melanto
12.10.09, 08:33
Temat listu bardzo koresponduje z moimi ostatnimi przemyśleniami na temat siły
wiary w siebie i dobrego samopoczucia lub tez ich braku.
Kiedyś - raptem 2 lata temu - byłam własnie taką malkontentką. Wiecznie
przygnębiona, dostrzegająca wszędzie beznadzieję i brak sensu, płaczliwa i
zniechęcona. A przede wszystkim potwornie zmęczona swoim własnym stanem.
Z perspektywy czasu podejrzewam, ze mogły to być początki depresji. Z tym że
nikt za bardzo się tym nie przejmował, ponieważ u mnie cała rodzina taka
własnie przygnębiona chodzi.
Całe szczęście miałam w sobie jeszcze resztki siły, żeby zawalczyć o swoje
dobre samopoczucie. Poszłam na terapię i tam z czasem dotarło do mnie, że
wieczne przygnębienie i poczucie braku sensu to nie jest naturalny i porządany
stan. Dużo pracy kosztowało mnie, żeby zrzucić te szare okulary, wygrzebać się
z dołka, w którym tkwiłam od dzieciństwa i nabrać wiary w siebie.
Co ciekawe, w całym tym procesie napędzała mnie złość, która zebrała się we
mnie przez wszystkie te lata i to chyba z niej i nagłej niezgody na
przygnębienie czerpałam siłę.
Teraz, jeżeli dopada mnie chandra, to zawsze mam ku temu konkretny powód, albo
przynajmniej próbuję go zidentyfikować.
A moja przygnebiona rodzina patrzy na nową zadowoloną z życia mnie z lekkim
niepokojem... Ale cóż, to już nie moja bajka. Skoro im tak wygodnie...
Podsumowując: myślę, że 80% naszego społeczeństwa przydałaby się taka terapia.