25.09.04, 18:45
Polak mały




RYS. JANUSZ KAPUSTA

Kto ty jesteś? - pamiętam z dzieciństwa. - Polak mały. I tak dalej,
powtarzało się słowa Władysława Bełzy ("Katechizm polskiego dziecka") w
rytmie podniosłym. Jaki znak twój? Gdzie ty mieszkasz? Aż do - coś jej
winien? Ta uroczysta melorecytacja ustawiła duchowy horyzont lat
przedszkolnych na wysokości proporcjonalnej do mojego ówczesnego wzrostu
Polaka małego. Małego, a więc patrzącego nie z lotu orła, lecz z padołu
krótkich spodenek i butów, z których kupowaniem rodzice nie mogli nadążyć.

Co prawda, urodziłem się jeszcze w czasach okupacji, ale niewątpliwie "w
polskiej ziemi", bo Oświęcim (wówczas Auschwitz) był miasteczkiem na tzw.
Śląsku Austriackim, którego ludność (circa 70 proc.) do września 1939 r.
stanowili Żydzi. Wcześniej był Oświęcim stolicą księstwa, bodaj od wieku XVI
lennem biskupa krakowskiego, a po roku 1945 powiatem wyszarpywanym co rusz
przez województwa katowickie i krakowskie. Ale miejsce, gdzie się urodziłem,
nie ma znaczenia, skoro niebawem, jako trzyletni Polak mały, znalazłem się w
Katowicach, rodzinnym mieście ojca. Wolałbym powiedzieć - i byłoby to
poniekąd prawdą - że to raczej tutaj się urodziłem, a na pewno wychowałem,
lecz przez co najmniej trzydzieści następnych lat stawiałem ten fakt w cieniu
jakiegoś zawstydzenia.

Przypomniał mi Piotr Lachmann swoim esejem - a właściwie uświadomił, bo
wcześniej jej nie znałem - tę ideę Ciorana, że jest dramatem urodzić się w
byle jakiej przestrzeni kulturowej. Miał zapewne Cioran na myśli ojczystą
Rumunię, jak ja teraz mam śląsko-polską ziemię Polaka małego, i nie
potrafiłbym o niej powiedzieć lepiej - przestrzeń kulturowej bylejakości.
Przez trzydzieści lat wstydziłem się więc faktu, że dzieciństwo i młodość z
kawałkiem spędziłem w centrum miasta, na którym skupiły się największe plagi
powojnia. Miasta, w które jak w odgromnik uderzały pioruny historii. Pioruny -
to zbyt jowialne, więc może raczej powiem "gówna", co brzmi bardziej
plutonicznie. Katowice były latryną Europy (Środkowej? Wschodniej?) przez
dwie trzecie minionego stulecia. Byłem tego naocznym świadkiem.

Lata spędzone w samym środku miasta kształtują umysł, który upodabnia się do
cegieł, brudnych tynków, kostek granitowych, mizerniejących drzewek ulicznych
i wszechobecnej sadzy; właściwości będące jeszcze niezidentyfikowaną chorobą.
Ale dzięki odrobinie szczęścia trafiłem na terapeutę. Był nim pies, który
pewnego dnia wziął mnie na smycz i wyprowadził z miasta. Na łąki. Do lasu.
Otrzymałem go - wraz z obrożą i już utrwalonym imieniem Kusy, niestety bez
kagańca - w nieproszonym darze od znajomego. Właśnie urodziło mu się dziecko,
a Kusy miał na tym punkcie jakiś uraz. Spotkałem w życiu najwyżej trzech lub
czterech nauczycieli godnych tego tytułu. On był jednym z nich. Leczył mnie z
miejskiego betonu. Ale zanim szczęśliwy los nas spotkał ze sobą, miasto było
moim wyłącznym kosmosem. Powiedziałem wcześniej - w centrum miasta - ale
Katowice składały się wyłącznie z centrum. Kilkadziesiąt kroków od rynku
zaczynała się wieś, a dalej sąsiednie miasta lub miasteczka, przechodzące w
dzielnice następnych miast i tak dalej. Mam tu na myśli większy obszar,
określany jako aglomeracja górnośląska. Na jego dalszych planach jawiła się
śląskość w swych lokalnych odcieniach: Opolszczyzna, Śląsk Dolny, śląskie
peryferia aż po Ziemię Kłodzką lub Łużyce.


Nie będę tego tematu przewlekać. Szkicuję tylko z grubsza geograficzne ramy
świata, jedynego, o którym mam prawo mówić. Wszak byłem tam osobiście.
Widziałem. Dotykałem. Słyszałem. Rozpoznawałem jego realia jako Polak,
niestety mały. Gdybym był trochę większy, może nie dałbym się nabrać na tę
powabną dekorację lat 40. i 50., gdy wszyscy kochali Stalina, równocześnie
nań plując. Gdy każda para rąk budowała "ukochany kraj, umiłowany kraj...",
absolutnie fałszywy i połowicznie nienawidzony. Niestety - zgodnie z wolą
Bełzy - byłem mały. Możliwie jak najdłużej mały. Poliaki, mawiają Rosjanie. I
jest w tym podobno odcień pobłażania. Poliacziszki, mawiał Stalin, z jeszcze
głębszym odcieniem. Maleńcy Polacy. Polaczątka. Taki byłem ja i wszyscy
naokół. Także dorośli.

Przywołuję Katowice (niebawem przemianowane na Stalinogród), żeby przybliżyć
pstrą egzotykę rejonu Polski, który rozlał się poza granice rozsądku, gdzieś
aż po Nysę Łużycką. Było zresztą tych egzotyk wiele; nie tylko pomnożonych
przez trzy: Górny, Opolski i Dolny Śląsk, bo każdy z nich dzielił się w
nieskończoność różnic etniczno-polityczno-historycznych. Nie starczyłoby
wołowej skóry na spisanie narodowości, jakie się tam zbiegły. A więc Polacy w
całej gamie kolorytów, to oczywiste. Serbowie z Jugosławii. Grecy. Hiszpanie.
Ukraińcy. Trochę Niemców. Rosjanie, a jakże. Sporo Żydów. Nieco krwi
czeskiej, morawskiej i łużyckiej. Do tego ludność rodzima, której
obywatelstwo - raz takie, raz inne - nie miało łatwego życia. Nie było to -
szczególnie dla oczu sześcio- lub siedmiolatka - zbyt wyraźne, choć
wyczuwalne jak najbardziej. Już wiedział mały, że rzeczywistość jest bardziej
złożona, niż tego chcą gazety, nauczyciele i władza. Dopiero później mógł się
przekonać, że na Śląsk tajemnice spływają z wielu stron świata i historii.
Także do Katowic, o których historyczności nie da się mówić poważnie, bo
miasto święciło stulecie dopiero w latach 60. Zresztą - jakie znów miasto?
Jeszcze za mojej pamięci w samym jego środku znajdowały się dwa folwarki. Na
dawnych mapach niemieckich - Rittersgut. Dobra rycerskie.

Więc Katowice były wtedy tyleż miastem, co wiochą. Ale historia nie jest
wybredna i z powodów tylko sobie znanych z zapamiętaniem grzebała paluchem w
śląskiej geografii. Gryzmoliła na tej ziemi jakieś hieroglify - klątwy,
zaklęcia, kłamliwe życzenia. Uświadomiłem sobie dopiero później tę historię -
zarówno kłamliwą, jak i prawdziwą - oraz szczególność punktu, z którego
widziałem to wszystko, jeszcze mały, lecz już wyrośnięty z ubranek
dziecięcych. Mały, ale tak wyraźnie nie zobaczyłbym tego nigdy i nigdzie. Bo
nie Kraków czy Gniezno uczczono imieniem Wielkiego Batiuszki. Coś takiego
mogło się zdarzyć tylko w Katowicach. Mniejsza o historię, jaką nam - Polakom
małym - ładowano w niewinne główki wprost z podręczników szkolnych, pisaną
przez fachowców pod dyktando wiatrów politycznych, sprzedajną na lewo i
prawo. Historia, o której tu myślę, pisała się sama, żywym ludzkim językiem i
pamięcią. Tkwiła w materialnych śladach miejskich. Wcieliła się w kamienice,
w podwórka, ulice, zakamarki i nie mieściła w książkach. W ogóle jej do nich
nie wypuszczano, podobnie jak do instytutów, katedr i naukowych towarzystw.
Można by to tłumaczyć parszywością czasu, gdy przeciw prawdzie ustanowiono
paragrafy w kodeksach karnych. No, dobrze. Ale dlaczego jeszcze i dzisiaj
prawda historii przegrywa z cieplutkim kłamstewkiem, które nosimy pod skórą
jak coś drogocennego? Jak serce?


Łatwo przefarbować wymowę statystyk, wymyślić całkiem nowe, przekręcić sens
słowa, przesunąć akcenty w lewo lub w prawo, między fakty zapuścić baśń. Ale
jak sfałszować cmentarze, pamięć, krajobraz poprzedników? Nie da się zagadać
wymowy znaków utrwalonych pod zewnętrzną warstwą rzeczywistości, szwendającej
się ulicami, zamiast - ani mru-mru - wcielać się w planowane założenia.
Twórcy historii przemilczeń i głośnego fałszu robili, co mogli, lecz miliony
przeoczonych drobiazgów psuły im robotę. Historia kłamstwa w żywe oczy mówiła
pokonanym, że są zwycięzcami. Mówiła, mówiła, mówiła. Lecz poza opłotkami
aglomeracji górnośląskiej, gdzie wszystko było lipą, ja, Polak mały, czytałem
coś zupełnie innego w przestrzeni ciągnącej się w kierunku zachodnim. Nie
tylko dlatego, że zachód był ciekawszy niż wschód zaczynający się od
Mysłowic, od słynnego niegdyś Dreikaisersecke - trójkąta trzech cesarzy,
których zaborcze względem Pol
Obserwuj wątek
    • laband Re: o Wanku 25.09.04, 18:46
      Łatwo przefarbować wymowę statystyk, wymyślić całkiem nowe, przekręcić sens
      słowa, przesunąć akcenty w lewo lub w prawo, między fakty zapuścić baśń. Ale
      jak sfałszować cmentarze, pamięć, krajobraz poprzedników? Nie da się zagadać
      wymowy znaków utrwalonych pod zewnętrzną warstwą rzeczywistości, szwendającej
      się ulicami, zamiast - ani mru-mru - wcielać się w planowane założenia. Twórcy
      historii przemilczeń i głośnego fałszu robili, co mogli, lecz miliony
      przeoczonych drobiazgów psuły im robotę. Historia kłamstwa w żywe oczy mówiła
      pokonanym, że są zwycięzcami. Mówiła, mówiła, mówiła. Lecz poza opłotkami
      aglomeracji górnośląskiej, gdzie wszystko było lipą, ja, Polak mały, czytałem
      coś zupełnie innego w przestrzeni ciągnącej się w kierunku zachodnim. Nie tylko
      dlatego, że zachód był ciekawszy niż wschód zaczynający się od Mysłowic, od
      słynnego niegdyś Dreikaisersecke - trójkąta trzech cesarzy, których zaborcze
      względem Polski apetyty spotkały się właśnie na Śląsku. Tam była Kongresówka,
      należąca już do innej historii, a na zachód i południe od Katowic rozpoczynał
      się Śląsk i jego źródła. Również źródła dosłowne, skoro w ziemi śląskiej mają
      początek aż dwie rzeki, dla naszej historii tak zasadnicze. W Beskidzie Śląskim
      biją źródła Wisły. Bardziej na zachód rozpoczyna bieg Odra, w rzymskiej
      geografii zwana Svebos flumen, zapewne od germańskich Suebów, korzystających
      wtedy z jej dobroczynnych wód. Gwoli ścisłości, źródła Odry, choć biją na
      Śląsku, to jednak w Czechach. Błędem jest mniemanie, że Śląsk to obszar
      niepodzielnie polski. W wielkim godle narodowym Czech na jednym z czterech pól
      widzimy piastowskiego orła śląskiego. Ma to godło na lewym rękawie każdy czeski
      policjant. Dlaczego nie polski? Zostańmy jednak przy rzekach.


