28.01.13, 12:20

Opodal miasta, którego nazwy nawet najstarsi z żyjących już nie pamiętają, wznosiła się przed wiekami potężna skała. Przepastne turnie opadały stromo, tnąc profil nieba, tak że gdy kto tamtędy przejeżdżał, już z dali trwogą bywał zdjęty. Konie - choćby krwi szlachetnej - dęba stawały, jeźdźca z siodła strącając, tak że niejeden szwanku doznawszy miesiące długie kurować się musiał z bólem się własnym parając. Kupcy tedy skałę oną omijali z daleka, muły bowiem kopytami w ziemię się wrywszy, a na razy batów niebaczne, stały uparcie - jak skamieniałe. Lasy okoliczne pełne też były rzezimieszków, łupów łasych. Niejedna też białogłowa wdową zostawszy, dzieciątka- półsieroty do szlochem piersi wstrząsanej przyciskając, skale pięścią w kułak zaciśnioną wygrażała gniewnie, klątwy pode nosem młócąc.
U skały tej niedostępnej podnóża, rzeka swe wody toczyła - wirów pełna, głębi otchłanią odrażająca, tak, żeś śmiałka nie uświadczył, co by w toniach tejże kąpieli zażyć był z woli własnej a bez przymusu nijakiego, gotów.
Gdy mrok zapadał, z groty u szczytu skały śpiew cudny płynął. Głos, delikatny jak muślin, jak jedwab przeźroczysty i jak atłas miękki, płynął po brzuchach obłoków ku dolinie. Kiedy kto go posłyszał, jakoby duszy kołysanie odczuwał, albo anielskim piórem po plecach łechotanie, a słodycz go taka wonczas zdejmowała, jakby w sercu nie krew, ale miód sam płynął - czwórniak w dodatku. "Ach, gdyby mnie tak zaśpiewać chciała" - niejeden marzył. "Ach, gdyby to mnie jednego głosem tym rozcudnionym, do snu ukołysanym dane było" - kolejny wzdychał.
A nie do byle kogo głos ci ten należał. Na skały tej szczycie, śmiałkom niedostępnej, Loreal mieszkała. Piękna, że opowiedzieć nie zdołasz. Złote włosy nawet wiatr z nieśmiałością pieścił dotyku ich zaiste niegodzien. Słońce skórę jak śnieg białą omijało, dotyku tejże nieśmiałe.
Roślinki, jakimi się żywiła, już na samo ust koralowych dojrzenie, w zachwycie się rozpływały, toteż na pożywianie czasu nie trwoniąc, śpiew swó j- mężczyzn zniewalający, a ku szaleństwu niechybnemu wiodący takoż - z piersi kształtem niedościgłych toczyć mogła. Lekką ci była, jak puszek z podbrzusza kurczaczka i wielu potwierdzić mogło, że na tle nieba zachodniego, gdy resztki promieni gasnącego słońca za skałą się kryły, postać tę zwiewną widziało nade skałą uniesioną, ze stópką jako u gazeli kształtną (o czym zaświadczyć ci mogli, co je w mokasynki nieobute dostrzegli). Oczu barwy nikt jednak ocenić nie zdołał, gdyż pode rzęs firankami stale ukryte były. Wieść jeno się niesła, że barwy morza najczystszego były, z obwódką, jakby kto w nie kroplę koniaku najprzedniejszego nalał.
Dopiero gdy zmierzch zapadał, oczom się ludzkim w krasie pełnej ukazywała.
A nie byłoż mężczyzny, któren by się wdziękom i głosu brzmieniu cudownemu oprzeć zdołał.
Wielu też, gdy mrok zapadał, tratwy z sosen nadbrzeżnych zbijało, a rozsądku resztki, w cudu tegoż pożądaniu, na rzekę je spuściwszy, ku skale się zapuszczało.
Kiedy jeno głowy ku szczytom zadarli, a toń z oczu swych zatracili, w wiry bez dna wpadali, lubo w skały uderzywszy, głębinie okrutnej żywot swój powierzali, bez wieści przepadłszy.
