realistka2008
15.04.15, 20:58
I znów będzie o obowiązkach domowych :)
Mój problem może nie jest z tych poważnych, życiowych, ale jest już mocno upierdliwy i potrzebuję rady doświadczonych mężatek oraz Pani Ekspert.
Mieszkamy razem od 5 lat, małżeństwem jesteśmy od roku. Dzieci jeszcze nie mamy. Oboje pracujemy zawodowo w pełnym wymiarze, oboje mamy dość stresujące, wymagające prace, zarabiamy podobnie. Jedna różnica, że ja mam możliwość pracy z domu kilka dni w tygodniu, mąż wraca z pracy koło 20.
Mąż pochodzi z rodziny z bardzo tradycyjnym modelem, ale szczyci się tym, że jest nowoczesnym, "wyzwolonym" mężczyzną i obowiązki domowe traktuje jako wspólne, a nie na zasadzie, że "on mi pomaga". Czyli jest super.
Podział u nas wygląda tak, że w tygodniu ja zajmuję się bieżącym ogarnianiem domu, piorę, gotuję obiady, zmywam, sprzątam na bieżąco, ogarniam rachunki. W weekendy zaś mąż zajmuje się większymi zadaniami typu umycie samochodu, odkurzenie całego domu, pojechanie po zakupy.
W weekendy gotujemy razem lub na zmianę, zazwyczaj też robimy listę zadań i ustalamy kto co zrobi. Więc to nie jest tak, że jedno cały weekend sprząta a drugie siedzi na kanapie.
No i umówmy się, że nie mając dzieci, nie jest tego przecież aż tak strasznie dużo. Oboje lubimy domowe jedzenie, więc gotowanie obiadów od podstaw zajmuje w sumie najwięcej czasu.
Wydawało się, że system działa sprawnie i obie strony są zadowolone.
Tymczasem od jakiegoś czasu mąż zdaje się mieć jakiś problem i manifestuje to jakąś bliżej nieokreśloną złością/pretensją/frustracją/fochem. Wygląda to tak, że jak już wykona jakieś zadanie w domu to potem chodzi wściekły i niezadowolony, zaczyna się mnie czepiać o byle co, ma pretensje tak jakby to tylko on coś w domu robił. Na przykład odkurza, po czym czepia się mnie, że musi zbierać z podłogi jakieś rzeczy aby odkurzyć. Albo jak wyczyści piekarnik to potem przez dwie godziny wysłuchuję, że tego piekarnika NIGDY nikt nie czyścił. Co oczywiście jest bzdurą i grubą przesadą. Wygląda to tak jakby mąż albo czuł się strasznie pokrzywdzony, że musi te rzeczy robić (że ja ich nie robię?) albo wciąż zarzucał mi, że tylko on tak naprawdę wystarczająco dobrze i dokładnie sprząta.
Wiem, że może się to wydawać śmieszne, ale to jego narzekactwo i pretensje pod moim adresem są naprawdę przykre i irytujące. Do tego stopnia, jak pomyślę, że nadchodzi sobota, on będzie odkurzał a potem przez resztę dnia ciskał się do mnie bo odkurzył, to już wolę sama to zrobić.
Próbowałam olewać to jego gderanie, próbowałam rozmawiać, tłumaczyć. Na spokojnie i racjonalnie to on oczywiście rozumie i docenia, że ja też robię w domu tylko wykonuję inne zadania, może mniej spektakularne jak wyszorowanie piekarnika na połysk. Docenia, że ma poprane ciuch, przychodzi z pracy i jest zrobiony obiad. Ale potem przychodzi następny weekend i gderanie zaczyna się od nowa. Kłoćimy się i atmosfera na resztę weekendu popsuta.
Mam dziwne wrażenie, że mąż chciałby uważać się za takiego super nowoczesnego, a jednocześnie podświadomie ma żal, że ja nie zasuwam z odkurzaczem trzy razy w tygodniu jak jego matka i w taki sposób to na mnie wyładowuje. Nie da się z nim o tym sensownie porozmawiać.
Wiem, że najprościej olać to gderanie, ale jest to przykre i irytujące, że mój udział jest kompletnie olewany i minimalizowany a on czuje się strasznie skrzywdzony bo raz w tygodniu odkurzy lub zrobi zakupy. Dodtakowo odnosi się wtedy do mnie tonem krytykanta, który obstawia pięcioletnie dziecko, lenia i brudasa. Jest to nieznośne i pozbawione szacunku do mnie. W obojgu narasta frustracja i nie umiemy się w temacie dogadać.
Forum, doradź :)