      Dla historii każdego kraju rola głównych rzek jest zasadnicza. Te dwie,
      rysujące przestrzenny i gospodarczy sens Polski, są rzekami z urodzenia
      śląskimi. Jaka jest prawda o naszym stosunku do rzek, da się wyczytać z ich
      materii. Na przykład z analizy chemicznej wody w jej biegu górnym, średnim i
      dolnym. Ze stanu regulacji brzegów. Ilości i jakości mostów. Z utylizacji ich
      zasobów. Dzisiejszy ogólny stan Wisły odsłania niezgodność patriotycznej poezji
      i pieśni z tym, co już za Kazimierzem Dolnym, a na pewno Płockiem, dla byle
      okonia lub leszcza jest nie do przyjęcia. Byłoby o czym rozmyślać na którymś z
      mostów warszawskich, gdyby to nie był czas stracony. Z Odrą, przez sześćset
      długich lat wyłączoną z władztwa polskiego, gdy nie tylko dbano o jej walory
      eksploatacyjne, lecz kanałami podłączono do ogólnoeuropejskiej wspólnoty wód,
      było inaczej. Było. Minęło. Ale zarówno Wisła, jak i Odra omijają Katowice,
      leżące nad rozlewistą niegdyś Rawą, w najlepszym razie dziś zasługującą na
      nazwę rynsztoku. Heraklit - ów filozof rzek - nie wszedłby do niej nawet po raz
      pierwszy. Położenie Katowic pomiędzy dwoma dostojnymi polskimi wodobiegami
      czyni to miasto miejscem poniekąd rozjemczym dla dwóch cywilizacyjnych poziomów
      i dwóch historycznych przeznaczeń. Katowice, rodzaj śląskiej, śródlądowej
      Scylli i Charybdy.


      Z końcem lat 50., krok po kroku, zacząłem samodzielnie rozpoznawać strony
      najbliższego świata. Dziś już rozumiem pochodzenie niepokojących percepcji,
      które można by określić jako rzeczywistość dwojaką. Jakieś pęknięcia,
      szczeliny, rozpadliny jak po trzęsieniu ziemi. Bytom i Gliwice, dwa większe
      miasta leżące najbliżej Katowic, do roku 1945 znajdowały się na terytorium
      Niemiec, przeto w świadomości ludzi tu zamieszkałych nie wytliła się jeszcze
      pamięć ich "zagraniczności". W czasach Polaka małego wyprawy do tych miast - w
      sumie półgodzinna przejażdżka tramwajem w poprzek nieistniejącej już granicy -
      odsłaniały mi ich pewną, ściśle powojenną specyfikę. Na szorstki dialekt
      śląskich autochtonów nakładał się i w pewnym stopniu wymieszał, język
      przesiedleńców kresowych. Mieszały się także jakości obyczajowe, mentalności i
      jeszcze świeże rany powojenne.

      Oba miasta - dawniej ważne ośrodki gospodarcze i kulturalne niemieckiego
      Górnego Śląska - pokiereszował brutalny rabunek i dewastacja. Nie było tam
      żadnych walk wyzwoleńczych ani poważniejszych operacji wojskowych. Łupiono je i
      bez zahamowań szabrowano od chwili wkroczenia żołnierzy radzieckich, gdyż to
      już były "hitlerowskie Niemcy". Zresztą nie bez udziału żołnierza i cywila
      polskiego. Ludność tutejsza, której polskość do niedawna musiała się ukrywać,
      traktowana była jako element niemiecki, wraz z całą zbrodniczością
      towarzyszących temu procedur. Niemców zarażonych faszyzmem już tam - z małymi
      wyjątkami - nie było. Nazistowski aparat partyjny, cywilni fanatycy i urzędnicy
      wszelkiej maści uciekli na długo przed początkiem ofensywy zimowo-wiosennej
      1945. Ślązacy ufnie oczekiwali uwolnienia z hitlerowskiej zarazy. Głównie
      polskojęzyczni, ale również spragnieni pokoju niemieccy, zresztą niemal
      wyłącznie starcy, kobiety i dzieci, jako że młodzież w wieku poborowym, w tym
      również polską, pochłonął Wehrmacht.