Rankiem tratwy puste o brzegi tłukły, jakoby piekielnik jaki, z chuci kpiąc, ostrzeżenie dawał.
Aż razu pewnego, śmiałek się pewien znalazł, co pięknu nimfetki oprzeć się postanowił.
- Ja nie utonę! - nie raz i nie dwa zakrzyknął, okowity kielich kolejny wznosząc.
- Na skałę się oną wedrę, a cudo pochwycę, by żonę z niej swą uczynić. - dodawał.
By czasu nie trwonić tratwy nie zbija, ale rybakowi garść dukatów sypnąwszy ku skale się wieźć każe.
Ten świt na wyprawę zaleca. Tedy w świetle słońca zza skały wyglądającego ku nimfetce płyną. A rzeka szeroką ci była, rybak zaś - na los śmiałków poprzednich zważywszy, wolno wiosłem ode tafli się odbijał, by wiry i kamienie ominąć.
Młodzian głowę zadziera, dziewicy dojrzenia spragniony. Ta - jako zwykle nad skały nierównością się unosząc - mokasynki wdziała, by ode rosy porankiem załzawionej przeziębieniu nie ulec.
Kosy swe złote zgrzebełkiem rozczesywała, śpiewem rankiem rozcudnionym kusząc, a śmiechem swem wdzięcznym okolicę weseląc.
- Płyń, a żywo! - ponaglał młodzian, a gdy rybak prośby te, drżącym z podniety głosem wypowiadane, uszu mimo puszczał, niebezpieczeństwa niebaczny w fale się rzucił, ramion wymachem młócąc je cepami niczem, byle spotkania chwilę przybliżyć.
Żywioł w szpony go swoje pochwyciwszy, ku toni pociągnął - jak wielu przedtem, żywot odebrawszy.
A Loreal śmiała się i śmiała, aż mrok nocy kolejnej przed wzrokiem ludzkim na nowo ją ukrył.
Dnia następnego ojciec młodziana ku rzece idzie w syna oczekiwaniu próżnym. Na brzegu zaś piaszczystym ciało jego bez ducha już znalazłszy, zemstę poprzysięga, a rycerzy z kraju stron odległych zwoławszy na skałę wdarcie się nakazuje. A chwaty to nad chwaty były, w bojach zaprawione, co z niejedną już dziewicą boje wygrali, na dzidę nabiwszy skutecznie.
Na skałę tedy bez trudu się wdarłszy, nocy czekają. Gdy zmrok zapadł nimfetka przede nimi staje.
- Zaraz klątwę zdejmiemy, a ty ze skały ku rzeki odmętom pofruniesz, by na drobne się rozpaść kawałki.
Na moment śpiew ucichł - zdać by się mogło, że przerażenie ją zdjęło. Lecz za moment śmiech nowy w ciszę się wdziera wieczoru.
W rzece onej, co skały stopy omywa, ojciec mój mieszka. Ten skrzywdzić mnie nie da.
To rzekłszy sznur pereł, niczym jej zęby prześlicznych, z szyi zdjąwszy, w tonie kipiące go rzuca.
- Perły, perełki wy moje, do ojca mego płyńcie, a prędko! Wieść o niebezpieczeństwie mu nieście. Niech swe pieniste rumaki z odsieczą tu śle, by mnie ode wrogów z dzidami sterczącymi skutecznie uwolniły.
Na słowa te, głosem perlistym choć jak katarynka szybkim wypowiedziane, woda się w rzece zburzyła, zagotowała, zahuczała, a kształt dwóch koni, jako dziecięlina białych przybrawszy, przez szczyt się skały przelała Loreal unosząc.
I nigdy już więcej ze szczytu skały nie zaśpiewała. I nikt już jej śmiechu nie posłyszał.
Kupcy drogą prastarą dążyć poczęli. Wierzchowce już dęba nie stawały więcej, trwogi nie pomnąc.
A Loreal wreszcie przestała żyć w samotności. Bo ta zaiste, powiadam Wam, bywa tragiczna.
Powiadają też, że rycerze z bliska jej postać widząc, dzidy opuścić gotowi byli, a życie jej szczęśliwie darować. Ale to pewnie zawistników jeno potwarze.

Obserwuj wątek
    • sorel.lina Re: L'oreal 28.01.13, 13:38
      smilesmilesmile

      ROZMOWA W LESIE

      Już późno tak, i wieje wiatr,
      A ty gnasz sama przez ten las?
      To wielki las i zbłądzi koń,
      Dzieweczko miła! Spieszmy w dom!

      "Jest wiarołomny każdy mąż,
      Me serce biedne krwawi wciąż,
      Podstępnie zwodzi rogu głos,
      Uciekaj! Nie wiesz, czym mój los."

      Jak zdobny koń, jak świetny strój,
      Czarownym zwidem obraz twój,
      Poznałem - Boże, siłę daj!
      Tyś czarownica Lorelei.

      "Poznałeś mnie - z wyżyny hen
      Mój zamek patrzy w cichy Ren.
      Już późno tak, i wieje wiatr,
      I nie wypuści cię ten las!"
      /Joseph von Eichendorff/




        • sorel.lina Re: L'oreal 28.01.13, 16:19
          Ach, te obsesje! smile

          Lorelei
          Sam nie wiem, co mnie tak gnębi,
          Czemu mi smutno dziś.
          Wspomnieniem dawnej legendy
          Natrętna powraca myśl.

          Coraz to ciemniej i chłodniej,
          Spokojny płynie Ren -
          Szczytom ostatnie śle ognie
          Dogasający dzień.

          Dziewica cudna - wysoko
          Na skalny wyszła głaz,
          Płonie klejnotów jej złoto,
          Lśni złotych włosów blask.

          Czesze je złotym grzebieniem
          I w tęskny zawodzi ton:
          Bije melodia nad Renem
          Jak czarodziejski dzwon.

          Żeglarza, co łódką sunie,
          Zniewolił dziki jej żal:
          Już patrzy do góry, ku niej -
          Oddany na łaskę fal.

          Żeglarzu - twa łódka w końcu
          Pryśnie o głazu skraj:
          Swą pieśnią urzekającą
          Zabija Lorelei...


          /Heinrich Heine, przeł. Stefan Zrębski/
          • wscieklyuklad Re: L'oreal 28.01.13, 20:27
            Heine, cóż Heine jest? Kociak mały!


            Lo-real (wprawka - a gdyby kto na dojczland przetłumaczyc zapragnął - nie bronię a kopytrajda udzielam)

            Na koniku cisawym,
            z jednym okiem kaprawym,
            śmiało wprzódy rycerz pomyka.
            Z ciała sterczą mu guzy,
            z nosa sączą się śluzy,
            z pożądania dryga mu grdyka.
            Cóż tak jezdźca podnieca,
            czy uroda kobieca,
            czy też chucie nieposkromione?
            Pancerz chrzęści, boć rdzawy,
            rycerz spragniony sławy,
            chciałby Lo-real mieć za żonę.
            Iskry sypią kopyta
            on o drogę wciąż pyta,
            więc mu palcem wskazują skały.
            Dłonią gluty obciera,
            żądza tak go rozpiera,
            że zdobywać świat gotów cały.
            Za nic wszystkie przeszkody,
            pragnie jednej nagrody,
            za wysiłki godne herosów.
            Ciała chce, co urocze,
            spina konia na zbocze,
            już niebaczny na dopust losu.
            Głowę w górę zadziera,
            gdzie się słońce przedziera,
            postać zwiewną oblókłszy w cienie .
            Wnet ją chwyci w ramiona,
            takiej jeszcze w tych stronach
            toż to skarb jest w najwyższej cenie.
            Włos złociście rozwiany,
            zaraz porwie ją w tany,
            aż zamruczy, jak wierne kocię.
            Mija lipy, kaktusy,
            wierzby, eukaliptusy,
            a kopyta śmigają w locie.
            Skacze hen przez kotliny,
            nie ma w tym żadnej winy,
            że miłością płonie żarliwą.
            "Jakież piękne ma łydki,
            no i głosik niebrzydki,
            oby tylko była cnotliwą!".
            Ta powieki spuściła,
            wzrok w przestrzeni utkwiła,
            niczym Eos na lustrze nieba
            a jej usty korale
            w wiecznym dzierżą go szale
            nic do szczęścia więcej nie trzeba.
            "Cóż to za doskonałość"
            myśli, czując swą małość,
            rozdeptując w kłusie ślimaki.
            Od dni kilku nie jadał
            jeno o niej wciąż gadał
            marsza tedy grają mu flaki.
            "Z tyłu niczym Madonna,
            z podniecenia wnet skona,
            dłonią wodze mocno napina,
            talia niczym u klaczy,
            zaraz piękno obaczy,
            to zaiste cud jest dziewczyna.
            Ta gdy hałas usłyszy
            z przerażenia zadyszy,
            usta prędce składa w podkówkę,
            oczy jej iskry snują,
            wnet rycerza zatrują,
            jeno nieco przechyli główkę.
            Oto jest w pełnej krasie,
            otrząsł się...po niewczasie,
            gdyż natura prawdy ni kryje.
            Z tyłu było liceum,
            ale z przodu muzeum.
            Zwiał czym prędzej. Sam odtąd żyje.
              • hardy1 Re: L'oreal 29.01.13, 21:40
                Świetne! big_grin Nie znałem tego tekstu kabaretu OTTO big_grin Mentalność, mentalnośćsmile
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka