców w zasadzie nie zna, ale nie zmuszam go do spotkań). I to raczej ja mam wrażenie, że to on chce mnie sobie podporządkować, że to ja mam żyć według jego schematu i tak jak on sobie wymyślił i zaplanował. Moje plany absolutnie nie są uwzględniane, tak samo jak moja potrzeba stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa.
Obserwuj wątek
    • bahomet_1001 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 16:32
      Jestem rozdygotana, rozchwiana emocjonalnie i psychicznie, czuję że tracę grunt pod nogami i nie wiem co mam dalej robić. Chcę z nim być, bardzo go kocham, chcę mieszkać w tym domu, chcę traktować go jak swój własny, chcę być członkiem jego rodziny. Ale coraz bardziej wydaje mi się, że on tego nie chce i że nic nie będzie z tego związku.
      Będę wdzięczna za wszelkie uwagi, jak widzicie to z boku.
    • sorvina Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 16:41
      Mi to wygląda jak próba zbudowanie związku z ciężkim przypadkiem DDD bez terapii... Z taką osobą NIE DA SIĘ zbudować zdrowego związku, bo nie poradziła sobie ze swoim dysfunkcyjnym dzieciństwem (jak piszesz teściowa jest z typu kontrolującego, facet wydaje się przelewać na ciebie obawy, że zachowujesz/zachowasz się tak jak ona i go to przeraża, zachowuje się na zmianę jak dorosły i jak dziecko) i sam nie wie świadomie czego chce, balansując między - chcę związku, a panicznie się go boję. Zachowania ma skrajnie niedojrzałe i nie rokujące. Jeśli teraz -przed ślubem i wspólnym zamieszkaniem jest tak źle, to potem będzie tylko gorzej.

      Gdyby pan przyznał, że ma ze sobą problem i poszedł na terapię to byłaby szansa. Ale z tego co piszesz, to przerzuca winę na ciebie, nie dostrzegając ile czasu i praktycznie wszystkiego dla nie poświęciłaś. On nie widzi ciebie i waszego związku realnie, tylko przez pryzmat doświadczeń z matką. W tym zaślepieniu nie dostrzega, że walcząc z dominacją, mógł sam Cię zdominować. Nic co zrobisz, nie jest w stanie go uspokoić, bo to demony dzieciństwa a nie realne lęki dotyczące waszej relacji. Pan ma problem ze sobą i niestety za niego, rozmową, czekaniem czy czymkolwiek innym go nie rozwiążesz.
      • aqua48 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 16:54
        Chcesz wyjść za mąż za faceta, który nie chce ślubu. Mieszkać w cudzym domu, w którym nic do Ciebie nie będzie należało i narażać się z tego powodu na wymówki przy najdrobniejszych zadrażnieniach. Zrezygnować ze swoich sposobów spędzania wolnego czasu. Odpuścić kontakty z rodzicami oraz święta, bo on tego nie lubi. Narażać się na kłótnie, pretensje i awantury. I życie z mężczyzną, który nie uznaje kompromisów. A potem jeszcze urodzić mu dziecko.

        Hmm, słabo to widzę. Ja bym zrezygnowała z całego pakietu, ewentualnie zostawiając sobie ostatnią pozycję. Tylko i wyłącznie.
        • sorvina Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 17:03
          No tak, pod hasłem "nie chcę byś mi wypominała" autorka może się zapędzić w sytuację, gdzie to pan będzie jej wszystko wypominał bo wszystko jego i rodziców i gdzie ona nie będzie mogła podjąć żadnej decyzji, bo "próbuje dominować". A jak próbuje ustalić co i jak i pyta o co chodzi, to "jest agresywna" więc się szybko wycofuje, bo pan już nie wie czy chce za nią wyjść, a jej zależy i nie chce go stracić.
          Niejedna silna kobieta została w ten sposób przerobiona na ofiarę przemocy.

          Zastanawiam się na ile silna miłość jaką czuje autorka to nie jest uzależnienie chemiczne powstałe z ciągłej huśtawki przyciągania i odpychania, niepewności i nadziei. Taka mieszkanka uzależnia jak nic.
        • bahomet_1001 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 17:40
          To nie do końca jest tak. Gdyby on powiedział mi wprost, że nie chce ślubu, to odeszłabym od razu, bo mam inne zapatrywanie na związek. On twierdzi, że ślubu chce. Ale jednocześnie nie potrafi o tym porozmawiać, zaplanować, ustalić, przekłada, odkłada, przesuwa, boi się. Więc ja zastanawiam się, czy on na pewno tego ślubu chce, bo ma wrażenie, że wszystko co mówi, to są wykręty.
          Że będę mieszkać w domu, który pod względem prawnym nie jest i pewnie nigdy nie będzie mój, to wiem, przemyślałam to i wiem w co wchodzę. Póki co, on niczego mi nie wypomina, wręcz przeciwnie, bardzo mu zależy, abym ten dom zaczęła traktować jako własny. To jego strasznie boli, iż czasem mówię, że to nie jest mój dom, on za każdym razem kiedy tam jestem, powtarza mi, że jestem u siebie. Widzę, że się stara, aby dopasować dom do moich oczekiwań, a kiedy chcę jechać do siebie, zawsze mnie zatrzymuje powtarzając, że po co mam jechać, przecież jestem u siebie w domu.
          Nie muszę rezygnować ze swoich potrzeb spędzania wolnego czasu tak, jak chcę. On mi niczego nie zabrania, nie zmusza do siedzenia w domu, wręcz sam się usuwa, jeśli chcę gdzieś wyjść. Jedyne czego nie mogę robić, to wychodzić z nim, bo niewiele jest rozrywek, które on akceptuje. Ale mogę z nich korzystać albo sama, albo w towarzystwie przyjaciół. Kontaktów z rodziną też nie muszę ograniczać. Rodziców zapraszam do siebie kiedy chcę, tyle że on nie uczestniczy w tych spotkaniach, bo nie lubi. Fakt, fajnie robi się różne rzeczy razem, ale akurat z tych mogę zrezygnować. Tylko, że nie może być tak, że będę rezygnować ze wszystkiego, nawet z najważniejszych swoich potrzeb.
          • koronka2012 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 18:11
            bahomet_1001 napisała:

            > To nie do końca jest tak. Gdyby on powiedział mi wprost, że nie chce ślubu, to
            > odeszłabym od razu, bo mam inne zapatrywanie na związek. On twierdzi, że ślubu
            > chce. Ale jednocześnie nie potrafi o tym porozmawiać, zaplanować, ustalić, prze
            > kłada, odkłada, przesuwa, boi się. Więc ja zastanawiam się, czy on na pewno teg
            > o ślubu chce, bo ma wrażenie, że wszystko co mówi, to są wykręty.

            Bo to są wykręty.

            Macie skrajnie różne podejście do związku, i do przyszłości.
            Popełniłaś potworny błąd namawiając go do budowy koło rodziców. A jeszcze się pchasz z pieniędzmi, choć nikt nie zamierza dawać ci jakichkolwiek praw do czegoś. I co gorsza - masz świadomość tego, ze jakieś prawa w zamian za kasę mieć powinnaś. A to już za dużo.

            > Nie muszę rezygnować ze swoich potrzeb spędzania wolnego czasu tak, jak chcę. O
            > n mi niczego nie zabrania, nie zmusza do siedzenia w domu, wręcz sam się usuwa,
            > jeśli chcę gdzieś wyjść. Jedyne czego nie mogę robić, to wychodzić z nim, bo n
            > iewiele jest rozrywek, które on akceptuje. Ale mogę z nich korzystać albo sama,
            > albo w towarzystwie przyjaciół.

            Jak długo nie będzie ci przeszkadzać, że żyjecie obok siebie? na początku to nie przeszkadza, ale po paru latach już świadczy o tym, że kazdy sobie rzepkę skrobie. Nie trzeba zawsze i wszędzie razem, ale COŚ razem robić trzeba. Nie trzeba lubić rodziny, ale minimum przyzwoitości trzeba wykazać od czasu do czasu. Skoro mu zależy, to czemu nie może się przemóc - dla ciebie, bo dla ciebie to ważne?

            Już teraz sama pchasz ten wózek pod górę. Słabo to widzę, szczególnie z teściami za ścianą, i małomiasteczkowym podejściem, że miejsce kobiety jest w domu, a już z pewnością przyzwoita żona powinna siedzieć i czekać na męża, nie odwrotnie. Naprawdę łudzisz się, że ten związek wypali?

      • sorvina Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 16:57
        I warto zadać sobie pytanie, dlaczego ten pan jest dla ciebie taki atrakcyjny i zgodziłaś się na tyle ustępstw, choć on co chwilę zmieniał zdanie? Bo bycie introwertykiem nie jest równoznaczne z byciem niedojrzałym, niesłownym i manipulującym, a ty kupujesz każdą nielogiczną śpiewkę jaką ci sprzedają doszukując się pozytywów tam, gdzie każda szanująca się kobieta dawno by powiedziała facetowi "idź się lecz i nie wracaj zanim nie dorośniesz o związku".

        DDD mają to do siebie, że się przyciągają. Nie potrafiąc nazwać problemów, które sami mają, wchodzą jak w masło w atmosferę i sytuacje, z których inni by dawno uciekli. Kobiety DDD/DDA często dobrze się odnajdują w roli silnej kobiety ratującej biednego misia który pije/jest aspołeczny/nieśmiały/ notorycznie nie może znaleźć pracy itp., ale ona go zrozumie i swoją miłością odmieni i będą żyli długo i szczęśliwie... tylko ten happy end nigdy nie następuje, bo pani się natyra , ale poza deklaracjami wzajemności nie uświadczy.

        To tak dla przemyślenia dla Ciebie lektura "Kobiety, które kochają za bardzo" .
      • bahomet_1001 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 17:22
        Myślę, że masz sporo racji, Sorvino. Ja już dawno mówiłam mu, że on potrzebuje psychologa, namawiałam, dawałam mu namiary na moją świetną panią psycholog. On sam nigdy nie przyznał się, że ma problem, ale parę razy sam o sobie powiedział, że jest inny. Ale o terapii lub psychologu nie ma mowy. Ja sama jestem DDA, przeszłam całą 2,5-letnią terapię w ośrodku dla DDA, dodatkowo chodziłam jeszcze przez rok prywatnie. Bardzo wiele przepracowałam i nawet jeśli nie wszystkie moje reakcje się zmieniły, to potrafię je już rozpoznać, ponazywać, jakoś sobie z nimi poradzić i poprosić o pomoc bliskich, jeśli sobie poradzić z czymś nie potrafię. Więc rzeczywiście od początku widziałam, że on ma wielkie trudności z relacjami międzyludzkimi. Ludzi obsesyjnie nie znosi, aczkolwiek paru kolegów ma. W naszym związku często jest tak, że ja jego nie rozumiem (bo mimo iż pytam, nie potrafi mi powiedzieć co czuje, czy się czegoś boi, co myśli), a on nie rozumie mnie. Nie dlatego, że nie mówię (bardzo dużo mówię o tym co myślę, jak co odbieram, co czuję, aby mu ułatwić zrozumienie mojego świata), ale dlatego, że mimo wyjaśnień on wszystko i tak interpretuje negatywnie.
        Jego dom rodzinny jest dla mnie dziwny. Jego rodzice prawie ze sobą nie rozmawiają. Matka jest kontrolująca, o wszystkim chce wiedzieć i o wszystkim decydować, jest bardzo opiekuńcza, nawet wtedy, gdy nikt nie prosi. Ale jest (przynajmniej ja ją tak odbieram) bardzo sympatyczna, lubię ją, da się z nią dogadać, jeśli jej się powie czego się oczekuje. Jej relacja z moim mężczyzną też jest dziwna. Ona się nim opiekuje, pierze, prasuje, sprząta mu w pokoju, z pracy leci aby mu ziemniaki ugotować na obiad i miał ciepłe, jak przyjedzie do domu. On o to nie prosi, wdzięczności nie okazuje - wręcz przeciwnie, czasem okropny brak szacunku - a ona i tak to robi. Bez przerwy się kłócą i obwiniają nawzajem, czasem o absolutne pierdoły. Mam wrażenie, że to jest wieczna walka.
        Ojciec z kolei jest absolutnym odludkiem, ciągle zamknięty w swoim pokoju, bo jest schorowany i często śpi, jest zmęczony. Do matki odnosi się często zupełnie bez szacunku, a ona zupełnie z tym nic nie robi. Jest zupełnie wycofany, przez te 2 lata rozmawiałam z nim raptem kilka razy. Nie czuję potrzeby, aby się do niego zbliżać, bo on stwarza ogromny dystans, a ja za bardzo nawet nie wiem, o czym mam z nim rozmawiać.
        Kiedyś zapytałam go, czy relacje między jego rodzicami zawsze tak wyglądały. Powiedział, że nie i że to wszystko wina matki, bo się do wszystkiego wtrąca, więc ojciec w końcu ją olał. Ja nie kupuję wersji, w której tylko ona jest winna, ale nie jestem z nią jeszcze na takim etapie zażyłości, aby zapytać ją o jej małżeństwo i relacje z mężem. I osobiście, nie uważam jej za osobę wtrącającą się. Raczej za nadmiernie ekspansywną, włażącą na cudzy teren bez pytania, kontrolującą, narzucającą się. Ale można ją ustawić, można jej odmówić, nie obraża się o to, a często stara się dostosować, zrozumieć. Tylko trzeba być wobec niej asertywnym i pilnować swoich granic. Mnie to coraz lepiej wychodzi, ale widzę, że mojemu facetowi chyba wcale. Ona baaaaardzo często chce, żeby on coś dla niej zrobił. On to robi, z ogromną niechęcią, bardzo rzadko odmawia wprost, a potem wali w nią swoją złością. Kiedyś mu o swoich obserwacjach powiedziałam, ale usłyszałam, że wymyślam.
        • sorvina Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 17:51
          Na fundamencie czego chcesz budować związek z tym człowiekiem? Nie rozumiecie się, wszystko co powiesz on i tak interpretuje negatywnie. Sam nie potrafi się komunikować. Ma zachowania bierno-agresywne, jest niekonsekwentny i często zmienia zdanie. Ma tendencję do przerzucania odpowiedzialności na innych - zwłaszcza matkę, nie dostrzegając roli mężczyzny. A nie negując ekspansywnego charakteru matki, czasem jest tak, że im bardziej jedna strona się wycofuje w relacji, tym druga bardziej się narzuca. Bez przerobienia całego tego toksycznego bagażu, co przy silnej motywacji może zająć kilka lat, ten człowiek nie nadaje się do zbudowania zdrowej relacji. A na chwilę obecną on nawet nie rozważa terapii...