      Bytom znałem lepiej, gdyż w wieku przedszkolnym spędzałem krótsze lub dłuższe
      okresy u mieszkającej tam babci i wuja. Gliwice poznałem później, za sprawą
      przyjaciela szkolnego, którego rodzice przybyli spod Lwowa. Jeśli idzie o
      przekrój klasowy, powiadało się, że w Bytomiu dominował kresowy plebs, w
      Gliwicach zaś elita przez "e" większe lub mniejsze. Na mnie to nie robiło
      wrażenia, bo byłem poniekąd "stąd" - nie licząc małopolskiego pochodzenia matki
      i jej wielkopolskiego ojca. Nie to, że była małą Polką jak ja Polakiem małym,
      ale że urodziła się w Szczakowej, gdzie mowa była bardziej "austriacka". Babcia
      pamiętała jeszcze tamtejsze talary reńskie, korony i krajcary. A jeśli coś
      kupowała to tylko "pół funta". A ja, choć tutejszy, to niezbyt biegły w śląskim
      dialekcie, gdyż w domu przestrzegano poprawnej polszczyzny.

      W 1946 roku lub z początkiem następnego przebywałem u wuja Czesława. Był w
      Bytomiu dozorcą starostwa. Kombatant Andersa wrócił do kraju i dobrze zrobił.
      Kiedyś z nim przez labirynt piwnic poszedłem do kotłowni. Piwnice aż po
      sklepienie były zarzucone książkami w stosach o wysokości przerastającej mnie
      więcej niż dwakroć. Nie była to tuzinkowa makulatura, lecz woluminy w
      skórzanych okładkach, ze złoconymi literami na grzbietach, pyszniące się
      rozmaitością papierów i krojem czcionek. Nie mogłem przejść obok tego, bo
      szperanie w książkach pociągało mnie bardziej niż piaskownica. Była to
      biblioteka wyrzucona przez ślepą sprawiedliwość powojenną z niemieckiego muzeum
      po drugiej stronie ulicy. Pieczątki zdradzały pochodzenie tego zwałowiska.
      Wziąłem dwa tomy. Miałem je długo, aż utonęły w ogólnej entropii skarbów
      dzieciństwa. Dobrze te dwa woluminy - a szczególnie jeden - pamiętam. Wielki
      album historyjek słowno-obrazkowych Wilhelma Buscha, pioniera komiksu. Ale
      najbardziej liczyły się te znajdujące się poza zasięgiem moich rak, na samej
      górze, owiane cieniem, z którego mrugały złoceniami. Po jakichś dwudziestu
      latach zaczęły do mnie wracać w snach.

      Nie byłem już czteroletnim Polakiem małym. Już znałem mroki świata i
      wiedziałem, co znaczy piwnica. We śnie wypełniałem kieszenie, plecaki i worki
      tymi książkami. Po kilku porażkach nauczyłem się kontrabandy, umożliwiającej
      przenoszenie łupu przez granicę jawy, tak by sobie oszczędzić smutku lądowania
      w szczerym polu pościeli. Nie mając nadziei na pomyślny transfer zdobyczy,
      zapamiętywałem ich stronice. Szczególnie ryciny i ilustracje. W świetle dnia
      rekonstruowałem je na papierze. Nie wszystko dawało się odtworzyć. Na przykład
      Księga Ognia. Otwarta, wybuchała płomieniem. Albo inne, między stronami których
      zjawiały się symboliczne przedmioty - złote jajo, żelazna rękawica, żywa
      jaszczurka. Po następnych dwudziestu latach coś podobnego zobaczyłem w filmach
      Petera Greenawaya. Takie dziecinne doświadczenia stawiały mnie przed
      • laband Re: o Wanku 25.09.04, 18:47
        Nie byłem już czteroletnim Polakiem małym. Już znałem mroki świata i
        wiedziałem, co znaczy piwnica. We śnie wypełniałem kieszenie, plecaki i worki
        tymi książkami. Po kilku porażkach nauczyłem się kontrabandy, umożliwiającej
        przenoszenie łupu przez granicę jawy, tak by sobie oszczędzić smutku lądowania
        w szczerym polu pościeli. Nie mając nadziei na pomyślny transfer zdobyczy,
        zapamiętywałem ich stronice. Szczególnie ryciny i ilustracje. W świetle dnia
        rekonstruowałem je na papierze. Nie wszystko dawało się odtworzyć. Na przykład
        Księga Ognia. Otwarta, wybuchała płomieniem. Albo inne, między stronami których
        zjawiały się symboliczne przedmioty - złote jajo, żelazna rękawica, żywa
        jaszczurka. Po następnych dwudziestu latach coś podobnego zobaczyłem w filmach
        Petera Greenawaya. Takie dziecinne doświadczenia stawiały mnie przed
        manifestacjami tajemnicy. Niektóre znajdowały się wewnątrz mieszkań. W klatkach
        schodowych kamienic. Na strychach i w piwnicach. Po inne wyruszyłem jako Polak
        mały ku ulicom. Miastu. Przedmieściom. Okolicy. Reszcie śląskiego wszechświata.


        Po październikowym przełomie węgiersko-polskim w roku 1956 - miałem zaledwie 15
        lat - przez rzeczywistość przebiegły konwulsje. Ożywiła się wiara duszyczek,
        widzących w perspektywie zwycięstwo prawdy nad kłamstwem. Ubyło piany w
        nawarzonym piwie, ale kufel nadal zawierał mętny płyn i niebawem przelewki
        rozpoczęły się od nowa. Nie taki już mały, tkwiłem w dwuznacznym śląskim
        świecie, który nie przestał być Katangą Paktu Warszawskiego. Zlikwidowano co
        prawda obozy pracy, karne kompanie wojskowe i Służbę Polsce. Zmodyfikowano
        eksploatację lokalnych zasobów ludzkich i naturalnych. Ale pryncypia polityczne
        wzmocniły się nawet. Szczególnie tam.

        Tak zwani komuniści (mniejsza, czy byli nimi rzeczywiście) trzymali katowickie
        porządki w silnej garści. Była to poniekąd kuźnia PRL. Poligon proletariatu.
        Istniały tu liczne lokalne i gdzie indziej nieznane zasady reglamentacji
        kultury. Wbrew oficjalnej przyjaźni z bratnią NRD, na Śląsku używanie języka
        niemieckiego w miejscach publicznych podlegało karze. A nawet prywatne rozmowy
        mogły przysporzyć kłopotów. Na terenie województw katowickiego i opolskiego nie
        było szkół z językiem obcym niemieckim, z wyjątkiem szkół dla dzieci z
        politycznie "dobrych domów". Jeszcze w latach 70. w popularnych kaempikach
        prasa niemieckojęzyczna (wraz ze szwajcarskim "Neue Z?rcher Zeitung") była
        niedostępna. Znam przypadki przymusowej zmiany nazwisk niemieckich. Poczciwy
        Grunner, drugi mąż mojej odległej ciotki, górnik w wieku przedemerytalnym, po
        latach niewolniczej pracy jako jeniec (był żołnierzem Wehrmachtu) otrzymał
        emeryturę pod warunkiem zmiany nazwiska. Umarł jako Pietrowski, jak mu to
        wymyślił polski Kulturtr?ger. Ciekaw jestem, czy - gdyby dziś żył - przyszłoby
        mu do głowy dochodzić odszkodowań za szkody osobiste? M?ller stał się
        Milewskim, a kolega z ławy szkolnej Sperling - Wróblem.

        Po roku 1956 części autochtonów niemieckich zezwolono na wyjazd w
        ramach "łączenia rodzin". Inni, którzy nie mieli dokąd lub po prostu nie
        chcieli wyjeżdżać, niebawem gorzko żałowali. Miała też miejsce krótkotrwała
        liberalizacja emigracyjna wobec Żydów, co spowodowało ich odpływ z miast
        śląskich. Z kolei przybyło spóźnionych repatriantów z ówczesnego ZSRR. Trwało
        to zbyt krótko, bym z Polaka małego mógł się w czasie przelotnej odwilży
        przemienić w nieco większego. Tyle że już postrzegałem kontury politycznej
        fantastyki w ramach której wykreowana rzeczywistość śląska nabrała jaskrawej
        podwójności. Jedna oficjalna, druga prawdziwa. Dotąd mogło mi się wydawać, że
        to tylko moje smarkate - może nawet mylne - przeczucie. Teraz nie było
        wątpliwości. Do już dostrzeżonych, doszły nowe znaki zapytania. Nowe poszlaki
        oraz punkty widzenia niegdysiejszego Polaka małego, którego spodenki były coraz
        bardziej za krótkie, jakkolwiek nosił je już pod długimi.

        W roku 1958 pracowałem dwa miesiące w kopalniach wałbrzyskich, a potem jeszcze
        trochę w okolicach Bogatyni. Niewiedzącym, co to znaczy, wyjaśniam, że chodzi o
        Śląsk Dolny. Odległość 200 - 300 kilometrów od Katowic czyniła ten świat
        poniekąd antypodami. Wałbrzych nieco przypominał przemysłowy krajobraz Katowic.
        Bogatynia ani trochę. Pracowałem fizycznie, lecz nie przeoczyłem metafizycznych
        planów pejzażu. Nie była to moja pierwsza autopsja tego innego Śląska, który w
        latach 1945 - 1946 pozbawiono 98 procent rdzennej ludności. Szacunki procentowe
        traktujmy z przymrużeniem oka i powiedzmy, że co najmniej tyle. Wszystko to
        lege artis, zgodnie z prawem międzynarodowym, ustanowionym przez zwycięzców
        haniebnej Trzeciej Rzeszy, ale jeśli idzie o jej pogromców, nie dałbym szeląga
        za czystość serc i intencji. Z pewnością najsilniejszą ich racją był odwet na
        jeszcze większym zbóju Hitlerze, który pociągnął siedemdziesięciomilionowy
        naród i kraj do zguby. Znacząca część tego kraju, Dolny Śląsk (Górny w
        mniejszym stopniu) stał się mityczną, upadłą cywilizacją. Światem, z którego -
        jak w baśni - wyparowali dotychczasowi mieszkańcy. Tylko nieruchomości trwały
        jak symbole upadku.


        Jeszcze bardziej baśniowe wydawało mi się to dwanaście lat wcześniej, gdy jako
        szczyl spędzałem wakacje w okolicach Środy Śląskiej, w majątku ziemskim
        przerobionym na PGR, i rysował się przede mną zupełnie inny krajobraz. Rok był
        chyba 1947, może 1946. Pikanterii tym wakacjom dodaje fakt, że załogę PGR
        stanowił zakonspirowany oddział AK, z dwoma krewnymi mojej matki, później
        (1952) skazanymi na karę śmierci, a jeszcze później (1957) ułaskawionymi czy
        nawet rehabilitowanymi. O tym dowiedziałem się po latach, a na razie byłem
        pięcioletnim Polakiem małym (czy to wtedy po raz pierwszy poczęstowano mnie
        Bełzą?) pląsającym na powojennym, pozbawionym kresu, placu zabaw. Tylko akowcy
        i wokół pusta wieś. Niewielu ludzi, którzy jak gdyby byli tu tylko przejazdem.
        A reszta, właściciele lokomobil i traktorów, stodół i obór, ogrodów i lasów?
        Przepadli. Rozpłynęli się w końcówce okrutnej historii. To było doświadczenie
        zapierające dech. Jakie to niezwykłe, gdy ma się pięć - sześć lat i wchodzi na
        strych opuszczonego domu, pełnego tajemniczych rzeczy pozostałych po kimś.
        Pełnego widm i możliwych niespodzianek. Tylko pobliska Ślęża w pogodne dni - a
        było to lato długie i słoneczne - była mi opatrznościową wskazówką na
        jakieś "później".

