bahomet_1001
05.11.13, 16:29
Od 2 lat spotykam się z facetem, którego bardzo kocham i z którym chciałabym spędzić życie. Kiedy się poznaliśmy, on zupełnie zwariował na moim punkcie, bardzo szybko zaczął mówić o ślubie i o dziecku, o wspólnym życiu już na zawsze, ja chciałam trochę poczekać, abyśmy lepiej się poznali. Ale też szybko się zakochałam, i mimo tego, iż on jest mężczyzną bardzo trudnym (jest niesłychanie zamknięty w sobie, nie umie mówić o swoich uczuciach, myślach, ma ogromne opory przed bliskością, bardzo boi się jakichkolwiek zależności), to odkryłam w nim tyle zalet, które przeważyły nad trudnościami. Więc powiedziałam, że ślub i dziecko tak, ale najpierw powinniśmy ustalić gdzie będziemy mieszkać. I tu pojawiły się ogromne schody. Bo on twierdził, że możemy mieszkać wszędzie gdzie tylko zechcę, ale gdy proponowałam różne rozwiązania, to wszystkie były dla niego nieodpowiednie. Ja mam swoje własne mieszkanie, ale on u mnie mieszkać nie chciał, bo mieszkać ani w mieście, ani w małym mieszkaniu nie potrafi (mieszka w domu poza miastem, razem z rodzicami). Proponowałam, że kupię większe, był na nie, z tych samych powodów. Proponowałam, abyśmy wzięli kredyt i kupili bądź wybudowali dom, nie bo on nie będzie żył z takim zobowiązaniem i spłacał je aż do śmierci. Proponowałam, aby porozmawiał ze swoim ojcem, aby dał mu kawałek swojej działki, ja sprzedam mieszkanie, dołożymy wszystkie nasze oszczędności i na wybudowanie domu za gotówkę na starczy. Nie, bo ojciec działki mu nie da. Za to proponował mi, abym zamieszkała razem z nim u niego. Na to nie chciałam ja się zgodzić, bo oboje mamy po 40 lat i nie chciałam mieszkać z jego mamą przez ścianę, mieć wspólnej przestrzeni, wspólnej kuchni. Przez parę miesięcy sytuacja była patowa, aż w końcu mój mężczyzna stwierdził, że rozbuduje ten dom, tak aby stworzyć z niego dwa odrębne mieszkania, abym mogła być panią u siebie. I... przez kolejne pół roku nic się nie działo. On mówił o rozbudowie, ale nic w tym kierunku nie robił. Gdy pytałam dlaczego, odpowiedzi padały różne - albo brakuje mu pieniędzy, albo musi to dobrze przemyśleć, albo jest zagrożenie utraty pracy, albo, albo, albo. Zaczynałam się denerwować, bo z mojej strony wyglądało to tak, jakby wcale nie chciał tego domu rozbudowywać. Bez przerwy o to dopytywałam, proponowałam pomoc w znalezieniu architekta, wypytywałam kiedy porozmawia na ten temat z ojcem (prawnym właścicielem domu jest jego ojciec), ale dostawałam same wykręty. Raz o mało się nie rozstaliśmy, kiedy powiedziałam, że nie chcę tylko bez przerwy czekać.
Na rozbudowę domu zdecydował się po roku naszej znajomości. Znaleźliśmy architekta, wspólnie ustalaliśmy projekt. Strasznie się cieszyłam. Zebranie całej dokumentacji, uzyskanie pozwolenia na budowę zajęło kolejne pół roku i w kwietniu ruszyła budowa. Wiedziałam, że nie starczy mu pieniędzy na całość, więc od razu zadeklarowałam nie tylko jemu, ale też jego rodzinie, że dołożę mu jak zabraknie. Jego rodzina bardzo mnie polubiła i ucieszyła, kiedy mówiłam im, że planujemy ślub i dziecko. Rozbudował ten dom migiem, w 2 miesiące stan surowy zamknięty był gotowy. Byłam w szoku, bo przez rok zwlekał z decyzją, migał się, a jak przyszło co do czego, to rzucił się wszystkimi swoimi siłami do tej pracy. To było na pewno dla niego wielkie wyzwanie, bo poza tym, że pracował na etacie, to cały czas pilnował budowy i wiele rzeczy robił sam. Był wyczerpany, często ogromnie zmęczony, poirytowany, ale nie szukał odpoczynku, tylko cały czas parł do przodu. Kiedy zaczynały mu się kończyć pieniądze, chciałam z nim porozmawiać o tym co dalej. Chciałam dać mu kasę na dokończenie, ale oczekiwałam, że porozmawiamy o naszej przyszłości, o ślubie. I znów zaczęły się schody. Słyszałam same pokrętne wypowiedzi - że nie teraz, że później, że sama ustaliłam takie warunki (najpierw dom, potem ślub), że wszystko będzie w swoim czasie. Dużo słów, ale żadnych konkretów. Dopytywałam coraz częściej, on się wykręcał, ja zaczynałam się denerwować i co