laband
25.09.04, 18:45
Polak mały
RYS. JANUSZ KAPUSTA
Kto ty jesteś? - pamiętam z dzieciństwa. - Polak mały. I tak dalej,
powtarzało się słowa Władysława Bełzy ("Katechizm polskiego dziecka") w
rytmie podniosłym. Jaki znak twój? Gdzie ty mieszkasz? Aż do - coś jej
winien? Ta uroczysta melorecytacja ustawiła duchowy horyzont lat
przedszkolnych na wysokości proporcjonalnej do mojego ówczesnego wzrostu
Polaka małego. Małego, a więc patrzącego nie z lotu orła, lecz z padołu
krótkich spodenek i butów, z których kupowaniem rodzice nie mogli nadążyć.
Co prawda, urodziłem się jeszcze w czasach okupacji, ale niewątpliwie "w
polskiej ziemi", bo Oświęcim (wówczas Auschwitz) był miasteczkiem na tzw.
Śląsku Austriackim, którego ludność (circa 70 proc.) do września 1939 r.
stanowili Żydzi. Wcześniej był Oświęcim stolicą księstwa, bodaj od wieku XVI
lennem biskupa krakowskiego, a po roku 1945 powiatem wyszarpywanym co rusz
przez województwa katowickie i krakowskie. Ale miejsce, gdzie się urodziłem,
nie ma znaczenia, skoro niebawem, jako trzyletni Polak mały, znalazłem się w
Katowicach, rodzinnym mieście ojca. Wolałbym powiedzieć - i byłoby to
poniekąd prawdą - że to raczej tutaj się urodziłem, a na pewno wychowałem,
lecz przez co najmniej trzydzieści następnych lat stawiałem ten fakt w cieniu
jakiegoś zawstydzenia.
Przypomniał mi Piotr Lachmann swoim esejem - a właściwie uświadomił, bo
wcześniej jej nie znałem - tę ideę Ciorana, że jest dramatem urodzić się w
byle jakiej przestrzeni kulturowej. Miał zapewne Cioran na myśli ojczystą
Rumunię, jak ja teraz mam śląsko-polską ziemię Polaka małego, i nie
potrafiłbym o niej powiedzieć lepiej - przestrzeń kulturowej bylejakości.
Przez trzydzieści lat wstydziłem się więc faktu, że dzieciństwo i młodość z
kawałkiem spędziłem w centrum miasta, na którym skupiły się największe plagi
powojnia. Miasta, w które jak w odgromnik uderzały pioruny historii. Pioruny -
to zbyt jowialne, więc może raczej powiem "gówna", co brzmi bardziej
plutonicznie. Katowice były latryną Europy (Środkowej? Wschodniej?) przez
dwie trzecie minionego stulecia. Byłem tego naocznym świadkiem.
Lata spędzone w samym środku miasta kształtują umysł, który upodabnia się do
cegieł, brudnych tynków, kostek granitowych, mizerniejących drzewek ulicznych
i wszechobecnej sadzy; właściwości będące jeszcze niezidentyfikowaną chorobą.
Ale dzięki odrobinie szczęścia trafiłem na terapeutę. Był nim pies, który
pewnego dnia wziął mnie na smycz i wyprowadził z miasta. Na łąki. Do lasu.
Otrzymałem go - wraz z obrożą i już utrwalonym imieniem Kusy, niestety bez
kagańca - w nieproszonym darze od znajomego. Właśnie urodziło mu się dziecko,
a Kusy miał na tym punkcie jakiś uraz. Spotkałem w życiu najwyżej trzech lub
czterech nauczycieli godnych tego tytułu. On był jednym z nich. Leczył mnie z
miejskiego betonu. Ale zanim szczęśliwy los nas spotkał ze sobą, miasto było
moim wyłącznym kosmosem. Powiedziałem wcześniej - w centrum miasta - ale
Katowice składały się wyłącznie z centrum. Kilkadziesiąt kroków od rynku
zaczynała się wieś, a dalej sąsiednie miasta lub miasteczka, przechodzące w
dzielnice następnych miast i tak dalej. Mam tu na myśli większy obszar,
określany jako aglomeracja górnośląska. Na jego dalszych planach jawiła się
śląskość w swych lokalnych odcieniach: Opolszczyzna, Śląsk Dolny, śląskie
peryferia aż po Ziemię Kłodzką lub Łużyce.
Nie będę tego tematu przewlekać. Szkicuję tylko z grubsza geograficzne ramy
świata, jedynego, o którym mam prawo mówić. Wszak byłem tam osobiście.
Widziałem. Dotykałem. Słyszałem. Rozpoznawałem jego realia jako Polak,
niestety mały. Gdybym był trochę większy, może nie dałbym się nabrać na tę
powabną dekorację lat 40. i 50., gdy wszyscy kochali Stalina, równocześnie
nań plując. Gdy każda para rąk budowała "ukochany kraj, umiłowany kraj...",
absolutnie fałszywy i połowicznie nienawidzony. Niestety - zgodnie z wolą
Bełzy - byłem mały. Możliwie jak najdłużej mały. Poliaki, mawiają Rosjanie. I
jest w tym podobno odcień pobłażania. Poliacziszki, mawiał Stalin, z jeszcze
głębszym odcieniem. Maleńcy Polacy. Polaczątka. Taki byłem ja i wszyscy
naokół. Także dorośli.
Przywołuję Katowice (niebawem przemianowane na Stalinogród), żeby przybliżyć
pstrą egzotykę rejonu Polski, który rozlał się poza granice rozsądku, gdzieś
aż po Nysę Łużycką. Było zresztą tych egzotyk wiele; nie tylko pomnożonych
przez trzy: Górny, Opolski i Dolny Śląsk, bo każdy z nich dzielił się w
nieskończoność różnic etniczno-polityczno-historycznych. Nie starczyłoby
wołowej skóry na spisanie narodowości, jakie się tam zbiegły. A więc Polacy w
całej gamie kolorytów, to oczywiste. Serbowie z Jugosławii. Grecy. Hiszpanie.
Ukraińcy. Trochę Niemców. Rosjanie, a jakże. Sporo Żydów. Nieco krwi
czeskiej, morawskiej i łużyckiej. Do tego ludność rodzima, której
obywatelstwo - raz takie, raz inne - nie miało łatwego życia. Nie było to -
szczególnie dla oczu sześcio- lub siedmiolatka - zbyt wyraźne, choć
wyczuwalne jak najbardziej. Już wiedział mały, że rzeczywistość jest bardziej
złożona, niż tego chcą gazety, nauczyciele i władza. Dopiero później mógł się
przekonać, że na Śląsk tajemnice spływają z wielu stron świata i historii.
Także do Katowic, o których historyczności nie da się mówić poważnie, bo
miasto święciło stulecie dopiero w latach 60. Zresztą - jakie znów miasto?
Jeszcze za mojej pamięci w samym jego środku znajdowały się dwa folwarki. Na
dawnych mapach niemieckich - Rittersgut. Dobra rycerskie.
Więc Katowice były wtedy tyleż miastem, co wiochą. Ale historia nie jest
wybredna i z powodów tylko sobie znanych z zapamiętaniem grzebała paluchem w
śląskiej geografii. Gryzmoliła na tej ziemi jakieś hieroglify - klątwy,
zaklęcia, kłamliwe życzenia. Uświadomiłem sobie dopiero później tę historię -
zarówno kłamliwą, jak i prawdziwą - oraz szczególność punktu, z którego
widziałem to wszystko, jeszcze mały, lecz już wyrośnięty z ubranek
dziecięcych. Mały, ale tak wyraźnie nie zobaczyłbym tego nigdy i nigdzie. Bo
nie Kraków czy Gniezno uczczono imieniem Wielkiego Batiuszki. Coś takiego
mogło się zdarzyć tylko w Katowicach. Mniejsza o historię, jaką nam - Polakom
małym - ładowano w niewinne główki wprost z podręczników szkolnych, pisaną
przez fachowców pod dyktando wiatrów politycznych, sprzedajną na lewo i
prawo. Historia, o której tu myślę, pisała się sama, żywym ludzkim językiem i
pamięcią. Tkwiła w materialnych śladach miejskich. Wcieliła się w kamienice,
w podwórka, ulice, zakamarki i nie mieściła w książkach. W ogóle jej do nich
nie wypuszczano, podobnie jak do instytutów, katedr i naukowych towarzystw.
Można by to tłumaczyć parszywością czasu, gdy przeciw prawdzie ustanowiono
paragrafy w kodeksach karnych. No, dobrze. Ale dlaczego jeszcze i dzisiaj
prawda historii przegrywa z cieplutkim kłamstewkiem, które nosimy pod skórą
jak coś drogocennego? Jak serce?
Łatwo przefarbować wymowę statystyk, wymyślić całkiem nowe, przekręcić sens
słowa, przesunąć akcenty w lewo lub w prawo, między fakty zapuścić baśń. Ale
jak sfałszować cmentarze, pamięć, krajobraz poprzedników? Nie da się zagadać
wymowy znaków utrwalonych pod zewnętrzną warstwą rzeczywistości, szwendającej
się ulicami, zamiast - ani mru-mru - wcielać się w planowane założenia.
Twórcy historii przemilczeń i głośnego fałszu robili, co mogli, lecz miliony
przeoczonych drobiazgów psuły im robotę. Historia kłamstwa w żywe oczy mówiła
pokonanym, że są zwycięzcami. Mówiła, mówiła, mówiła. Lecz poza opłotkami
aglomeracji górnośląskiej, gdzie wszystko było lipą, ja, Polak mały, czytałem
coś zupełnie innego w przestrzeni ciągnącej się w kierunku zachodnim. Nie
tylko dlatego, że zachód był ciekawszy niż wschód zaczynający się od
Mysłowic, od słynnego niegdyś Dreikaisersecke - trójkąta trzech cesarzy,
których zaborcze względem Pol