nick3
28.11.07, 16:00
Nie pierwszy raz widać, że najtrwalszą i najmocniejszą podporą
systemu niewolniczego są jedni niewolnicy pilnujący drugich.
Brońmy swojego (i innych!) prawa do szczęścia.
To doprawdy nie jest tak pewne, jak się słyszy, że gdyby ludzie
kierowali się w tej materii nieuprzedzonym, indywidualnym
pragnieniem spełnienia, doprowadziłoby to do powszechnego poranienia
i nieszczęść.
(A teraz to niby co mamy? "Większość ludzi wiedzie życie w cichej
rozpaczy" (Thoreau), o której nie chce wiedzieć, a społeczeństwo
dostarcza jej dobrych ucieczek od tej wiedzy (praca, rodzina,
prestiż, dewocja, pieniądze etc.)
W rzeczywistości system wpojonych nam ocen, którymi niemal
automatycznie ranimy się nawzajem, fałszywe ideały "miłości
prawdziwej" (które każą nam podejrzliwie patrzeć właściwie na
wszystko w miłości, co nie jest społeczną formą!) oraz nadmiernie w
naszej kulturze rozrośnięta zazdrość, do której obyczajowość wręcz
zachęca (by nie powiedzieć, że wymusza) jako do uczucie
rzekomo "najnaturalniejszego" - wszystko to
kaleczy nas bardziej niż wszystkie możliwe cierpienia
nieodwzajemnionej miłości razem wzięte!
Te ostatnie są dotkliwe i ostre, ale przynajmniej jasne, czym dają
cierpiącym poczucie doniosłości własnego życia.
Cierpienia związane z urazą, wstrętem, winą i poniżeniem, którymi
okupywany jest obecny system - tego bynajmniej nie dają!
Nie daje tego też - cierpienie najpowszechniejsze w życiu takiego
społeczeństwa, choć nienazwane: rezygnacja.