          Zastanów się ile jeszcze lat zamierzasz stracić czekając na cud. Zasługujesz ja lepszego partnera i lepszy związek. Jako DDA możesz być przyzwyczajona właśnie do takich - nieszczęśliwych i z nieproporcjonalnym zaangażowaniem, ale to temat, który warto w sobie dokończyć i uwierzyć, że zasługujesz na bycie z mężczyzną, który naprawdę chce być z tobą, który jest dojrzały a nie "do gruntownej przeróbki".

          I nawet nie myśl o próbie zmotywowania pana do ślubu i wzięcia się za siebie, za pomocą ciąży. Bo jeśli sama chcesz się męczyć zbawiając świat - a raczej ten konkretny jego kawałek, który ewidentnie nie chce być zbawiony - to masz prawo. Nikt nie ma obowiązku być szczęśliwym, ale dziecku urządziłabyś piekło.

          Co realnego dostajesz w związku z tym facetem, poza pięknymi deklaracjami co mogłoby być i marzeniami, że gdyby tylko zmienił/zrobił to i to, to by było pięknie.

          Wyobraź sobie, że on się nie zmieni. Że może po kolejnych 2 latach ciężkich awantur zgodzi się na ślub - na swoich warunkach i wtedy nie o ślub, ale całe jego podejście zostanie bez zmian, a ty będziesz na cudzym i zawsze na 2gim miejscu po mamusi (bo nienawiść do niej, nie zmienia faktu, że się nie wyzwolił spod jej wpływu). Czy tak wyobrażasz sobie szczęście?

          Bo jeśli utkwiłaś na etapie - jak tylko on się zmieni to będzie super, to nie masz dokończonego tematu DDA. Przestać chodzić na palcach wokół jego jazd i zadbaj o siebie.

          Z osobą tak uprzedzoną do ludzi, nieżyczliwą i niekomunikatywną zamęczysz się.
        • soffia75 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 18:13
          bahomet_1001 napisała:
          Jej relacja z moim mężczyzną też jest dziwna. Ona się nim opiekuje, pierze, prasuje, sprząta mu w pokoju, z pracy leci aby mu ziemniaki ugotować na obiad i miał ciepłe, jak przyjedzie do domu. On o to nie prosi, wdzięczności nie okazuje - wręcz przeciwnie, czasem okropny brak szacunku - a ona i tak to robi. Bez przerwy się kłócą i obwiniają nawzajem, czasem o absolutne pierdoły. Mam wrażenie, że to jest wieczna walka.
          Ojciec z kolei jest absolutnym odludkiem, ciągle zamknięty w swoim pokoju, bo jest schorowany i często śpi, jest zmęczony. Do matki odnosi się często zupełnie bez szacunku, a ona zupełnie z tym nic nie robi (...)

          Nadopiekuńcza, kontrolująca matka, traktująca dorosłego syna jak dziecko, i sam syn, który ma problem z "odcięciem pępowiny" (i chciałbym, i boję się); do tego wyalienowany ojciec, który nie szanuje swojej żony. Jesteś pewna, że chcesz się z tym zmierzyć? Może każda z tych osób wobec Ciebie potrafi być miła, sympatyczna itp., ale pamiętaj, że wszyscy oni od lat tkwią w niezdrowych relacjach - a one potrafią z uwikłanych w nie ludzi wydobyć tę "ciemną stronę księżyca". Małżeństwo, mieszkanie pod jednym dachem - i sama staniesz się częścią tych relacji. A wtedy te cechy przyszłych teściów, o których teraz twierdzisz, że zdołasz sobie z nimi poradzić, mogą eskalować i stać się nie do wytrzymania.
          Doradzam dużo ostrożności i maksimum trzeźwego spojrzenia na sprawę. Jeśli już koniecznie chcesz pozostać w związku z tym partnerem, na Twoim miejscu poważnie zastanowiłabym się nad ślubem i zamieszkaniem w tak bliskim sąsiedztwie jego rodziców. Nie lekceważ swoich wątpliwości; myślenie "dam radę i jakoś to będzie" potrafi się boleśnie zemścić po latach.
          • sorvina Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 18:24
            No bo i co to za materiał na szczęście "dam sobie jakoś radę"? I gdy wszystko dobrze rokuje mogą się wydarzyć gorsze chwile, nieprzewidziane trudności i niewiele z wizji szczęścia wyjdzie. A tutaj NIC nie wskazuje na happy end, poza deklaracjami które nic pana nie kosztują.

            Autorko, związek nie jest by "dawać sobie jakoś radę", ale by był szczęściem i oparciem w życiu, które bywa czasem ciężkie. Jeśli i związek ma być orką na ugorze, to skąd ty masz czerpać siłę do życia i po co się tam pchasz - za karę? By udowodnić, że jak tyle włożysz i poświęcisz, to zasłużysz na prawo do miłości, szacunku i prawo głosu? Sama musisz sobie to prawo dać, uwierzyć, że masz je już teraz. Inaczej inwestujesz licząc na coś, ale inni nie podpisali umowy, że się na to godzą i wyjdziesz rozczarowana, bo tak się te historie kończą.
    • t1ffany Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 17:54
      Myślę że koncepcja zamieszkania na wsi, z facetem opisanego typu oraz teściami przez ścianę jest pomysłem złym. Oddzielna kuchnia wiele nie zmienia, pakujesz się w kłopoty.


      Chciałam dać mu kasę na dokończenie, ale oczekiwałam, że porozmawi
      > amy o naszej przyszłości, o ślubie.


      Brzmi to paskudnie, taka transakcja kasa za obrączkę. Rozumiem Twoje dobre intencję ale gdyby mi facet zaproponował kasę na rozbudowę domu w zamian za deklaracje matrymonialne to moją reakcją też byłoby "przyhamuj drogi książę". I to w najlepszym razie.

      Wbrew pozorom ja widzę w tym coś co przemawia na jego korzyść. Facet nieuczciwy obiecałby ślub, wziął kasę i zaczął ociągać się potem. Co więcej, takie historie się zdarzają. To że on jeszcze przed wzięciem kasy zaczął stawać okoniem świadczy że przynajmniej jest wobec Ciebie uczciwy.


      Potr
      > zebuję w swoim życiu stabilizacji, chcę wspólnoty, bliskości, wspólnych pienię
      > dzy, wspólnych decyzji.


      I wszystko to da Ci papierek z USC? Nie ma stabilizacji, nie ma bliskości, nie ma wspólnych decyzji ale wyjdziesz za mąż i <pyk> to wszystko magicznym sposobem się pojawi?

      Uważam że pakujesz się w związek na skrajnie wysokim poziomie trudności. I pomieszkanie chociaż kilka miesięcy razem PRZED decyzją o ślubie jest niegłupim pomysłem. Jeżeli po powiedzmy roku wszystko się dotrze, to weźmiecie ślub. Jeśli nie, to oboje będziecie mogli bezboleśnie (w miarę) się z tego układu wylogować.

      Ślub przez jedną ze stron niechciany, wymuszony szantażem lub kupiony za pieniądze jest pomysłem... tragicznym, fatalnym.
      • sorvina Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 18:06
        t1ffany napisała:

        > Potr
        > > zebuję w swoim życiu stabilizacji, chcę wspólnoty, bliskości, wspólnych p
        > ienię
        > > dzy, wspólnych decyzji.

        >
        > I wszystko to da Ci papierek z USC? Nie ma stabilizacji, nie ma bliskości, nie
        > ma wspólnych decyzji ale wyjdziesz za mąż i <pyk> to wszystko magicznym
        > sposobem się pojawi?

        Dokładnie. Autorkę zaślepiają niezaspokojone potrzeby. Jest jak wygłodniały zwierz, który zrobi wszystko, byleby w końcu dostać upragnioną miskę. Tylko, że szuka tam gdzie szukała w dzieciństwie - w podobnych klimatach, u zaburzonej osoby, która nie potrafi jej tego dać i ślub tu nic nie naprawi.

        Współczuję Ci, naprawdę. Sama jestem DDD i wiem jak czasem człowieka zwija z samotności, jak bardzo chce poczuć się kochany i bezpieczny. Ale prawda jest taka, że nikt nam tego nie da, bo to są niezaspokojone potrzeby z naszego dzieciństwa, które można zaspokoić za pomocą terapii wewnętrznego dziecka - czyli prościej - samej sobie to dać. Bo na razie szukasz bezpieczeństwa na zewnątrz, kogoś kto ci je zagwarantuje, ale pakujesz się w związek, w którym nie wiesz na czym stoisz itp. Czyli sama sobie nie dajesz, a chcesz by ktoś ci dał. Tak to nie działa. Zacznij sama o siebie dbać, wtedy nie będziesz wierzyć każdej deklaracji, tylko będziesz jasno oceniać, czy doświadczasz w związku tego czego chcesz i koniec. I wtedy atrakcyjni stając się ludzie, którzy nas dobrze traktują, bo gdy same się dobrze traktujemy, to nie będziemy się dobrze czuły w innych klimatach.

        Warto przestać skupiać się na poszczególnych deklaracjach i spojrzeć na całokształt - ktoś kto ma tak wysoki poziom nieufności, nieżyczliwości wobec innych ludzi z kim obecnie - na etapie gdy chemia zakochania jest jeszcze silna - się nie rozumiecie - z kimś takim nie stworzysz bliskości. Z kimś kto balansuje między - będzie jak ty chcesz, a boję się dominacji - będzie jak ja chcę - bez drogi środka i konsekwentnej realizacji ustaleń - nie będzie wspólnych decyzji i stabilizacji. Będzie wieczna huśtawka. On ci nie może dać tego, czego szukasz.
        • agcerz Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 18:09
          Z boku patrząc to kompletnie nie rokuje. Nie wchodź w chory układ!
      • fru.katarina Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 14.11.13, 08:55
        Uważam, że pomieszkanie kolejnego roku razem to zmarnowanie kolejnego roku z tym człowiekiem. Czy nie lepiej ten rok poświęcić na znalezienie kogoś normalniejszego?
    • triss_merigold6 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 18:27
      Pomyśl rozsądnie: facet ma 4 dychy na karku, mieszka z rodzicami i żadna go dotąt nie chciala na stałe. Uparłaś się na gościa, który jest jedną wielką wadą. Desperacja powinna mieć swoje granice, godności trochę.
    • molly_wither Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 19:04
      Bo to nie jest milosc tylko pozadanie. Objawy typowe, 2 lata i zaczynaja sie nieporozumienia. Tyle trwa wlasnie zauroczenie. 2 LATA.
    • mamapodziomka Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 19:06
      Pakujesz sie na trzecia w zwiazek pana z mamusia, nie szkodzi, ze pasywno-agresywny. Ale pan nawet nie rozwazal zadnej innej mozliwosci niz meiszkanie nadal z mamusia. Na dodatek traktuje sie w bardzo podobny sposob, pozornie zgadzajac sie na twoje warunki,a w rzeczywistosci twardo stajac na swoim (mozemy mieszkac gdziekolwiek chcesz, pod warunkiem, ze bedzie to z moja mamusia, etc.).

      Nie laczy cie z tym facetem praktycznie nic. Ani relacje rodzinne, ani przyjaciele, ani sposob spedzania wolnego czasu, ani rozrywki, ani podejscie do malzenstwa i dzieci, ani plany na przyszlosc, bo facet je wiecznie doklada w nieskonczonosc i usiluje sie wymigac.

      Szkoda. Twojego. Czasu.

