wscieklyuklad Re: cont. A miało być 24.05.14, 12:53 Nie tylko z nazwy, ale i z położenia, bo w centrum miasta, znajduje się Melbourne Visitor Centre, gdzie można wybrać jakieś spośród setek propozycji turystycznych (takie ichniejsze biuro turystyczne, gdzie można od razu wykupić bilet). Poza tym budynkiem wznosi się rodzaj Hajd(hejt?)parku, gdzie z mównicy można wykrzyczeć/wygłosić/wyczytać/ żale jakie australisjki obywatel zgłasza wobec adresata dowolnego - od władz lokalnych, po państwowe. Minąwszy główny budynek dworca kolejki miejsko-podmiejskiej (składy poruszają się także dyskretnie cicho) stanąłem oko w oko z grupką protestujących. Ubrani w koszulki z napisem I (serduszko) ABC, rozłożyli na stoliczku przy przejściu pod Centre kartki, na których podzielający ich protest mieli się podpisywać - żale na całym świecie wyglądają podobnie. Naturalnie, iż jako przechodzień zostałem zaproszony do stolika, spoza którego mych uszu dobiegła wystrzeliwana z szybkością karabinu maszynowego informacja (pojąłem dokładnie "ejbisi" - co do reszty - niekumaty, niepisaty, się nie wypowiadam). Przyjąłem dramatycznie zmartwioną i pełną współczucia minę, po czym wypowiedziawszy: "jesajhevynt" sięgnąłem po długopis i złożyłem podpis popierający walkę o "niewiadomomico". Tym bardziej, iż nikt przy tej okazji nie prosił ani o dowód tożsamości, ani PESEL, ani NIP, ani też eWUŚ, zeznanie podatkowe, adres, czy bodaj datę urodzenia, zawód, imię matki, ojca, rodzeństwa oraz (co najważniejsze) czy i za co karany. Spełniwszy w ten sposób internacjonalistyczny obowiązek bratania się z protestującymi przeciw sprawie dowolnej - choćby błahej - udałem się na stronę przeciwną ulicy, gdzie pod stosownymi do okazji transparentami spora grupka manifestantów wysłuchiwała jakiejś deklaracji wygłaszanej z wysokości półbalkonia. Policja dyskretnie przechadzała się między nimi, z zupełnie pacyfistycznym nastawieniem - mimo usilnych chęci nie doszukałem się ani gumowych pał, ani tarcz, ani hełmów z przyłbicą z pleksi, ani broni z nabojami gumowoostrymi. Postałem minut parę, poklaskałem, kilka razy krzyknąłem (gdy tłum krzyczał) JESAJHEVNT! lub NOAJHEV!, gdy nagle podeszli do mnie dwaj cywile, z jakąś propozycją. Palcami wskazującymi obu dłoni wycelowałem we własne małżowiny uszne przecząco kręcąc głową i dając tym samm stanowczo do zrozumienia, że albo nie dosłyszę, albo wręcz jestem głuchoniemy. Panowie spojrzeli po sobie, dobyli aparat fotograficzny i wskazując na migawkę powtarzali "tejkefoto". coś z grubsza pojąłem, ale - na odczepne - wycedziłem tradycyjne "jesajhevnt" oraz (na wszelki wypadek) "sękju". To ostatnie okazało się prawie że gwoździem do trumny, jako, iż poklepując po plecach zaproszono mnie (prowadząc poufale pod rękę) do budynku Melbourne Center, gdzie z jakąś zapewne aktywistką uwieczniono na słitfoci. Prawdopodobnie powodem zaproszenia był fakt, iż w gronie słuchaczy byłem ubrany najbardziej elegancko. W dniu wyjazdu focia ta pojawiła się w witrynie Melbourne Center. Tym samym spełniłem swój internacjonalistyczny antypodański obowiązek. "Od słitfoci się nie spocisz" - to hasło przyświecało mi do wspomnianego już widjo z moją podobizną nakręconego w ramach kongresowego poradnika. PS. Po głębszym przemyśleniu w trakcie pisania - obecnie uważam, że to nie ubiór ani osobisty urok tylko fakt, iż po angielsku "animeanibeanikukuryku" zachęcił do uwiecznienia mnie na słitfoci. Wiedzieli, że nie upomnę się o kasiorę za wykorzystanie mojego wizerunku do walki o cośtamcośtam. Odpowiedz Link
k.karen Re: cont. A miało być 24.05.14, 13:06 Megasłitfocia fantastyczna! Tylko dlaczego jesteś na niej taki zdziwiony? Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 24.05.14, 14:37 Zdziwiony dlaczegom jest, Karen? Po pierwsze primo: byłem niezmiernie zaskoczony, że z grupy gapiów (niech będzie - manifestantów) wyłowiono akurat mnie. Ja rozumiem, - marynarka, sweterek-bezrękawnik pod marynarką, staranne uczesanie, rysy twarzy, ale żeby aż tak? Po drugie primo: vis a vis na umieszczono lustereczko (powiedz przecie) - natychmiast dostrzegłem lekki wytrzeszcz oczu działaczki. Ta zwróciła się do mnie zresztą parokrotnie używając określenia "ajsajsajs!" Podjąłem przypuszczenie połowicznie radosne (a to ze względu na panującą na zewnątrz temperaturę - ok. 7 st.) że po wszystkim poczęstują mnie lodami (i to co najmniej potrójną porcją ze względu na to "ajsajsajs!"), ale kiedy "modelka" wytrzeszczyła oczęta wskazując paluchem wskazującym na nie, pojąłem wreszcie, że chodzi nie o lody, ale o gały. Więc zgodnie ze stanowczą sugestią - wytrzeszczyłem ślepia. Chciałem nawet zazezować nieco, ale to już byłaby chyba przesada, więc poprzestałem na dyskretnym wytrzeszczu. I wreszcie po trzecie primo: wyobraź sobie mój psychiczny dyskomfort - animeanibeanikukuryku w języku lokalnym, a tu przychodzi ci obcować z tuziemcami. Jeśli tego nie przeżyjesz na własnej skórze, to nie pojmiesz jakie obawy opadają, gdy na każdą kierowaną do ciebie wypowiedź odpowiadasz "jesajhevynt" albo "nołajhev" uśmiechając się od ucha do ucha dla nadrobienia miną. Odpowiedz Link
witekjs Re: cont. A miało być 24.05.14, 17:37 Dzień Dobry WU Na szczęście miałeś, na każdą niespodziewaną, trudną sytuacje przygotowane dwie, werysofistykejtowe odpowiedzi: "jesajhevynt" albo "nołajhev". Podziwiam Cię , że dałeś sobie radę z tak trudnymi sytuacjami, nawet za takdaleką zagranicą. Bywałem na wielu zjazdach zawodowych, ale nigdy za granicą. Do tej pory nie pisałeś o istotnej części zjazdów, swoich spotkaniach z kobietami. Ta z wytrzeszczem, jak przypuszczam to ta pierwsza. Pozdrawiam. Witek }:-})= Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 24.05.14, 20:10 Na Twój post Witku mogę jedynie odpowiedzieć: jesajhevynt! co mam nadzieję spełnia kryteria werysofistykejtowości. Co do kobiet, to naturalnie przyjdzie i na nie pora - choć w aspekcie międzynarodowego terroryzmu (sic!!!). Zesłitfociowana działaczka ruchu "pro ABC" była faktycznie jedną z pierwszych, lecz nie pierwszą przedstawicielką płci odmiennej, jaką dane mi było spotkać w Jawstralii. Pierwszą była mianowicie ubrana na modłę wojskową "wlepiaczka wiz". Powitałem ją naturalnym uśmiechem oraz zwrotem "gudmorning" gdyż przybyliśmy do Jawstralii wprawdzie o 23.30, ale u nas było 8 godzin wstecz, więc nie musiałem na tę okazję uczyć się, a tym samym nadwerężać pamięci, gdy chodzi o porę dnia w zwrotch anglojęzycznych. Pozostałych napotkanych tubylców albo wcale nie witałem (by nie prowokować słownej zaczepki), albo mijałem z głośnym "helloł!", przyspieszajac kroku, niby że nie mam czasu na gadki i ciesząc się, gdy moje "helloł!" zderzało się z "helloł" mijanych już z oddali. Fakt - zesłitfocienie z działaczką miało miejsce ok. godz. 9.00 czasu lokalnego (nasza 1.00!), co być może tłumaczy (obok już przedstawionych powodów) wytrzeszcz mych wielce zaspanych oczu. Pozostała część wycieczki odsypiała podróż i zmianę czasu. DOświadczenia nabyte w trakcie poranno-nocnego spacerku po mieście pozwoliły mi służyć - w dalszym ciągu - pobytu za przewodnika. Kolejną (po lotniskowej) reprezentantką płci pięknej była pani recepcjonistka. Wspomnienie ze spotkania tegoż nie pozostawiło niestety w mej pamięci wrażeń pozytywnych. Powodem tego była dyspozycja z ust tejże, tycząca wniesienia kaucji w wysokości 50 dolców na wypadek "hotelowych dysturbacji". Kontakt ten wywołał reakcję z pogranicza wstrząsu atopowego, gdyż taką właśnie sumę pożyczyłem w Oyczyźnie i powiozłem ze sobą na wypadek, gdybym musiał jednak kupić sobie coś do żarcia lub napitku (czyli gdyby organizator-WHF, opiekun - pan konsul, oraz Polonia australijska skrewili, albo wsadzili sobie do kieszeni australijskiego tajpana). Podsumowując - wpadłem w panikę z pogranicza histerii. Wykrzykiwałem "noajhev!", ale poza zdziwieniem w - podobnie wytrzeszczonych jak na słitfoci gałach - nie uzyskałem żadnej reakcji. Kaucja była warunkiem otrzymania elektronicznego klucza. Próbowałem się targować jak w czasach, gdy Aborygenom proponowano kolorolowe koraliki, perkal itd. itp. Z bagażu podręcznego wyjąłem więc odznakę Solidarności (z dawnych czasów), próbując wręczyć jako zastaw ze zwrotem: jesjuhevynt". Recepcjonistka otaksowała bezcennej wartości pamiątkę wzrokiem obojętnym, dając do zrozumienia, że z jednej strony obce są jej panświatowe dokonania w walce o demokrację, a z drugiej strony, iż nie zmięknie jeśli wadium nie wniosę. Gdybym znał choć parę słów w ichniejszej gwarze, to zapewniłbym recepcjonistkę, że nie wypiję ani wody mineralnej (6 $ sztuka a 500 ml), ani wina jawstralijskiego (185 ml - 7$ sztuka), ani piwa Heineken (330ml - 7$ sztuka), a także nie podwędzę otwieracza do butelek (6$) choć prawdę mówiąc tej ostatniej deklaracji mogłem nie dotrzymac, gdyż otwieracz był wieloczynnościowy. Jednak wobec szczupłości zwrotów, jakimi dysponowałem, zaproponowałem wełniany podgłówek wygięty w formie podkówki (nieprzydatny, jak już wspomniałem, w samolocie) - bez efektu. Butelka polskiej Cisowianki też została wzgardzona. Po paluszkach "Lajkonik" ledwie prześlizgnęła się wzrokiem. Nawet pieczywem "Wasa" z SIEDMIU ZBÓŻ! - wzgardziła. Trudno, trzeba było wysupłać te pięć dych zostając z powietrzem w kieszeni, a z rozpaczą w sercu. Szczęśliwie zjazd miał tematykę kardiologiczną, wiec tym chętniej udałem się na sesję poświęconą postępowaniu w ostrych zespołach wieńcowych, by ugruntować wiedzę na wypadek komplikacji. O australijskiej Sużbie Zdrowia ( jak mawia Pan Prezes J. Kaczyński) jeszcze będę miał okazję się wypowiedzieć w dalszej części wspomnień - Bogu dzięki, że mimo tak dotkliwego stresu nic mi się nie niedokrwiło. O innych kontaktach z kobietami - już jutro. Tymczasem - by podsumować tematykę hotelową - słitfocia Hotelu przy Collins Street - zobaczcie, jak wąska jest uliczka - parkowanie wykluczone! Odpowiedz Link
k.karen Re: cont. A miało być 24.05.14, 21:32 Po paluszkach "Lajkonik" ledwie prześlizgnęła się wzrokiem. Nawet pieczywem "Wasa" z SIEDMIU ZBÓŻ! - wzgardziła. Rozumiem, że wzgardziła odznaką Solidarności - musiała! - żadnej solidarności jeśli chodzi o kaucję! Ale, że wzgardziła paluszkami "Lajkonik"?! No, nie! To szczyt! Odpowiedz Link
