alterlife
12.12.13, 07:31
Witam. Postaram się zwięźle opisać swoją sytuację.
Jestem z mężem 8 lat, po ślubie rok. Nigdy się nie kłóciliśmy, o nic. To było aż dziwne. Ale przez to żadne z nas nie znało swoich potrzeb. Mamy 3,5 letnie dziecko. W lato mój mąż wyjechał do pracy, 4 miesiące- wracał na weekendy. Miałam dużo czasu na przemyślenia. Zaczęłam zauważać wiele rzeczy ( większość jest naszą wspólną winą), mianowicie, że nie satysfakcjonuje mnie nasze życie łóżkowe, że przez te 8 lat nigdzie razem nie wyszliśmy, bo on nie lubi, że byłam bardziej jego matką niż partnerką- kupowanie skarpet, załatwianie wszystkich urzędowych spraw, rejestrowanie do lekarzy ( i gdyby to chociaż działało w obie strony...). Nazbierało się mnóstwo "bzdur". W międzyczasie poznałam kogoś. Zdradziłam. Było... nie do opisania dobrze. Mąż, nie ważne w jaki sposób, dowiedział się. Był wściekły, uderzył mnie ( nie mam mu tego za złe, jego emocje były przeogromne). Ale potem powiedział, że chce to ratować. Gdybym odeszła, musiałabym zamieszkać 500km od obecnego domu, on jest bardzo związany z córką. Nie chcę tego robić. n jest naprawdę dobrym człowiekiem, pracuje, oddaje mi wszystkie pieniądze, nie pije, nie wychodzi z kumplami, z tym, że nie ma ani kawałeczka własnego świata, a tym samym nie daje mi odetchnąć. W tym roku pierwszy raz po 8 latach poszłam potańczyć na dyskotece ( mam 27 lat, on 35), nie patrząc na jego kwaśną minę. On teraz się stara- bardzo - i zadowolić mnie w łóżku, i schudł, i zaczął używać perfum...Ale... mam wrażenie, że poza przywiązaniem... z mojej strony nic nie ma... ani pociągu fizycznego, ani miłości. Czy to jest powód do tego, żeby się rozejść? Żeby rozdzielić ojca i dziecko? Jedynie to mnie chyba trzyma... Czuję do niego... sympatię, jak do dobrego kolegi, przyjaźń może. Ostatnio wiele razy słyszałam, że przyjaźń to zbyt mało, żeby żyć razem... Ale słyszałam to od osób, które nie są w mojej sytuacji...
--
www.alterlife.blog.pl