m.maska
28.10.10, 12:57
Nie tak dawno wyniknal na prywatnych laczach problem nazewnictwa.
Niby mowimy jednym jezykiem a jednak pewne normy obowiazujace najczesciej zawodowo ale i towarzysko obliguja NAS do uzywania takich a nie innych okreslen...co dopiero kiedy nastepuje zetkniecie dwoch roznych jezykow. W jednym dane slowo jest jak najbardziej przyjete w innym brzmi fatalnie, a nawet wrecz obrazliwie.
Przyklady?
no chyba najbardziej rozpowszechniony znak przestankowy w jezyku polskim "q..." oznacza w jezyku niemieckim po prostu krzywa, lub zakret...
KLIENT - w jez. polskim oznacza petenta, ktorego chcemy sie pozbyc...dla AL to obowiazujace nazewnictwo...dla mnie tez nie do przyjecia, nie mam do czynienia z KLIENTAMI...do mojego biura przychodzi MANDANT...
BAGAZ - po polsku powiedzenie: zaladuje bagaz do samochodu, calkiem normalne i oczywiste - w jez. niemieckim obrazliwe, nie odnosi sie do rzeczy a do osob...gdyby po niemiecku powiedziec "wiozlam caly ten bagaz" - kazdy Niemiec zrozumie, ze w samochodzie mialam kogos, kogo musialam gdzies dowiezc i byl to zbedny balast...
W Niemczech zwiniecie dloni w forme pokazania "figi" - jest ordynarna propozycja w kontaktach mesko-damskich - w Polsce oznacza zaledwie, "a wlasnie ze nie, wybij sobie to z glowy"...
Jak bardzo trzeba czasami uwazac wlasnie w takich drobnych malych gestach i slowach wie tylko ktos kto znalazl sie kiedys w tak niezrecznej sytuacji a i tak nie wiedzial wlasciwie na czym polegal jego blad.