sunshine1207
24.07.09, 11:33
Nieciekawa sytuacja, która tak naprawdę ciągnie się od bardzo dawna.
Teraz, kiedy spodziewamy się dziecka, jest coraz gorzej. Małe przerwy na poprawę i znowu to samo.
Awanturki mam od samego początku ciąży. Teraz jestem w połowie 8 m-ca, więc coraz bliżej do rozwiązania. Mam tylko nadzieję, że nerwy nie doprowadzą mnie ani dziecka do nieprzyjemnych konsekwencji. Mój mąż nie potrafi okazać żadnego zrozumienia, nie potrafi być opiekuńczy, troskliwy. O wszystko trzeba go prosić, a jak coś już zrobi to uważa się za bohatera
, że on przecież tak dużo robi, a ja wg niego mam cały czas wyłącznie pretensje. Nie uważa, żeby ciąża była dla mnie jakimkolwiek stanem ulgowy, gdzie ze względu na moje i dziecka zdrowie trzeba zejść mi z drogi, albo przytaknąć dla świętego spokoju. Awantury, szarpanie się, rzucanie przedmiotami, krzyki, wypominanie, wieczna krytyka, kłótnie o pieniądze .... tak jest przez cały czas. Każda taka sytuacja kończy się u mnie wylewaniem łez, smutkiem i wielkim żalem. Zawsze mówię do mojego maluszka, że to nie ma nic wspólnego z nim i że go bardzo kocham. Odnoszę wrażenie, że mój mąż kompletnie nie dorósł do tego.Czuję się nieszczęśliwa.Są dni kiedy jest lepiej, ale jest ich tak mało ... a ja czuję się osamotniona, opuszczona i kompletnie niezrozumiana. On nie myśli ani o tym jak ja się czuję, ani jak to wpływa na dziecko. Po prostu robi to co on uważa za stosowne czyli wet za wet, jak Ty mi tak, to ja tak Tobie. Na złość. I oczywiście ja wg niego przesadzam, jestem płaczliwa. Terapia rodzinna niewiele dała. Chodził tam chyba wyłącznie z przyzwoitości i dlatego, że ja za te spotkania płaciłam. Moja rodzina wie jak jest. Jego deklaracje zmiany są tak niestałe. Jednego dnia jest do racy przyłóż, kolejnego z małej rzeczy zrobi awanturę. A ja siedzę w tym wszystkim i z przerażeniem myślę co to będzie jak dziecko przyjdzie na świat. Na cud nie liczę. Ciężko mi z tym jak nie wiem co. I czasami chciałabym uciekać.
Nie raz o tym myślałam. Żeby się rozwieść i mieć to z głowy. Ale on zawsze obiecywał, że to się już więcej nie powtórzy... w gadaniu jest najlepszy
. Raz już go wyrzuciłam z domu, zabrałam klucze. Decyzja była dla mnie bardzo bolesna i gdyby nie mój Tato, chyba bym tego nie zniosła. Wrócił. Chwila poprawy i od nowa. Nie panuje nad wypowiadanymi słowami, nad reakcjami, nad swoimi emocjami. Nazywa mnie perfidną kiedy nie wynoszę po nim brudnych naczyń. I momentami już nie wiem kto tu jest bardziej skrzywiony. Wiem, że to co robię jest słuszne, a on mi próbuje wmówić, że to ze mną jest coś nie tak i może powinnam się pójść leczyć-sam chodzi do psychiatry i bierze leki. Chyba szuka pretekstu,żeby jakoś siebie usprawiedliwiać. Nigdy nie wezmę żadnych leków, ani się nie będę leczyła ,bo nie mam z czego. I nie dam sobie wmówić tego, że jestem chora na głowę!
Czuję się jak w martwym punkcie. Nie tak to sobie wyobrażałam. Próbuję radzić sobie sama, ale przyszedł chyba czas, kiedy po prostu potrzebuję pomocy.