Gość: HW
IP: *.dip.t-dialin.net
24.06.05, 17:38
ŚLĘZACZEK W POLSKO
Inaczej rozpocznam ten zbiór historyjek. Nie od Geografa Bawarskiego, który w
połowie IX wieku przemilczał Polan, Lechitów i Lachów, natomiast drobiazgowo
wyliczył wszystkie śląskie plemiona, wraz z ilością osad czy grodów jakie
posiadali. Na przykład: ...Isti sunt, qui iuxta istorum fines resident...
Sleenzane civitates XV... Dadosesani civitates XX... Opolini civitates XX... i
tak dalej. Pomijam też Lestka z palca wyssanego wraz z domniemanym
Siemomysłem. Ani słowa o Bolesławie jednym czy drugim. Nie pisnę o największym
z Kazimierzów oraz o Stanisławie pierwszym i ostatnim. Przede wszystkim
rozpoczynam od tego tytułu powyżej, który należałoby objaśnić. Lecz może
jeszcze nie teraz, gdy dopiero zaczynam. Zrobię to już po wszystkim, na końcu,
przyrzekam.
Zacznę więc od siebie samego. Nie od chrztu Polski, lecz wojennego,
pośpiesznego chrztu w kościele Salezjanów, na który później spadła amerykańska
bomba. A więc świadectwo chrztu wraz z metryką urodzenia stracone. A to, że
się w ogóle urodziłem, dopiero potwierdziło dwóch zaprzysiężonych sądownie
świadków, gdy miałem już pójść do szkoły. Powinienem mieć metrykę. I stąd cały
cyrk z sądem, który mnie skazał na życie. Tak właśnie zaczynam tę opowieść,
zamiast od bitwy pod Grunwaldem oraz odsieczy wiedeńskiej. I dobrym dawnym
zwyczajem, na początek niech będzie o raju.
I
Na początku każdej historii, zarówno powszechnej jak prywatnej, znajduje się
raj. Mówiąc o raju nie mam na myśli biblijnego Edenu. Ani innego mitycznego
kontraktu między Bogiem a jakimś ludzkim okazem. Daleki jest mi ten obraz –
wręcz obcy – nagich prarodziców, krążących wokół zakazanego drzewa, kuszonych
przez wiedzę o dobrym i złym. Jedyny bliski mi raj to dzieciństwo, które zanim
przerodzi się w młodość, postrzega świat czystym okiem. Dzieciństwu horyzont
jawi się jako wielki, święty i silny.
Mój osobisty raj trafił na grunt wojennego i powojennego chaosu. Jeszcze z
samego centrum paradyżu patrząc na to wszystko nie byłem oczywiście świadomy
co dzieje się na dalszych planach. Może już liczyłem do dziesięciu, ale nie do
setek zdruzgotanych miast i milionów ludzkich ofiar. Słyszałem jakiś jęk. Ale
co znaczył? Trwogę czy triumfowanie? Nie pojmowałem jeszcze abstrakcyjnej
przestrzeni, która właśnie przechodziła totalny demonaż, choć widziałem
przecież, że na zewnątrz jest wojna. A z rajskiego punktu widzenia nawet
groby, gruzy i niewypały są klejnotami boskiej kreacji. Podstępne piękno
munduru prześciga się z pięknem zabijania, a wszystko to również lśni cudem
przedwiecznego ogrodu. Filmy mojego dzieciństwa (nie muszę dodawać, że z
wyjątkiem Królewny Śnieżki, filmy były radzieckie) pękały w szwach od
wybuchów. Nieprzyjaciel słał się gęstym trupem. A nad wszystkim powiewał
nieodłączny sztandar. I to jawiło mi się jako wzniosłe i proste. Tylko język
dorosłych – tych nieznośnych intruzów na terytorium dziecięcej wolności –
zgrzytał czymś niejasnym. Wbrew doniosłym tonom kroniki filmowej imię Stalina
budziło skurcz na ich twarzach. Nie wiedziałem co znaczył. Stalin był piękny w
białym mundurze i kochał dzieci. Rodziców zjadała zazdrość. Żaden ojciec mu
nie potrafił dorównać.
Były też sprawy inne, tajemnicze. Słyszałem na przykład – w domu mówiło się
często – Lagier. Zazwyczaj Oświęcim. Rzadziej Auschwitz. Bo moja matka była
stamtąd. Część swej młodości spędziła w późniejszym bloku 12. Po tak zwanej
ewakuacji już tam nie wróciła. W październiku 1939 zamieszkała z matką i
braćmi w domach PMT, sąsiadujących z dawnymi koszarami. Później hitlerowcy
wysiedlili całą ludność polską do miasta. Zasole przemieniono w inny świat.
Więc ja z kolei urodziłem się w Auschwitz, tyle że już po drugiej stronie
Soły. Pomimo to zapewne wdychałem, choć to spora odległość, tamtejsze dymy.
Mówiono więc, że się tam paliło ludzi. Dziwne i straszne obrazy budziło to w
mojej głowie.
Ale to dawne dzieje. Same początki raju, z którego pamiętam tyle co nic. Może
jedynie wybuchy bomb, które Amerykanie, zamiast na zakłady chemiczne
Buna-Werke, zrzucili niecelnie na cmentarz. Wprost na groby swoich towarzyszy,
zestrzelonych przez Niemców kilka dni wcześniej. Efekt był huczny. Podmuch
zatrzasnął drzwi schronu tak dobitnie, że mi to pozostało w pamięci do
dzisiaj. I chyba nic więcej. Jakżebym więc miał wtedy rozumieć, że to właśnie
mój raj zbiegł się w czasie i przestrzeni z miejscem zmechanizowanej zagłady?
Nie później niż dwa lub trzy dni po wyzwoleniu Lagru i całego Oświęcimia,
matka wsadziła mnie do dziecinnego wózka i przez zalegające śniegi niemal na
piechotę udała się do Katowic. Od jakiegoś czasu miał się tam ukrywać mój
ojciec. Sama więc nie wiedziała, ani nie widziała, jak zaraz po wyzwoleniu
obozu przez armię czerwoną, nazajutrz lub coś koło tego, zrobiono tam następny
Lagier, czyli Łagier, który trwał jeszcze przez conajmniej dwa lata. Chłopcy w
polsko-radzieckich mundurach zajęli miejsca opuszczone przez SS i pociągnęli
tę tradycję na własną nutę. Obóz jakoby dla jeńców niemieckich, renegatów,
volksdeutschów i zdrajców. Z powodów, których się domyślała, ale nigdy nie
wyjaśniła do końca, trafiła tam również moja babcia. Nie była jeńcem, zdrajcą
ani volksdeutschem tylko żoną przedwojennego wojskowego. Nie siedziała długo.
Nawet jej nie wykupywano. Zachorowała na tyfus i jawnym cudem udało się ją
stamtąd wyciągnąć. Przeżyła. Znam więc jej opowieści o pierwszych tygodniach
odrodzonej Polski w wolnym Oświęcimiu. W filiach dawnego KL Auschwitz ¬– w
Jaworznie, Mysłowicach czy Świętochłowicach też nie było inaczej. Na tych
poligonach wykluwały się elity nowej władzy. Nowy Herrenvolk. Zdobywał tam
nawet ostrogi późniejszy ekspert literatury niemieckiej Marcel Reich. Być może
już wówczas Ranicki. Kapitan.
Niemcy nie stawiali oporu w Katowicach. Armia radziecka wkroczyła do miasta
tego samego dnia co do Oświęcimia – 27. stycznia 1945. Podobnie jak w
przypadku Krakowa, między obroną niemiecką a stroną radziecką zawarto
„dżentelmeński” kompromis – cicha zgoda na swobodną ewakuację. Tak to
przynajmniej przedstawia we wspomnieniach generał-major von Ahlfen. Czy było
tak w Katowicach, nie mam pojęcia. Ale chyba podobnie, skoro Niemcy składnie
się ulotnili. Miasto przez pół dnia było bezpańskie i zaraz potem nastąpiło
wyzwolenie. Pamiętam wszelako, że w pewnym miejscu Katowic – tuż w sąsiedztwie
dzisiejszego „spodka” – istniał przez długi czas cmentarz żołnierzy
radzieckich. Na początku lat 70. przy pomocy wywrotek przekwaterowano go na
przedmieście, by w tym miejscu postawić pomnik powstań śląskich. Zdarzenie
bezprecedensowe. Taka eksmisja budzi skojarzenia conajmniej polityczne –
cmentarze radzieckich żołnierzy były relikwiami ówczesnego systemu. Ale
przecież nie został zlikwidowany, jak to się stało z cmentarzami niemieckimi,
wojskowymi na równi z cywilnymi. Tylko go przeniesiono w inne miejsce, nawet
bardziej nobliwe, bo w sąsiedztwie drewnianego kościółka z XVII wieku.
Liczy sobie mniej więcej 60 – 70 mogił. A to i tak dużo jak na miasto zajęte
bez jednego wystrzału. Można się tylko domyślać od czego ginęli. Zapewne
wskutek wcześniejszych ran. Może od chorób, wypadków lub ze starości? O trzech
przypadkach wiem z pierwszej ręki. Pewien pan B. sam o mało nie stracił życia,
gdy młodego sołdata grasującego po młynie śmiertelnie poraził prąd. Z kolei
mój ojciec był świadkiem – już długo po wyzwoleniu – jak oficer sowiecki
zastrzelił szeregowca plądrującego wagony na bocznicy kolejowej. Na oczach
znajomego piekarza, z samochodu, który przyjechał po chleb, pijany nieborak
spadł i więcej już nie wstał. Możliwe, że ich pochowano na wspomnianym
cmentarzu. Że się zapijali na śmierć, to mi łatwo zrozumieć. Bo nikt tak nie
chleje jak żołnierze. Pili wszystko. Piwo, wino, etanol spoży