1zorro-bis Re: cont. A miało być 25.05.14, 07:44 WU.....jesdo jset pewne: Twoje przygody australijskie sa DOKLADNIE czytane i komentowane przez niezindentyfikowane obiekty forumowe...... Czyli przez.....NOF. ble, ble, ble.....pic mi sie chce! Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 25.05.14, 09:52 Pierwsza z powyższych słitfoci to naturalnie neon do "Hotelu szubrawców". Podświetlony na zielono - różowego koloru z przyczyn oczywistych uniknięto - pobyt tam nie ma nic wspólnego z widzeniem świata w takim kolorze - zwłaszcza wobec wyłudzenia kaucji już na wejściu. Słitfocia numer seknd: hotelowe łóżko a raczej tapczanik. Materac od samej podłogi, uginał się słodko w trakcie sjesty. W tle fotelik z przewieszonym sweterkiem oraz krawacikiem - ten ostatni zawsze gotów do użytku, gdybym chciał się obwiesić z powodu trwałego zawłaszczenia kaucji za pobyt, lub innego, acz równie ważnego powodu. Trzecia słitfocia: stolik przyścienny z włączoną lampką nocną oraz włączonym telewizorem z napisem "only audio". Ponieważ i tak niczego nie pojmowałem w ichniejszym slangu, nastawiłem TV na "jazz" i w ramach relaksu słuchałem se saksofonu albo innej trąbki. Pod lampką nocną rozłożony "Plan działania" (ściśle tajny) związany z pacyfikacją melbernskiego ABC oraz ewentualną pacyfikacją recepcji gdyby nie chciała oddać jakiejś kwoty (od początku pobytu brakowało otwieracza - jak wygląda zorientowałem się w innym pokoju -stąd wcześniejszy opis uprawniający ewentualne zwędzenie tegoż) . Obok plecaczek szahidów jednak tu w znaczeniu "świadek" nie zaś "męczennik", choć jak głębiej się zastanowić, to łączyłem w sobie obie cechy szahidzkie: pobywając w hotelu byłem oto świadkiem własnego męczeństwa. Nie zesłitfociłem następujących elementów wyposażenia: drugiego tapczanika (wynajęto mi pokój dwuosobowy bynajmniej nie ze względu na gabaryty, ale pragnienie zachowania prywatności), szafki w przedpokoju z kuchenką mikrofalową, czajnikiem bezprzewodowym (znakomite przy odgrzewaniu makaroniku, o jakim pisałem uprzednio), dwiema filiżankami do kawy oraz zestawem dziennym w postaci: cztery Nesscaffe w wąziutkim opakowaniu (jednorazówka), cztery Brytyszbrekfestti w opakowaniu koloru czerwonego, woda niegazowana a 500 ml, kilka porcji cukru palonego oraz dwie łyżeczki do mieszania (zapewne w sumieniu bezlitosnej recepcjonistki), no i naturalnie tułalety z czterema ręczniczkami, suszarką ręczną oraz... deską do prasowania i żelazkiem (powoli zaczynam rozumieć za co ta kaucja - złodziej mógłby coś podwędzić, udać się następnie dyskretnie nad morskie wybrzeże a następnie przepłynąć z tym wszystkim wpław na Tasmanię narażając hotel na niebywałe i - w przypadku nie pobrania kaucji- niepowetowane straty). Opuszczenie hotelu "poza recepcją" było jak najbardziej możliwe a to następująco: winda kursowała między 5 piętrem a podziemiem, gdzie znajdowała się restauracja hotelowa z szwedzkobarnym śniadaniem. Wyjście schodami w kierunku parteru wiodło wprost w drzwi otwieranych czujnikiem ruchu. Zatem jeśli ktoś rozpędził się na ostatnich kilku stopniach (stąd zabrałem niewielką podróżną walizeczkę), to uzyskując szybkie otwarcie drzwi można było wybiec z hotelu bez zbędnego "gudmorning" a tym bardziej "nołajhev". Po głebszej analizie tego czym się podzieliłem z Czytelnikiem i uspokojony, że jednak mnie nie chciano naciągnąć udam się z Sorelliną na wybory europarlamentarne. Ciąg dalszy już po powrocie. Wkleję jednak kilka słitfoci - do przemyśleń. Kolejny odcinek będzie bowiem nosił podtytuł: czego nie kupować w Jawstralii. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 25.05.14, 10:17 Jeszcze nim wyjdę. Po pierwsze primo: z tym plecaczkiem szahidów to nie całkiem tak było, jak zawarłem wyżej. Plecaczek był przepełniony moim gniewem gotowym do wybuchu w każdej chwili, gdyby trzeba było. Gniew to ma do siebie, że nie uruchamia wykrywaczy metalu. Zdetonować go więc można w miejscu i chwili stosownych. A ponieważ dziś jest dzień wolny i pewnie niejeden z Was wybiera się na zakupy, podzielę się cenną radą dla tych, którzy wybierają się (zachęceni np. moją opowieścią) na Antypody. Jeśli będziecie w "elektrycznym", koniecznie kupcie uniwersalną wtyczkę, bo inaczej zostaniecie bez komóry/laptopa/tabletu. Kontakty jawstralijskie mają układ "dziurek" przypominający twarz zmartwionego hotelowicza - dwa górne są skośne , dolny poprzeczny. Próbowałem ustalić zbieżność między inną szerokością torów kolejowych w zaprzyjaźnionej nam Rosji a podobnie różnym rozmieszczeniem "wtyków" w kontaktach zaprzyjaźnionej nam Jawstralii. Wyszło mi, że układ ten wynika nie z zasad Bezpieczeństwa Narodowego lecz ogromnej liczby przebywających na Antypodach Azjatów. Pomysłodawca kontakto/wtyczek chciał pewnie umilić "skośnookim" pobyt w kraju. Jak se spojrzą na kontakt, to jakby ziomka widzieli. Prawda, że miłe? Choć osobiście nie miałbym nic przeciw układowi poziomemu otworków. W recepcji dysponują ograniczoną liczbą "uzdatniaczy". Te ostatnie są całkowicie bezpłatne dla wypożyczającego. Widocznie w ten sposób chcą zamulić nietakt kaucjonowania. Podwędzanie wtyczek adaptacyjnych jest przecież zbędne, skoro mogą służyć jedynie dla udokumentowania pobytu za ołszynami nie zaś do użytku w kraju rodzimym. Odpowiedz Link
hardy1 Re: cont. A miało być 25.05.14, 10:51 Wściekły, co do "adapterów do gniazdek elektrycznych" - przypuszczam, że wyjaśnienie jest dużo bardzie prozaiczne, a zarazem gościnnie-turystyczne. Chodzi o zadzierzganie, chociażby krótkotrwałych, więzi porozumienia między turystami zagramanicznymi a Awstralijczykami z obsługi hotelowej Odpowiedz Link
hardy1 Re: cont. A miało być 25.05.14, 11:27 Jacy ci Awstralijczycy praktyczni i oszczędni... do zakupu obuwia można dokupić od razu szydła, śrubokręty, kombinerki, szczypce... pewnie do naprawy tegoż obuwia we własnym zakresie. Gdzieś na bezdrożach i bezludziach w centrum Awstralii jak znalazł... Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 25.05.14, 13:06 Oczywiście, żaden przedstawiciel Polactwa-szubractwa nie udaje się na wojaże zarubieżne bez nadziei, że wyjazd się zwróci w taki, czy inny sposób. W moim przypadku założenie było innej natury: obłowić się dodatkowo (gdyż wyjazd był za friko). Przewodniki - nawet w języku polskim - nie były w tym względzie pomocne. Jak już też wspomniałem na wstępie - nie było szansy wwiezienia czegoś nadającego się na handel za twardą walutę (dolar jawstralijski=o.93 dolca naszego ukochanego dobroczyńcy z zachodu). Wprawdzie gdybym wiedział o możliwości wniesienia na pokład emiracki bagażu podręcznego dowolnych gabarytów, kupiłbym motorynkę lub nawet motocykl i wepchnął jakoś pod siedzenie lotnicze - cena motocykla zaczyna się od 3500 dolców (czyli 1000 kremówek!) lub ok. 10 tys. polskich złociszów! Gdybym zatem zwędził jakąś nówkę na przyszopenowskim postoju, byłbym na plusie (naturalnie pod warunkiem uniknięcia pościgu właściciela) Nie mogłem też przewidzieć, że żaden imigrantowpuszczacz nie przetrząsa walizeczki, z jaką podróżowałem - można było na ten przykład wwieźć kilkanaście butelek "Żywca" ( na samym dnie lodówki w jednym z melbernskich marketów z niebywałą radością dostrzegłem kilka butelek tego ożywiacza umysłu) - zrezygnowałem jednak z ożywiania sztucznego, gdyż z jednej strony pobudzała mnie wystarczająco myśl o kaucji, jaką mi zastawiono czyniąc spustoszenie emocjonalne oraz oddalając wszelkie sztuczności i dopalacze, z drugiej zaś powalała cena - w przeliczeniu na flaszkę - 4 x drożej niż u nas. 7 złotych zysku na flaszce to wprawdzie żaden szał, ale do walizeczki upchnąć by można co najmniej 40 butelczyn, co dałoby kwotę zysku 280 złotych. Na nowe buty by pewnie starczyło. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 25.05.14, 13:09 Sprzedać z zyskiem można więc prawie wszystko, ale nie wszystko nadaje się do przewiezienia na taką odległość. Zatem, może kupić by co w Jawstralii i sprzedać na bałuckim bazarze? Wzrok mój (jako przechodnia nieprzypadkowego) przyciągnęła witryna ze wspomnianym już potencjalnym nabytkiem - obuwiem czyli. Tam, na nieco nadwątlonych czasem cegiełkach, poustawiano obuwie jak najbardziej eleganckie i spod szewskiej dratwy. Jak widać na zamieszczonych słitfociach - pomiędzy buciskami na każdą prawie porę roku, poustawiano coś, co na pierwszy rzut oka mało kojarzy się z obuwiem, a nawet z szewstwem jako takim. Od miarek budowlanych, po wszelkiej maści narzędzia ślusarsko-stolarsko-hydrauliczne. Kie licho? - se pomyślałem. Nie wygląda na to, żeby którykolwiek z tych przedmiotów miał służyć do autonaprawy obuwia w warunkach środkowojawstralijskiego buszu/pustkowia gdzie o szewca trudno raczej, a od jakości buta może zależeć życie, zwłaszcza gdy się na tajpanka takiego nadepnie, albo tasmańskiego diabła przyczajonego w krzaczorach na naszą stópkę. Opadło mnie wahanie zmieszane z ciekawością. No, bo chciałoby się poznać kulisy takiej wystawowej scenografii z jednej strony, a z drugiej uniknąć blamażu z tytułu nieznajomości miejscowej gwary. Zachodzę jednak po chwili do wnętrza. I nagle OLŚNIENIE! Raszpla to nie pilnik stolarski do gładzenia byle jakiej dechy, ale PILNICZEK DO PAZNOKCI lub zrogowaciałego naskórka wielce w buszu przydatny i to nie tylko dziko żyjącym Aborygenom. Kombinerki zapewne służą do obcinania paznokci tychże, lub nawet całego palucha, gdyby ten w warunkach aseptycznego wyłażenia przez dziurę w podeszwie uległ gangrenizacji bez uprzedniego zmurszenia i samoodpadnięcia. Klucz francuski nie służy do odkręcania hydraulicznych złączek, lecz od nastawiania złamanych kości! Per analogiam - śrubokręt musi być pomocny przy dziurawieniu czyraczków, czy inszych skrofułów. Innymi słowy - nie mamy tu do czynienia z ciekawą artystyczną koncepcją, lecz z praktyką w najczystszym wydaniu! To przemyślenie pozwoliło mi nabrać właściwego respektu do tutejszego rynku zbytu. Niestety ze względu na językową niekumatość, nie ustaliłem, czy narzędzia są sprzedawane łącznie, a jeśli tak, to czy nie są aby gratisem do obuwia? Chciałem nawet zakupić parę, ale wówczas stanęły mi przed oczyma ( na zasadzie retrospekcji) witryny "Chełmka" i "Baty". Tam nawet nikt nie sugeruje nabywcy, że w jego obuwiu może go spotkać coś złego. No tak - najwidoczniej Pustynia Błędowska nie jest miejscem, w którym trzeba korzystać z raszpli, czy klucza francuskiego. Podbudowany zaszedłem do sklepu z pamiątkami. Miśki koala w szerokim asortymencie - solo i w parze z "maluchem" - podobnie kangurki, dziobaczki i strusie. Takie same na Bazarze Królowej Wiktorii (wyłącznie azjatycka obsługa) można sobie kupić za 1/2 ceny (a jeśli hurtowo - pod którym to pojęciem rozumiemy od 3 sztuk wzwyż) to nawet za 1/3 ceny na sztukę. Odpowiedz Link
hardy1 Re: cont. A miało być 25.05.14, 19:09 Ile kupiłeś, WU? Znaczy tych misiów koala... Jeden, dwa czy trzy? Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 26.05.14, 22:00 Misie koala kupowałem hurtowo - różnej wielkości. Dużo przyjaciół=ducka prezentów. Misie koala przypięte do patyczka (w liczbie 8), misie małe i średnie - w hurcie tanie jak barszcz. Bumerangi, trombity - wszystko "mejdinczajna". Tylko misie koala są mejdowane w Jawstralii. Spieszę jednak z kolejną sugestią odnośnie przelotu Erbusami jemirackimi oraz światowymi kaucjami hotelowymi. Odnośnie lotu: trzeba rozwiązać dylemat z pogranicza kwadratury koła. Jeśli w weekend zamierzacie lecieć z Dubaju do Warszawy, to do biletowej odprawy zgłoście się jak najpóźniej. Sprzedają tyle "ekonomików", że nie starcza dla wszystkich miejsc "na tyłach". Ale Jemiraty to Jemiraty. W głębokich ukłonach i z wyrazami ubolewania, proponują buzines class bliżej dzióbka. Wygodniej, bo szerzej i bardziej mięciutko. Można se poszpanować po wszystkim. Minussssy (bardzo wedle mnie istotne) - nie ma karteczki z prośbą, by stewardesa obudziła w przypadku serwowanego posiłku. Karmią głównie "ekonomik" toteż można przespać jakieś/jakąś porcyjkę kurczaczka. Trunki podają... polane do kieliszków. Na wstępie szampan (dla plebsu z ekonomika to dodatkowy wydatek 15 dolców). Innymi słowy - w buzi-nessie nie ma szansy na wyszynk miary ekonomiczno-plebejskiej. Co do drugiego problemu: jeśli wybieracie się do Szanghaju, to koszt kaucji w 5* hotelu to... 500 zł. W pięciogwiazdkowym hotelu! Ale nie łamcie się na zapas - w Dubaju kaucji nie biorą. Nawet od Polaczków-szubrawców! Nawet w hotelu 3* nie biorą. Hotel wygodny i klima też super. Jedyny mankament to... podarta pościel. Ale przecież darowanemu koniowi (czy hotelowi) nikt w gębę zaglądać nie jest chętny. Zwłaszcza gdy przez okno może se popatrzyć na hotel-żagiel 7*. Ale o tym na deser czyli w bliżej nieokreślonej przyszłości. Odpowiedz Link
hardy1 Re: cont. A miało być 27.05.14, 18:44 Aż się skrzywiłem. Nawet tam są krzywe... Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 27.05.14, 18:45 Kolejna ciekawa melbernska wystawa. Kościotrup w futrze! Śnieg spadł wprawdzie w tym mieście sporo lat temu, ale mróz może przyjść w najmniej oczekiwanym momencie i to tak dotkliwy, że jeśli nie wdziejesz stosownego odzienia - czeka cię to samo, co modela zza szyby. U stóp szkieleciku kilkanaście małych czaszek - pewnie ku przypomnieniu, że dzieciaczki też mają swoje prawa i trzeba im kupić jakieś "norki". WIęcej ciekawych wystaw nie dostrzegłem, choć cały wolny czas poświecałem na łażenie od sklepu, do sklepu. Na głównej ulicy jest jedynie salon motocyklowy (wspominałem już o możliwości opylenia przewiezionego z polski motorowerku) , sklep z bucikami, które już wklejone, sklep z koalami i innymi przytulankami (wklejone) i sklep z asortymentem fotograficznym (nie wklejony, choć ceny niższe niż w Oyczyźnie). Pozostałą kubaturę zajmują różnego rodzaju kafejki - od typowych restauracji, przez lodziarnie (dla koneserek), po kebabownie, cukiernie i sklepy z alkoholami (nie wklejam, żeby nie ciekła Wam ślinka). Kolejna słitfocia prezentuje kafejkę z boku Muzeum of Art. Gdybym był nieco wyższy, dopisałbym: "zatrudnię". A tak, pozostało tylko uwiecznić na słitfoci. Tyle o witrynach i neonach. Kolejne posty będą już bardziej wysmakowane (o ile w Jawstralii można doszukać się czegokolwiek wysmakowanego poza kurczakiem i samolotowymi napitkami) Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 28.05.14, 19:14 Żyrafa biega po Melborne! - ta wieść poniesła się przez miasto z szybkością światła i dotarła do mnie jeszcze na Placu Federacji w trakcie manifestacji w obronie ABC a tuż przed słitfocią z działaczką (patrz dużo wyżej). Pojąłem, bo angielskie "żirafa" jest podobne jak diabli (nietasmańscy) do naszej "żyrci". Coś tam jeszcze spiczyli na temat iskejpizacji zwierzęcia - pierwsza myśl jaka mnie naszła, to obawa, że w Melbernzuu pilnują zwierzaki niezbyt starannie, conawiasem mówiąc wprawiło mnie w dobry nastrój i nadzieję, że może nie zauważą jakbym wychodził z misiakiem koala za pazuszką z zuu tegoż (byłem przecież w patacie z podszewką, a skrytka to idealna). Nie wiedziałem, czy warto włączyć się do poszukiwań "Żyrafy" (chpdziło o ewentualną nagrodę za jej schwytanie i obezwładnienie) - to bydlątko parometrowe, więc i tak - przede mną karłem - ktoś je szybciej wypatrzy i zgarnie "znaleźne". A cóż szkodzi spróbować? - pomyślałem i zbiegłszy schodkami (stromymi - co potwierdzę gdziestamkiedyśtam) bez złamania karku, znalazłem się na głównej przelotówce (tej z cirkultramem). I nagle - stanąłem jak wryty! Patrzę w lewo, a tu ŻYRAFA! W niecałej okazałości, jako że pochylona nad... wystawą. No cóż tylko bezmyślne animale i tacyż ludzie gapią się na wystawy - skonstatowałem z ulgą. Żyrafy zawsze garnęły się do mnie w każdym zoo (to wpływ mego głębokiego jestestwa). Podszedłem zatem bez zbędnych obaw. Żyrafa stała na nieco rozsuniętych nożyskach, zapierając się w trotuar pod nią, by uniknąć poślizgu. Szyję i część tułowia wrzepiła poza wystawową szybę (szkło uprzątnęli już wcześniej i pewnie czekali na straż pożarną albo służby weterynaryjne, żeby żyrafkę uwolnić z kleszczy wystawienniczych i ponownie uwięzić w melbernzuu. Wszystko to obserwowały dwa wścibskie pingwinki, które skamieniały ze zgrozy (zapewne zbiegły z melbernakwarium). W Melbourne jest jeszcze parę megazwierzęcych skamielin, jak choćby biała kakadu bezczuba, którą uwieczniłem jadąc tramcyrklem ot tak bez celu przed siebie, bo przecież w mieście z 4mln. mieszkańców nie ma doprawdy nic godnego zawieszenia wzroku turysty. Dwie astanowki za "Papugą" jest stadion. Warto wysiąść, by zwiedzić marinę. U wejścia do mariny placyk z rzeźbami jak na słitfoci. Daleko im bez wątpienia do "Popiersia Flory" Leosiadawinczi, ale cieszą oko zwłaszcza, gdy chmury nad głową, deszczyk siąpi, a opodal kusi knajpka z pieczenia z kangurzątka. A ja jestem już taki, że jestem w stanie pojechać nawet na koniec świata, żeby popróbować jakąś smakowitą potrawę (i tylko po to). Ale "otempotem" ACMI = Australian Centre for the Moving Image. wklejam link - dla znających języki ludzkie naturalnie. Czytelnik łatwo zorientuje się, czy warto zajść do ACMI. Ja zaszedłem po ostrożnym minięciu żyrafki (zresztą - jak wynika napisu - entrans jest z innej strony). Czas zwiedzania stałych ekspozycji - ok 3 godz. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 28.05.14, 19:14 en.wikipedia.org/wiki/Australian_Centre_for_the_Moving_Image - wspomniany link Odpowiedz Link
k.karen Re: cont. A miało być 28.05.14, 20:46 Te nowoczesne rzeźby są fantastyczne, bardzo mi się podobają Odpowiedz Link
wscieklyuklad Pooh corner? 29.05.14, 21:58 Fitzroy Garden - tubalny głos w cirkltramie (za zupełną darmochę) zaprasza do opuszczenia pojazdu. Kilkadziesiąt metrów w sążnistym deszczu. Krajobraz skompilowany (by nie rzec - splagiatowany) z mozaiki światowych ogrodów - naturalnie stosownych do szerokości geograficznej i pory roku. Zachodzić, czy nie? - pytamy w duchu, tym bowiem różnimy się tej kwestii od Słońca, że mamy wolny wybór. Przewodniki piszą, ze postawiono go w środku gardenu. Faktycznie stoi niedaleko od przystanku tramu jadącego po obwodzie parku. Cook's Cottage - domeczek Cooka. Australijczycy w tęsknocie za czymś "historycznym", postanowili sprowadzić "chatę" z Anglii. Postawiona w 1755 r. czekała kilkanaście lat na eskapadę młodego mieszkańca - kaptajna Cooka. Domek - co widać na kilku słitfociach - uroczy! Wewnątrz 3 maleńkie izdebki, trochę sprzętu służącego do utrzymania porządku (historyczne egzemplarze). Szczególne wrażenie wywołują dachówki - mocno nadszarpnięte zębem czasu - na fociach nie udało się oddać tego osobliwego "zmurszenia". Bluszcz wije się po ścianach - melbernski krajobraz unikalny! Na tyłach niewielki ogródek z pomnikiem żeglarza-odkrywcy. Tłumów zwiedzających nie ma, bo cóż tu oglądać? Komentarze internetowe zbieżne z odczuciami turysty - 5 dolców za 20 min. błąkania się po jakiejś nieciekawej ruderze to prawdziwe zdzierstwo. Do zajścia do wnętrza skusiło mnie jednak przeczytane jeszcze w kraju internetowe ostrzeżenie w komentarzach: The cottage garden was just delightful. The weather was cold and drizzly and was perfect for the feel of the place. I could've spent hours in that garden I just loved it. The doorway was very small even when bending down, My husband was 6'7" and is now 6'6"!!! Uważaj na głowę jeśli masz mniej niż 5 stóp wzrostu. Przy moich 2 stopach (własnych) nie nabiłem se guza. Fitzroy Garden za to jest teges! Tam właśnie podziwiałem pierwsze australijskie eukaliptusy - koali nie dojrzałem. Drezwa - wobec spodziewanych zimowych przymrozków oraz dla ochrony przed szkodnikami, owinięto do wysokości połowy pnia. Kaktusów nie wijano, palm także. Cały ogród to 26 ha. alejek i zieleni. Pod Drzewem Wróżek złożyłem przyrzeczenie: nie polemizować już nigdy z kretynami. Staram się dotrzymać słowa, choć nie jest mi lekko -wierzcie. Kiedy składałem przyrzeczenie struś po prawej u dołu, syknął. Spotkałem go potem w melbernzuu - może kiedyś podzielę się filmem z tego sympatycznego "tetatet" Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Pooh corner? 29.05.14, 22:06 Drzewa Wróżek nie wklejam, bo na słitfoci jest moja Osoba. Zdjęcie drzewa bez mego uroku nie oddaje w pełni nastroju. Pozostaje więc zajrzeć do Wikipedii, by ulec automatycznemu zauroczeniu szczególną emanacją duszy drzewa wróżek. www.fitzroygardens.com/Fairies_Tree.htm Nie spuszczajcie oczu! Całość przypomina palec wskazujący opatrzony paznokciem. I liczy sobie już ponad 300 lat. Ale któż chciałby to obejrzeć? Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Pooh corner? 29.05.14, 22:15 www.fitzroygardens.com/Statue_Index_Page.htm Nie będę przeklejać przewodnika po Fitzroy Gardenie, ale dla chętnych obejrzenia "Okaleczonego drzewa z blizną" i Świątyni Wiatrów - link! Warto też obejrzeć drugą "chatę" -z początku XIX wieku - nawet milszą niż Cookowska! Odpowiedz Link
fenikss.2972 Re: Pooh corner? 29.05.14, 23:44 zdecydowanie wolę podziwiać dzieło natury - tak nieprzewidywalne i niepowtarzalne - jak tylko krypty. To moje klimaty. Nie zaprzeczam wartości dzieła człowieka, ale cóż znaczą budowle, freski - wobec takiego życia. No ale ja prostak ze wsi Fajnie się czyta, fajnie się ogląda. wscieklyuklad napisał: > Drzewa Wróżek nie wklejam, bo na słitfoci jest moja Osoba. Zdjęcie drzewa bez m > ego uroku nie oddaje w pełni nastroju. Pozostaje więc zajrzeć do Wikipedii, by > ulec automatycznemu zauroczeniu szczególną emanacją duszy drzewa wróżek. > > www.fitzroygardens.com/Fairies_Tree.htm > Nie spuszczajcie oczu! Całość przypomina palec wskazujący opatrzony paznokciem. > I liczy sobie już ponad 300 lat. > Ale któż chciałby to obejrzeć? Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Pooh corner? 30.05.14, 09:19 Z gustami podobno się nie dyskutuje. Jeden będzie podziwiał przyrodę, kolejny budowle, inny jeszcze ich dekoracje/wyposażenie czy twory ludzkiej wyobraźni. Noc Muzeów jeszcze tak świeża przyciągała tysiące koneserów piękna - przecież nie wszyscy stali w kolejce do jednego z udostępnianych obiektów - różnorodność smaku to właśnie siła a nie słabość estetyki. Natomiast przejawem ignrancji jest stawianie ytań o zasadność podziwiania czegokolwiek co nas otacza. Jeden będzie skupiał się na pięknie rasowego psa, inny zaś na kupie, którą tenże nawalił na trawnik. Wspominanie tych "estetycznych doznań" przy lada okazji jest pewnie formą zachęty - nie wiadomo jednak do czego. Człowiek otwarty na świat idzie przed siebie patrząc nań z poziomu oczu. Wieczny malkontent nie potrafi unieść głowy ponad powierzchnię trawnika. Czy zatem to nasze zmartwienie/nasz feler? To dopiero ćwierć opowieści o jawstralijskich wartościach - kolejne już po powrocie z lazaretu. Odpowiedz Link
kicho_nor Re: Pooh corner? 30.05.14, 09:31 Psia kupa na trawniku w Australii? Muszę zrewidować poglądy, bo sądziłem że to ma wymiar lokalny a to jednak internacjonał i kontynentalny do tego jeszcze. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Pooh corner? 30.05.14, 09:37 Kicho_norze - obawiam się, że nie doczytałeś postów wstępnych. W Jawstralii napotkałem TRZY psy. W jawstralijskich mieścinkach do jakich należy 4 mln Melbourne NIE MA TRAWNIKÓW! Drzewa rosnące przy głównych ulicach są okolone kruszywem a nie zielenią. Być może oba te zjawiska idą w parze - właściciel psa traci szansę na bezkarną defekację pupila. Musiałby sprzątać chodniczek lub wspomniane kruszywko, co byłyby znacznym powodem stresssssssu (stąd tyleż "s"). Podsumowując: w Jawstralii nie miałem możliwości delektowania się psimi kupkami. Sądzę, że bez większej szkody dla odbioru całości. Ale podobno są na świecie (a nawet w Polszcze) miejsca, gdzie takie kupeczki, to jedyna atrakcja. Odpowiedz Link
fenikss.2972 Re: Pooh corner? 30.05.14, 09:42 w Australii to żyją chyba te no................psy dingo, ale one raczej nie robią na chodniki Odpowiedz Link
kicho_nor Re: Pooh corner? 30.05.14, 09:53 No tak WU, ale wplecenie kup w reportaż wojażowy mogło wywołać takie skojarzenia. Widać reminiscencje kulturowe przeniesione na inny obszar okazały się być nie na "miejscu" ale były. Odpowiedz Link
fenikss.2972 Re: Pooh corner? 30.05.14, 09:34 zgadzam się całkowicie. no to poczekam na ciąg dalszy wscieklyuklad napisał: Natomiast przejawem ignrancji jest stawianie pytań o zasadność podziwiania czegokolwiek co nas otacza. Odpowiedz Link
hardy1 Re: Pooh corner? 30.05.14, 09:54 > wscieklyuklad napisał: > Drzewa Wróżek nie wklejam, bo na słitfoci jest moja Osoba. Zdjęcie drzewa bez mego uroku nie oddaje w pełni nastroju. Mogłeś, Wściekły, zrobić słitfocię z sobą... od tyłu. Znaczy z widokiem pleców na tle Drzewa Wróżek. To byłoby po linii i zgodnie z modą Co zaś do "Całość przypomina palec wskazujący opatrzony paznokciem" - mnie to przypomina coś innego. Ale każdemu może coś innego przypominać Odpowiedz Link
hardy1 Re: cont. A miało być 30.05.14, 09:59 Widzę na fotce z uwidocznionym domkiem Cooka, że jeździł a jednym z pierwszym rowerów, drewnianym. Koło drewniane pozostało. To i tak dobrze, że coś zostało Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 31.05.14, 13:36 Paralela: struś pod wpływem emanacji mego jestestwa, a może też śmiechu dziecięcych duszyczek (jako tło do obrazka z ogrodów) zszedł z pnia drzewa, jakie zamieściłem poprzednio. Drzewo - co widzę - kojarzy się z różnymi częściami ciała. Bliskie zagłady zostało wykopane z ziemi i chemicznie zakonserwowane. Ale miało być o strusiu. Wybieg w melbernzuu strusie dzielą z kangurkami - jak ktoś się dobrze wpatrzy w krótkometrażówkę (chcę ją posłać na Festiwal Filmów do Krakowa) dojrzy torbacza w pozycji horyzontalnej. Skuszony moim wyglądem likoza-modela, podszedł dostojnie po czym kilkukrotnie zmierzył mnie wzrokiem (przywitałem się grzecznie pełnym ciepła ale i niespotykanej już dziś wewnętrznej siły i stanowczości głosem). Strusie jawstralijskie mają niesamowicie ciemnożółto ślepka. Ten kolor działa hipnotyzująco. By zatem nie spędzić reszty dnia w pozycji "na katatonika" udałem się dalej. Jednak o Zuu będzie dopiero w dalszej części oprowadzania po Melbourne. Teraz pora na zagadkę. Wklejony zostanie filmik z pewnym utworem. Pytanie: kto wykonuje ten utwór? Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 31.05.14, 16:26 W melbernskim akwarium (dokładnie vis a vis budynku kongresowego) przypomniałem sobie znaną scenę z naszej "Seksmisji": ciemność widzę, ciemność, widzę ciemność! w znakomitej interpretacji Jerzego Stuhra. Korytarze mroczne (choć udowodnię kiedyś, że nie tak znowu zupełnie) - wymieniliśmy na ten temat uwagę (naturalnie w języku oyczystym). Następnego dnia ciemność tę wyparło OLŚNIENIE! Oto na rzece przed wejściem do budynku kongresowego przycumowano na stałe pradawny żaglowiec - dostępny zwiedzającym. Ściany przeszklone od sufitu po podłogę (niesamowite wrażenie zawieszenia nad ulicą poniżej) umożliwiały oglad okolicy. I nagle... Na pokład wkracza gromadka dziewczynek ubranych jednakowo - spod białych chust opatulających głowy wyglądają ciemnokarnacyjne buzie. Prowadzone przez wysokiego opiekuna. Akurat w tym dniu w jawstralijskiej telewizji było wiele audycji na temat porwania nigeryjskich uczennic i uwięzienia ich w nieznanym miejscu. Bohatyrem trza zostać - przez mózg rzemknęło. Toż one tu przywiezione - liczba jakby się zgadza, wiek pasuje jak ulał (znad burty pokładu wystaje tylko kilka łepetynek) Podbiegam do kongresowej hostessy: "Niger<to od kraju uprowadzenia>-neger<to z powodu koloru skóry>!" - wrzeszczę burząc naukowy ład . Palcem celując w okno z nieodłącznym: "jesajhevynt!". Tam, tam! - dodaję zniecierpliwiony zupełnym brakiem reakcji. Odbijać trza! Ratować! Matkom i oycom oddawać! Do historii przejść trwale się na jej kartach wpisawszy . Ale hostessa powtarzała tylko coś w rodzaju: hałkenajhelpju (to był pewnie jakiś czwarty pies-mieszaniec widziany w melbern). Kiedy znów podbiegłem do okna, pokład był już pusty. Może siedzą tam bidule do dziś pod pokładem żaglowca w otoczeniu wyzbytych uczuć tuziemek. Jakby kto przypadkiem tam zawitał - niech sprawdzi - odstąpię mu prawo do należnej chwały! Odpowiedz Link
fenikss.2972 Re: cont. A miało być 31.05.14, 19:53 a mi się od razu nasuwa pytanie Gdzie jest Nemo ?? Odpowiedz Link
fenikss.2972 Re: cont. A miało być 31.05.14, 19:46 nie wiem, kto utwór wykonuje, ale chyba nie ryba co to za sztuka ? Odpowiedz Link
fenikss.2972 Re: cont. A miało być 31.05.14, 19:52 fajny sruś. U nas pod Lublinem są, ale tam to te afrykańskie hodują. Stary kiedyś zrobił matce numer, pojechał po jajka przed Wielkanocą i przywiózł takie jedno srusie - że do święconki i byśmy z tym poszli, bo lubiliśmy jaja....ale matka nie znalazła koszyka, który by to zmieścił, a pod pachą nieść to trochę głupio Żeby to zjeść trzeba duży gar, młotek i dużą rodzinę Gotuje się prawie godzinę ale całkiem dobre Odpowiedz Link
k.karen Re: cont. A miało być 31.05.14, 21:48 Teraz w porządku Ale i tak nie wiem kto; chyba nie ryba?! Odpowiedz Link
fenikss.2972 Re: cont. A miało być 31.05.14, 22:01 napisałaś to co ja wcześniej k.karen napisała: > Teraz w porządku > > Ale i tak nie wiem kto; > chyba nie ryba?! Odpowiedz Link
wscieklyuklad Aborybeni 31.05.14, 22:28 AboryBeni. Poprzednie wideło prezentowało rybeńkę jako wstęp do aborybenizmu. Widełem tym chciałem zakończyć drobniutkie żarciki, na jakie pozwalałem sobie przez ostatnie blisko 3 tygodnie. Na stoliczku przy kompiutrze pali się dyskretnie lampeczka. Nie widzę więc już ciemności i nie czuję się jakby mnie odhibernowano. Pozostawiam Was na noc z pieśnią Aborygenów nagraną w Muzeum Melbourne. O samych Aborygenach już jutro. Będzie też o Górze Diogenesa. Naturalnie, miejsce to zwą dziś zupełnie inaczej. Położone ledwie 65 km. na płn-zachód od miasta - dojeżdżasz w 45 min. Żeby nie było, że nie napisałem, to nadmienię, iż parking w tym miejscu to nie przelewki. 10 DOLCÓW!!!! Ale bez tej wycieczki nie pojmiesz filozofii rdzennych mieszkańców Antypodów. Nućcie tę pieśń przez sen. Podobno wprawia w trans ułatwiając bilokację... Odpowiedz Link
k.karen Re: Aborybeni 31.05.14, 22:56 Już wcześniej (na pierwszym wątku) wkleiłam jutuba z muzyką Aborygenów Teraz bardziej pasuje: Dobrej nocy Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Aborybeni 01.06.14, 11:49 Nie sposób pojąć znaczenia życia w zgodzie z naturą, bez wgłębienia się w sposób widzenia świata przez Aborygenów. Zatem link streszczającyich sposób widzenia świata i roli człowieka w tym aspekcie: www.solaris-rozwojosobisty.pl/aborygeni-ludzie-prawdziwi-howard-lyman-i-glen-merzer/ Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Aborybeni 01.06.14, 12:36 Rozwinę potem ten wątek. Hanging rock - kiedyś skała Diogenesa, dziś znana już wyłącznie pod nazwą "Wisząca skała". Któż z nas nie oglądał tego filmu? Atmosfera mistycyzmu, do końca niewyjaśniona zagadka. Reżyser trzyma w szachu mniej obeznanego z "tajemnicą Wiszącej skały" widza. Jest środa (w filmie zamieniona na sobotę) 14 lutego 1900 roku. Walentynki, to idealna pora na atrakcyjne wycieczki. Grupa uczennic wraz z opiekunkami, udaje się na kilkugodzinny piknik. Na godzinę przed jego zakończeniem kilka z nich pod opieką nauczycielki matematyki, oddala się ku samej skale. Giną w tajemniczych okolicznościach. Ciał nigdy nie znaleziono. Po kilku dniach (mimo, iż okolicę przeszukano w tym czasie dokładnie) odnajduje się znienacka jedna z dziewcząt, dotknięta jednak niepamięcią wsteczną. Jej zegarek zatrzymał się na godzinie 12.00 (też sprzeczność, gdyż wedle przekazu ku skale udały się ok. 16.00). Film ma kompozycję otwartą. Pozostawia widza z dylematem nierozwiązanej po dziś dzień zagadki. Kieruje myśli ku"bliskiemu spotkaniu trzeciego stopnia" sugerując "kontakt stopnia czwartego - porwanie przez Kosmitów". Historię wyssano z palca. Pisarka Joan Lindsay śniła tę historyjkę przez kilka tygodni, scena po scenie a szczegóły snu przelała na karty opowiadania. Wedle przekazu dysponowała faktycznie umiejętnościami paranormalnymi. W jej obecności zatrzymywały się zegarki tak mechaniczne, jak i pierwsze wówczas elektroniczne, których baterie (zupełnie nowe) ulegały natychmiastowemu wyczerpaniu. Informację o fikcji jaką opisała została usunięta z pierwowzoru pod wpływem sugestii wydawcy. Dreszczyk niedopowiedzeń jest zawsze mocną stroną każdego utworu. Jednak nie da się zaprzeczyć faktom z jakimi mieli do czynienia autorzy filmu, jaki powstał na kanwie opowiadania. Kręcony faktycznie w granicach Wiszącej skały. Scena poszukiwania dziewcząt - psy zachowywały się wyjątkowo agresywnie, jeżyły sierść, ujadały jak szalone. Pytając o aktualną godzinę, można było uzyskać... rozmaite odpowiedzi. NIE BYŁO DWÓCH ZEGARKÓW, KTÓRE WSKAZYWAŁYBY IDENTYCZNY CZAS!. To właśnie zachęciło mnie do wycieczki pod Hanging Rock. Wspomniana już cena postoju nie była największą dolegliwością, jakiej miałem doznać. W trakcie spaceru ścieżką opisaną w książce... uszkodzeniu uległa komórka. Bateria została trwale wyautowana. Dlatego nie mam żadnej słitfoci ani z tej, ani z kolejnych wycieczek. Jaką tajemnicę kryje zatem Wisząca skała? Natrafiłem na wspomnienia jednego z rodaków - znalazłszy się w pobliżu jednej ze szczelin ginącej w głębi pomiędzy skałami odczuł paraliżujący lęk uniemożliwiający jakikolwiek ruch. Wszystko zdawało się trwać chwilkę, jednak, gdy odzyskał pełnię władzy w kończynach, ze zdziwieniem stwierdził, iż "niemoc" trwała... 45 min. Paraliżujący strach - fakt, czy utopia? Konsekwencja tajemniczych i nieokreślonych zjawisk, czy też proste następstwo psychicznego nastawienia do tego miejsca? O tym w następnym poście. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Aborybeni 01.06.14, 19:06 Kiedy kapitan Cook opływał Queensland i położoną tam Wyspę Magnetyczną - pobłądził, gdyż z niewyjaśnionych przyczyn nagle przestały działać wskazania kompasu. Wisząca skała to... miniatura Wyspy Magnetycznej - jakby prawa natury pomniejszyły ją i usadowiły w stanie Wiktoria. Problem ten próbowano rozwiązać przez dziesiątki lat. Nikt nie potwierdził już anomalii magnetycznej. Ale wśród naukowców podróżujących w okolicy Wyspy Magnetycznej, znaleźli się i tacy, którzy twierdzili, iż... w przeciągu kilku minut zmianie ulegał kształt skał. Przybierały formy rozmaitych zwierząt, zmieniając dynamicznie wygląd. Takich miejsc jest w Australii mnóstwo. I wszystkie są uważane przz Aborygenów za miejsca święte, w których oddaje się hołd siłom przyrody. cdn. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Aborybeni 01.06.14, 19:13 Lokalna tradycja głosi, że i Wisząca skała była takim właśnie ośrodkiem aborygeńskiego kultu. Zwabiła jednak poszukiwaczy złota, w jakie miała obfitować okolica skały. Ci - często wyzbyci zasad moralnych, mieli wymordować 200 osobowe plemię które w tym miejscu sprawowało "religijne" rytuały. Na wzór "klątwy Tutenchamona" dosięgło ich przekleństwo losu. Nikt z oprawców nie umarł śmiercia naturalną. Nikt z oprawców nie dorobił się majątku. Rozsypane w okolicy sztolnie na wiele lat zaświeciły pustkami. Wreszcie Chińczycy rzucili wyzwanie klątwie. Efekt - jak opisany uprzednio. Do dziś dnia można dostrzec porzucone łopaty poszukiwaczy "australijskiego Eldorado". Nikt już więcej nie próbował wydobywać kruszcu. Ale rzesze turystów wabione (jak i ja) treścią fikcyjnej powieści na trwałe pozbawiły Aborygenów miejsca kultu. Zatem przekleństwo losu? Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Aborybeni 01.06.14, 19:20 Nikt nie wie skąd przybyli. Teoria o "pasie Beringa", który ma być drogą z Eurazji do Ameryki nie jest w stanie sprostać wątpliwościom, gdy analizuje się dzieje Aborygenów. Skoro przybyli z Azji, to czemu nigdy nie używali łuków? Dlaczego nigdzie indziej nie posługiwano się bumerangiem wracającym (do polowania na ptaki) ani nie wracającym do myśliwego (pozostałe zwierzęta)? Wywodzą się z mitycznego MU? A może z samej Atlantydy, jeśli przyjać, że ta nie znajdowała się tuż za Gibraltarem? Tak, czy tak aż do lat 60-tych ub.wieku nie uważano ich za... ludzi. Polowano jak na dziką zwierzynę uznając za pogranicze świata fauny i flory! Zamykano w rezerwatach. Karmiono zatrutą mąką, by zmniejszyć populację. A przecież można bez końca czerpać z ich zasad etycznych. Ale o tym już jutro, bo mitologia i etyka aborygeńska to temat-rzeka. A propos: Australia jest TRZECIM na świecie krajem najczęściej odwiedzanych przez turystów! Widocznie ci idioci jadą z powodu czystego snobizmu, bo przecież jak twierdzą ignoranci, nic tam ciekawego do ogladania nie ma. A co do Melbourne, to w 2000 i 2004 r. zostało uznane za miasto najbardziej warte zamieszkania w świecie. To pewnie przez te darmowe i odrapane "cirkltramy". Odpowiedz Link
k.karen Re: Aborybeni 01.06.14, 19:38 Słitfoci nie masz, ale musi być jakaś ilustracja tego niezwykłego miejsca Odpowiedz Link
k.karen Re: Aborybeni 01.06.14, 19:48 Ale na Antypody daleko i nie każdy może być szczęśliwcem, jak WU, oglądającym Wiszącą Skałę, dlatego zapraszam w miejsce bardzo podobne i blisko, na Dolnym Śląsku - Góry Stołowe - Szczeliniec (Wielki i Mały). Tak, tak, w Polsce Ps. WU, przepraszam za wtrącenie tej informacji, odbiegającej od tematu wątku, ale nie mogłam się powstrzymać Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Aborybeni 01.06.14, 20:05 Przez niektórych Szczeliniec jest porównywany do Wiszącej skały - chętnie znajdę tu słitfocię Szczelińca. Odpowiedz Link
tan.nawe Re: Aborybeni 02.06.14, 10:02 "W trakcie spaceru ścieżką opisaną w książce... uszkodzeniu uległa komórka. Bateria została trwale wyautowana. Dlatego nie mam żadnej słitfoci ani z tej, ani z kolejnych wycieczek." WU, dochodzą słuchy, że z Ciebie centuś i paru centów na nowy aparat Ci było szkoda! Odpowiedz Link
fenikss.2972 Re: Aborybeni 02.06.14, 11:50 no bo tam skąd pochodzą te...........słuchy - kioski z aparatami foto stoją przy każdym drzewie w lesie tan.nawe napisała: > "W trakcie spaceru ścieżką opisaną w książce... uszkodzeniu uległa komórka. > Bateria została trwale wyautowana. > Dlatego nie mam żadnej słitfoci ani z tej, ani z kolejnych wycieczek." > > WU, dochodzą słuchy, że z Ciebie centuś i paru centów na nowy aparat Ci było sz > koda! Odpowiedz Link
k.karen Re: Aborybeni 02.06.14, 15:12 To poprawność polityczna, czy jakaś moda nakazuje śmierdzące bąki nazywać - słuchy? Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Aborybeni 02.06.14, 18:53 Wątek przeplata się z inną treścią - dyskusją na temat "Deklaracji lekarskiej wiary" na naszym Podwórku. Czy wszelkie "deklaracje" mają jakąś podstawę? Czy punktem ich wyjścia są jakieś uogólnienia, czy może twarde zasady rządzące światem od zawsze? Niekoniecznie określane mianem "boskich", niekoniecznie religijnej natury. Ale mitologie są podstawąrozumienia rzeczywistości - akademicką będzie dyskusja, czy religia jest pochodną ludzkiej myśli, czy też jest zupełnie na odwrót - jest nieuchronną konsekwencją naturalnych raw ubraną jedynie w ramy zasad nie ze strachu przed potęgą nieokreślonego i niepojętego bliżej Bytu, ale czymś nieodłącznie związanym z pojęciem "człowiek". Nie inaczej było z mitologią aborygeńską, gdzie utrwalone w kamieniu wizerunki istot realnych( zwierzę, człowiek), przeplatały się z wizerunkami potworów (np. smoki). Aborygeni - bystrzy obserwatorzy przyrody ulegającej nieustannej "ewolucji kształtu" uznawali te wizerunki za rodzaj "twórczego ducha" w stanie uśpienia. To oni mieli być przodkami Homo Sapiens (stawiają przy tym znak równości między protoplastą ludzkości a Aborygenem), to bowiem nikt inny, jak właśnie oni mają być brakującym ogniwem ewolucji. Jednak wśród tych niemych obecnie "figur" jest gros "demonów zła", czekających niecierpliwie na przebudzenie by włączyć się w dzieło destrukcji. Do kanonów zachowania należało więc zachowywanie w takich miejscach bezwględnej ciszy by nie budzić licha (jakiż kontrast założenia wobec rozgwaru towarzyszącego zwiedzającym owe "święte miejsca"!). Był jednak warunek znacznie ważniejszy niż unikanie hałasu. Tym elementem było moralne życie. Odstępstwo od zasad moralnych goziło bowiem ściągnięciem na winowajcę i jego otoczenie gniewu demonów. Pewną manifestacją tej groźby miały być zjawiska określane mianem kataklizmów natury - powodzie, trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów itd,itp. Jednak w pojęciu Aborygenów te niszczycielskie siły były sprzymierzeńcem, gdyż ostrzegały przed życiem niezgodnym z zasadami nakazując automatyczną poprawę. Po wszystkim "duchy" ponownie przybierały postać "martwą", aż do następnego ostrzeżenia.Oczekiwanie na kolejny dopust Aborygeni traktowali jako okres, w którym należy doskonalić samego siebie i prawa obowiązujące społeczność. Naruszenie spokoju "zamienionych w kamienie" sił, ma skutkować osobistymi problemami - "klątwa Wiszącej Skały" nie jest jedynym memento w tym względzie. cdn Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Aborybeni 02.06.14, 19:15 Jedna z plaż z plaż na obszarze północnego Queenslandu słynie z niesamowitych kamieni, które - mimo identycznej do powszechnie tu występujących i identycznych geologicznie tworów, wykazują unikalne własciwości, mianowicie - upuszczone na podłoże, odbijają się od niego, jakby były z kauczuku. Do dziś nie wyjaśniono natury tego zjawiska. Turyści dowiedziawszy się o tak niesamowitej ciekawostce tłumnie zaczęli nawiedzać ową plażę. Zabierano kamienie na pamiątkę, jednak szybko okazało się, iż prowadziło to nieodłącznie (i znów per analogiam gdy wspomnieć Wiszącą Skałę i złoża złota) do osobistych tragedii "łowców" kamieni. Wszytko ustawało, jak ręką odjął, gdy kamienie powróciły na swoje miejsce. Aborygeni wprowadzili pojęcie „czasu snu”, za jaki uznali życie na pograniczu świata metafizycznego i fizycznego. Wychowywani w tej filozofii od dziecka nie oddzielą obu tych światów ostrą linią - żyją, jakby w zawieszeniu między obydwoma.Kązdy aspekt otaczającego świata ma w sobie oba te elementy. To co metafizyczne jest zarazem fizyczne i na odwrót. Jakże różni się od naszego pojęci świata. Światy widzialny i niewidzialny przenikają się wzajem - to sposób interpretacji, z którego my EUropejczycy nie zdajemy sobie sprawy - "szkiełko" naukowca zdominowało bowiem myśl abstrakcyjną gdy tyczy zjawisk uniwersalnych. Stworzyliśmy swoiste pojęcie "egzystencji horyzontalnej" - tej osiągalnej utkwionym przed siebie wzrokiem. Uwzględniając aspekt metafizyczny, jako trwały element rzeczywistości, Aborygeni poszerzają tę wiedzę o istotniejszy element: życie jako zlepek tego co uosabia duszę, umysł i ciało. "Postrzeganie rasy białej" stanowi w tym momencie barierę na drodze do światów wyższych. Pojęcie "duchowego rozwoju" jest więc dla rasy białej jedynie mrzonką, niespełnionym nigdy marzeniem, gdyż materia (odzwierciedlona w pojęciu "ciało") dominuje w codziennnym myśleniu. Na pocieszenie słowa pewnego australijskiego osadnika z roku 1854, kóry przytacza swą rozmowę z przedstawicielem aborygeńskiej Rady Starszych. Zapytany o to, kim po śmierci stają się Aborygeni, rozmówca odpowiedział: stajemy się... białymi ludźmi. Zatem ty jesteś moim dawno zmarłym bratem. Powód do dumy? A może przestroga? Bo jeśli tak, to owa swoista reinkarnacja musi przecież wiążać się nieuchronnie (choć może nie nieodwracalnie, jeśli to sobie uświadomić) z uwstecznieniem ewolucyjnym - przeniesieni z pogranicza światów w obszar jednoznacznie fizyczny tracimy tym samym połowę swego poprzedniego jestestwa! Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: Aborybeni 02.06.14, 19:27 Zatem nie omawiając szczegółowo mitologii Aborygenów pojmiemy, jak ważne dla nich są miejsca "sakralnego kultu". Zrozumiemy też, iż wyłącznie żyjący moalnie mieli wstęp do miejsc takiego kultu. Żyjący z uczuciem nienawiści, zachowujacy się agresywnie miał zakaz wstępu do miejsc kultu. Ten kto raz złamał zasadę moralną był wykluczany ze społeczeństwa. Radę Starszych stanowili ci, którzy- dzięki unikalnym zdolnościom telepatycznym - potrafili "namierzyć" żyjącego występnie. Taki ktoś był eliminowany z plemienia i skazany na wieczną banicję, gdyż ciągnął się za nim (telepatycznie przekazywany na odległość tysięcy kilometrów) ostrezgawczy przekaz plemienia rodzimego. Trafiwszy na przedstawicieli innego szczepu mógł skorzystać z oferowanego pożywienia. Potem jednak musiał pakować manele i tułać się z "kąta w kąt". Nie budowano więzień. Nie mordowano za błędy. Tułaczka była wystarczającą i dozgonną karą. Wedle Aborygenów u podłoża kłamstwa i tendencji do kombinowania leży strach. Takie "strachliwe ego" próbuje nas - z mistycznego punktu widzenia - chronić przed śmiesznością i konsekwencjami "złych czynów". Pięć obsesji człowieka to chciwość, gniew, przywiązanie, pożądanie i wreszcie egotyzm. Spacerując pomiędzy niemymi skałami Wiszącej Skały uśmiechałem się do swoich myśli. Bo przecież tak, czy tak, byłem pewnie kiedyś Aborygenem. Bezpowrotnie stracona bateria telefonu przestała mieć nagle znaczenie. Dotknąwszy mistycznego świata mogłem sobie na to pozwolić. Odpowiedz Link
k.karen Re: Aborybeni 06.06.14, 09:41 Patrz pan! Jaki ta Australia zacofany kraj, żeby pomiędzy niemymi głazami Wiszącej Skały, ani jednej, choćby najmniejszej budki z bateriami do telefonów nie było?! Skandal międzynarodowy! Spacerując pomiędzy niemymi skałami Wiszącej Skały uśmiechałem się do swoich myśli. Bo przecież tak, czy tak, byłem pewnie kiedyś Aborygenem. Bezpowrotnie stracona bateria telefonu przestała mieć nagle znaczenie. Dotknąwszy mistycznego świata mogłem sobie na to pozwolić. Odpowiedz Link
hardy1 Re: Aborybeni 01.06.14, 20:10 No to... mamy coś wspólnego z antypodami. Szczególne skały Odpowiedz Link
k.karen Re: Aborybeni 01.06.14, 22:06 Nie wiem dlaczego nie wkleiłam zdjęć ze Szczelińca? Proszę: Odpowiedz Link
k.karen Re: cont. A miało być 31.05.14, 22:52 Tak samo mi się skojarzyło fenikss.2972 napisał: > napisałaś to co ja wcześniej Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 04.06.14, 17:49 Katedra melbernska powitała nas kontrowersyjnym napisem na banerku. "Witamy uciekinireów!" - aż nam ciary po plecach biegły, a poliki łzy zrosiły. Bo przecież choć sława poprzedza wielkość, to jacyż z nas niby uciekinierzy? Azylanci my jacyż? Któż tak daleko leciałby od Oyczyzny Ukochanej, żeby tam głowę do poduchy z tworzyw sztucznych tulić? Żeby tam ode wolności się rykoszetem odbijać? Żeby tam po kątach zmiłowania jakiego wypatrywać? Na tyłków cudzoziemskich się obcierkę skazać? Na z miotłą po biurach wypasionych po godzinach latać? Otrzeźwienie szybciej niż dwie "Zdrowaśki" nastało. Bo najpierw ja Uciekinier z kraju nędzy i bezprawia awtomaszynę zaparkować pragnąc a na napis ostrzegawczy uprzednio już prezentowany natrafiwszy w bek uderzyłem. Bo skądże mnie Zbiegowi z woli własnej dolary supłać, gdy kieszenie parciane pustką świecą przez szubrawców hotelowych wykradzione - mnie Azylantowi, nie jakiemu tam szubrawcowi jednako. "Do środka trza zajść" - myśl mnie nachodzi. Może jakiego Duchownego z Krwi i Kości napotkam, a żale swe mu wyłuszczę "noajhev" wykrzyczawszy by tem bardziej Uchodźstwa Symbolikę podkreślić. Drzwi na oścież otwarte, jakby "Uchodźca w Kryptę-Bóg w Zakrystię" - komunikować chciały. A u wejścia samegoż napis w odrętwienie ponowne mnie wprawia. Wielkimi i drukowanymi literami - żeby kto nie mówił, że nie dowidzi, albo niewyraźnie napacykowano, tak, że nidudu nie pojął - ostrzega: fotografowanie wnętrza katedry - PIĘĆ DOLCÓW! No tu nagła mnie krew zalała, a szlag prawie że trafił! Jakże to - mnie Uchodźcę welkomizować z zewnętrza, by już nie z godności Azylanta resztek, lecz centów ostatnich obłupić? To niby kremóweczki mam se odmawiać, by surowe uwiecznić ściany? Żadnych tam zdobień, żadnych Dżiotów, Michelandżelów ni Witstwoszowych delicyj. Ołtarz przeciętny wielce - nawet centa bym na jego ujęcie nie wydał. Ostentacyjnie świątynię obszedłszy, wargi pogardliwie wydymając katedrę wzrokiem otaksowawszy a omusnąwszy, na ruchliwy trotuar wyłażę. Może u "Patryka" przywitają mnie godniej? Może okruch jaki z katabasiego skapnie stołu? Może groszem się wdowim podzielą, bym se kebaba jakiego wtranżolić podołał? Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 04.06.14, 18:07 "Patryk" - co na słitfoci jak na dłoni widać - do sforsowania awtomaszyną nie jest tak prosty. Zakaz wjazdu, zakaz wjazdu i jakaś sugestia, że jest jedna droga chyba, bo napisu do dziś żem nie odszyfrował (pisze chyba coś o jakich kobitkach, bo stoi wyraźnie "one") Wreszcie zaparkowawszy opodal ku schodom z nadzieją się drapię. U wchodu kilka postaci się krząta, do wchodzących z sympatią zagaduje. "Może kru-sainty z kru-chty świętej rozdawnictwo tu kwitnie? Może wreszcie pierwszy od rana skromny poczęstunek zaliczę ? Może niczym Dyźmie samemu jakaś koperta z na raut się zaproszeniem przytrafi? Galabiję odświętną zabrałem. Gębę se napchać umiem, tak, że oczy pośród policzków zatoną. A z pełna gębą nie będę przecie ni słowa sylabizować. Jak kto co spyta potaknę na "tak" albo i "nie" a co zeżrę - moje! Może i na bułę się jaką załapię, może i wina kapka wargę umoczy? Na myśl samą przyspieszam do biegu prawież. Gdym już u wrót samych, stojąca mnie najbliżej rękę wyciąga z... broszurką białą. W rogu serce czerwone zw wianuszku napisu "Australian Hart Assocjejszyn". I tu wiedzieli, żem na kongresy jechał? I tu na mnie - WYchodźcę Nieboraczka cierpliwie czekali? Na moją też cześć broszurkę okolicznościową drukli? Skłoniwszy się (bez słowa tym razem) - do wnętrzy wchodzę. Po prawej krzesełek nieco - wszystkie dom jednego zajęte - przed nimi brodacz po cyilnemu identyczną broszurkę dzierży i gapiac się w nią coś wyśspiewuje. Litania... Tyle, że po ichniemu. A na stronie ostatniej znowu o datki na rzecz organizacji błagają. Tego już mi za wiele było. Toż ja od bidaków-żebraków przez wszystkich wciąż okradanych, napadanych, molestowanych i prześladowanych po tom tysiące wiał mil, żeby na podobnych wyzyskiwaczy natrafić? Cwaniaczków, co miast bułą się, kawą, kru-saintem się dzielić i mamony uszczknąć, z łachmnów mnie oskubać pragną? NIEDOCZEKANIE WASZE! Dzis jeszcze nie ujawnię zdierstwa waszego. Ale jak mi podpadnie który, to wszystkim pokażę! Dzieciom waszym, żonom, kochankom, znajomym, przyjaciołom, nieznajomym i nieprzyjaciołom udostępnię, a co! Żeby świat poznał jacy z was dranie. I by już żaden Uchodźca na wasze banerki nabrać się nie dał! Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 06.06.14, 09:34 Kilka słitfoci architektonicznych. Melbourne imponuje nowocześnością. Wieżowce są doskonale wkomponowane przestrzennie. Obok wielu z nich jeszcze stoją olbrzymie dźwigi. W Melbourne można podziwiać najwyższy budynek na półkuli południowej - trzykrotna wysokość Bazyliki Mariackiej w Krakowie. Podziw budzi umiejętność przeplatania budynków współczesnych z "setletnimi" - urocze i doskonale zakonserwowane kamieniczki sąsiadują z przeszklonymi wysokościowcami. W drugiej turze ponownie przypominam budynek z parkingiem. Tym razem warto spojrzeć na sklepik w lewym rogu: otwarte 7 dni w tygodniu (centralna ulica miasta opodal hotelu szubrawców i dla szubrawców) Kiedy dziś toczą się ostre spory o wprowadzeniu zakazu pracy w niedzielę można się tylko uśmiechnąć na myśl samą, jak religia potrafi zawładnąć mentalnością decydentów (co i tak się nie przełoży na przyszłe katabasie poparcie wyborcze). Kolejna tura ukaże kolejne przykłady piękna architektury. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 07.06.14, 12:34 Jak widać, starego budownictwa w Melbourne nie brakuje. Seria słitfoci z żółtym budynkiem ozdobionym zegarem prezentuje dworzec kolejki miejskiej - to samo centrum miasta - jakieś 250 metrów od Collins street. W odróżnieniu od naszej rzeczywistości, nie natrafiłem na żaden bank przy głównej ulicy - praktycznie są tam wyłącznie kafejki i inne "rozprowadzacze" napitków i jadła oraz - naprawdę nieliczne - sklepy przemysłowe. Po głębszym zastanowieniu się nad odpowiedzią na pytanie o przyczynę tego braku odpowiedziałem sobie z wielką dozą prawdopodobieństwa. Banki kredytują Aborygenów. Ci - jako mieszkańcy slumsów - muszą zajmować budy na obrzeżu miasta i bez wątpienia banków jest tam multum i trochę. To może także tłumaczyć, czemu w centrum policji jest jak na lekarstwo. Z pewnością pełnią patrole w okolicy banków przeplatających się ze slumsami na obrzeżach Melbourne, żeby ich jakiś Aborygen nie okradł. W hotelowej recepcji zatrudniono jednego takiego szubrawca (zgodnie w proweniencją budynku tegoż). Nie udało mi się jednak (ze względu na niepokonywalną barierę językową) ustalić, jak długo zajmuje mu dotarcie do rogatkowych slumsów, oraz jak mu leci spłacanie kredytu(szczęśliwie ta sama bariera językowa uchroniła mnie przed ewntualnym żyrowaniem kredytu tegoż). Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 07.06.14, 12:45 Nim pojawią się kolejne słitfocie architektoniczne, oraz przykłady australijskiej roślinności "skwerowej" (zbyt ubogiej by na skalę masową posiadać psy, które nie mają gdzie walić kupki), ważna informacja dla chętnych zwiedzenia najwyższego budynku w Melbourne. By nie przepłacać warto "skrzyknać" grupkę wieloosobową(od 10 osób wzwyż obowiązuje zniżka w wysokości 20%!). Gdyby ktoś- tak jak ja - miał problemy językowe, może nauczyć się zdania następującego: "ajdlajktudrinkkofiapsters" .To zdanie - wytrych. Jadąc po to, by łyknąć "kapuczinoapsters" NIE PŁACISZ NIC - koszt kawy to 5 dolców - ale to i tak połowa kwoty wyłudzanej przez windziarzy na chętnych popatrzenia na kogoś z góry szubrawców. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 07.06.14, 19:38 Od melbernskiej "mariny", przez architekturę mieszaną. Jak widać boczne uliczki nie grzeszą szerokością - samochodem tu nie wjedziesz - chyba, że ze złożonymi lusterkami bocznymi. O parkowaniu w nich nawet nie wspomnę. Kościół z XIX wieku stoi vis a vis "Patryka". - raptem dwie msze w niedzielę. Wnętrze surowe, nawet jednego kwiatka! W całym Melbourne nie napotkałem na ani jedną kwiaciarnię. Najwyraźniej preferują inne prezenty (flacha?). Ostatnia słitfocia prezentuje "Wheeler Melbourne" - diabelskie koło z obszernymi wagonikami dla zwiedzających. W drodze na "koło" - natualnie w "cirkltramie" spotkaliśmy młodego australijczyka, który zorientowawszy się, iż jesteśmy Polactwem, zagadnął do nas tradycyjnym "helloł!". Po wyjściu z "cirkltramu" koledzy streścili mi treść rozmowy w młodzieńcem. Młodzian uwielbia odwiedzać Polskę (pewnie jakiś menel albo inszy szubrawiec). Był w niej już kilkukrotnie i szczególnie upodobał sobie Kraków (dwukrotne odwiedziny) i Trójmiasto. Na słowo Krakow przybrałem radosny wyraz twarzy mrucząc dyskretnie "jesajhevynt" - spojrzał z pytaniem we wzroku, koledzy wytłumaczyli mu, że pochodzę z tego właśnie miasta. Młodzian oznajmił, że pracuje na "welerze". Po odbyciu przejażdżki spotkaliśmy go przy wyjściu. Był bileterem. "Taki nie musi być korumpowany przez organizacje, ani firmy farmaceutyczne" - pomyślałem. Wahałem się przez moment, czy nie zaciągnąć się na "bramkarza". Niemota anglojęzyczna podpowiedziała "nie!". Pozostałe przemyślenia z "koła" po kolejnych słitfociach. Odpowiedz Link
k.karen Re: cont. A miało być 07.06.14, 21:33 Bardzo mi się podobają Twoje opowieści, lepiej się to czyta, jak przewodniki Jestem zaskoczona zabytkami, szczególnie spodobały mi się stylowe kamienice. Gdybym kiedyś miała możliwość, to na pewno chciałabym zobaczyć cuda Natury i spotkać się oko w oko z kulturą Aborygenów Podziwiam Australijczyków za niezwykłe przystosowanie do, chyba, najtrudniejszych warunków w jakich żyją ludzie. Ale tę "niemotę anglojęzyczną" traktuję z przymrużeniem oka czekam da dalsze relacje Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 08.06.14, 07:32 Kilka słitfoci "welerskich" - Melbourne Star. WYsiadamy z "cirkltramu" w pobliżu "mariny". Zresztą zabłądzić nie sposób, gdyż średnica diabelskości ma 120 m. tak, że widać ją z daleka. Po pokonaniu uliczek z mnóstwem sklepików (NIE KUPOWAĆ! MÓWIĄ, ŻE TANIEJ -ZWŁASZCZA W HURCIE (czyli od 3 wzwyż) ale znacznie przystępniejsze ceny są na wspomnianym bazarze królowej Wiktorii.) Wagoniki obszerne i znakomicie przeszklone ze stolikiem/siedziskiem na środku, tak że można usiąść, albo rozłożyć sobie plan miasta z zaznaczonymi obiektami do obejrzenia (każdy dostaje przy wejściu) Zwiedzanie dla sprawnych fizycznie, gdyż wagoniki ani na moment nie przystają i choć nie gnają 160 km/h, to jednak platforma wejściowe jest dość krótka i trzeba wskoczyć do środka. Oznacza to tyle, że raczej do jednego nie zmieści się grupka więcej, niż4 osobowa - kolejni muszą czekać na następny wagonik. Dyżurni policjanci (parka płciowa) chętnie asekurują tak moment wejścia jak i opuszczenia (podobnym kangurzym skokiem) koła. Jak widać na słitfociach co do pogody-szału nie było. Niebo zasnute chmurami, jako, że do momentu wyjazdu do Sydney co kilkanaście minut padało/lało - co odzwierciedla focia wykonana na moście obok budynku kongresowego - przy tych samych chmurzyskach. Bez względu na chmury widok ciągnie się po horyzont- od ołszynu po lewej przedzierającego się pomiędzy osiedlem wieżowców, po stadion olimpijski, korty tenisowe (turnieje ATP) (można to wszystko zwiedzić rowerem wynajętym w jednym z wielu punktów), tor Formuły I, czy cetrum miasta. Obok koła - wesołe (i kolorowe) miasteczko. Oglądanie trzeba dostosowywać do miejsca w jakim tkwi wagon - całość obraca się ok. 20 min. a konstrukcja to plątanina metalu - cały czas jednak widać to co z obu boków, a resztę można podziwiać gdy znajdziemy się na samym wierzchołku koła. ACHTUNG/WNIMANJE/ATANSJON/ATENSZN. Z powodu mojej siwej łysiny oraz gęby pomarszczonej wieczną malkontencją, (której nauczyłem się na forum GW) próbowałem dostać się na "koło" pod hasłem "emeryt" (ZNACZNA ZNIŻKA, A JA OBRACAŁEM KAŻDY DOLEC WE WSZYSTKICH PALCACH - W TYM STÓP!). KAsjer na moje "jesajhevyntemerit" utkwił we mnie pytające tęczówki piwne, i zapytał coś po ichniejszemu, z czego pojąłem, iż aby robić tam ze emeryta, trzba mieć stosowną legitymację tamtejszego ZUS-u. Jak widać obyczaje światowe bywają podobnie głupie. Toteż od podróży na "weelermelbourne" liczba malkontenckich zmarszczek na tyle się powiększyła, iż nie przypominam już dziś w niczym modela ze słitfoci z działaczką protestującą przeciw likwidacji ABC. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 08.06.14, 17:20 Zacznijmy od słitfoci "nambertu" - z ptaszyną na trawniku. Fociłem zarówno dla ptaszyny (mnóstwo ich w "melbernzuu") jak i samego trawnika. To droga do melbernzuu. Można wprawdzie wziąć poprawkę na środek jesieni jaki był tam wówczas, ale trawnik zupełnie nie w angielskim stylu. Próbowałem dojść przyczyny takiego zaniedbania - najprostsze wyjaśnienie, jakie mi się nasuwało wiodło ku psom. Najwyraźniej właściciele czworonogów muszą chodzić na spacery z pupilami, a gdy tylko te walną kupeńkę, natychmiast (aby nie ranić dogłębi jestestwa zwanego też przez co bardziej wrażliwe struktury biologiczne- duszą) ją zagrabiają przy okazji dewastując murawę. Niestety - choć były to peryferia miasta (4 kilosy od Centrum) - a spacerowiczów wcale nie tak znowu mało, nie natrafiłem na ani jednego psa. Co więcej - ani z wnętrza domów, ani zza płotów (tam ze względu na peryferia więc tendencję do slamszczyzny) powszechnie drewnianych, nie dosłyszałem nawet echa szczeku. KOMPLETNE BEZPSIE! Skoncentrowałem się zatem na ślicznych i maskyamlnie jednopiętrowych domeczkach w stylu z epoki wiktoriańskiej. Melbourne jest jedynym miastem poza Anglią, w którym znajduje się tyle takich budyneczków. Urocze ogródki przed nimi -aż chciałoby się zamieszkać na stałe w jednym z takich "wiktorianek". Pomiędzy nie - ale w identycznym stylu - konserwatorium uniwersyteckie. Chciałem zapukać w okno i zapytać, czy nie potrzebują czasem nauczycielki muzyki (ze względu na muzyczne talenty Sorelliny), jednak nie chciałem zakłócać piękna dobiegającej spoza okiennicy Gigue in G (W.A.Mozarta). Zostawiłem w drzwiach kartkę (na wszelki wypadek) z ofertą: nojuhavticzer - i adresem do ewentualnej korespondencji. Do dziś brak niestety odzewu. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 09.06.14, 19:33 Kiedy jedziesz za granice Oyczyzny lubey, trwogę czujesz. Jak się w Wielkim odnaleźć Świecie? Jak ze slumsów wyszedłszy co dopiero, ale przez zdewastowaną, zaśmieconą i psimi kpami zasłaną przecznicę z tymiż sąsiadując prymitywizmu nie pokazać po sobie? A tu jeszcze Kościoła Naszego Nayukochańszego deprecjacja takaż! Młodzież do ambon dziś nie dąży, chyba, że ślub końkordatowy zaliczyć pragnąc a na językach się wrażych nie naleźć. Jak Naród zbawić perorą utęsknioną, Etosem epatując, tak że młódki udami -"Jagienka krzyżacka niczym" -trzeć o się będą na Słowa upływ? Jak rzesze na nowo porwać, by o sekcizm posądzonym nie ostać? Teraz, gdy odbiorca słowo każde na czworo - zapałkę jakby - dzieli? Dziś, gdy wszelkie - poza kredytowym pieniądzem spłacanym pokoleń setki - zatracono wartości? Wyjechać Starym, by Młodym powrócić? Nikim emigrować, by Charyzmatykiem z oddali progi, Rodzime przekroczyć! Podróże dalekie przemyśleniom drużbą. Jedzenie cogodzinne glukozą myśli poi. A jak jeszcze Hajnekenem to wszystko podlejesz! A jak jeszcze Dżonem złokizujesz! Nie Wędrowcem, ale Lataczem wszak jesteś - podpowiada logika. Z pustym bebeszkiem znowu na Ziemię zstąpisz - nie jako Wyrocznia jednakoż, nie jako Ludu Udręczonego Wybawca, nie Mesjasz tam żaden, jeno Proch z Prochów i z Prochu Proch. Kiedy buła na nowo myśli twe opanuje, znów do slumsu się poziomu zniżysz, znów z robaczkiem się marnym utożsamisz, znów pustki beznadzieja jestestwem twym zatrzęsie, tak, że kolana ugiąwszy, kark pochylisz. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 09.06.14, 19:44 Setki minut, sekund tysiące z monotonnym silników wyciem. Jakby wszystkie Chóry Anielskie we mgle zapadły, w podniebnej tylarierze, w Falandze zbaraniałej. Jakbyś zgrzyt piotrowego klucza w niebiańskich posłyszał wierzejach. Bliżej Boga będąc, slumsom umykasz. Bliżej Raju - coraz od Wieży Pomieszanych Języków dalej jesteś. Wszelkie "za" z każdym się "przeciw" tarmoszą. Języki obu odmienne, a dla konsensusu niedostępne. Gdzie Siły szukać? Jak Żołnierzem się stając na Barykadach zalgnąć, by Naród Kredytami Udręczony, psich gówien zapachem przytruty zekologizować u podstaw? Jak recyklingu uniknąć, gdy wór siermiężny, dziadowski, parciany we wskrzeszonej Canossie na plechy ci nakładają, w dyby nadgarstki ujmując, ze skóry drzeć pragnąc? Może po powrocie Bezprawia Młyny kości twe na męki ci mąkę przemielą? Z umysłu kłosów otręby dobędą na sieczkę potną? Nad twą niedolą nikt nie zapłacze. Nad ubóstwem trwania jeno sarkazmem i pomyjami ciskać będą. A ty - jak chetka - pętelka. A ty - niczym Zero Absulutne. A ty - niczym n-ta dynamiki zasada - marazm i odrętwienie akinetyczne całkiem. Bezsilna siła bez jednostki pomiaru. Waga bez szali, torba papierowa pusta. Będą w nią dąć, by pięścią walić. By huk Świata w oczach karlejącego nagle, w uszu tarabany uderzył. By młoteczek w kowadełko stuknął. Byś na nowo Losu swego Kowalem się mienił. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 09.06.14, 20:11 Błąkasz się po australijskim bezkresie. Pod stopy patrząc Tchnienia oczekujesz. A przecie w chaosie tymże głowę spuściwszy, Nieba nie sięgniesz. Tedy czoło do poziomu prostuję. Znak... Ośrodek szkoleniowy Zbawienia Armii! Ponad stuletnia tradycja! Bootha prawnuczę! Ze slumsów zrodzona idei! Do ludu wyjść trzeba, by Ziarno Prawdy posiać! Żebraków praw uczyć etyki, by już Szubrawiec żaden nie nabrał, by sprzątaczka nijaka kredytu żyrowania łaknąć odwagi nie miała! By bezdomny nie Segmentów wyglądał, ale tektury pod Głowę Skołataną najwyżej! By auta właściciel na lusterko nie baczył boczne! By opony z kół autnych zezuwszy, pieszo ku Celom podążał! A tu Budowla Okazała! A tu Herb Firmowy w oczy kłuje! A tu armijna hierarchia kusi! W sam raz dla Wolontariusza - Nędzarza! Dla Wagabundy okazja znamienita. Dla wyzwania miłującego - cel akuratny. Już za klamki sięgać miałem. Już "jesajhevynt" z "noajhevyntem" bratać chciałem, Entuzjazm okazując. Ale klami na siedem pozamykane Spustów. Ale Flaga Armijna do połowy spuszczona masztu. Ale na Banerze u budynku lica napis "forsejl" złowieszczy. Pływać zamiarują? Bałtyk przemierzywszy do Trójmiasta zawitać zdołają, by Naród nasz Uciskiem Udręczon Miłości uczyć Bliźniego? Wszystkich ze wszystkimi Bratać, Siostrzyć, Rodzicielczyć? Gdyby nie Hotel-Szubrawiec )szubrawcom przynależen) dolców 50-cioro nie złupił ze mnie, byłbym zaliczkę na budynku zakup w peryferyjnym wpłacił kantorze. Ale kieszenie pustką świeciły. I jeno "Buławę marszałkowską w plecaczku dzierżysz" po skołatanej się łepetynie tłukło. Trza było insze Przeznaczenie odkrywać. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 10.06.14, 12:30 Desperacja nie jest dobrym doradcą. Rwanie z głowy włosów to wyjście nie zawsze jedyne. Awansu w sałdackiej hierarchii pozbawiony już żałować żem tu na przyjazd dał się namówić zaczął. Kiladziesiąt metrów przeszedłszy nowych Nadziei nabieram. Oto za płotem (metalowym, gdyż od slumsów w pewnej już odległości byłem) boisko dostrzegam, z Młodzianów Płci Obojga garstką. Piłką jajowatą rzucają, odbijają, kucają, biegają i prysiudy za prysiudami robią. Przedmeczowa najwidoczniej rozgrzewka. Rugby jest tu sportem Narodowym. Na każdej stacji telewizyjnej pokazują rozgrywki w tej dziedzinie sportu - potem tabele, komentarze, spekulacje. Wszystko z niebywałą Entuzyazmu dozą. Trenerka gwizdkiem sygnał do zbiórki daje. Może zatem na likoza się zespołu zatrudnić, może team doświadczeniem zabezpieczyć? Do masażu i kości nadwyrężonych naciągania języków znajomość zbyteczna. Z bólu wyjącemu obojętne co słyszy. Morfinkę się dla uśmierzenia wstrzyknie, wtedy nawet i "Pomarańcza" byle dosadnie i z odpowiednią warg dykcją wymówione - pojmie! Tyle, że płot za wysoki, a wejście z drugiej strony. Musiałbym ze dwa kilosy zaliczyć by z ofertą się stawić. Tedy popatrzywszy jak biegają, za nogi się "chytają" na murawę obalając tłumnie i bez najdrobniejszej nawet kontuzji, ręką machnąłem. Gdzież pracy kawałek naleźć? Jakimże się fachem zająwszy na Rodzinę zarobić, by z tekturowych Ją pudeł wydobyć, a na bułę (o zgrozo!) bez ślinki cieczenia pojrzeć? Niechby choć na przyczepkę kempingową, niechby choć na materacyk dmuchany starczyło, kocyk kusy libo. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 11.06.14, 20:37 My tu se już od miesiąca prawie "klituśbajduśtrelemorele" o bzdetach, a przecież to był wyjazd naukowy! Ztaem trzeba było wygospodarować trochę czasu na odwiedzenie "fundatorów". Centrum Melbourne to siedziba wielu szpitali klinicznych. Osobne dla "kobiet pracujących" i dla "czildrenów" Kubatura porównywalna z Pałacem Kultury i Nauki do czego obliguje nazwa: wszystkie mają charakter "Rojalhospitali" - czasy angielskiej dominacji pozostawiły tak trwały ślad. Ale, żeby nie było, że trzeba być przynajmniej hrabią, żeby się tam zatrudnić, na peryferiach (ale w pewnym dystansie od slumsów aborygeńskich) postawiono parę jednostek prywatnych - mieniących się nawet naukowymi. Zaproszono nas naturalnie i do "Hertjednostki", gdzie zademonstrowaliśmy powitanie a'la "na misia" co wielce przypadło do gustu gospodarzom, tak, że zaczęli nas namawiać do emigracji (jako osobniki jak najbardziej wartościowe i udaczne) Nie bawiąc się w gadki opłotkami, zadaliśmy pytanie wprost: jesajhevtmany? Wyjściowy entuzjazm został wówczas dotkliwie ostudzony. Likoz w Jawstralii zarabia roczne głupie 450 tys złociszy (w przeliczeniu na nasze) co podzielone przez 12 daje ledwie 38 tys miesięcznie. Wynika z tego, iż idac za artykułem w "Fakcie" bylibyśmy w plechy jakieś 2000 PLN na miech. A jak sie doda, że od tej marnej kasiory likoz musi odprowadzać jeszcze 40% podatek, to wyszło nam, że jedynie w Nayukochańszey Oyczyźnie jesteśmy w stanie cokolwiek osiągnąć i do czegokolwiek dojść (nawet jako nieudacznicy). Powtórzyliśmy tedy gest "na miśka", życzyliśmy gospodarzom owocnej pracy i sukcesów w życiu osobistym (wobec wyzysku pracowniczego za datek przy kasie) oraz zawodowym. Pojęliśmy też dlaczego w Kościele rozdawano śpiewniczki firmowe z logo Australian HA - z sugestią datków. Do dziś dziwię się jak można wytrzymać takie finansowe upodlenie. Toż to czasy Cooka! Toż to czasy Zulus Czaki! Nie było to jedyne rozczarowanie jawstralijską "Sużbą Zdrowia" Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 11.06.14, 21:04 Wyjezdżając do Jawstralii UBEZPIECZCIE SIĘ OBOWIĄZKOWO NA ŻYCIE (no i naturalnie na zdrowie takoż!) Koleżanka mająca kłopoty z poruszaniem się w bucikach na wysokim obcasie (ale nie kopytkach), zapoznała się (przy bezwładności podobnej do instrumentalnej ze znanego wiersza Cypka Norwida) z jawstralijskim brukiem. Choć z całą stanowczością można stwierdzić, iż wykazywała podobne cechy ideału (koleżanka - nie ziemia), doszło do uszczerbku na zdrowiu w postaci złamania palca nr 3 oraz nr 4 dłoni prawej. Oczywiście kierując się (powstającą dopiero, ale juz przez nas uznaną i stosowaną ) zasadą "Deklaracji wiary" nie pozostawiliśmy koleżanki samej sobie z propozycją zrostu na modłę "jak Bóg da" ale zawieźliśmy ją (zespołowo) do tamtejszego SOR. Uprzejmy recepcjonista nie chciał zapoznać się z powodem najścia, lecz jako słowo wstępne zaświergotał; hevjuinszurens? Po czym podał cenę konsultacji, gdyby upadły Anioł nie miał inszurensa. Aby mógł to uczynić musieliśmy najpierw wypełnić stosowny formularz, co wymagało uprzedniego pozorumienia się z polskim ubezpieczycielem by uzyskać opdowiedź na jątrzące pytanie: uciąć se rękę skracając cierpienia ale ograniczając wydatki, czy też poprosić jednak o wsparcie "braci po fachu"? Polski ubezpieczyciel (w Oyczyźnie była 20.00) nie łgał twierdząc, iż pełni dyżur 24-h. Nie wiemy wprawdzie czy wstępnie ucieszył się na myśl o konieczności wysupłania szmalcu, ale ponieważ pewnie w TV leciał jakiś serial, więc na odczepne zgodził się bulić. Pewnie niejeden Czytelnik odetchnął w tym miejscu z ulgą - przynajmniej tu nie został naciągnięty opłacając polisę i nie będzie musiał zaciągać kredytu (żyrowanego w tym przypadku chyba wyłącznie przez misia koala albo inszego kangurka) by zaopatrzyć uraz. Recepcjonista jednak ostudził nastroje: inszurans inszuransem, ale zastaw musi być. Widocznie nie podzielał nastroju Cypka i nie dostrzegł w cierpiącej Ideału łaknącego bodaj zwykłej tabletki Pyralginy by w trymiga uśmierzyć bóle, ale zwykłą szubrawczynię - w dodatku nieudaczniczkę zdecydowaną, bo przecież każdy powinien ubierać obuwie stosowne do ilości skonsumowanego alkoholu. Z karty owej szubrawczynio/nieudaczniczki pobrano zatem kwoty następujące: przyjęcie przez Pana Recepcjonistę - 100 dolców, słitfocia rtg (wykonana po 4 awanturze by ktoś wreszcie coś zrobił za tę kasiorę) - 450 dolców (to akuratne kwoty dla naszych bomisiów, którym "wedle widzimisię wsio za bezdurno". Za konsultację likoza miał yć wystawiony rachunek odrębny (z obowiązkiem stawienia się w tejże SOR-towni w dniu następnym). Po 4 godzinach wyczekiwania na konsultację podeszliśmy do recepcjonisty z miną stanowczo odpowiadającą wyrazowi "fakju" i powołując się na zawodowe braterstwo zażądaliśmy natychmiatsowego zbadania poszkodowanej. Recepcjonista nie zdając sobie sprawy z faktu, iż w naszej Oyczyźnie obowiązywać będzie lada dzień "Deklaracja Wiary" (w likoza) walnął nas po uszach inną deklaracją. Stwierdził mianowicie, iż składaliśmy przecież przysięgę Hipokrakersa, więc mamy się nie wymądrzać, nie szukać szczególnych uprawnień, tylko siedzieć na assach (talii kart niestety nie mieliśmy przy sobie) Przypadkowo awanturę posłyszał świeżo upieczony adept w zawodzie. Założył uroczą szynę, obandażował a na następny dzień zamówił konsultację... chirurga plastycznego (drożej, niż zwykły!). Ten zaproponował natychmiastową łoperację paluchów (mimo świeżego krwiaka w okolicy złamań!). Postawiliśmy na nasze Niebywałe Zawodowe Doświadczenie. Ja - jako zwykł likoz nieudacznik od wszelkich boleści - unieruchamiałem palce bandażami. Od zamysłu mumifikacji palców odstąpiliśmy ze względu na brak natronu. Niech Was ręka boska broni przed koniecznością korzystania z pomocy lekarskiej w Jawstralii - czego chyba nie muszę już uzasadniać. Gdyby ląd ten leżał nieco bliżej kandydowałbym do Sejmu, by tam przepchnać następnie ustawę, aby każdy wkraczający w dorosłe życie bomiś zapisywał się obowiązkowo do tamtejszego GP. Z pożytkiem dla zawodowego etosu w Bolandzie. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 12.06.14, 21:14 Cóż - pora wreszcie przejść od wątków pobocznych do konkretów. No bo wyobraźmy sobie, że Jawstralia ma nas zachęcić do bycia turystą. A skoro jest to trzeci pod względem liczebności odwiedzających kraj na świecie, więc waryo zastanowić się co też przyciąga rzesze: snobizm, czy urok faktyczny? Postaram się prowadzić narrację neutralną - tak, by Czytelnik sam wyrobił sobie zdanie. Jeśli zachęcę do wycieczki bez pomocy tłumaczonego "na nasz" przewodnika turystycznego - tym milej. Ale o tym co warto zobaczyć już w samym Melbourne - jutro. Teraz najważniejsza jets "kopana". Nie sytuacja, lecz piłeczka! BRAAAAAASILLLLLLLLLLL ! Pomimo późnej pory, z wysokości balkonu (piętro IX) dam głos. Sorellina ze stoperem w dłoni pomierzy długość okrzyku GOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLL! Sprawdzimy w Księdzy Gi-nessiego, czy padnie rekord. Na świadka wezmę nagranie z komóry. Odpowiedz Link
wscieklyuklad Re: cont. A miało być 13.06.14, 20:44 Nie wrzeszczałem, bo było późno. Po 22.00 nie będę przecież wydzierał się z balkonu IX piętra! W związku z tym dopuściłem kompromis. Po golu dla Brasil wlazłem pod wełnianą kołdrę i tam wrzeszczałem GOOOOOOOOOOOOLLLL! A Sorellina mierzyła czas wrzasku ruskim stoperem, jaki dostałem osttanio w prezencie od siostry. Wiadomo, że ruskie stopery (podobnie jak i wszelkie czasomierze) chodzą najszybciej (chyba nie tylko wedle zaprewnień propagandy) - czas jednak i tak uzyskałem przeciętny - ledwie 20 sek! Szykując się do kolejnej próby bicia rekordu skreślę parę zdań odnośnie natury martwej i żywej w samym Melbourne. Co do tej pierwszej, to obok budowli wiktoriańsko-wieżowcowych, na głównych ulicach można napotkać urocze figurki (jedne - te nowoczesne z mariny już tu wklejono). Teraz prezentuję pomnik poświęcony Aborygenom na głównej ulicy miasta (Elizabeth str.) - niedaleko hotelu szubrawców dla szubrawców. Ostatni pomniczek to sylwetka postrzygacza owiec. Tę zesłitfociłem na melbernskim lotnisku. W Dubaju obrazek był bardziej swojski - zamiast postaci typowych dla Orientu, lub bliżej niezidentyfikowanych sylwetek ludzkich, pomiędzy sklepikami "drutyfri" posadzono "makietę" wielbłąda. Tej nie prezentuję, bo musiałbym znów zaczernić wschodnie rysy twarzy. Co do natury żywej, to o ile samo centrum miasta jest raczej azielone, o tyle kwartały bardziej "nieaslamsowe" opływają w zieleń. Wyjątkiem jest marina (prawie centrum) z palmami. Ale kogóż miałyby niby kusić palmy? Można se pojechać do Warszawy i naoglądać się tamtejszej palmy "centralnej" do woli. Natomiast oczy zaświeciły mi się żywiej na widok popularnych w naszych kwiaciarniach kwiatuszków - tam rosną sobie jako ozdoba przydomowa - można zerwać, jak ktoś chce. Kombinowaliśmy, czy nie zerwać wiąchy i nie przywieźć na Szopena, by natychmiast zbyć i w ten sposób odzyskać choc część kasiory wydanej na ksiuty. Doszliśmy jednak do wniosku, że po podróży na pokładzie Jemiratów, przywalone bagażem podręcznym byłyby tylko zbędnym samolotowym balastem. Niech sobie rosną ciesząc oczy przechodniów. Królewskie Ogrody Botaniczne w Melbourne są natomiast czymś, co trzeba zwiedzić. Jak ktoś ma przewodnik, niech zapozna się (dla własnej wiedzy) z treścią tam zawartą w dziale Ogrody. Ale ten, kto chce nacieszyć oczy prawdziwie królewskimi obrazkami, niech zajrzy na następujący link i kliknie na słitfocie altanki - potem już nie można oczu oderwać. Zwiedzanie naturalnie za friko! Królewskie apanaże mają swe źródło w zupełnie innych miejscach. pl.tripadvisor.com/Attraction_Review-g255100-d256846-Reviews-Royal_Botanic_Gardens_Melbourne-Melbourne_Victoria.html I zwróćcie uwagę, iż wśród 1860 komentujących znalazł się jeden, który odważnie stwierdził: "okropne. Głowę dam, że musiał to być ktoś z Polski. Odpowiedz Link