      Zwyczajnie i po prostu, bo zapewne nawet po takim piekielku dasz sobie rade, pewnie nawet i z dzieckiem, tylko teraz jeszcze masz furtke, zeby ani sobie ani dziecku takiego zycia po prostu nie fundowac. A miec dziecko z kims jest naprawde o wiele fajniej i latwiej niz samemu.
    • sootball Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 19:59
      Minie z 10 lat, spojrzysz w lustro i zobaczysz jego rodziców. A nie, to nie jego rodzice, to WY.
      • zuzi.1 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 22:58
        Autorko opamiętaj się, wszystkie znaki na niebie i ziemii wskazują na to, że z tego NIC nie będzie. Ten mężczyzna potrzebuje porządnej terapii psych. żeby przepracowac swoje OGROMNE problemy. I tylko Ci się wydaje, że jego mama jest miła. Czy miła pani mogłaby wychowac kogoś tak zaburzonego jak ten mężczyzna ???? Odpowiedz sobie szczerze na to pytanie????? Jakim cudem on jest tak zaburzony przy tak "MIŁEJ" mamie?????? W pełni zgadzam się z każdym z komentarzy sorviny.
        Ten facet to chodząca kupa nieszczęscia, jakim on może byc mężem czy ojcem, co on Tobie i dziecku może dac, w jaki sposób się Wami zaopiekuje ???? on tego nie będzie potrafił, bo jest jak zaburzone małe dziecko w ciele 40-latka. Chcesz wejsc w jeden z najgorszych KANAŁÓW jakie można sobie w zyciu zgotowac, obudź się i zwyczajnie POSZUKAJ KOGOŚ INNEGO, innego mężczyzny, czy tylko taki wybrakowany egzemplarz masz na horyzoncie. 40 lat to nie koniec świata dla Ciebie i nie musisz rzucac się na wadliwego, zaburzonego faceta, poczekaj, ogarnij się i poszukaj kogoś innego, bo ten KOMPLETNIE nie rokuje. Jego rodzina jest zaburzona, facet zachowuje się jak zaburzone zwierzątko, nie posiada żadnych prawidłowych wzorców rodzinnych i czego Ty po nim oczekujesz? NIC z tego co oczekujesz nie dostaniesz, bo on nie jest w stanie Ci NIC dac...
        • zuzi.1 Re: pytanie do sorviny 05.11.13, 23:03
          W jaki sposób ten mężczyzna mógł byc wychowywany przez tą "miłą" mamę, że w konsekwencji jego zachowania są tak zaburzone? Co ta kobieta musiała robic, żeby tego mezczyznę tak ubezwłasnowolnic, wykastrowac, uzaleznic etc.? Może masz jakieś przemyślenia na ten temat. Jakimi metodami taka matka "wychowuje" AŻ tak zaburzonego syna?
          • paris-texas-warsaw Re: pytanie do sorviny 05.11.13, 23:15
            Sorvino, a jak umiesz mi określić, to napisz, jakiego typu może zachodzic koluzja między matką i ojcem tego mężczyzny? I jaka może zachodzić koluzja miedzy Autorką wątku a jej partnerem? Ta sama? To samo być może dociskanie-unikanie...
            Ps. Brakuje mi czasu, a oprócz czasu osobistego psychoterapeuty i coacha:) Tak bym chciała wiecej wiedzieć np. o analizie transakcyjnej, no i o koluzjach. Takie małe wykładziki mogłby ktos dla mnie robić:) To tez moga być fajne tematy dla Autorki wątku. Ja jakiś czas temu w otoczeniu zauważyłam, że jedna osoba tak jakby sie rozkreca, rozkręca, a po jakimś czasie jej partner ja ostrzej "doprowadza do pionu", ona jakby się z tego cieszy, potulnieje, jest milej. A potem czytam, że to jakiś typ koluzji i podany był min. przykład takiego zachowania:)))
            • zuzi.1 Re: pytanie do sorviny 05.11.13, 23:28
              Paris stwórz nowy watek na temat koluzji i wrzucaj ciekawe znaleziska z sieci dla szerzenia wiedzy ;-)
              • paris-texas-warsaw Re: pytanie do sorviny 05.11.13, 23:34
                Ja za cienka jestem, właśnie tylko kilka artykułów z sieci przeczytałam, może coś zamówię w wolnej chwili (czyli za 18 lat;)). A bardzo mnie intryguje temat koluzja versus przemoc. W ogóle im wiecej czytam o tej przemocy, tym widzę, że jestem prawdziwym przemocowcem (chociaż kiedys na priwie Sebalda mnie zapewnila, że nie!), zwykłym chorym DDA i w zasadzie to DDA może powinni mieć specjalne pozwolenia na związki i dzieci;) Tego oczywiście od razu się nie wie, bo by człowiek zwariował, tak warstwa po warstwie pewne rzeczy się widzi, zaczynam rozumieć jak przemoca jest przesiąknięta komunikacja, no różne sprawy...
                • paris-texas-warsaw Re: pytanie do sorviny 05.11.13, 23:37
                  Bo gdzies przeczytałam, że związki z przemoca to koluzje, ale jak czytam na czym "polegają" tu opisywane te związki z przemocowcami (wiadomo, to opisy pobieżne), to ja nie wiem, czy to faktycznie koluzja, czy jak "pewna frakcja" na forum zawsze pisze, że z przemocowcami wiążą się i najnormalniejsze osoby na świecie. A wg teorii, każdy związek, w który się wchodzi z niedojrzałą motywacja to koluzja. O ile to wszystko zrozumiałam i mi się wszystko nie pomyliło:)))
                  • tully.makker paris-texas-warsaw 06.11.13, 08:59
                    uciekasz w teorie, zeby nie zajmowac sie swoimi realnymi problemami...
                    • paris-texas-warsaw Re: paris-texas-warsaw 06.11.13, 13:44
                      Mam wrażenie, że dawno się tak nie zajmowalam swoimi problemami jak ostatnio. Jak gdzieś pisałam, odkarmię dziecko i idę kontynuować moja terapię:) Do tego to forum mi dużo daje, w temacie np. przemocy i innych. Ale dzięki za ostrzeżenie:)
                • zuzi.1 Re: pytanie do sorviny 05.11.13, 23:40
                  wrzucaj co znalazłaś na ten temat w sieci, czytałam twój pierwszy zalinkowany temat i uważam, że b.ciekawy
              • sorvina Re: pytanie do sorviny 05.11.13, 23:35
                zuzi.1 napisała:

                > Paris stwórz nowy watek na temat koluzji i wrzucaj ciekawe znaleziska z sieci d
                > la szerzenia wiedzy ;-)

                Oj załóż załóż. Sama się podedukuję by odpowiedzieć Ci za pomocą pojęć, których używasz. Bo czasem w psychologi mówi się o tym samym, ale innymi słowami. I ja spotkałam się z koluzjami bez nazywania ich w ten sposób, a o samych koluzjach czytałam mało. Więc teraz nie mogę Ci opisać jaki to typ koluzji. Ale jak poznam definicje to porównam to z tym co ja znam to sobie przetłumaczę i odpiszę.

                I niestety też cierpię na skandaliczny brak czasu :/ Ale może coś się znajdzie.
            • izabelski o koluzji 07.11.13, 01:01
              odnosnie autorki tu fajnie pisze

              wydaje mi sie,ze swiet ne opisuje autorke jako ta dominujaca w zwiazku a jej partnera - jako osobe pasywna

              A jak to wygląda w koluzji?

              Równowaga w koluzji polega na tym, że czym aktywniejszy jest jeden z partnerów, tym bardziej bierny staje się drugi.
              Prosto można opisać to tak, że jak jeden z partnerów przyjmuje jakąś postawę np. dominującą, to drugi wybiera postawę z przeciwległego bieguna czyli uległą.

              Wygląda to tak jakby partnerzy niemal automatycznie się regulowali.
              Problemem jednak jest to, że nigdy nie są sobie równi. Jedna strona zawsze przeważa.
              Związek taki scala nieświadome podstawowe założenie – wspólne wyobrażania partnerów na temat związków.

              Podważenie tego założenia budzi u pary opór, gdyż pojawienie się wypartych treści zagraża stabilności związku opartego o koluzję. To powoduje sytuację, w której mogą oni zaciekle walczyć o utrzymanie tej relacji. Wynika to z lęku, że zostanie utracone wspólne „Ja”.

              Sytuacja zaczyna wyglądać tak, że jeden partner usztywnia swoją postawę np. dominującą, a to automatycznie sprawia, że druga osoba zafiksowywuje się na uległości.
              Jeżeli jedna osoba wzmocni progresję, u drugiej wzmocni się regresja.
              Jest to jednak patologiczna forma obrony, a jak wiadomo w patologii sielanki być nie może. Można udawać, jednak prędzej czy później do głosu dojdzie wściekłość, nienawiść, strach, rozpacz i agresja. Wówczas partnerzy przekonają się jak bardzo destrukcyjnym układem jest koluzja.” -
      • paris-texas-warsaw Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 22:59
        Sootball, jak pięknie i lapidarnie to ujęłaś:)
        Sorvina, jak zwykle ze zrozumieniem, ale i pewnego rodzaju wyzwaniem:)
        To ja dodam jeszcze, żebyś mogła jeszcze z innej strony spojrzeć na - mam nadzieję - nowy już związek. Pewne rytuały społeczne, być może już nie tak wymagane jak kiedyś, są czasem bardzo pomocne w życiu. Przy poważnym kandydacie na towarzysza dalszego życia, jesli ślub jest dla Ciebie ważny, możesz mówić, jak ten ślub jest dla Ciebie ważny, ale daj temu kandydatowi się wykazać dając na to stosowny czas, acz nie za długi:
        - by poznał Twoją rodzinę,
        - by poznał Twoich przyjaciół,
        - by Ci się oświadczył i dał pierścionek,
        - by wspólnie z Tobą ustalił, co z mieszkaniem, dziećmi, ślubem, majątkiem, itd.
        Wg mnie nie ma innej możliwości by się przekonać, że mężczyzna chce się ożenić, niż żeby się oświadczył. Inaczej niegdy nie wiadomo, czy nie został wmanewrowany w jakiś tam układzik.
        Powodzenia:)
    • bahomet_1001 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 23:08
      Dziękuję bardzo za wszystkie wypowiedzi. Czytam je uważnie, rozważam, rozmyślam.
      Rzeczywiście, niewiele nas jeszcze ze sobą łączy. Nie mamy wspólnych pieniędzy, nie mamy wspólnego majątku, dziecka póki co też nie mamy, wspólnych zobowiązań żadnych. Mało czasu spędzamy razem, ale to nie jest tak, że nic ze sobą nie robimy. Czasem pójdziemy razem do znajomych, czasem ktoś przyjdzie do nas (znaczy do mnie), czasem pojeździmy razem na rowerach lub motorach, pojedziemy nad morze, porobimy coś razem w domu. Poza trudnościami, które już opisałam, on ma wiele cech, których długo szukałam w mężczyźnie. Jest domatorem, lubi i potrafi zajmować się domem, wiele rzeczy potrafi zrobić sam i jest bardzo pracowity. Nie ma nałogów, prawie nie pije, nie łazi z kolegami. Kocham jego poczucie humoru, potrafi mnie rozśmieszyć jak nikt i uwielbiam spędzać z nim czas. Jest uczciwy wobec mnie i nigdy nawet nie przyszło mi do głowy, że chce mnie wykorzystać. Więc również odbieram to pozytywnie, że skoro nie chce ślubu, to nie chce i pieniędzy. To bardziej we mnie jest obawa, że popełnię znów ten sam błąd. Bo 10 lat temu wykończyłam facetowi mieszkanie, wpakowałam w to swoje niemałe pieniądze, ale gdy on wciąż odkładał decyzję o wspólnym dziecku, to po kilku latach odeszłam nie oglądając się za siebie. Teraz nie traktuję obecnej sytuacji jako transakcji kasa za ślub, ale być może on to tak widzi, choć nigdy mi o tym nie powiedział.
      Nie mam nic przeciwko zamieszkaniu razem na próbę bez ślubu. Ale nie tam. Bo po pierwsze w chwili obecnej mieszkanie jest zupełnie niewykończone i nie ma na to warunków. Owszem, można spać na materacu, ciuchy trzymać w kartonie, a na obiady chodzić na dół do mamy. Ale ja nie chcę tak żyć, chcę samodzielności i niezależności na własnej przestrzeni, normalnego życia z podstawowymi wygodami. Na to jednak trzeba będzie poczekać z rok, może półtora, bo on nie ma już środków na wykończenie, a ja po 2 latach nie mam już siły na związek na odległość. Błędne koło.
      Po drugie, jeśli mam mieszkać w jego domu rodzinnym, traktować go jako swój własny, mieszkać obok jego rodziców, to jako członek rodziny, a nie jako obca osoba. Ponieważ wśród jego argumentów przeciwko małżeństwu padł też argument, że nigdy razem nie mieszkaliśmy i pewnie zaraz się pozabijamy, to zaproponowałam mu, że jeśli chce takiego testu, to zapraszam go do siebie i możemy przez jakiś czas mieszkać u mnie. Nawet nie podjął tego tematu, od razu było nie.
      Dziecka nie mamy i pewnie mieć nie będziemy. Bo o ile przez pierwszy rok on strasznie naciskał na dziecko, ciągle podnosił ten temat, czasem wręcz się wściekał, że nie chcę się zgodzić, to w momencie, gdy zdecydował się na rozbudowę i ja się na dziecko zgodziłam, to nagle przestało mu na tym tak strasznie zależeć. Czasem pyta jakby z nadzieją czy może jestem w ciąży, ale nie ma w nim takiego parcia, jakie widziałam kiedyś. Nawet badań sobie nie zrobił, chociaż sugerowałam. Kiedy mówię mu o tym, że mam wrażenie, że dziecka już nie chce, to nie zaprzecza, tylko twierdzi, że nie mogę wiedzieć czy on tego chce, czy nie. Więc odpuściłam sobie naciski w tym temacie, bo mam świadomość, że dziecko to nie zabawka i tylko mu się krzywdę zrobi powołując je na świat, jeśli któraś ze stron tego nie chce.
      Zresztą to samo było ze ślubem. Na początku szalał, wariował, w kółko o tym mówił, naciskał, powtarzał w kółko że jestem kobietą jego życia, opowiadał moim znajomym, że będę jego żoną, do mojej siostry zadzwonił, żeby ją poinformować że będzie ślub. Wszystko działo się wtedy, gdy ja oponowałam. W momencie, gdy ja zaczęłam pytać co dalej i co ze ślubem, nagle jakby przestał tego chcieć, wykręca się, miga. Nie rozumiem tego.
      Rzeczywiście jest tak, że jestem chyba dość trudnym przypadkiem DDA. Na terapii przerobiłam wiele, wiele się zmieniło, ale niektóre rzeczy chyba nie zmienią się nigdy i trzeba po prostu nauczyć się z tym żyć. Do tej pory wiązałam się z facetami mało odpowiedzialnymi lub unikającymi zobowiązań, mającymi problem z bliskością. Zresztą ja też go miałam, może w jakiejś części mam go do dziś. Z każdego z tych związków odeszłam po kilku latach, z różnych powodów, każdy się rozpadł. Kiedy poznałam mojego obecnego faceta, kiedy zobaczyłam jak mu na mnie zależy, byłam przekonana, że spotkałam wreszcie tego, z którym spędzę życie. Dziś zastanawiam się, czy on chce spędzić je ze mną i czy będzie potrafił mnie zaakceptować, zrozumieć że gdy się boję, gdy tracę poczucie bezpieczeństwa, jestem bezradna, to reaguję dość impulsywnie, nerwowo, czasem miewam huśtawki nastrojów.
      Mam prawie 45 lat i przeraża mnie myśl, że to się może nie udać i że znów w życiu będę musiała zaczynać na nowo...
      • paris-texas-warsaw Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 23:29
        Oj, Bahomecie, piszesz, jakbyś dopiero zaczynała pisac, a my tu już wszystko podsumowaliśmy;)
        Wg mnie jeśli ten mężczyzna albo Wy jako para razem chcielibyście być razem, to już dawno byscie razem mieszkali u Ciebie (jesli da się do pracy jego jakos dojeżdżać), a najwyżej ten dom wykańczali. Jak to opisujesz, to najpierw jakby wszystko ok, a potem pogłębiony temat i co rusz coraz mniej "rokujące" info. Wiadomo, to tylko internet i masa awatarów, którzy nie mają pojecia o "zabarwieniu" Twoich potrzeb, ich gradacji i tego jakie ustępstwa są dla Ciebie możliwe, wiec trudno cos radzić. Już kiedys mi mąż mówił, że jak my tu możemy w ogole podejmowac się oceniać czyjeś zycie i dawac rady, co zwłaszcza wątek o męzu, który popelnil samobójstwo popelnił, niestety dobitnie pokazał. Więc to tylko nasze impresje, moje impresje...
      • sorvina Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 23:31
        Czyli wygląda na to, że jemu zależy gdy tobie nie zależy, ale gdy ty też tego chcesz, to dana rzecz przestaje być atrakcyjna. Gdy ty chcesz ślubu i dziecka, to już nie jest JEGO pomysł. Ty konkretnie chcesz przejść do działania, a w nim się budzi opór, że naciskasz (bo ma paranoję na punkcie bycia zdominowanym), więc na wszelki wypadek się wycofuje. Tak naprawdę nie wiadomo czy to była jego świadoma chęć zaciągnięcia Cię pod ołtarz i spłodzenia potomka, czy tylko potrzeba by postawić na swoim, zrobić po swojemu, czyli odwrotnie niż Ty. Osoby, które ugrzęzły psychicznie na etapie nieprzerobionego buntu mają dużo przekory w sobie, często ukrytej w formie biernej agresji. Nie mówią wprost czego chcą i czego nie chcą. A zazwyczaj by poczuć, że mają kontrolę chcą odwrotnie niż otoczenie. Z taką osobą nie da się nic zrealizować. Deklaracje wymijają się z czynami. Słusznie kobitki piszą, że za kilka lat możecie skończyć dokładnie jak jego rodzice - bo to ten kanał.

        Odpowiedź do Zuzi - można być zbyt miłą. Zagłaskać tygrysa robiąc z niego kanapowego kota. Odbierając mężczyźnie możliwość wykazania się, podejmowania decyzji, zdobywania czegoś samodzielnie i po swojemu. Wszystko pod płaszczykiem miłości, troski i "no przecież ktoś musi kierować tym wszystkim, a skoro ty nie wiesz czego chcesz..." a mamusia zawsze wie wszystko lepiej. A często pod płaszczykiem miłości kryje się dużo ukrytej agresji i lęku przed siłą mężczyzn, ale najczęściej nieuświadomione to jest.
        Trudno się przed taką miłą terrorystką bronić, bo ma zawsze "dobro" na ustach, choć z odległości widać, że zupełnie brakuje elementu szacunku i przestrzegania granic drugiej osoby. Więc częściej mężczyźni się wycofują, reagując co najwyżej na zasadzie biernej agresji. Bo podskórnie czują, że to nie o miłość chodzi a o kontrolę. Dziecko takiej matki chce wywalczyć sobie odrobinę przestrzeni dla siebie. Ale jednocześnie nie może się uwolnić do końca, bo ma już wbite do głowy poczucie winy i zobowiązania wobec cudownej matki. Więc trochę ustępuje, trochę ją karze za całą sytuację a przede wszystkim swoją słabość. Potem może paranoicznie bać się, że partnerka mu wejdzie na głowę i na wszelki wypadek walczy o swoją niezależność nawet tam, gdzie to nie dość, że nie jest potrzebne, to jeszcze działa na jego niekorzyść. Ale to jak walka o psychiczne przetrwanie z duchem matki, którego widzi wszędzie.
      • 71tosia Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 05.11.13, 23:33
        jezeli tak bardzo ci zalezy to dlaczego jednak nie zabierzesz mebli ze swojego mieszkania nie kupisz najtanszych mebli do kuchni z ikea i nie wprowadzisz sie do swego partnera? Wiele osob zaczyna wspolne mieszkanie nie calkiem umeblowani, ma to nawet pewien urok ;-). Nie wiele w koncu ryzykujesz w tej sytuacji, zawsze mozesz wrocic do swojego mieszkania.
        Piszesz ze nie rozumiesz dlaczego on najpierw naciskal na slub/dziecko a pozniej przestal, tu akurat sprawa jest prosta - poczul sie pewnie w tym zwiazku, wie ze teraz to tobie zalezy, wiec dla niego slub przestal byc gwarancja zwiazku. Podobnie pewnie z dzieckiem, mialo byc elementem ktory dodatkowo zwiaze cie z nim, teraz ten element nie jest juz konieczny. Wie ze i tak z nim bedziesz.
      • zuzi.1 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 00:00
        Bahomet, skoro Ty masz własne mieszkanie w którym moglibyscie razem chocby na jakiś czas zamieszkac, a facet nie chce, bo nie...to wyraźnie to swiadczy o jego totalnej niedojrzałosci (własnie co konkretnie powiedział, dlaczego nie chce przeniesc się na jakiś czas do Ciebie?)

        Czy czytałaś "kobiety które kochają za bardzo"?
      • irmina51 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 00:57
        Nie wroze wam wspolnej przyszlosci.A wiesz dlaczego?bo on bedzie chcial dziecko, a ty nie bedziesz mogla mu go dac.To powinno byc twoim zmartwieniem.Nie dom i gdzie bedziecie mieszkac.Kobieto masz 40 lat.On sobie moze znalezc mlodsza i zalozyc rodzine,a tobie juz nie godziny,ale minutki leca zeby miec dziecko.O ile jeszcze jest to mozliwe,bo w tym wieku mozesz miec juz poczatki menopauzy.Tak ze dzialaj szybko poki sie chlop nie rozmysli i cie nie zostawi.Rzeczywistosc jest straszna,jestes w takim wieku ze nie ma na co czekac i wybrzydzac.A ''suczki'' lataja i biora jak leci.Nawet tych wybrakowanych.
        • notting_hill Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 13:04
          Pan napisała, że ma prawie 45 lat... W tym wieku można jeszcze teoretycznie dziecko urodzić, ale szanse nie są zbyt duże.
      • t1ffany Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 11:58
        Czasem pójdziemy razem do znajomych, czasem ktoś przyjdzie do nas (znaczy
        > do mnie), czasem pojeździmy razem na rowerach lub motorach, pojedziemy nad mor
        > ze, porobimy coś razem w domu. Poza trudnościami, które już opisałam, on ma wie
        > le cech, których długo szukałam w mężczyźnie. Jest domatorem, lubi i potrafi za
        > jmować się domem, wiele rzeczy potrafi zrobić sam i jest bardzo pracowity. Nie
        > ma nałogów, prawie nie pije, nie łazi z kolegami. Kocham jego poczucie humoru,
        > potrafi mnie rozśmieszyć jak nikt i uwielbiam spędzać z nim czas. Jest uczciwy
        > wobec mnie i nigdy nawet nie przyszło mi do głowy, że chce mnie wykorzystać. Wi
        > ęc również odbieram to pozytywnie, że skoro nie chce ślubu, to nie chce i pieni
        > ędzy. To bardziej we mnie jest obawa, że popełnię znów ten sam błąd.


        Więc go nie popełniaj.
        Moja rada praktyczna jest taka: skoro jesteś obecnie szczęśliwa (jesteś?) to nie psuj tego w imię zamków na piasku. Po prostu zostań na tym etapie, bądźcie przyjaciółmi, uprawiajcie seks, mieszkajcie oddzielnie i róbcie razem te wszystkie rzeczy które sprawiają Wam radość. Życie jest krótkie, warto się nim cieszyć. Nie szarp się, nie brnij w małżeństwo, mieszkanie z teściami, dawanie kasy na mieszkanie i misję odpępawiania pana w wieku +40.

        Natomiast jeśli jesteś nieszczęśliwa to znajomość zakończ. Mam wrażenie że to do czego dążysz to jest trochę ucieczka do przodu; związek w obecnej formie przestał Cie satysfakcjonować więc chcesz coś zmienić wchodząc na kolejny etap. Niestety, z opisu Pana wynika że do tego kolejnego etapu nie dorósł.

        @fituq
        na ogół niechęc do ślubu wśród panien/kawalarów znaczy, że z tym partnerem na cale życie to jednak nie...

        To nie prawda. Akurat w moim otoczeniu to związki nieformalne są częściej na całe życie a małżeństwa mają tendencje do rozpadu. Nie ma związku między formalizacją związku a jego trwałością.

        @irmina51
        Twój post mrozi krew w żyłach. Jak można myśleć takimi kategoriami? Człowiek to nie królik.
    • g4l Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 07:53
      Ja wolałabym samotność od życia z kimś, z kim nie mogę się dogadać. Po drugie - totalnie nie zgadzam się z tym, co napisałaś o teściowej, że Wasze kontakty są przyzwoite, że Cię lubi, itp. Żadne spotkania - nawet nie wiadomo przez ile godzin w ciągu dnia - nie stanowią porównania z tym, jak człowiek zachowuje się w codziennym życiu, a mieszkanie z teściami ściana w ścianę - jak, już napisała większość użytkowników w tym temacie - nie jest zbyt dobrym pomysłem.
      Według mnie nie możesz patrzeć przez pryzmat strachu rozpoczynania od nowa, bo jesteś po 40-stce. Związek to kompromisy, rozmowy, wspólne podejmowanie decyzji, a nie ciągłe przytakiwanie jednej ze stron i czekanie, aż sytuacja sama się poprawi, bo Twoje zdanie nie jest w ogóle brane pod uwagę, a może kiedyś zacznie być brane? Dla mnie taka sytuacja prowadzi do autodestrukcji - Twojej.
      • aqua48 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 09:34
        Wszystko co piszesz o tym panu i jego rodzinie to opis człowieka z dużymi problemami, nie widzącego tych problemów i nie chcącego się zmienić, a obciążającego ich skutkami wyłącznie otoczenie. Wywierającego presję na Ciebie abyś TY dopasowała swoje przyzwyczajenia do jego wizji. To w ogóle nie rokuje na przyszłość i jakiekolwiek wspólne życie.
        Zastanów się mocno czy odpowiada Ci taki model małżeństwa i kobiety jaki ma Twój partner w domu na co dzień. Czy jego rodziców odwiedzają znajomi, przyjaciele, czy matka ma swoje koleżanki z którymi się spotyka?
        I nie buduj przyszłości na tym jaki partner był na początku Waszej znajomości i co wtedy obiecywał i mówił, tylko na tym jaki jest OBECNIE.
        • sebalda Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 10:13
          A mnie intryguje, co na to wszystko Twoja rodzina i znajomi. Komuś się chyba zwierzasz, komuś opowiadasz o swoich problemach. Trudno mi uwierzyć, by ktokolwiek doradzał Ci taki związek, bo tylko ślepo zakochana osoba (lub zdesperowana) mogłaby chcieć wchodzić w COŚ TAKIEGO.
          Chyba nawet osoby bez jakiejkolwiek wiedzy psychologicznej muszą widzieć, jak toksyczny jest Twój partner i układ, jaki Ci proponuje, w oparciu zresztą o swój dom rodzinny. Matka jest miła, bo wie, że nie będzie żyła wiecznie, więc chce urobić sobie przed ślubem synową, żebym miała komu pozostawić opiekę nad synkiem. Koszmarny układ.
          On nie lubi się spotykać z Twoimi znajomymi i rodziną. Jak wyobrażasz sobie święta na przykład? Zawsze osobno?
          I co to za podejście z jego strony, że jak byście razem zamieszkali w Twoim mieszkaniu, to byście się pozabijali??? To co będzie jak on wykończy swoją część domu i razem zamieszkacie??? Tam się nie pozabijacie? Może faktycznie nie, bo co by mamusia na to powiedziała:P Koszmar.
          Gdybyś była moją córką, zrobiłabym wszystko, żebyś otworzyła szeroko oczy. A teraz Ty zrób takie ćwiczenie mentalne i wyobraź sobie, że Twoja najbliższa przyjaciółka opowiada Ci historię Twojego obecnego związku i pyta o radę. Co byś jej doradziła?
    • fituq Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 10:01
      Mam nieodparte wrażenie, że musisz wrócic na terapię.
      Bo trzymasz się jak opętana faceta z którym nic oprócz problemów, kwasów i niezaspokojeń cię nie łączy.
      Czegoś jeszcze nie przerobiłaś i powielasz schemat w nieco innej odsłonie niż wcześniej.

      Wybrałaś sobie pana niedojrzałego, nieodpępowionego od toksycznych rodziców, biernego, wycofanego. Byle by był.
      Jasne, że jego rodzice się cieszą iż jesteś. Każdy rodzic się cieszy gdy starego kawalera/pannę ktokolwiek wreszcie zechce. A jak już są po ślubie, to ma się na glowie walkę z nim plus jego rodzicami. Jak tą walkę chcesz wygrać jak facet nie gracie z facetem w jednej drużynie?
      Nie zbudowaliście więzi między sobą...
      Naprawdę interesuje cię toksyczny związek pelen kłótni byle tylko zyskać oficjalny status "żony"?
      I nie chodzi mi o to, że ślub jest "be". Jest on potwierdzeniem chęci bycia "na cale życie" i na ogół niechęc do ślubu wśród panien/kawalarów znaczy, że z tym partnerem na cale życie to jednak nie...
      Bardzo możliwe, że ten pan ma już "żonę". Może nim być np jego matka...


      • fituq Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 10:07
        > Kiedy się poznaliśmy, on zupełnie zwariował na moim punkcie, bardzo szybko zaczął mówić o ślubie i o dziecku, o wspólnym życiu już na zawsze

        ...to juz powinno ci dać do myślenia, dojrzały czlowiek najpierw dobrze poznaje drugiego zanim wyskoczy z takimi deklaracjami.
        Jeśli facet "zwariował" ledwo cię znajac, to nie zwariował dla ciebie ale dla swoich niezaspokojonych emocji... ot, wie że lata lecą i jego pragnienie bycia mężem/ojcem jest niezaspokojone.
        A może zwyczajnie przyciagnęłaś go na tej samej zasadzie dysfunkcji... podświadomośc dostrzegła że z Tobą będzie mógł kontynuować toksyczny rodzinny układ rodzinny..
        • agcerz Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 10:53
          Podejrzewam (mam nadzieję), że to wątek trolla. Ile autorka ma lat? 40 czy 45? W tym wieku (45) szanse na 1. ciążę są iluzoryczne i zawieranie małżeństwa w tym celu się nie zdarza. Ponadto osoba po terapii rozpoznałaby w partnerze osobę silnie zaburzoną i postąpiłaby odpowiednio do narzucających się wniosków. Ten wątek jest dla mnie jakąś wprawką studenta psychologii.
          • sebalda Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 11:04
            Agcerz, Ty chyba życia nie znasz. Nie takie historie się już tutaj pojawiały. Mnie też to wszystko szokuje, ale ludzie są różni, różnie się fiksują.
            A 45 lat to baaaaardzo późno na pierwsze dziecko, ale czasami się udaje. Trudno porzucić nadzieję, nawet jeśli jest bardzo złudna.
            Autorka pisze składnie, jest samodzielna, mam wrażenie, że zadbana, na pewno ma jeszcze szansę na udany związek, ale na pewno nie z TYM panem.
            Powiem jeszcze dziwną może rzecz. Nawet znacznie młodsze kobiety jak spotkają faceta, który je adoruje i "szalenie" kocha, boją się z niego rezygnować, bo myślą, że może już nigdy nie spotkają nikogo, kto by je TAK pokochał. Znam osobiście kilka takich. Jedna ma 22 lata:(
            • agcerz Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 11:21
              Sebalda, ja wskazałam na rozbieżności w zeznaniach pani, które budzą moje podejrzenia. To są duże nieścisłości.
              Autorka nie przedstawia się jako osoba, która musi za wszelką cenę zaciążyć przed menopauzą. To jej partner rzekomo na to naciskał, więc argument ostatniej deski - ostatniego samca na ziemi chyba odpada.
              Tak czy inaczej, ten związek ewidentnie nie ma przyszłości, w wirtualu czy realu.
              • bahomet_1001 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 12:22
                Nie ma nieścisłości. Napisałam, że "oboje mamy po 40 lat". To nie oznacza, że każde ma równo 40. Zresztą jakie ma to znaczenie dla sprawy, czy to jest 40 czy 42?
                Ale jeśli potrzeba uściślenia to proszę - on ma równo 40, ja mam 44, a za 4 m-ce skończę 45. Biologicznie zajście w ciążę w tym wieku jest możliwe, aczkolwiek na pewno jest o niebo trudniej. Od samego początku byłam sceptyczna do posiadania dziecka, to on bardzo chciał, w pewnym momencie się zgodziłam, ale bez ciśnienia. Nie wychodziło, a gdy zaczęłam mieć wrażenie, że on wcale go nie chce, to przestałam się starać, pisałam o tym wyżej.
                Obecnie temat dziecka z moim M. na razie odpuszczam, z wielu względów. I jestem przygotowana, że mogę nie mieć go nigdy.
                • notting_hill Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 13:12
                  Wybacz, ale tu może leżeć pies pogrzebany.
                  Ty nie masz już czasu na decyzję o posiadaniu dziecka, jakkolwiek byś tego nie chciała widzieć. W sensie nie ma już czasu na zastanawianie się. Jeśli dziecka chcesz, to możesz zacząć próbować, już i od razu niemalże, bo każdy miesiąc Cię od tego oddala. Biologia.
                  Pan ma jeszcze trochę czasu, tak mniej więcej nawet i 15 lat. Pomimo tego, że uważam ojcostwo facetów pod 50- tkę za robienie sobie pod górkę. No, ale zdarza się.
                  Więc może być tak, że facet ma tę świadomość i poza wszystkimi innymi sprawami jakoś tam czuje, że z Tobą dziecka mieć nie będzie, a sama pisałaś że na początku naciskał. Może dlatego wygląda na mało zdecydowanego. A w rzeczywistości decyzję już podjął.
                • filetta Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 17:36
                  Wierzyć mi się nie chce... Kobieto masz prawie 45 lat i myślisz o dziecku, bo twój mężczyzna chce je mieć?! Aż mi ciśnienie podskoczyło!
                  "Biologiczne zajście w ciążę w tym wieku jest możliwe, aczkolwiek na pewno jest o niebo trudniej"
                  U kobiety 38-letniej 60 % materiału genetycznego jest wadliwa, natomiast u kobiety 42-letniej wadliwość obejmuje 99,9 % jajeczek, jeśli nie 100 %. Rozumiesz kobieto co to znaczy wadliwość materiału genetycznego i jakie mogą być tego skutki? Super jeśli skończy się na poronieniu samoistnym. Gorzej gdy na świat przychodzi dziecko ze standardowym Downem. A jak ocenić sytuację, gdy na świat przychodzi dziecko z niewykształconymi lub wadliwymi organami? Jak można zakładać, że jak się zajdzie w ciążę, to przebiegnie ona prawidłowo a dziecko urodzi się zdrowe? Rozumiem, że jest wam potrzebne do stworzenia podstaw tego chwiejnego związku, ale coś mi tu nie gra z priorytetami.
                  Jestem zbulwersowana, bo byłam w podobnej sytuacji. Zaczęłam starać się o dziecko w wieku 36 lat i nie udało mi się donosić żadnej ciąży. Krótko po przekroczeniu 40-stki zaczęłam się powoli godzić się z tym, że nie będę miała dzieci. Ale zaszłam w ciążę przed 43. urodzinami. Modliłam się naprawdę żarliwie, by moje dziecko nie poniosło konsekwencji mojej głupoty i nie cierpiało.
                  "Nie wychodziło, a gdy zaczęłam mieć wrażenie, że on go wcale nie chce, to przestałam się starać..."
                  Twój mężczyzna nie wie, czego chce i nigdy nie będzie tego wiedział, jeśli nie zrobi ze sobą porządku. Natomiast staranie się o dziecko tylko ze względu na jego chwilowe chciejstwo, to już szczyt nieodpowiedzialności.
                  Przepraszam cię, ale nie tylko twój facet, ale i ty powinnaś zrobić sobie porządny remanent w głowie, zakończyć studiowanie wszelkich teorii i zająć się swoim życiem od praktycznej strony, poznawania swoich emocji, oswajania lęków, wyjścia spod wpływu innych ludzi i odejścia od racjonalizowania wszystkiego, co ci się w życiu przytrafia.

                  Doświadczony żeglarz nie walczy z prądem ani wiatrem, ale pozwala im unosić się w obranym przez siebie kierunku.
                  • tully.makker Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 07.11.13, 08:57
                    > U kobiety 38-letniej 60 % materiału genetycznego jest wadliwa, natomiast u kobi
                    > ety 42-letniej wadliwość obejmuje 99,9 % jajeczek, jeśli nie 100 %.

                    Piszesz bzdury. W wieku 42 lat urodzilam idealnie zdrowe dziecko, podobnie jak 2 moje kolezanki. A zespol Downa akurat naukowcy powiazauja z wiekiem ojca, a nie matki.
                    • filetta Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 07.11.13, 10:50
                      Może dla ciebie to są bzdury, dla mnie i paru osób, które znam, to nie są bzdury.
                      Jesteś szczęściarą, co nie oznacza, że ci którzy takiego szczęścia nie mają, plotą trzy po trzy.
                      Pozdrawiam
                      • tully.makker Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 07.11.13, 14:01
                        Wspolczuje wszystkim, ktorzy stoja przez problemem niepelnosprawnosci dziecka.
                        Co nie z ienie faktu, ze niestety piszesz rzeczy, ktore sa bzdurami. Jaki material genetyczny? Masz na mysli DNA? Chromosomy? Komorki rozrodcze ( jajeczka i plemniki?) Spruj sie wyrazac przecyzyjnie.

                        Jesli masz na mysli komorki rozrodcze, to niestety, nie masz racji. Juz pojedynczy przyklad dowodzi twojej pomylki, takie sa niebezpieczenstwa uzywania duzego kwantyfikatora.

                        Co innego gdybys napisala - u mnie w wieku 42 lat tak wlasnie bylo.

                        Ale nie u wszystkich tak jest.
                        • notting_hill Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 07.11.13, 16:38
                          Być może poprzedniczka używa zbyt kategorycznych stwierdzeń, bo naturalnie każdy zna przykład kobiet, które zostały matkami w wieku ok 45 lat, chociaż to bardziej z przypadku, niż z wyboru (tak, wiem, tu też są wyjątki).
                          Jednakowoż, przyznasz tully, że przymierzanie się do pierwszego dziecka w wieku 45 lat świadczy w najlepszym razie o małym kontakcie z rzeczywistością autorki wątku.
                          (A, i miałam przy okazji zapytać, czy tylko moje poczucie estetyki językowej naprawdę razi zwrot "wątkodajka" i możliwe że jestem przewrażliwiona?)
                        • filetta Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 07.11.13, 19:11
                          Jednego nie mogę zrozumieć, jak odmienne doświadczenia jednej osoby, świadczą o tym, że druga się myli? Tylko ze względu na to, że doświadczyła czegoś zgoła odmiennego? Czy" ja mam swoją rację" i "ty masz swoja rację" to tak naprawdę boli? Nie jestem nieomylna, nigdy nie twierdziłam inaczej. Ale nie oznacza to, że ja się mylę, ponieważ tully zdarzyło się coś przeciwnego.
                          Co do stwierdzenia, że u kobiety 42-letniej 99,9 % materiału genetycznego jest wadliwa, jeśli nie 100 %, wcale nie jest bzdurą ani w twoim ani w moim przypadku tully, ponieważ bardzo możliwe że twoje dziecko pojawiło się na świecie właśnie z 0,01%, a moje miało się pojawić z tego 0%.
                          Nie będę się tutaj powoływać na źródła takich "bzdur", bo to nie o to mi chodzi, by na siłę udowadniać swoje racje. Mojego zdania w tej kwestii żadne argumentacje słowne nie zmienią.
    • bahomet_1001 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 11:56
      Nawet nie wiecie, jak mi pomaga Wasze trzeźwe spojrzenie. Bardzo Wam dziękuję :)
      Odpowiem hurtem na kilka powyższych pytań.
      Dlaczego nie chcę się tam wprowadzić teraz i pomieszkać trochę bez ślubu? Bo po pierwsze dlaczego mam rezygnować z wygody w życiu? Mam teraz wszystko co potrzebuję do życia - wygodne mieszkanie, kuchnię, łazienkę, swoje rzeczy trzymam w szafach. Niespecjalnie ciągnie mnie do zrezygnowania z tego i przeniesienia się do mieszkania, w którym są gołe ściany. Nie chce mi się spać na materacu, skoro teraz mam wygodne łóżko. Nie chce mi się gotować w byle jakiej, najtańszej kuchni, skoro teraz mam całkiem niezłą i wyposażoną we wszystko, czego mi potrzeba. Nie chce mi się trzymać swoich rzeczy w kartonach lub na podłodze, skoro teraz mam wygodne szafy. To są podstawowe potrzeby, jakich w jego domu teraz brakuje. Dlaczego mam z tego rezygnować? Tylko po to, aby znów mu ustąpić i spełnić jego warunki? A co z moimi? Jestem w stanie sfinansować wygody, których mi brakuje, ale oczekuję czegoś w zamian i wydaje mi się, że to jest absolutnie normalne. I to niekoniecznie musi być już podpisany papierek w USC. Mnie przede wszystkim chodziło o to, aby zobaczyć, że on chce prawdziwego związku, poczuć że jest gotowy na zobowiązania. Ale gdy zaczęłam o tym rozmawiać, on uciekał. Gdy zaczęłam mocniej dopytywać, wkurzał się, aż w końcu stałam się tak nerwowa, że każda rozmowa na ten temat kończyła się awanturą, którą to ja wywoływałam, on starał się zachować stoicki spokój i milczał, albo uciekał. Dziś jakoś mało wierzę, że chce zobowiązań, teraz już boję się zainwestować w jego dom i nie wiem co dalej z tym robić. Może rzeczywiście powinnam na chwilę zrezygnować z tych swoich wygód i przeprowadzić się na jakiś czas do niego, bez żadnego ślubu? Nie po to, aby spełnić jego warunki, ale dla samej siebie, po to, aby się przekonać, czy rzeczywiście dam radę tam wytrzymać, czy poradzę sobie z nim, jego relacjami rodzinnymi, jego matką. W każdej chwili będę mogła wrócić do siebie. Zresztą to był też jeden z jego argumentów, abym pomieszkała tam bez ślubu - czy będzie mi się tam podobać i czy będę tam szczęśliwa.

      Dlaczego on nie chce mieszkać u mnie? Twierdzi, że nie potrafi mieszkać w mieście, że nie potrafi mieszkać w małym mieszkaniu, że u mnie nie ma garażu, w którym ma swój warsztat, że nie ma warunków, na trzymanie jego dużego psa. Nie lubi ludzi, a ja mieszkam w małym bloku, więc co chwilę się na kogoś wpada na schodach, a on chce od ludzi trzymać się z daleka. Ale jednocześnie widzę, że łatwo nawiązuje kontakty, potrafi gadać z kimś o niczym, żartować, wręcz leci z pomocą jak ktoś potrzebuje. Ja tego nie potrafię, mimo iż ludziom jestem życzliwa. Kiedy jest u mnie w weekend, widzę jak się męczy, jak mu się u mnie nudzi, jaka to dla niego trauma. Kiedy jesteśmy u niego jest szczęśliwy. Długo nie mogłam zrozumieć jego niechęci przebywania z dala od swojego domu, próbowałam go nakłonić do częstszego nocowania u mnie, do wyjazdów. Ale to nie ma sensu, jeśli on z tego powodu jest nieszczęśliwy.

      Jak wyobrażam sobie święta? No wyobrażam sobie. To, że on nie znosi świąt, to że ma jakąś dziwną traumę przed spotkaniami rodzinnymi nie oznacza, że mnie nie wolno ich obchodzić. Na razie na święta jeżdżę do swojej rodziny lub urządzam je u siebie, on jest wtedy u siebie w domu. Ale w tę Wielkanoc pojechał ze mną na śniadanie do mojej siostry i jakoś to zniósł :) W tym roku jego siostrzenica miała komunię, siostra nas zaprosiła, ja wymogłam że mamy iść razem. I poszedł. Czasami w jego domu jemy obiad z jego rodziną. On też siada do stołu, je z reguły w milczeniu, a potem wstaje od stołu i idzie do siebie. Nie przeszkadza mi to, ja chętnie siedzę z jego rodziną i sobie z nimi gadam. On nie musi wtedy siedzieć koło mnie i trzymać mnie za rękę. Jak chce, niech idzie, po co ma się zmuszać do czegoś, czego nie lubi. Potrafię sobie wyobrazić nie tylko święta, ale też i obiady niedzielne. Zaproszę kogo będę chciała, zje z nami, posiedzi, pogada tyle ile będzie potrzebował, a potem niech idzie, jeśli chce. Potrafię czerpać przyjemność z przebywania z innymi ludźmi, rodziną, bez konieczności jego obecności przy mnie.

      Jak wygląda życie rodzinne w jego domu? Na świętach nigdy nie byłam. Ale od czasu do czasu jest rodzinny obiad. Gotuje czasem matka, czasem ojciec, który nie zawsze siada z nami do stołu. Jeśli akurat śpi (jest cukrzykiem), to jest to dla mnie zrozumiałe. Ale czasem nie je z nami, bo... nie wiem czemu. Może ma pod tym względem takie same przekonania jak mój M. W każdym razie nie widzę, aby ktokolwiek przy stole cierpiał z tego powodu, że ojca z nami nie ma. On znajomych chyba nie ma, jego nikt nie odwiedza. Ale mama ma bardzo bliską przyjaciółkę, którą wszyscy nazywają ciocią. Odwiedzają się bardzo często nawzajem. Czy ma jeszcze jakieś inne znajome to nie wiem, nikogo poza tą "ciocią" nigdy u niej nie widziałam. Jest bardzo silnie związana ze swoją córką, a siostrą mojego M., bardzo dużo czasu spędzają razem.

      Co na mój związek moja rodzina i przyjaciele? Różnie. Mój ojciec uważa, że jeśli zdecyduję się na związek z nim, to będzie to dla mnie trudne. Mama pcha mnie w małżeństwo i dziecko, tak naprawdę niewiele o nim wiedząc, bo nie potrafi skupić się na kimkolwiek innym poza sobą. Ci moi znajomi, którzy go lubią, dobrze nam życzą i trzymają kciuki, aby nam się udało. Ci, którzy go nie lubią uważają, że powinnam go zostawić, bo on jest dziwny i nie będę z nim szczęśliwa. Najwięcej serca ma dla niego moja siostra. Pod pancerzem, którym się otoczył, dostrzega w nim ciepłego, dobrego człowieka, zwraca moją uwagę tylko na jego dobre strony, pokazuje jak wiele jego zachowań wynika z jego lęku i jak bardzo on się mnie boi. Pokazuje mi, ile on potrafi dla mnie zrobić, szczególnie tam, gdzie ja tego nie widzę. I uważa, że jeśli zmienię swoje zachowania wobec niego, przestanę być taka agresywno-napastliwa, to on się przede mną otworzy i wiele mi z siebie da.

      Wiele tu słów padło, że on ciężki DDD, że toksyczna rodzina, że z takim nie warto. Ja jestem ciężki przypadek DDA, moja rodzina też jest toksyczna, więc każdy potencjalny, normalny facet też w zasadzie powinien uważać, że ze mną nie warto. Jestem impulsywna, wybuchowa, czasem wręcz histeryczna, relacja z ojcem w zasadzie nie istnieje, zawsze odrzucana córeczka tatusia, przez całe życie dramatycznie głodna miłości. Po wielu latach terapii udało się zrobić wiele, ale są we mnie takie rzeczy, których za diabła w sobie zmienić nie potrafię. Chodzę na różne warsztaty (tydzień temu byłam na lęku), dużo czytam, rozmawiam z osobami, które są w temacie. Ale co z tego, niektórych własnych automatyzmów nie jestem w stanie przeskoczyć. Czy w takim razie takie osoby jak on lub ja nie powinny się z nikim wiązać? Jesteśmy skazani na wieczne odrzucenie, bo z takimi jak my nie warto? Bo nie ma w nas niczego dobrego, co moglibyśmy dać innym? Znacie tę historię tylko z mojego punktu widzenia, mimo iż starałam się być jak najbardziej obiektywna. Ale być może gdyby on ją Wam przedstawił część z Was zmieniłaby swoją opinię w tym temacie. Bo on też ma wiele zarzutów w stosunku do mnie, ale mnie bardzo łatwo się je odrzuca, tłumacząc je sobie jego spapraną psychiką, często nie słyszę tego, co chce mi powiedzieć, bo jestem zaślepiona własną zapalczywością. Więc dlatego chętnie Was słucham, bo się zapętliłam w życiu i nie wiem co dalej.

      A teraz idę poczytać ten wątek o koluzji :)
      • triss_merigold6 Czego nie rozumiesz?! 06.11.13, 12:04
        Kobieto, on nie chce. Nie chce. Nie chce. Nie chce się starać, wysilać, mieszkać z Tobą, brać cholernego ślubu, budować wspólnego odrębnego związku.
        Gość ma 4 dychy na karku, stary jest, gdyby chciał to by się zdecydował dawno temu i działał spójnie i konsekwentnie.
        Przestań wypierać. On nie chce.
        • krokodil123 Re: Czego nie rozumiesz?! 06.11.13, 12:30
          On nie chce, ale i ona też nie chce. Ja nie wnikam w tym kto ma "lepsze" lub "poważniejsze" niechcenie.
          Autorka się czuje lepiej w własnym mieszkaniu i w nowej kuchni a on w starych gratach i obok mamusi która mu podsunie obiad bez wymagania i nacisków co i kiedy on miałby zrobić.
          Nie było napisane co ten pan robił 40 lat, czy żył wogólę w związku.
          To są starokawalerskie i staropanieńskie nawyki jak dla mnie.

          Znam takich facetów jak ten autorki. Nie mają ochotę nic zmieniać bo im się nie chce i kropka.
          Jak się kobieta nie może i nie chce dostosować to niech sobie odpuści.
          Ja bym się dawno wymiksowała.

          "Bo po pierwsze dlaczego mam rezygnować z wygody w życiu? Mam teraz wszystko co potrzebuję do życia - wygodne mieszkanie, kuchnię, łazienkę, swoje rzeczy trzymam w szafach. Niespecjalnie ciągnie mnie do zrezygnowania z tego i przeniesienia się do mieszkania, w którym są gołe ściany. Nie chce mi się spać na materacu, skoro teraz mam wygodne łóżko. Nie chce mi się gotować w byle jakiej, najtańszej kuchni, skoro teraz mam całkiem niezłą i wyposażoną we wszystko, czego mi potrzeba. Nie chce mi się trzymać swoich rzeczy w kartonach lub na podłodze, skoro teraz mam wygodne szafy. To są podstawowe potrzeby, jakich w jego domu teraz brakuje. Dlaczego mam z tego rezygnować? Tylko po to, aby znów mu ustąpić i spełnić jego warunki? A co z moimi? Jestem w stanie sfinansować wygody, których mi brakuje, ale oczekuję czegoś w zamian i wydaje mi się, że to jest absolutnie normalne"
      • sorvina Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 12:25
        bahomet_1001 napisała:


        > Wiele tu słów padło, że on ciężki DDD, że toksyczna rodzina, że z takim nie war
        > to. Ja jestem ciężki przypadek DDA, moja rodzina też jest toksyczna, więc każdy
        > potencjalny, normalny facet też w zasadzie powinien uważać, że ze mną nie wart
        > o.

        Autorko - jest podstawowa różnica - ty przyjęłaś do wiadomości, że masz problem, przeszłaś terapię, nazywasz po imieniu to co się dzieje, wiesz, że pewnych rzeczy jeszcze nie przepracowałaś być może i pewnie to z czasem zrobisz. Więc nawet jeśli popełniasz błędy, ściągają Cię czasem stare wzorce i oślepiają niezaspokojone potrzeby, to nie jest to tak nieprzytomne i niereformowalne jak bez terapii.

        Problem z opisywanym panem nie polega głównie na tym, że jest DDD, bo to nie wyrok, ale że jest nieleczonym DDD, któremu najwyraźniej dobrze z tym jak jest. Bo przyjął wygodną rolę przerzucania odpowiedzialności na innych i manipulowania nimi by się do niego dostosowali. On nie ma potrzeby niczego zmieniać. Dlatego nie rokuje.

        IMHO wyleczony DDD/DDA może być rewelacyjnym, świadomym partnerem.
        Podciągnij jeszcze samoocenę i przekonania, że zasługujesz i możesz mieć naprawdę dobrego partnera a nie tylko trochę lepszego niż patologie, które znałaś do tej pory.
      • 71tosia Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 12:51
        'Może rzeczywiście powinnam na chwilę zrezygnować z tych swoic
        > h wygód i przeprowadzić się na jakiś czas do niego, bez żadnego ślubu? Nie po t
        > o, aby spełnić jego warunki, ale dla samej siebie, po to, aby się przekonać, cz
        > y rzeczywiście dam radę tam wytrzymać, czy poradzę sobie z nim, jego relacjami
        > rodzinnymi, jego matką. W każdej chwili będę mogła wrócić do siebie.

        Obawiam sie ze jak nie sprobujesz to przez nastepne wiele lat bedziesz sie zastanawiac 'ze moze powinnam byla'. Co masz wlasciwie do stracacenia oprocz tych kilku miesiecy bez szafy i kuchni? Po kilku miesiacach albo sie roztaniecie albo te szafe kupicie ;-) Jezeli sie nie przeprowadzic to spora szansa ze sie rozstaniecie, jak sie przeprowadzisz tez, ale przynajmniej nie bedziesz sie zastanawiac ze moze bylibyscie razem gdybys sie przeprowadzila ;-)
        Nie pachaj sie w dziecko zanim nie bedziesz pewna ze oboje chcecie a przede wszystkim umiecie byc razem.
        ps jak facet wytrzymuje ze stoickim spokojem te awantury to twoja sisotra ma troche racji ze pewnych zalet nie jest pozbawiony ;-)
      • zuzi.1 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 21:33
        bahomet napisała:"Wiele tu słów padło, że on ciężki DDD, że toksyczna rodzina, że z takim nie warto. Ja jestem ciężki przypadek DDA, moja rodzina też jest toksyczna, więc każdy potencjalny, normalny facet też w zasadzie powinien uważać, że ze mną nie warto. Jestem impulsywna, wybuchowa, czasem wręcz histeryczna, relacja z ojcem w zasadzie nie istnieje, zawsze odrzucana córeczka tatusia, przez całe życie dramatycznie głodna miłości. Po wielu latach terapii udało się zrobić wiele, ale są we mnie takie rzeczy, których za diabła w sobie zmienić nie potrafię. Chodzę na różne warsztaty (tydzień temu byłam na lęku), dużo czytam, rozmawiam z osobami, które są w temacie. Ale co z tego, niektórych własnych automatyzmów nie jestem w stanie przeskoczyć. Czy w takim razie takie osoby jak on lub ja nie powinny się z nikim wiązać? Jesteśmy skazani na wieczne odrzucenie, bo z takimi jak my nie warto? Bo nie ma w nas niczego dobrego, co moglibyśmy dać innym? Znacie tę historię tylko z mojego punktu widzenia, mimo iż starałam się być jak najbardziej obiektywna. Ale być może gdyby on ją Wam przedstawił część z Was zmieniłaby swoją opinię w tym temacie. Bo on też ma wiele zarzutów w stosunku do mnie, ale mnie bardzo łatwo się je odrzuca, tłumacząc je sobie jego spapraną psychiką, często nie słyszę tego, co chce mi powiedzieć, bo jestem zaślepiona własną zapalczywością. Więc dlatego chętnie Was słucham, bo się zapętliłam w życiu i nie wiem co dalej."

        Twój facet nawet nie wie, że jest DDD. On nie wie, że jego rodzina jest toksyczna i że on sam jest zaburzony. Kompletnie nieświadomy mężczyzna...Jeżeli tak bardzo Ci na nim zależy, to po prostu przenieś się do niego, przez jakiś czas przeżyjesz te niewygody w postaci braku szafy czy normalnej kuchni i zobaczysz jak wyglada życie z nim na codzień i z jego rodziną. Ryzyk fizyk... ;)
        • zuzi.1 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 22:03
          I myślę, że ta koluzja opisana w jednym z art. to jest o Tobie bahomet i o Twoim facecie, czy też tak Ci się wydaje? ;)

          "Przykładem koluzji może być następująca sytuacja. Kobieta pochodząca z rodziny z problemem alkoholowym, która w dzieciństwie pełniła rolę bohatera rodziny (była nad wiek dojrzała i odpowiedzialna oraz stanowiła podporę rodziny), spotyka w swoim dorosłym życiu mężczyznę, który wychował się w zupełnie innych warunkach rodzinnych. Jego matka była nadopiekuńcza, ciągle obecna w życiu dziecka i nadmiernie nim zatroskana. Utrudniła w ten sposób rozwój jego odpowiedzialności i umiejętności podejmowania decyzji. Jeśli te dwie osoby zdecydują się na związek, prawdopodobnie pozostaną w swoich rolach i bardzo trudno będzie im z nich wyjść. Kobieta mimo, iż będzie zmęczona odpowiedzialnością, nie będzie potrafiła z niej zrezygnować, a mężczyzna nawet dążąc do pewnej niezależności, nie będzie potrafił przezwyciężyć strach przed odpowiedzialnością. Będą do siebie idealnie dopasowani, ale nie w zdrowy sposób. Ich związek to wieczne „chcę ale się boję”, „już nie daję rady, ale muszę”.
          • paris-texas-warsaw Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 23:18
            A niby mamy DNA niepowtarzalne, a problemy ciągle te same;) Zuzi, jestem pod wrażeniem, jak umiesz czasem coś wyszukać:)
          • krokodil123 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 07.11.13, 08:32
            Na pewno jest o mnie, mogłaś tego napisać 20 lat temu a nie dopiero teraz :))).
            (przeczytam twojego wątku o koluzji).

            " Jeśli te dwie osoby zdecydują się na związek, prawdopodobnie pozostaną w swoich rolach i bardzo trudno będzie im z nich wyjść...."
            Przyznam że dla mnie to był związek "idealny" i czułam się.....może "spełniona" i nic mi nie uwierało. Ale się wychodzi i jestem przykładem-i jako "dojrzała i odpowiedzialna" też czuję się dobrze sama przez iluś tam lat-dlaczego mam się bać jak sama wiem że jestem i mogę być kowalem swojego losu.
    • filetta Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 12:20
      Nic nowego nie napiszę. To nie jest związek, który rokuje na przyszłość. Mężczyzna pogubiony w relacjach z matką (przyciąganie-odpychanie, "bunt" i uzależnienie), pogubiony w relacjach z kobietą (przyciąganie-odpychanie, "bunt" i uzależnienie), pogubiony w życiu przez brak odpowiednich wzorców, miotający się między psychicznym schronieniem pod maską męża i ojca a brakiem gotowości do pełnienia tych ról. Kobieta chcąca zbudować coś z niczego, nie mająca pojęcia o budowaniu i istnieniu więzi rodzinnych, nie znająca bliskości, zdolna do "przenoszenia gór" i znoszenia wielu upokorzeń dla zdobycia statusu małżonki i własnego miejsca w świecie.
      Pasujecie do siebie idealnie. Ale to jest toksyczny związek dla obu stron z winy obu stron.
      Jesli mogę coś doradzić: powtórz kobieto terapię albo przynajmniej zacznij chodzic na mitingi dda, a tego mężczyznę zostaw. Niech sam rozwiązuje swoje problemy.
      • filetta Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 12:42
        Nie chciałm tego robić, bo trochę jeszcze się tego wstydzę, ale przez 5 lat też tkwiłam w takim związku. To naprawdę przyciąga, to ciągłe zmaganie się, nakręcanie, szukanie rozwiązań, trwanie w oczekiwaniu lub "w czrnej dupie"... W końcu z wielkimi oporami wylogowałam się. Wszystko trwało troche i odbywało się etapami: najpierw odizolowanie fizyczne, później psychiczne, na końcu emocjonalne.
        Obecnie twierdzę, że to była jedna z najlepszych decyzji w moim zyciu. Jestem samotna, ale jak czasem widze jego spojrzenia (często bywamy w tych samych miejscach), to wiem, że dla mnie lepsza już samotność niż trwanie w takim związku. I tylko czasem wraca do mnie taka smutna myśl: jak mogłam sobie coś takiego zrobić? Po 5 latach trudno sobie taki gwałt na własnej osobie wybaczyć.
      • sebalda Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 12:42
        Najdziwniejsza jest w tym wszystkim postawa Twojej siostry. Chyba że jej nie opowiedziałaś tego wszystkiego, co opowiedziałaś nam.
        Podstawowy błąd, jaki popełniają kobiety: on się dla mnie zmieni. Siostra mowi, że on się otworzy. Nie, nie zmieni się, nie, nie otworzy się. Może gdyby miał teraz 20 lat i do tego poszedł na terapię. Może. Ale nie 40-latek, który do tego nie przyznaje, że potrzebna mu terapia.
        Popełniłam podobny błąd. Bo on tak bardzo mnie kochał, bo był z natury, biedaczek, nerwowy, ale za to jaki oddany, jaki wierny i opiekuńczy. Bullshit. Oddany i kochający, ale miłością zaborczą, dominującą, do tego zakompleksiony i uciekający od innych, duszący tym swoim oddaniem i bezgranicznym skupieniem na mnie. Zero życia poza związkiem i oczekiwanie tego samego ode mnie. Ale jakie to piękne, ja i tylko ja! Też córeczka bez tatusia.
        Chcesz resztę życia spędzić na leczeniu i usprawiedliwianiu swojego mężczyzny? Bo pogubiony, bo zamknięty w sobie, bo.... i milion innych tłumaczeń? A w tym czasie on będzie Cię wykańczał nerwowo??? Naprawdę tego chcesz???
        • paris-texas-warsaw Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 13:24
          Zgadzam się z jakąś wypowiedzią powyżej, że nie tylko on nie chce, ale i Ty. Gdy wymieniłaś te wszystkie powody, czemu lepiej mieszkać samemu, niż z kimś kogo się "kocha", to musze przyznać, że już nie wierzę, że Ty faktycznie z nim chcesz być. Jesli nie razem, bo materac, bo za tania kuchnia bez bajerów i inne takie, to lepiej dac sobie spokój. Może to też tak jest, że w pewnym wieku osoby, które mieszkają same, faktycznie chcą już w takim układzie pozostać. Wszak przyzwyczajenie drugą naturą człowieka...
    • olgab4 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 13:28
      Klasyka gatunku. Uzaleznienie od partnera. Toksycznosc.

      Sama piszesz, ze w sumie to mama mu gotuje, pierze, sprzata...podcieranie tylka doroslemu facetowi przez matke...ABSURD, prawda? Gdybys takie cos przeczytala o kims innym, nie o swoim facecie, pewnie popukalabys sie w czolo...

      Piszesz, ze on "nie lubi ludzi, nie lubi spotkan, w spedach rodzinnych nie uczestniczy, bo nie lubi"...
      Po czym szybko dodajesz "ale ok, ja moge to robic sama/z przyjaciolmi".

      Wszystko od razu usprawiedliwiasz. Sama orientujesz sie, ze cos tu nie gra, wiec oszukujesz przed soba "no ale przeciez jego mama jest mila, wystarczy postawic jej granice/no ale przeciez moge sie z rodzicami spotkac sama" itd....

      Usprawiedliwiasz go na kazdym kroku. Wlasnie poprzez to Twoje od niego uzaleznienie. Oszukujesz sama siebie.
      Przeciez normalne jest to, ze nawet jak czegos nie lubimy, to dla ukochanej osoby jestesmy w stanie sie czasem poswiecic, troche sie "nagiac"...

      Nie sadzisz?
      • paris-texas-warsaw Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 14:03
        Tully, jednak zmieniłam zdanie:) Masz rację, nie ma co zwlekać. Dziś zadzwonię do mojego terapeuty, że do niego wracam. I tak z dwa miesiące pewnie poczekam na wolne miejsce. najwyżej całą rodziną będziemy tam jeżdzić, mąż z dziećmi w jakiejś knajpie obok bedzie czekał:) Dzięki:)
        Ps. Ja uwielbiam teorię, jednym z moich zawodów - marzen był właśnie psycholog, ale zrezygnowałam, bo doszłam do wniosku, że jestem za słaba, by jeszcze innym pomagać:)
        • tully.makker Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 16:08
          W koncu jako znana teoretyczka cos o tym wiem ;-)
          • paris-texas-warsaw Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 23:38
            No dzięki Tully:) Fajnie się to zbiegło z tytułem wątku o spojrzeniu z boku:) Ale jestem podjarana:)
      • agcerz Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 14:06
        Autorko wątku, a więc nie jesteś trollem. Tym bardziej razi mnie, że tak mądra osoba (analizując i styl, i argumenty) nie dostrzega sedna problemu. Wiele już było komentarzy powyżej, powtórzę krótko: on nie rokuje. Ty masz za sobą terapię, większą świadomość. Jemu jest dobrze, jak jest. Mężczyzna, który czegoś lub kogoś chce, zabije smoka, skoczy ze skały, a nawet opuści mamusię, żeby być z ukochaną. Moim zdaniem tracisz tu czas - owszem, możesz mieć dziecko, czego ci życzę, skoro i ty tego chcesz, ale proszę, nie z tym panem.
        Miałam podobny przypadek w rodzinie (dalszej). Pani miała 39 lat, pan starszy. Jak rodziło się dziecko 9 miesięcy po ślubie, to w szpitalu czekał... mąż siostry, bo... pan tatuś/mąż już był u mamusi. I tam już został. Dziecko ma już 24 lata.
        • konwalka Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 06.11.13, 16:58
          wy nie jestescie chyba dla siebie, wiesz?
    • amb25 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 07.11.13, 07:35
      Mysle ze twoj ojciec ma racje.
      Wyglada na to, ze facet toba manipuluje (swiadomie albo nie, ale manipuluje) i to skutecznie.
    • bahomet_1001 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 07.11.13, 12:33
      Poczytałam o koluzjach, ale trudno mi wybrać jedną, w której tkwimy. Myślę, że jest to zlepek kilku, ale dopiero wgryzam się w temat, więc na razie chyba nie powinnam tego sama analizować. Chyba, że mi pomożecie.
      W jako dziecko nie odgrywałam roli bohatera rodzinnego. To była rola mojej siostry. Ja byłam mieszanką niewidzialnego dziecka z kozłem ofiarnym. Natomiast w kilku swoich ostatnich związkach rolę bohatera przyjmowałam. Wiązałam się z mało odpowiedzialnymi mężczyznami, opiekowałam się nimi, ciągnęłam w górę, czasem wręcz utrzymywałam. Jednemu urządziłam mieszkanie, drugiemu rozwinęłam firmę, w zamian za to nie dostałam nic, oprócz tego, że ze mną byli. W każdym ze swoich związków pchałam się bardzo mocno, ale jednocześnie wchodziłam w niego tylko jedną nogą, aby w każdej chwili mieć możliwość szybkiej ewakuacji, bo w każdym widziałam mnóstwo zagrożeń dla samej siebie. Trochę tak, jak mały kotek, którego gdy się głaska po brzuchu, to przednimi łapkami z całej siły ciągnie do siebie, a tylnymi mocno odpycha. Zwracałam uwagę przede wszystkim na negatywne cechy moich facetów, każdy nie był wystarczająco dobry, niewystarczająco kochał, niewystarczająco się starał. Z drugiej strony oni rzeczywiście byli dość bierni, trochę jak mali chłopcy, którzy sami nie potrafią podjąć decyzji. Po kilku latach każdego związku moje rozczarowanie tymi facetami było tak duże, że wszystko się zaczynało walić, więc w końcu odchodziłam.
      Więc teraz ten ślub miał dla mnie chyba co najmniej kilka znaczeń. I podstawowym nie był chyba fakt, że chciałam inwestować w jego dom jako jego żona. Z jednej strony chciałam zaspokoić swój głód miłości. Chciałam czuć, że ten facet mnie nie opuści, że będzie ze mną bez względu na wszystko, że chce, że to właśnie ja. Z drugiej strony ślub miał mieć dla mnie to znaczenie, że wreszcie w życiu podejmuję decyzję, że przestaję wybrzydzać, że nie uciekam. Z trzeciej strony, mieszkając w jego domu chciałam mieć jakąś pozycję, chciałam coś znaczyć, chciałam być traktowana jako członek rodziny, a nie osoba drugiej kategorii. Z czwartej strony, ślub miał mi dać poczucie, że jego dom to jest również i mój dom, że jestem u siebie. Tak, wiem że to jakieś mało pewnie dojrzałe, ale trudno mi wypracować sobie w szybkim czasie właściwe wzorce opierając się tylko na psychologicznej teorii. I tak naprawdę nie chodziło mi o to, ze ten ślub ma być już, zaraz, za miesiąc. Mógłby być i za pół roku, czy za rok. Potrzebowałam deklaracji, upewnienia się, że on na pewno chce, a nie podpisanego papierka.
      To nie jest do końca tak, że ja nie chcę tam mieszkać. Fakt, kiedy rozbudowa ruszyła to się trochę przestraszyłam tej decyzji. Zaczęłam się bać, że ja tam nie dam sobie rady, że jego mama będzie się mi we wszystko wtrącać, a ja nie będę potrafiła postawić jej granic, że mieszkając u niego będę od niego i jego rodziny kompletnie zależna, że o niczym nie będę tam mogła zdecydować, że i tak mnie kiedyś porzuci, zdradzi, więc po co to. Jeszcze różne inne, czarne myśli przychodziły mi do głowy. Kiedy on chciał mi rzucać róże pod nogi, kiedy mówił, że to mój dom, że jestem u siebie, za każdym razem to odrzucałam i mocno podkreślałam, że to NIE JEST mój dom. Rysowałam mocną, niewidzialną granicę, że to nie moje, że nie jestem u siebie, że tu nic nie jest moje. Ale zaczęłam głębiej wchodzić w relacje z jego mamą i okazała się nie taka straszna. Owszem, jest narzucająca się, ale sama widzę, że coraz lepiej sobie z nią radzę, że mnie lubi, że zaczyna do mnie mówić synowa. Zobaczyłam, że on parę razy stanął po mojej stronie i wywrzeszczał jej w mojej obecności, że ma mi się nie wtrącać, jak chcę urządzić nasze mieszkanie. To go na pewno wiele kosztowało wysiłku, bo widzę że ma spory problem z asertywnością w stosunku do swojej mamy. Przestałam się tak bać. Wymyśliłam sobie cały wystrój tego mieszkania, co jak urządzę, gdzie co będzie stało, odnalazłam w sobie pasję odnawiania starych mebli, zrobiłam już dwie szafki do salonu. Ale jednocześnie zaczęłam się strasznie bać, że robię to niepotrzebnie, że tracę czas, bo on nie chce się zdeklarować. Więc znów powtarzałam, że to nie moje i że jadę do siebie do domu.
      Jeśli przyjrzeć się tym koluzjom, to chyba najbliższa nam jest ta dociskanie-unikanie. Im bardziej ja dopytywałam o ślub, tym bardziej on unikał tematu. Im bardziej on unikał, tym bardziej ja się wściekałam i wywoływałam już awantury. Jednocześnie cały czas powtarzał, że ślub będzie, ale we właściwym czasie. Wściekałam się więc jeszcze bardziej, bo czułam się, jakby to on miał o wszystkim decydować, to on ma trzymać kontrolę, a ja mam się dopasować i tylko czekać nie wiadomo ile na to, co jest dla mnie ważne. Kiedy mu o tym mówiłam, to twierdził że to ja chcę go sobie podporządkować. Więc to pewnie jest jakaś mieszkanka jego paranoicznej obsesji, że chcę go zdominować, jego strachu, że nie znoszę tego domu i wcale nie chcę tam mieszkać oraz tej koluzji naciskowo-unikającej.
      • filetta Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 07.11.13, 13:17
        Moim zdaniem lepiej byłoby gdybyś skupiła się na kwestii współuzależnienia od tego mężczyzny a nie na waszych wzajemnych koluzjach, które nie opierają się tylko na: nacisk - unik. Pomyśl: ten pan już na dzień dobry zaproponował ci ślub i wspólne życie, nie znając cię praktycznie wcale. Ty przyjęłaś jego propozycję, bo chcesz skończyć z samotnością i nie widzisz problemu, by dać mu dziecko. To wg mnie jest w waszym przypadku motyw związkotwórczy. Nie ma więzi, bliskości, chęci wspólnego spędzania czasu i troski o partnera. Nikt nie jest podmiotem dla drugiej strony, ale sposobem na realizację własnych celów i potrzeb. Każda ze stron idzie na ustępstwa, by dostać to, czego potrzebuje. Musze tu odwołać to, co napisałam wczesniej, że chęc posiadania dziecka u twojego mężczyzny jest chwilowa. Po dłuższym zastanowieniu uważam, że jest inaczej. On chce mieć rodzine i dziecko, czeka na nie, choć o tym nie mówi, czeka aż dopełnisz warunki waszego niepisanego, nieomówionego kontraktu.
        Poza tym praktycznie już nic was nie łączy. Ty masz swoje mieszkanie, on swój rozbudowywany dom, ty swoje formy spędzania wolnego czasu, on swoje, nie ma rozważań o wspólnej przyszłości, o wspólnym byciu razem. Każde miota się w swoim kącie, czekając aż dostanie to, na czym mu tak bardzo zależy. Moim zdaniem to nawet siebie zbytnio nie lubicie, a to co na poczatku wydawało się miłością według mnie było jedynie zauroczeniem i podekscytowaniem z powodu realizujących się marzeń/planów.
        Terapia terapią, wiedza wiedzą, z życie swoje...
        • paris-texas-warsaw Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 07.11.13, 13:23
          Dobijająco to brzmi, ale tak to się jawi.

          Ps. dawno nie było watku tak szczegółowo i dogłębnie opisującego zewnętrzną i wewnętrzną rzeczywistość jakiegoś związku na tle historii jednego z partnerów.
      • pade Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 07.11.13, 19:14
        Przede wszystkim przeczytaj Koniec współuzależnienia Mellody Beattie. Koniecznie.
    • agnieszka_iwaszkiewicz Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 09.11.13, 16:48
      Ma Pani wnikliwe obserwacje i wyciąga z nich prawidłowe wnioski. Zarówno co do zachowań partnera, jak co do swoich potrzeb. Pani wie i czuje, że Pani ważne potrzeby ( ślub jak potwierdzenie więzi, posiadanie dziecka, wejscie do Pani rodziny, stworzenie rodziny ) są w tym związku sfrustrowane, jego potrzeby za to są gratyfikowane ( mieszkanie blisko rodziców, korzystanie z macierzyńskiej opieki, niechęć do zmian, mieszkanie na wsi )
      Mimo to nie rezygnuje Pani ze związku z nim. Oznacza to, że jakaś bardzo istotna potrzeba lub ich zestaw albo jakiś schemat jest realizowany w tym związku. Ta potrzeba lub schemat może być nieświadomy. Np taki schemat: wejście w związek z osobą, która mówi, że chce ale dzieła tak aby Pani czuła się odrzucona
      Albo np taka potrzeba: mimo wszytko czuć się chcianą, potrzebną, stworzyć lepszą rodzinę niż własna, mieć poczucie przynależności. Wtedy można znieść więcej.
      Poza obserwacją partnera, musi Pani poobserwować siebie Ale pod kątem tych właśnie potrzeb. Może też trzeba je wziąc pod uwagę, ale świadomie I wiedzieć, że zaspokajając je narazie się Pani na niespełnienie innych, ale przynajmniej odbędzie się to świadomie.
      Gdyby patrzeć na to inaczej, trzeba by było się rozstać. Mężczyzna, którego Pani kocha ma kłopot z więzią z kobiatami. Tak wynika ze szeczegóówego w końcu Pani opisu. Agnieszka Iwaszkiewicz

    • zolza42 Będę brutalna 13.11.13, 15:13
      JESTEŚ ZA STARA NA DZIECKO.
      I Twój PAN JEST ZA STARY na dziecko.
      Odpuść. Ale nie pana, bo wydaje mi się, że pan ma wiele zalet przez Ciebie w ogóle nie docenianych. Po co Ci ten ślub? Daj sobie czas, zamieszkajcie razem w jego domu. Możesz mu przecież notarialnie pożyczyć pieniądze na wykończenie zabezpieczając pożyczkę na hipotece nieruchomości i będziesz miała swój komfort oraz czas na decyzję, czy w ogóle stworzycie związek. Rozwody dużo kosztują, pan ma swoje przyzwyczajenia, przemyślenia i nie spieszy się do katastrofy.
      Jako bezdzietna para macie szansę i możliwość sami ustalać zasady, to dobra wiadomość.
      Macie szansę żyć tylko dla siebie, opiekować się sobą nawzajem, a także Waszymi rodzicami, kiedy przyjdzie taka potrzeba. A przyjdzie.
      Dorośnij, bo na razie zachowujesz się i brzmisz jak niedoświadczona młódka.
      Jesteś bardzo dojrzałą kobietą. Naucz się żyć i zachowywać jak kobieta dojrzała.
      I naucz się dążyć do rozumnych, dojrzałych celów.
      A ślub za wszelką cenę i urodzenie dziecka w Twoim wieku to żałosne.
      Bez urazy.
      • fru.katarina Re: Będę brutalna 14.11.13, 08:46
        Jesteś nie tylko brutalna, ale także nietaktowna. I do tego nie masz racji. Czas na dziecko jest dopóki mamy na nie siłę, w dzisiejszych czasach coraz później. To ślub z tym zawirowanym, problematycznym panem darowałabym sobie.
        • triss_merigold6 Re: Będę brutalna 14.11.13, 09:03
          Nie, na pierwsze dziecko pani jest stara. Zwyczajnie. Być może jakiś cień płodności jej został, ale ryzyko wad płodu jest duże i nie ma co się oszukiwać.
    • fru.katarina ciężko opuścić, ale ulga PO jest tego warta 13.11.13, 23:33
      Droga autorko,
      Nie mam zwyczaju nic pisać na forach internetowych, ale dla Ciebie robię wyjątek.
      Zupełnie nie rozumię dlaczego chcesz sobie zmarnować życie. Rozumiem natomiast Twoją potrzebę stabilizacji i założenia rodziny, a w szczególności urodzenia dziecka.
      Tylko nie z tym panem! W poprzednich odpowiedziach napisano już chyba dlaczego, ja tylko bazując na swoim (i nie tylko swoim) dużym doświadczeniu radzę Ci - uciekaj, nie ulegaj namowom powrotu i znajdź sobie kogoś innego - kochającego Cię, rozumiejącego, nie irytującego, szanującego, szalejącego za Tobą, tak abyś czuła się najważniejsza u jego boku, wiedziała na czym stoisz, nie była rozdygotana, lecz szczęśliwa. Po nieudanych związkach, toksycznych z mężczyznami, którzy wywoływali u mnie ból żołądka, a z którymi zrywanie było ciężkim doświadczeniem, znalazłam tego, który jest przeciwieństwem wszystkich wcześniejszych oszołomów, niedostosowanych społecznie i emocjonalnie, mających pretensje i obwiniających mnie, robiących ze mnie ofiarę, mimo że przecież jestem silna. Ten człowiek kocha mnie, przedkłada nad swoje życie, szanuje, pomaga, zawsze rozumie i wspiera, nigdy nie kłoci się i nie wkurza (kiedy ja się wściekam, to on uspokaja mnie swoją łagodnością i poczuciem humoru). Jesteśmy małżeństwem, mamy 2 dzieci i nic się nie zmieniło! Dlaczego to piszę? Żeby pokazać, że nie jest za późno dla Ciebie na znalezienie tego właściwego. Nic na siłę! A mężczyzna, który kocha i chce kobietę oraz nie ma wątpliwości, chce także małżeństwa, jeśli ona tego właśnie pragnie. Nie ładuj się w bagno, bo ugrzęźniesz albo utopisz się.
    • bahomet_1001 Re: Potrzebuję spojrzenia z boku 14.11.13, 14:17
      Witam ponownie :)
      Dziękuję za wszystkie wpisy, dziękuję Pani Agnieszce, Wasze chłodne spojrzenia pomogły mi trochę ogarnąć tę sytuację.
      Na dzień dzisiejszy zrezygnowałam ze ślubu, ale nie podjęłam decyzji o zakończeniu tego związku. Chcę trochę poczekać, zobaczymy jak potoczy się nasza relacja gdy się trochę uspokoję. Chcę zobaczyć ile on jest w stanie dla mnie zrobić, jak jestem dla niego ważna, czy w naszym związku pojawi się miejsce na wspólnotę, wspólne podejmowanie decyzji, na szacunek dla mnie. A jednocześnie zamierzam bardziej skupić się na swoim życiu, na swoich przyjemnościach, na swoich przyjaciołach, na swojej rodzinie, na swoich potrzebach. Bo do tej pory żyłam tylko nim i marzeniami o wspólnym życiu w jego domu. Postanowiłam również - o ile nasza relacja będzie szła w dobrym kierunku - zamieszkać u niego bez ślubu, bez względu na to, co myśli o tym jego rodzina. Może to jest dobry pomysł, aby przekonać się, jak będę się tam czuła i jakim on będzie dla mnie partnerem na co dzień. Niestety, brak ślubu pozostawia nierozwiązany problem finansowy, bo teraz tym bardziej nie zamierzam pakować się z pieniędzmi w jego dom, a jakakolwiek pożyczka nie jest możliwa, bo on ciągle powtarza, że nie chce moich pieniędzy. No to nie. Zatem kwestia przeprowadzenia się do niego rozwlecze się w czasie, ale może to i lepiej, będę miała więcej czasu na przyjrzenie się mojemu związkowi z innej perspektywy, na zmianę modelu mojego życia.
      Jeśli chodzi o dziecko, to ja mam świadomość, że na posiadanie pierwszego jestem już trochę za stara i mam świadomość jakie zagrożenia płyną z późnego macierzyństwa. I od początku związku z nim nie miałam ciśnienia na posiadanie potomka. To on miał, i to bardzo duży. 10 lat temu, gdy ciśnienie jeszcze miałam, byłam z facetem, który miał 2 dzieci z poprzedniego związku i absolutnie nie chciał mieć kolejnych, kompletnie nie biorąc pod uwagę moich potrzeb w tym zakresie. Więc mając na uwadze, że w związku należy brać pod uwagę potrzeby drugiej strony, gdy mój obecny partner zadeklarował się wreszcie w kwestii wspólnego zamieszkania i zobaczyłam działania w tym zakresie, to zgodziłam się na dziecko. Ale jemu w międzyczasie ciśnienie posiadania dziecka chyba zeszło, nie idzie się przebadać, z deklaracji in vitro się wycofał. Więc temat dziecka sam się nam w związku rozwiązał.
      • zolza42 Podoba mi się 14.11.13, 17:47
        Podoba mi się Twoja decyzja, bo pan wydaje mi się bardzo interesujący. Wielką zaletą pana jest jego upór i siła - ma osobowość i charakter.
        Nie chce pożyczki? To nie, sama zdecydujesz, jak żyć. A w kartonach też da się przemieszkać przez jakiś czas. Żadna tragedia. Pan potrafi Cię rozśmieszyć, a to cecha bezcenna.
        Związki bez dzieci są bardzo fajne, można się skupić TYLKO na sobie.
        Bardzo polecam.
        Życzę Ci szczęścia. Naprawdę.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka