black_nothing
14.04.09, 14:55
Ostatnio moje życie nie ma wogóle sensu. Nigdy nie sądziłem, że
dotrę do punktu gdzie nie ma już niczego ważnego. Wszystko to dzięki
moim rodzicom. Żyję od kiedy pamiętam w poczuciu strachu i winy.
Każde drobne przewinienie było surowo karane. Najczęściej były to
słowa a czasem także czyny. Wychowano mnie w duchu perfekcjonizmu.
Dorastając okazywałem bunt, który był tłumiony i często po prostu
wyśmiewany. Kilka lat temu zachorowałem na nerwicę. Miałem w nich
wsparcie. Wtedy uwierzyłem, że będzie lepiej. Jednak gdy najgorsze
minęło. Wszystko wróciło do normy. Szukam pracy. Te poszukiwania nie
są intensywne. Wiele razy ją podejmowałem. Ale zawsze szybko
rezygnowałem. Wzmagał się we mnie lęk. Choć radziłem sobie i szybko
uczyłem się nowych rzeczy. Nie obawiałem się ludzi w pracy.
Obawiałem się rodziców. Czuję lęk przed popełnieniem błędu, który
nie wynika bezpośrednio z nerwicy. Boję się ich reakcji, ocen,
porównań i niesprawiedliwych określeń. Jestem im wdzięczny za wiele
spraw. Za pomoc. Tylko po co mi pomagali skoro wpędzają mnie z
powrotem w to samo? Czy ta pomoc była szczera? Dla nich liczą się
dwie rzeczy: kasa i sielanka. Nawet nieszczera sielanka jest dobra.
Dzięki ich postawie rozpadł się niedawno mój związek z kobietą,
którą bardzo chciałem pokochać. Była przez nich oceniana surowo. Po
prostu nie była dla mnie. Ona też niepotrafiła mi pomóc. Wesprzeć.
Miała wiele swoich problemów. Wiele razy zostawiała mnie samego ze
sobą. Pokonałem wtedy wiele barier. Wiele razy wygrywałem z samym
sobą. Odeszła. Bo bała się moich i swoich rodziców, którzy także
mnie nie akceptowali. Nie miałem pracy. Ona miała syna. Sytuacja
znowu rozbijała się o pieniądze. Coraz częściej nie mam ochoty na
nic. Pragnę tylko spać. Choćby leżeć. Pojawaiją się myśli o śmierci.
Choć czasem chcę po prostu uciec. Choćby pod most. Zacząć cokowliek
się uda zacząć. Wielu by mnie wyśmiało. Ale czuję się słaby.
Zmęczony moją niemocą. Brakiem zdecydowania. Wierzę i czuję, że nic
dobrego mnie nie czeka w życiu. Czasem szukam kogoś kto mógłby mi
choć trochę pomóc. Dać szansę i pozwolić uciec stąd. Od nich.
Pozwolić mieć własne ja i popełniać błędy i pozowlić mi za nie
odpowiadać. Bez obelg. Bez wyśmiewania i porównywania. Nie wiem co
mam zrobić. Coraz częściej chcę umrzeć. Ale coś mie nie pozwala.
Jaką drogą mam podążyć? Prosze o pomoc. O kilka słów.