scrivener
08.04.12, 18:45
Czy nie czas już żeby dokonać krytycznej oceny relacji oczekiwań w stosunku do procesu nauczania w polskiej szkole (tzn. oczekiwań w stosunku do nauczyciela) do środków, jakie system oddaje do dyspozycji nauczycielowi. W świetle ustaleń tego artykułu wydaje się, że stosunki w klasach (jak rozumiem, głównie w gimnazjum) stały się współczesną wersją liberum veto - proces nauczania zależy od tego, czy w klasie nie znajdzie się chociaż jeden uczeń któremu 'się nie podoba'. Nauczyciel, na którego spycha się odpowiedzialność za nauczenie tego ucznia i jego kolegów/koleżanek, pozbawia się jednocześnie, w myśl teorii szacunku dla praw człowieka uosobionych przez ucznia, jakichkolwiek środków przymusu oprócz pozasystemowych - jeśli nie podziała 'łagodna perswazja' oraz apele do sumienia lub poczucia odpowiedzialności (żywiołowy śmiech na sali), nauczyciel pozostawiony jest samemu sobie, żeglując między Scyllą kontroli wyników nauczania i wychowania a gniewem rodziców oraz agresją uczniów. Co musi się stać, żeby kontrolerzy systemu dostrzegli, że wytwarza on w dużej mierze fikcję 'promocyjną', promując do następnych szczebli nauczania uczniów nie przygotowanych, nie nauczonych i nie wychowanych. Prawdą jest, że ogląd utrudnia fałszowanie danych na wszystkich szczeblach kontrolnych poprzez wywieranie nacisku na tworzenie wyniku, który nie przyniesie szkody politykom, władzom oświatowym na danym terenie, odsunie perspektywę zamknięcia szkoły i w końcu, nie narazi nauczyciela na szykany i usunięcie z zawodu - wszyscy oszukują ale koszty psychiczne i fizyczne ponosi 'frontowy' nauczyciel (szczególnie nauczycielka) - czy musi się ktoś powiesić albo kogoś powiesić, żebyśmy zrozumieli gdzie zabrnęliśmy?
Może czas rozejrzeć się jak działają i jak skonstruowane są systemu krajów o podobnym stosunku do praw i szacunku dla człowieka. W niektórych, na przykład, istnieje instytucja 'pokoju korekcyjnego odosobnienia' (dawniej 'koza' albo 'karcer') gdzie wożny zamyka na czas trwania zajęć uczniów otwarcie i uporczywie kontestujących wzorzec zachowania wymagany w naszej cywilizacji - odizolowalibyśmy uczniów chcących się uczyć od tych, którzy z jakichś powodów do tego zmusić się nie mogą czy nie chcą (każdy może mieć powody i pochodzenie, ale obecnie koszty tego rozkładają się na bogu ducha winnych kolegów oraz nauczycieli), a jednocześnie alarmowalibyśmy rodziców, że nauczanie ich potomstwa nie postępuje do przodu (dając im szansę na jakąś interwencję). Dodatkowo, dla uczniów, których nic nie chce zmienić, można by pomyśleć o przeniesieniu (w ramach obowiązku szkolnego) do hufców pracy (np. przy istniejących już OHP), gdzie przysposobionoby ich do któregoś z mniej wyagających zawodów. Zdaję sobie sprawę, że miałoby to postać tak potępianego obecnie przymusu wywieranego przez społeczeństwo na jednostkę, ale czy bardziej sprawiedliwy jest ten obecnie panujący, gdzie żeby każdemu jednemu była wolność, godzimy się, że w pewnych przypadkach, wszystkim innym będzie niewola?