        W roku 1959 pamiętałem dobrze tamte wakacje, więc nic mnie nie mogło zaskoczyć
        poza skalą obrazu, poza wysokością punktu widzenia, jako że byłem Polak już nie
        taki mały. Świat, w którym ponownie się znalazłem, był w pełni zaludniony. W
        pełni to za dużo powiedziane, ale było to województwo funkcjonujące normalnie,
        choć na nienormalnych zasadach. Ludzie byli w duchu wygnańcami. Żyli na
        walizkach, nie znając dnia ani godziny. Jak na cudzym. Własnym na niby, jak
        cała Polska. Propaganda polityczna przygrywała skocznie temu przedsięwzięciu.
        Głośniki uliczne od rana po zmierzch dozowały budujący akompaniament: "na
        ojczystej, ukochanej ziemi, praca, walka tętni młoda krew... ". Wielu Polaków,
        jeszcze nie tak dawno małych, nie śmiało nawet wątpić, że oto prapiastowskie,
        sprawiedliwie odzyskane po wiekach krzywd, nasze "ukochane miasta i wioski"
        jakby sypiące się z megafonu. Kombatantom bliżej było spod Berlina na Dolny
        Śląsk niż na wschód, gdzie chyba już lepiej nie wracać. Zostali w pół drogi do
        domu, po swej wojaczkowej przygodzie, na dożywotnich wakacjach; w świecie,
        który był przecież ziemią obiecaną. Niemal tak samo go nazwano - ziemia
        odzyskana. Był ten świat dla nich jakimś lunaparkiem po Oce i Lenino. Żyli jak
        w niebie, nie na ziemi. Dolny Śląsk - enklawa ocalonych przed Azją. Mieszanina
        pionierów i tych, co z pionierów żyją.


        Różnice ciśnień między Śląskiem a "starym krajem" już się wyrównały, choć dawna
        dekoracja - miast, zakładów przemysłowych, sieci drogowe
        • laband Re: o Wanku 25.09.04, 18:48
          Różnice ciśnień między Śląskiem a "starym krajem" już się wyrównały, choć dawna
          dekoracja - miast, zakładów przemysłowych, sieci drogowej i kolejowej, i tak
          dalej - ciągle coś przypominała; czemuś zaprzeczała; stawiała pytania. To był
          istotnie słaby punkt śląskiego krajobrazu. Bo przecież nie dało się dowieść, że
          prapiastowska jest koksownia w Wałbrzychu lub stocznia rzeczna we Wrocławiu.
          Ani napisy na dworcach nie były prapiastowskie. Spod marnej farby głoszącej, że
          stacja nazywa się Wałbrzych wyłaziło nienawistne Waldenburg. Krajobraz był
          uparty - architektura, podziały gruntowe i wizja świata obca potrzebom Polaka,
          małego i dużego. Chyba, że dla zabawy. Aż do zepsucia zabawki włącznie. Pejzaż
          był taki, że mnie w 1958 lub 1959 roku ciarki przechodziły. Niemniej już wtedy,
          a tym bardziej później, widziałem, że tej dekoracji ubywa. Że będzie jej coraz
          mniej. Takie były czasy, choć przecież nie najgorsze. Pamiętający okupację
          tylko oczy wznosili w podzięce ku niebu.

          Z roku na rok, z dekady na dekadę, moja ciekawość tego świata nabierała głębi.
          Szczególnie po wymuszonej poniekąd przeprowadzce do Warszawy, gdy byłem już
          grubo po trzydziestce, objawił mi się Śląsk jak niespodziewanie odkryta
          Atlantyda. Bez choćby jednej stopy postawionej w sercu Mazowsza, skąd widać
          jakoby cały kraj, tu nazywany prowincją, nigdy bym nie zrozumiał tej
          szczególności Śląska w Polsce. Przeto wolę go oglądać naocznie i moje
          świadectwo jest takie a takie. Szukam. Patrzę. Słucham. Powtarzam. Ciągle coś
          się odsłania, widzę coraz wyraźniej, niegdysiejszy Polak mały, choć i obecnie
          nietęgi, skoro na: - Coś jej winien?, chętniej niż: - Oddać życie,
          odpowiedziałbym: - Oddać prawdę.

          Henryk Waniek

          Autor (ur. 1942) jest malarzem, powieściopisarzem i eseistą. Wydał m.in.
          powieści "Dziady berlińskie", "Dziady paryskie", a także tomy esejów: "Hermes w
          górach śląskich", "Opis podróży mistycznej z Oświęcimia do Zgorzelca 1257 -
          1957" i "Pitagoras na trawie". Jego ostatnia książka "Finis Silesiae" została
          nominowana do Nagrody Nike.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka