stacie_o
02.06.17, 11:02
Bo od kilku miesięcy mam wrażenie, że mnie nie ma. Jest jakiś robot zaprogramowany na robienie tego i tego. Nie chcę pisać całości, ale w skrócie, mam dwójkę dzieci, każde wysoce problemowe, ale nie są niepełnosprawne. Syn urodził się jako skrajny wcześniak, córka z wylewami dokomorowymi i tak się bujam od 12 lat, a od 3 bujam podwójnie pomiędzy wszelkimi maściami logopedami, rehabilitacjami, terapiami SI i poważniej okulistami, ortopedami, chirurgami, poradniami dla dzieci dyslektycznych i innymi takimi. Nie, nie mam tej choroby co każe wmawiać choroby dzieciom.
Jak córka miała 10 miesięcy poszłam do pracy, żeby odsapnąć. Córka poszła do żłobka, po wielu trudach znaleźliśmy wspomagającą nianię, na wypadek choroby. Praca jest taka sobie, nie lubię jej szczerze, ale dawała komfort łączenia z wychowaniem dzieci, szef do dogadania, dojazd spoko, zero deadline-ów, zawsze mogłam zamknąć komputer i powiedzieć skończę to jutro. Ale jej nie lubię i nic na to nie poradzę.
Ojciec dzieci uciekł w pracoholizm. Wytłumaczenie ma, musi na to wszystko zarobić, bo życie nie jest tanie. Ponieważ przebywa głownie w delagacjach, w zasadzie go nie ma.
Mama obiecywała pomóc i przy pierwszym pomagała, ale znalazła dobrą pracę, niestety zmianową i nie ma jak, co z tego, że dzwoni i mówi, wiem, że ci ciężko, pomogłabym ci, ale nie mam jak, przecież nie powiem, rzuć robotę i przyjeżdżaj do mnie.
Mam 4 rodzeństwa, wszyscy bezdzietni, to nie wyrzut, ale nie wiedzą, jak to z dziećmi, pomoc owszem oferują, ale tylko taką na ich warunkach, nie że wybrzydzam, ale moje dzieci nie potrzebują kolejnej zabawki, zwłaszcza córka, nie może mieć grających dziwadeł, bo się ich boi, a tym jest uszczęśliwiana na siłę. Owszem, siostra czy brat wezmą syna na wakacje, nawet na całe jak poproszę, ale to nie ulga dla mnie, bo brat jest jedną z niewielu osób, które córka akceptuje, jak go nie ma, mam dwa razy więcej roboty. Nikt nie weźmie córki, nawet na godzinę, nawet z bratem w pakiecie.
Odkąd córka skończyła 3 lata straciliśmy możliwość zatrudniania legalnie niani. Zresztą jej ukochana znalazła pracę na etat i nie byłam w stanie jej zatrzymać. Czasami przychodzi do nas i to są jedyne chwile (poza przedszkolem) kiedy wiem, że mogę coś zrobić bez córki. Albowiem...
Córka chodzi do żłobko-przedszkola. Nieźle się tam odnajduje, ma ze dwie koleżanki, panie lubi, nie ma płaczów, po chorobie dopytuje kiedy wreszcie pójdzie. Ale poza przedszkolem...
...wszystko musi zrobić mama. Zaprowadzam ja, odbieram ja. Po przedszkolu wszystko z mamą. Łazi za mną jak cień, pobawi się z bratem, ale będzie kontrolnie wychodzić co chwila, sprawdzić czy jestem obok. Na placu zabaw to samo. Ja myję, ja usypiam, ja czytam, ja wycieram nos. Nikt inny nie może tego zrobić, tylko mama. Inaczej są płacze, takie do bezdechu, rzucanie się na podłogę, walenie głową w ścianę. Psycholog nie wiele pomógł, kazał zostawiać i przyzwyczajać ją do innych ludzi, tylko że nikt nie chce z nią zostawać. To jakieś dwa zaklęte koła są. Ona się awanturuje-nikt z nią nie zostanie oprócz mnie- przebywa ze mną więcej- nikt się nią nie zajmie- bo ona tylko do mamy przyzwyczajona.
Ostatnio zauważyłam z niepokojem, że złoszczę się na nią. Bo ja nigdzie (poza pracą) nie wychodzę, kiedyś byłam bardzo aktywna, biegałam z jednych zajęć na drugie, tu jakieś spotkanie, tu jakiś kurs. Od trzech lat z bólem serca prawie nigdzie. Nie ma mnie, nie ma moich marzeń, nie ma nic. Nie pójdę do fryzjera, zresztą po co, jak z nerwów wyszły mi włosy, nie pójdę na kawę z koleżanką, bo po powrocie wiem, co zastanę typu uryczane dziecko i pretensje, że nie umiem jej wychować, żeby zachowywała się normalnie, albo nawet nie wsiądę do pociągu do miasta, bo 10 telefonów, że płacze i że mam wracać. Dla świętego spokoju wolę nie iść nigdzie. I złoszczę się na tą moją córkę, że jest taka, im bardziej się złoszczę, tym paradoksalnie, ona bardziej mnie potrzebuje. I kółko się zamyka.
I tak się ostatnio zorientowałam, że nie ma mnie. Marzyłam o czymś od dawna i nie mogę tego zrobić, bo nie mam w nikim oparcia i pomocy, sama nie dam rady. Jakbym zniknęła, nie byłoby mi żal tego, bo czasami mam wrażenie, że nic dobrego mnie w życiu już nie spotka, więc w sumie po co. Wiem, że jestem potrzebna moim dzieciom więc jakoś się trzymam, ale czasami sobie myślę, że jakby nie wiem, ktoś by mi powiedział jutro koniec, nie zmartwiłoby mnie to. Dręczą mnie jakieś irracjonalne lęki, nawet nie będę pytać co, bo jak komuś bliskiemu powiedziałam, to mnie wyśmiał.
Czy dotrwał ktoś do końca? Chyba usunę po tym poście nicka, bo zbyt dużo o sobie napisałam.