chwila wybuchały między nami awantury. Więc któregoś dnia powiedziałam, że mam obawy przed daniem pieniędzy na ten dom, bo dom nie jest mój, a on na dodatek nie chce ustalić kwestii naszego małżeństwa. Między nami zrobiło się jeszcze gorzej. Usłyszałam, że jestem chciwa i pazerna, że ciągle tylko gadam o pieniądzach, że on się mnie boi i tych moich pieniędzy nie chce, że nie weźmie, bo mu potem przez całe życie będę je wypominać. Temat ślubu stał się w tej chwili tak drażliwy, co chwila wybuchają awantury między nami, ja jestem ogromnie sfrustrowana i żyję w wielkim stresie od 5 miesięcy. Sytuacja jest patowa, bo on nie ma już pieniędzy na wykończenie w środku tego mieszkania (podstawowa potrzeba to cała kuchnia, sprzęty i meble), jeśli będzie chciał odkładać z pensji, aby to dokończyć zajmie mu to z rok. Ja chcę mu dać lub po prostu zrobić to sama, ale boję się, że on tak naprawdę nie chce małżeństwa. Kiedy dopytuję dlaczego nie możemy niczego ustalić, to on od razu się denerwuje, i znów słyszę same wykręty - że nie teraz, że jak skończy budowę, że jak tam zamieszkam, że najpierw trochę razem pomieszkajmy, a potem ślub, że po co ten ślub, przecież cały czas się kłócimy więc i tak będzie rozwód, że się pozabijamy jak razem zamieszkamy. Od kilku tygodni remont się ślimaczy z braku funduszy, a to co na początku budowy leciało w tempie błyskawicznym, teraz rozwleka się w czasie.
A ja psychicznie nie daję już rady. Od 2 lat jestem sama i dłużej już sama być nie chcę. Nie chcę czekać nie wiadomo jeszcze ile, abyśmy mogli być razem. Potrzebuję w swoim życiu stabilizacji, chcę wspólnoty, bliskości, wspólnych pieniędzy, wspólnych decyzji. Na początku bardzo się bałam życia u niego, że nie poradzę sobie tam, że będę się czuła jak nie u siebie, że będę podporządkowana jego rodzinie, szczególnie jego mamie, bo to ona jest motorem tego domu. Ale przez ostatnie miesiące mój strach bardzo opadł. Chcę tam mieszkać, jego rodzina bardzo mnie lubi, a teściowa jest super. Co prawda ma dość kontrolujący sposób bycia, ale jest mądra i rozsądna, umie słuchać i wiem, że sobie z nią poradzę, bo coraz lepiej się z nią dogaduję i coraz lepiej idzie ki stawianie w tym domu własnych granic. Ale chcę tam mieszkać i żyć jako żona mojego faceta, a nie jego konkubina lub jakaś flama. Chcę małżeństwa, chcę wzajemnego zobowiązania, chcę wspólnie budować naszą przyszłość. Natomiast boję się, że on tak naprawdę nie chce żadnego ślubu, że tak bardzo boi się zobowiązań i odpowiedzialności, że nie potrafi być z kimś blisko (nigdy z nikim nie mieszkał), że to go przerasta i nie da rady. Coraz częściej boję się, że czas ucieka, a ja stoję w miejscu, że nic z tego nie będzie, że to i tak się rozleci. Jestem chodzącą bombą zegarową, co chwilę wybucham i albo reaguję dużą złością, albo ciągle płaczę. Parokrotnie już mu mówiłam, że nie daję już tak dłużej rady, że jak się nic nie zmieni to wszystko się nam rozleci i odejdę. Proszę, gadam, wybucham, płaczę i nic się nie zmienia. Każda awantura kończy się jego milczeniem, potrafi nie odzywać się do mnie nawet tydzień i jeśli to ja nie zrobię pierwszego kroku, to to milczenie może tak trwać i trwać. Kiedy pytam dlaczego się tak zachowuje, twierdzi że jestem agresywna, więc woli się ode mnie odsunąć i jak mi przejdzie to sama przyjdę. Zarzuca mi też, że ciągle z nim walczę i ciągle chcę go sobie podporządkować. Z tym, że to ja mu ustąpiłam w kwestii mieszkania w jego domu, to ja mu ustąpiłam w kwestii naszych wspólnych rozrywek (jest wybitnym odludkiem, nigdzie nie lubi wychodzić, więc mu odpuściłam i wychodzę sama), to ja mu ustąpiłam w kwestiach rodzinnych (nie lubi świąt, nie lubi rodzinnych spotkań, moich rodziców w zasadzie nie zna, ale nie zmuszam go do spotkań). I to raczej ja mam wrażenie, że to on chce mnie sobie podporządkować, że to ja mam żyć według jego schematu i tak jak on sobie wymyślił i zaplanował. Moje plany absolutnie nie są uwzględniane, tak samo jak moja potrzeba stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa.