Dodaj do ulubionych

i ja dołączyłam do Was

17.12.07, 10:44
mój mąż zmarł 25 listopada, nie umiem się pozbierać, moja córeczka
ma 13 miesięcy, przed nami święta, co jeszcze mnie czeka? Ile czasu
tak strasznie boli? tak go kocham i co z tego? Czy on gdzieś na mnie
czeka? czy nas widzi? Tysiące pytań i brak odpowiedzi. Nie wiem jak
żyć, cały czas płaczę, staram się nie być sama w domu ale i tak jest
strasznie.
Obserwuj wątek
    • dusia75 Re: i ja dołączyłam do Was 17.12.07, 11:34
      Witaj wśród nas. Bardzo mi przykro że Wasze życie potoczyło się w tak okrutny
      sposób. Tu nie będziesz sama. Ulgę przynosi czytanie lub pisanie. Dobrze że masz
      tę małą istotkę, która sprawi że zaczniesz się uśmiechać. Wiem o tym bo mój
      synio miał niespełna 2 lata w chwili śmierci Adama i to on swoim zachowaniem
      dużo mi pomógł. Mój mąż zmarł również przed świętami lecz Wielkanocnymi.
      Przetrwałam jakoś, bo cały czas byłam z najbliższymi.
      Boli cały czas, tylko z czasem nauczysz się z tym żyć.
      Pytania dalej pozostaną bez odpowiedzi.
      Wiem że to trudne ale może postaraj sobie na początek obrać jakieś małe cele,
      czymś się zająć. To wszystko choć trochę odwraca naszą uwagę. Ja np. zapisałam
      się na kurs prawa jazdy.
      Zaglądaj tu często i pisz to bardzo pomaga. Ja jestem sama 9,5 miesiąca ale tu
      zaglądam codziennie nawet kilka razy.
      Życzę dużo siły i cierpliwości pozdrawiam Edyta.
    • kasik2222 Re: i ja dołączyłam do Was 17.12.07, 12:14
      czy wierzycie w to, że jeszcze ich spotkamy, że jest inne zycie i
      oni na nas czekają? Gdybym w to nie wierzyła to chybabym umarła. A
      tak myślę sobie, że Darek na mnie czeka, i kiedyś, jak juz wychowam
      córeczkę, to się spotkamy i będziemy zawsze razem
      • dusia75 Re: i ja dołączyłam do Was 17.12.07, 12:22
        Wiesz jestem osoba wierzącą i dlatego myślę że kiedyś, tam będziemy jeszcze
        razem... Mam nadzieję że On tam na nas patrzy i czuwa nad naszym
        bezpieczeństwem. Staram się postępować tak jak ON chciałby aby było. Zwłaszcza
        jeżeli chodzi o dzieci, aby kiedyś tam usłyszeć że "dałam radę". Żyję i
        postępuję tak aby ON był ze mnie dumny i to również motywuje do dalszego życia.
        • kasik2222 Re: i ja dołączyłam do Was 17.12.07, 12:35
          ja też tak myślę, każdy dzień mijany zbliża mnie do niego. Ciężko
          jest uwierzyć, że to co się stało jest nieodwracalne, że nic nie da
          się naprawić, że on nie wejdzie do domu. Ale potem będzie wieczność
          z nim, tu jesteśmy tylko przez chwilę
          • zlotaewa Re: i ja dołączyłam do Was 17.12.07, 16:17
            Witaj Kasiu.Ja jestem od lipca 2006 roku.Zostalam sama z
            siedmimiesiecznym synkiem.Zyjemy dalej,chociaz jest bardzo
            trudno.Dla naszych mezow i dzieci musimy byc wytwale i silne.Wczoraj
            byly urodziny meza trzydzieste.Mieszkam sama z synem i naprawde
            takie rocznice sa bardzo przytlaczajace.Ciagle sami z naszymi
            smutkami.Ja tez mieszkam w Warszawie jak Ty.Na Twoja poczte wysle Ci
            nr.gg.Moze mieszkamy blisko siebie i spotkamy sie na spacerze z
            wozkami:-).Nie jestes sama pamietaj!
            Ewa
            • kasik2222 Re: i ja dołączyłam do Was 18.12.07, 08:27
              Ewa wyślij mi numer gg na katarzynadudzinska1@wp.pl
    • violag Re: i ja dołączyłam do Was 17.12.07, 20:26
      Ciao Kasiu. My z mężem przegraliśmy z nowotworem. Miał 33 lata.
      Minęło 6 m-cy. Byliśmy zaledwie pare m-cy po ślubie. Dziecka nie
      było nam dane też mieć. Stoje w miejscu, a raczej cofam się. Zesłano
      nas w świat choroby, z którego nie umię się wydostać. Zamykam oczy i
      wciąż widzę to widzę... Szpital był wtedy naszym drugim domem,
      spedzałam tam całe dnie i wieczory. Wymykałam się poźną nocą kiedy
      Dany zasypiał, po to tylko żeby znów raniutko tam być, żeby nie
      umknęło nic. Nie dałam rady... a obiecałam... chcę jakoś to pojąć,
      nie sposób!
      Kochani! Tam w szpitalu, poznałam wielu takich jak my... Danego
      telefon pełen numerów, bo choć nie prosił o towarzystwo stale ktoś z
      nim krok w krok szedł. Dziś myśli mnie prześladują, nie wiem co
      robić. Znałam tych ludzi, byliśmy jak rodzina wtedy, chciałabym
      wiedzieć co z nim, ale nie umię zadzwonić, boję się... boję się
      złego i boję się ... tego nie powiem bo nie wypowiem, ale to chodzi
      za mną jak cień. Powiedzcie mi co zrobilibyście w mojej sytuacji ???
      • gabi-k Re: i ja dołączyłam do Was 19.12.07, 00:36
        Wiolu, rozmumię twoje rozterki. Mój mąż też chorował i też wiele
        czasu spędzalismy w szpitalu. Takie przezycia bardzo zbliżają ludzi
        do siebie choć są trudne i bolesne, a moze własnie dlatego. Ja na
        twoim miejscu zadzwoniłabym (jesli tylko znajdujesz na to siłę) do
        tych z którymi byliscie najbliżej. Ludzie w chorobie tracą często
        wielu znajomych, poniewaz nie wszyscy zanjdują w sobie siłę i odwagę
        by trwać przy chorych. Uważam wiec, że jesli są ludzie, którzy w
        tych trudnych chwilach mogą słuzyć wsparciem i swoim
        zainteresowaniem to juz bardzo dużo. Może przy takim chorym trwa
        ktoś bliski, kto (jak sama pewnie wiesz) jak nikt inny potrzebuje
        dobrych, ciepłych ale jednocześnie szczerych słów. Mozesz okazać sie
        właśnie takim dobrym aniołem dla tej osoby. Musisz jednak sama mieć
        pewnosć, ze jesteś na to gotowa, że sma jesteś na tyle silna by być
        wsparciem.
        Życzę Ci Wiolu dużo siły i wszystkiego dobrego na święta.
        Gabrysia
        • violag do Gabi-k 19.12.07, 11:59
          Dziękuję Ci. Napisałam do Ciebie kilka słów na @

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka