IP: *.dip.t-dialin.net 24.06.05, 17:38
ŚLĘZACZEK W POLSKO

Inaczej rozpocznam ten zbiór historyjek. Nie od Geografa Bawarskiego, który w
połowie IX wieku przemilczał Polan, Lechitów i Lachów, natomiast drobiazgowo
wyliczył wszystkie śląskie plemiona, wraz z ilością osad czy grodów jakie
posiadali. Na przykład: ...Isti sunt, qui iuxta istorum fines resident...
Sleenzane civitates XV... Dadosesani civitates XX... Opolini civitates XX... i
tak dalej. Pomijam też Lestka z palca wyssanego wraz z domniemanym
Siemomysłem. Ani słowa o Bolesławie jednym czy drugim. Nie pisnę o największym
z Kazimierzów oraz o Stanisławie pierwszym i ostatnim. Przede wszystkim
rozpoczynam od tego tytułu powyżej, który należałoby objaśnić. Lecz może
jeszcze nie teraz, gdy dopiero zaczynam. Zrobię to już po wszystkim, na końcu,
przyrzekam.
Zacznę więc od siebie samego. Nie od chrztu Polski, lecz wojennego,
pośpiesznego chrztu w kościele Salezjanów, na który później spadła amerykańska
bomba. A więc świadectwo chrztu wraz z metryką urodzenia stracone. A to, że
się w ogóle urodziłem, dopiero potwierdziło dwóch zaprzysiężonych sądownie
świadków, gdy miałem już pójść do szkoły. Powinienem mieć metrykę. I stąd cały
cyrk z sądem, który mnie skazał na życie. Tak właśnie zaczynam tę opowieść,
zamiast od bitwy pod Grunwaldem oraz odsieczy wiedeńskiej. I dobrym dawnym
zwyczajem, na początek niech będzie o raju.

I
Na początku każdej historii, zarówno powszechnej jak prywatnej, znajduje się
raj. Mówiąc o raju nie mam na myśli biblijnego Edenu. Ani innego mitycznego
kontraktu między Bogiem a jakimś ludzkim okazem. Daleki jest mi ten obraz –
wręcz obcy – nagich prarodziców, krążących wokół zakazanego drzewa, kuszonych
przez wiedzę o dobrym i złym. Jedyny bliski mi raj to dzieciństwo, które zanim
przerodzi się w młodość, postrzega świat czystym okiem. Dzieciństwu horyzont
jawi się jako wielki, święty i silny.
Mój osobisty raj trafił na grunt wojennego i powojennego chaosu. Jeszcze z
samego centrum paradyżu patrząc na to wszystko nie byłem oczywiście świadomy
co dzieje się na dalszych planach. Może już liczyłem do dziesięciu, ale nie do
setek zdruzgotanych miast i milionów ludzkich ofiar. Słyszałem jakiś jęk. Ale
co znaczył? Trwogę czy triumfowanie? Nie pojmowałem jeszcze abstrakcyjnej
przestrzeni, która właśnie przechodziła totalny demonaż, choć widziałem
przecież, że na zewnątrz jest wojna. A z rajskiego punktu widzenia nawet
groby, gruzy i niewypały są klejnotami boskiej kreacji. Podstępne piękno
munduru prześciga się z pięknem zabijania, a wszystko to również lśni cudem
przedwiecznego ogrodu. Filmy mojego dzieciństwa (nie muszę dodawać, że z
wyjątkiem Królewny Śnieżki, filmy były radzieckie) pękały w szwach od
wybuchów. Nieprzyjaciel słał się gęstym trupem. A nad wszystkim powiewał
nieodłączny sztandar. I to jawiło mi się jako wzniosłe i proste. Tylko język
dorosłych – tych nieznośnych intruzów na terytorium dziecięcej wolności –
zgrzytał czymś niejasnym. Wbrew doniosłym tonom kroniki filmowej imię Stalina
budziło skurcz na ich twarzach. Nie wiedziałem co znaczył. Stalin był piękny w
białym mundurze i kochał dzieci. Rodziców zjadała zazdrość. Żaden ojciec mu
nie potrafił dorównać.
Były też sprawy inne, tajemnicze. Słyszałem na przykład – w domu mówiło się
często – Lagier. Zazwyczaj Oświęcim. Rzadziej Auschwitz. Bo moja matka była
stamtąd. Część swej młodości spędziła w późniejszym bloku 12. Po tak zwanej
ewakuacji już tam nie wróciła. W październiku 1939 zamieszkała z matką i
braćmi w domach PMT, sąsiadujących z dawnymi koszarami. Później hitlerowcy
wysiedlili całą ludność polską do miasta. Zasole przemieniono w inny świat.
Więc ja z kolei urodziłem się w Auschwitz, tyle że już po drugiej stronie
Soły. Pomimo to zapewne wdychałem, choć to spora odległość, tamtejsze dymy.
Mówiono więc, że się tam paliło ludzi. Dziwne i straszne obrazy budziło to w
mojej głowie.
Ale to dawne dzieje. Same początki raju, z którego pamiętam tyle co nic. Może
jedynie wybuchy bomb, które Amerykanie, zamiast na zakłady chemiczne
Buna-Werke, zrzucili niecelnie na cmentarz. Wprost na groby swoich towarzyszy,
zestrzelonych przez Niemców kilka dni wcześniej. Efekt był huczny. Podmuch
zatrzasnął drzwi schronu tak dobitnie, że mi to pozostało w pamięci do
dzisiaj. I chyba nic więcej. Jakżebym więc miał wtedy rozumieć, że to właśnie
mój raj zbiegł się w czasie i przestrzeni z miejscem zmechanizowanej zagłady?
Nie później niż dwa lub trzy dni po wyzwoleniu Lagru i całego Oświęcimia,
matka wsadziła mnie do dziecinnego wózka i przez zalegające śniegi niemal na
piechotę udała się do Katowic. Od jakiegoś czasu miał się tam ukrywać mój
ojciec. Sama więc nie wiedziała, ani nie widziała, jak zaraz po wyzwoleniu
obozu przez armię czerwoną, nazajutrz lub coś koło tego, zrobiono tam następny
Lagier, czyli Łagier, który trwał jeszcze przez conajmniej dwa lata. Chłopcy w
polsko-radzieckich mundurach zajęli miejsca opuszczone przez SS i pociągnęli
tę tradycję na własną nutę. Obóz jakoby dla jeńców niemieckich, renegatów,
volksdeutschów i zdrajców. Z powodów, których się domyślała, ale nigdy nie
wyjaśniła do końca, trafiła tam również moja babcia. Nie była jeńcem, zdrajcą
ani volksdeutschem tylko żoną przedwojennego wojskowego. Nie siedziała długo.
Nawet jej nie wykupywano. Zachorowała na tyfus i jawnym cudem udało się ją
stamtąd wyciągnąć. Przeżyła. Znam więc jej opowieści o pierwszych tygodniach
odrodzonej Polski w wolnym Oświęcimiu. W filiach dawnego KL Auschwitz ¬– w
Jaworznie, Mysłowicach czy Świętochłowicach też nie było inaczej. Na tych
poligonach wykluwały się elity nowej władzy. Nowy Herrenvolk. Zdobywał tam
nawet ostrogi późniejszy ekspert literatury niemieckiej Marcel Reich. Być może
już wówczas Ranicki. Kapitan.
Niemcy nie stawiali oporu w Katowicach. Armia radziecka wkroczyła do miasta
tego samego dnia co do Oświęcimia – 27. stycznia 1945. Podobnie jak w
przypadku Krakowa, między obroną niemiecką a stroną radziecką zawarto
„dżentelmeński” kompromis – cicha zgoda na swobodną ewakuację. Tak to
przynajmniej przedstawia we wspomnieniach generał-major von Ahlfen. Czy było
tak w Katowicach, nie mam pojęcia. Ale chyba podobnie, skoro Niemcy składnie
się ulotnili. Miasto przez pół dnia było bezpańskie i zaraz potem nastąpiło
wyzwolenie. Pamiętam wszelako, że w pewnym miejscu Katowic – tuż w sąsiedztwie
dzisiejszego „spodka” – istniał przez długi czas cmentarz żołnierzy
radzieckich. Na początku lat 70. przy pomocy wywrotek przekwaterowano go na
przedmieście, by w tym miejscu postawić pomnik powstań śląskich. Zdarzenie
bezprecedensowe. Taka eksmisja budzi skojarzenia conajmniej polityczne –
cmentarze radzieckich żołnierzy były relikwiami ówczesnego systemu. Ale
przecież nie został zlikwidowany, jak to się stało z cmentarzami niemieckimi,
wojskowymi na równi z cywilnymi. Tylko go przeniesiono w inne miejsce, nawet
bardziej nobliwe, bo w sąsiedztwie drewnianego kościółka z XVII wieku.
Liczy sobie mniej więcej 60 – 70 mogił. A to i tak dużo jak na miasto zajęte
bez jednego wystrzału. Można się tylko domyślać od czego ginęli. Zapewne
wskutek wcześniejszych ran. Może od chorób, wypadków lub ze starości? O trzech
przypadkach wiem z pierwszej ręki. Pewien pan B. sam o mało nie stracił życia,
gdy młodego sołdata grasującego po młynie śmiertelnie poraził prąd. Z kolei
mój ojciec był świadkiem – już długo po wyzwoleniu – jak oficer sowiecki
zastrzelił szeregowca plądrującego wagony na bocznicy kolejowej. Na oczach
znajomego piekarza, z samochodu, który przyjechał po chleb, pijany nieborak
spadł i więcej już nie wstał. Możliwe, że ich pochowano na wspomnianym
cmentarzu. Że się zapijali na śmierć, to mi łatwo zrozumieć. Bo nikt tak nie
chleje jak żołnierze. Pili wszystko. Piwo, wino, etanol spoży
Obserwuj wątek
    • Gość: HW Re: formalina IP: *.dip.t-dialin.net 24.06.05, 17:39
      etanol spożywczy i techniczny, denaturat, eter, a nawet trujący alkohol drzewny.
      Więc może to i prawda, że po wejściu do obozu oświęcimskiego najbardziej
      spragnieni wypijali formalinę, w której konserwowano różne ludzkie preparaty,
      zbiory osławionego zbrodniarza Mengele. Pewien człowiek mówił, że sam widział,
      ale czy można mu ufać? Dzikość wojny nie tylko kształtuje zachowania, ale też
      inspiruje najdzikszee konfabulacje.
      Ale było jak było. Po pięcioletniej przerwie wojennej świat bliższy i dalszy
      stawał się na powrót Polską. Jeszcze pozbawioną kształtów zewnętrznych i
      wewnętrznych. Jeszcze zależną od sowieckich instancji wojskowych; obszturchaną
      przez bezpostaciową moc prawa wojennego. Nie chcę powiedzieć, że to wszystko
      rozumiałem, bo nie rozumiałem niczego. A już najbardziej tego, że zamieszkaliśmy
      w pokojach zapełnionych w całości meblami po kimś kto tu mieszkał przed nami.
      Gdy gaszono światło na dobranoc, moja percepcja cztero-pięciolatka zamiast
      zasypiać, zauważała mroczne sylwetki – za dnia niewidzialne – pana Josepha
      Weinholda, jego małżonki i może nawet syna, który nie wrócił spod Stalingradu.
      Ci Weinholdowie – każde z walizką osobistych rzeczy nie przekraczającą
      dziesięciu kilogramów – mieli pewnego dnia udać się w nieznane. Nie dziwiłbym
      się gdyby nie przeżyli tej wyprawy. Kilkanaście kilometrów od Katowic znajdował
      się obóz przejściowy dla wysiedlanych Niemców. Dopiero dzisiaj, i nie bez
      oporów, wyłania się prawda o tym „łagrze” w Świętochłowicach. Lepiej było nie
      być Niemcem w tamtym czasie.
      Ale nie mogę wykluczyć, że Weinholdowie wśród swoich niemieckich cudeńków mieli
      jakieś czapki-niewidki (dla mieszkańca raju są one czymś oczywistym), zatem ich
      widma pozostały na miejscu, podczas gdy ciała realne podzieliły los reszty
      niemieckich Ślązaków. Jako fantomy w ciemne wieczory współmieszkali z nami, a
      przede wszystkim ze mną, na czwartym piętrze dziwacznej kamienicy, w samym
      centrum Katowic. Z upływem czasu tracili swą wyrazistość, aż w końcu rozpłynęli
      się całkiem. A na dowód ich realności zostały tylko te karteczki z nazwiskiem i
      adresem, przyklejone do spodniej strony krzeseł, albo na wewnętrznych drzwiach
      kredensu, szaf i spiżarek.
      Świat odetchnął po koszmarze wojny. Ale wojny nie da się wyłączyć jak
      elektryczności jednym naciśnięciem guzika. Najpierw zwyciescy wodzowie długo
      tryumfują. Później otwiera się worek z defiladami. Przywódcy państw składają swe
      podpisy na paktach i wyrokach. Huty nie nadążają z produkcją orderów, medali i
      odznaczeń. Najpierw nieśmiało, a potem już na całego, rusza produkcja pomników.
      A w atmosferze unoszą się drżenia rozpętanej energii. Przez rzeczywistość wzdłuż
      i wszerz przebiegają napięcia. Odbywają się porachunki, o których mówi się, że
      są finalne. Ale do końca jest jeszcze daleko. Czasem coraz dalej.
      Polityczny targ, jaki dokonał się w Jałcie, przypieczętowany później w
      Poczdamie, był wielkim demontażem świata. Przede wszystkim, Europy Środkowej.
      Teoretycznie, jako zasłużony odwet za winy wojennego obłędu, miał osłabiać
      pokonane Niemcy. W praktyce jednak – podobnie jak przy okazji traktatu
      wersalskiego – był to początek łańcucha, który jeszcze się telepie do dzisiaj.
      Polityka nie trudziła się spojrzeniem w głąb czasu i poszła na ślepe skróty. W
      każdym razie Stalin zacierał ręce. Istny cud, że się to nie skończyło trzecią
      wojną, o której słyszałem od dzieciństwa. Przekonani, że są świetnymi znawcami
      polskiej historii i ziemi, bo znali ją z map niemieckich, rosyjskich,
      austriackich i z podręcznikowych wyrywków, sowieccy, amerykańscy i angielscy
      dygnitarze wyczarowali nowy porządek przestrzenny.
      Przyglądając się przez coraz szersze szpary mojego raju, coś już zaczynałem
      kapować. Nastawiałem uszu gdy dorośli zniżali głos. Nigdy tyle nie szeptano co
      wtedy. Nasłuchiwałem. Patrzyłem wokół. Rozpoznawałem pozarajskie terytorium.
      Niewiele lat wcześniej, kilka kilometrów na wschód od Oświęcimia, przebiegała
      granica Generalnej Guberni. Nieco na północny wschód, jeszcze dawniejsza granica
      Cesarstw: niemieckiego – austriackiego – rosyjskiego. Z kolei na zachód od
      Katowic, granica II Rzeczpospolitej i III Rzeszy. Wszystkie te granice, zaledwie
      kilka lub kilkadziesiąt lat wcześniej odgradzające terytoria święte od
      wyklętych, własne od cudzych, pewne od niepewnych, przestały istnieć.
      Pamiętający potrafili jeszcze wskazać miejsca ich przebiegów. Ale teraz były to
      tylko ślady przywoływane mocą wspomnień. Dla tych, którzy mniej pamiętali lub w
      ogóle nie byli obeznani z naturą tej nowej przestrzeni, liczyły się własne rany,
      blizny i doznane krzywdy. Wiedzieli tylko, że trzeba żyć na tej powojennej
      ruinie, zanim się nie zarysuje nowy świat. Technicznie rzecz biorąc, cały ten
      proces należy uznać za powojenny podział łupów w skali 1:1. Ale w doświadczeniu
      jednostki była to deprywacja; pozbawienie prawa do miejsca i tożsamości. Cóż
      jednak ma począć jednostka gdy pycha zwycięzców wytrząsa świat z jego
      naturalnych ram, łapiąc zdezintegrowane resztki w inne prowizoryczne
      konstrukcje. Towarzyszy temu żonglowanie symbolami – nazewniczymi lub
      państwowymi; apodyktycznymi sloganami i kłamstwem w żywe oczy. Otóż, dzięki tej
      legalnej anarchii, przypisującej sobie prawość, mój raj graniczył ze Śląskiem,
      jakkolwiek to brzmi humorystycznie. Należałoby dodać, że Górnym, ale przymiotnik
      ten nie ma wielkiego pokrycia w faktach, więc poprzestanę na samym rzeczowniku.


      II
      Kilka kilometrów na zachód od Katowic, za przedwojenną granicą Rzeszy, gdzie już
      krasnoarmiejcy nie krępowali się ani trochę, widywało się obrazy dorównujące
      Warszawie. Spalone i wyludnione miasta. Zamiast je odbudować, pozyskiwano z ich
      gruzów cegłę potrzebną do wzniesienia Marszałkowskiej Dzielnicy Mieskaniowej.
      Propaganda wymyślona przez ćwierćinteligentów i do tychże adresowana, trąbiła o
      powrocie prastarych ziem piastowskich na łono macierzy. Z drugiej strony
      traktowała ją jak zdobycz kolonialną, łupiąc i dobijając bez opamiętania.
      Zniszczenie Wrocłwia, Strzelina, Nysy czy Głogowa było skutkiem zażartego oporu
      Niemców. Jednak we większości przypadków pretekst oporu nie był wcale potrzebny.
      Machina podboju toczyła się z bezwzględnym okrucieństwem obu walczących stron.
      Na szczęście Górny Śląsk siły zbrojne Rzeszy zostawiły w stanie nienaruszonym.
      Oczywiście, uwaga ta dotyczy wyłącznie krajobrazu. Przede wszystkim –
      przemysłowego. Bo co do stanu ludności, organizacji życia i urządzeń
      komunalnych, wojna zostawiła ślady. Powojenne operacje rzeźbiły nową
      rzeczywistość. Śląsk opróżniono teoretycznie ze wszystkich Ślązaków-Niemców. W
      praktyce jednak nigdy się nie osiąga wymarzonych 100%, bo rzeczywistość jest
      kloszem nieszczelnym. Wszelkie tak zwane wyższe potrzeby, konieczne wyjątki,
      zwykłe pomyłki, rozmyślne odstępstwa lub oszustwa, czynią rozziew między
      życzeniem a jawą. Więc jednak, choć już pod zmienionym repertuarem sloganów
      nacjonalistyczno-ideologicznych, coś tam zostało niemieckiego. Po
      sześćsetletniej symbiozie z cywilizacją i kulturą, która z obcej stawała się
      własną, o żadnej gruntownej przemianie nie mogło być mowy. Szeptane prawdy
      zmieciono pod dywan; zepchnięto w ciemniejsze zakamarki życia rodzinnego, ukryte
      za nowym politycznym przebraniem. Czuło się to, widziało i słyszało. Rozmowy
      stłumionym głosem. Resztki dawnego obyczaju. Pamięć o ofiarach. Mniej więcej co
      trzeci mój kolega w szkole podstawowej był półsierotą. Dopiero później
      uświadomiłem sobie, że byli synami żołnierzy Wehrmachtu, którzy trafili do
      niewoli, spoczęli w mogiłach lub zaginęli bez śladu. Do Wehrmachtu nie szło się
      na ochotnika. Nawet ci z Górnoślązaków, którym się powiodła dezercja z wojska
      niemieckiego i trafiali do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, jeśli wrócili do
      kraju, wcale nie byli bezpieczni. Czas powojenny nie zostawiał wyboru. Zostawiał
      natomiast niewyartykułowane poczucie, już to zagrożenia, już to winy.
      • Gość: HW Re: formalina IP: *.dip.t-dialin.net 24.06.05, 17:42
        A zagrożenie szło zewsząd. Ludność zgoła cywilną wywożono z Górnego Śląska do
        kopalń i fabryk w ZSRR. Szacuje się tych cywilnych jeńców na liczbę 70 tysięcy w
        latach 1945-48. Bez uciekania się do przesady można powiedzieć, że po roku 1945
        na polskim Śląsku odbywały się regularne łapanki. Nowy okupant był o tyle
        rozumniejszy od poprzedniego, że robiąc to samo nie pozwalał sobie na egzekucje
        publiczne. I tym razem znalazł jednak polskich Kislingów i Petainów.
        Jakkolwiek trud życia był faktem ogólnokrajowym, to jednak na Śląsku miał postać
        szczególną. Na mapie Polski, wręcz wyjątkową. Krajobraz mojego dzieciństwa
        powleczono farbą (mniejsza o jej jakość), mającą przesądzać o czystej lokalnej
        polskości. Bezowocnie. Mimo bezwględnej restrykcyjności ówczesnego reżimu zawsze
        coś przeświecało spod tej farby. Wzmożony import ludności spoza Śląska nie
        zmienił faktu, że region w druzgoczącej przewadze był tworem cywilizacji i
        kultury niemieckiej. Poczynając od domów mieszkalnych, zakładów pracy, tansportu
        publicznego, wszystko było tu szyte na niemiecką miarę. Dwudziestolecie
        międzywojenne to było zbyt krótko dla II Rzceczpospolitej, by tę naturę
        społeczeństwa i krajobrazu przelicytować najlepszymi chęciami. Zresztą wcale nie
        były to chęci pierwszej próby. Przedwojenna antyniemieckość suwerenów
        górnośląskich była w istocie taka sama jak powojenna, tak samo niezgrabna jak
        komunistyczna. Zamiast polonizować tutejszych ludzi, powodowała skutek odwrotny.
        Przedwieczna polskość Górnego Śląska (czy jak już w żywe oczy wmawiano po II
        Wojnie Światowej, całego Śląska) zachowała się główne w rolniczej sferze życia.
        Wsie były w znacznym stopniu polskojęzyczne. Ale właściwiej byłoby mówić o
        dwujęzyczności, zważywszy, że nauka szkolna opierała się na niemieckim, który
        był przecież językiem urzędowym. Tylko w domu, w gospodzie czy w kościele
        zachował się ów nieco dziwaczny dialekt, w różnym stopniu naznaczony niemieckim
        i czesskim, dla Polaków z zewnątrz nie całkiem zrozumiały i nie dość elegancki.
        Cóż, kiedy po wojnie z wiosek opolskich czy gliwickich wyrzucano Ślązaków
        niemieckich na równi z polskimi. Stalinowska sprawiedliwość gwizdała na etniczne
        niuanse. I miała też swego sojusznika w iście megapolskiej gotowości by wreszcie
        sobie porządzić.
        Jak więc mógłbym mojemu przyjacielowi z odwiecznie warszawskiej rodziny
        przekonywująco nakreślić obraz tak biegunowo odmienny. Wszak każdy z nas na
        własny rachunek, w epizodzie życia tak decydującym jak raj osobistego
        dzieciństwa postrzegał inną rzeczywistość. A już najbardziej nie potrafiłbym
        zrobić tego wtedy, gdy w monachijski wieczór roku 1972, powiedział mi bez
        wahania, że przeciętny Polak jest głupszy od - i tak dalej. Jako Ślązakowi nie
        przeszłoby mi to nawet przez usta.
        Jestem z racji dzieciństwa oswojony ze śląskim przetasowaniem Macierzy z
        Heimatem. I mam podstawy by twierdzić, że takie małżeństwa są nie tylko możliwe,
        ale nawet bywają udane. Niekoniecznie w przypadku mego dziadka – zawziętego
        Polaka i babci, spokojnej Niemki, która bardziej lubiła czytać romanse, niż
        tyrać w domu. Ale ich potomstwo – pięcioro dzieci – o czymś w końcu świadczy.
        Przez 150 lat minionych Górny Śląsk był buforem łagodzącym gwałtowność zderzenia
        orientalnej Polski z cywilizacją zachodu. Przynajmniej w dziedzinie stosunków
        międzyludzkich. Ale na wysokich piętrach polityki sprawy szły na całego. Na bój
        i zabój. Zmieniają się slogany polityczne. Ustępują miejsca następnym. Lecz
        ludzka masa ma inne zadanie. „...Przetrwać, oto wszystko.” powiada R.M. Rilke w
        ostatnich słowach Requiem. W każdym razie o zwyciężaniu, a już najmniej
        panowaniu, na ogół się nie myślało ani mówiło na Śląsku, gdzie Polak na codzień
        spotykał się z Niemcem i z Czechem na dodatek. Tam się trwało, pomimo wszystko.
        Bo przecież – rzecz najważniejsza – był to ich jedyny wycinek krajobrazu
        pomiędzy narodami. Panującym mógł być „obcy”, byleby tylko uszanował lokalność.
        Jestem Ślązakiem. A skoro piszę po polsku – bo to mój Muttersprache – jestem też
        Polakiem..
        Pozostaje mi jeszcze dotrzymać obietnicy danej na początku. Chodzi o tytuł
        Ślęzaczek w Polsko, trawestację tytułu mało znanego, anonimowego dialogu z
        drugiej połowy XVII wieku, Polak w Śląsko, o którym już kiedyś pisałem.
        Wspomniany „poemat” usiłował Śląsk zohydzić w oczach chłopów i mieszczan, którzy
        – szczególnie z ziemi wieluńskiej, częstochowskiej i kieleckiej – masowo
        zbiegających na Śląsk w poszukiwaniu swobód, których nie zaznali w
        Rzeczpospolitej Szlacheckiej. Wymowa tego miernego utworu sprzed trzech wieków
        przedstawia dzisiejsze sedno rzeczy. Więc odwróciłem jego tytuł. Śląsk jest tam
        nazwany Śląsko bo taka gwarowa forma adjustowała go do Czechów, u których jest
        to Slezsko. I tak też Ślązaków traktowano, jako poniekąd Czechów. Zatem
        Ślęzaczek postrzegał Polskę wzrokiem poniekąd Czecha, dla którego jest to
        oczywiście Polsko. A Ślęzaczka wziąłem z pierwszego wiersza, gdzie czytamy:
        Pomóż ci Bog ucieszny Ślęzaczku...

        HW
    • Gość: TK Re: formalina IP: *.dip.t-dialin.net 24.06.05, 17:59
      Szanowni Państwo,

      Z niekłamaną przyjemnością przeczytałem artykuł Prof J Tomaszewskiego (Skrzaty z
      chaty, Polityka, Nr 24, 18 czerwca 2005) poświęcony współczesnemu śląskiemu
      ruchowi narodowemu, bowiem autor, jak mało kto wśród polskich naukowców i
      dziennikarzy doby współczesnej, postarał się przedstawić poruszaną problematykę
      obiektywnie, bez odwoływania się do jakichś z góry ustalonych wykładni. Gwoli
      uzupełnienia, tak jak Prof J Tomaszewski podaje, śląski ruch narodowy w postaci
      zorganizowanej powstał na początku XX w. na Śląsku Austriackim, lecz współczesny
      śląski ruch narodowy w głównej mierze jest spadkobiercą Bund der Oberschlesier /
      Związku Górnoślązaków, który działał na pruskim Górnym Śląsku w okresie
      przedplebiscytowym, żądając utworzenia górnośląskiego państwa narodowego z
      niemieckim i polskim jako językami urzędowymi. BdO/ZG liczący od 300 tys. do pół
      miliona członków (cf. Andrea Schmidt-Rösler. 1999. Autonomie- und
      Separatismusbesterbungen in Oberschlesien 1918-1922 [s. 1-49]. Zeitschrift für
      Ostmitteleuropa-Forschung. Nr 1) był największą siłą polityczną na Górnym Śląsku
      w tym okresie, np. jedynie 40 tys. osób po stronie niemieckiej i 50 tys. osób po
      stronie polskiej (w tym wiele z głębi Niemiec i Polski) uczestniczyło, w 1921
      roku, w trzecim powstaniu śląskim (lub, z niemieckiego punktu widzenia – w
      trzeciej górnośląskiej rebelii, a ze śląskiego – w trzeciej górnośląskiej wojnie
      domowej).

      Zaznaczając, iż kwestia klasyfikacji dialektu (gwary) śląskiej była przedmiotem
      kontrowersji pomiędzy językoznawcami czeskimi i polskimi, Prof J Tomaszewski
      jednak dalej pisze o nim jako "dialekcie języka polskiego." A przecież podobnie
      jak z poczuciem przynależności do narodu, język także jest kategorią
      psychologiczną. Nie ma żadnej powszechnie przyjętej naukowej definicji języka w
      znaczniu "a language", czy "eine Sprache", tak jak nie ma żadnej powszechnie
      przyjętej definicji narodu. Język staje się językiem, jeśli taką wolę (najlepiej
      wspartą politycznie) wyrażają sami jego użytkownicy. I nic do rzeczy tutaj mają
      tzw. "kryteria obiektywne". Dlatego język mołdowski istnieje obok rumuńskiego,
      chociaż praktycznie są one jednakie. Podobnie rzecz się ma z bośniackim,
      chorwackim i serbskim wyrosłym z rozpadu serbsko-chorwackiego, z tym że serbski
      od dwóch pozostałych dzieli zapis w cyrylicy. Z drugiej strony dialekt
      dolnoniemiecki chociaż niezmiernie bliski językowi niderlandzkiemu, to jednak
      użytkownicy tego dialektu obstają, iż jest on częścią języka niemieckiego, a nie
      holenderskiego. Ponadto dialekty języka chińskiego są tak od siebie odległe jak
      niemiecki i angielski (a więc wzajemnie zupełnie niezrozumiałe), a pomimo tego
      są uznawane za dialekty jednego języka.

      Lucian Malinowski, pierwszy badacz dialektu górnośląskiego, pisał o nim jako
      „dialekcie słowiańskim”. W okresie międzywojennym, polscy językoznawcy
      klasyfikowali ten dialekt jako część języka polskiego (np. Kazimierz Nitsch), a
      niemieccy (np. Reinhold Olesch) nadal jako „dialekt słowiański.” Po 1945
      większość językoznawców polskich i niemieckich klasyfikowało go jako dialekt
      języka polskiego. W 1949 Ewald Osers we wpływowej Slavonic Encyclopedia pisał o
      „języku śląskim” (s. 1149-1151), a w roku 1996 tak samo jako odrębny „język
      śląski” zaklasyfikował go Norman Davies w Europe: A History (s. 1233). Według
      niepełnych wyników spisu powszechnego z 2002 ponad 50 tys. osób zadeklarowało
      śląski jako swój język kontaktów rodzinnych, czyli co najmniej tyle samo ile
      mówi dwoma językami serbołużyckimi w RFN. Takoż Ślązacy podobnie jak deklarując
      swój akces do narodu śląskiego, dali też wyraźny sygnał, iż uważają śląski za
      odrębny język.

      W przeszłości, aż do lat 90tych ubiegłego wieku, ani Warszawa ani polscy
      językoznawcy nie mogli się pogodzić z myślą, że kaszubski to nie dialekt języka
      polskiego. W końcu wygrał rozsądek i wola samych Kaszubów – od kilku lat na
      maturach kaszubska młodzież zdaje egzamin z kaszubskiego jako języka ojczystego.
      Można się też odwołać do odleglejszej przeszłości. W 1863 rosyjski minister
      spraw wewnętrznych Petr Walujew oświadczył w swym piśmie do carskiego urzędu
      cenzury, że „język małoruski (tj. ukraiński) nie istniał, nie istnieje, i
      istnieć nie może, bo to dialekt języka rosyjskiego.” A jednak ukraiński to
      obecnie język urzędowy Ukrainy. Tak więc, głównie od samych Ślązaków zależy, czy
      będą na tyle uparci i zainteresowani sprawą, aby doprowadzić do oficjalnego
      uznania śląskiego jako odrębnego języka. A w demokratycznej Polsce, chyba nie
      będzie się stawiać tylu przeszkód formalnych i administracyjnych na drodze tego
      procesu tak jak to się działo w przypadku kaszubskiego w PRL, czy ukraińskiego w
      Imperium Rosyjskim? Podobno wielokulturowość to bogactwo postkomunistycznej
      Polski i zjednoczonej Europy. Czyż tak jak w przypadku Kaszubów nie można by
      przekuć językowo-narodowej odrębności Ślązaków w kolejną kulturalno-turystyczną
      atrakcję Polski, miast ją kontestować?

      Z wyrazami szacunku,

      TK
      • Gość: PS Re: formalina IP: *.dip.t-dialin.net 24.06.05, 18:16
        Na poczatku historii Slaska stala cudowna postac – swieta Jadwiga Slaska. Ta
        bawarska ksiezniczka, która wyszla za maz za slaskiego ksiecia z rodu Piastów
        Henryka I. zwanego Brodatym. Rzadzila z mezem wspólnie krajem zamieszkalym przez
        ludnosc slowianska. Dzieki staraniom ksiazecej pary przybywali na Slask
        niemieccy osadnicy, by wydzwignac kraj gospodarczo i zrównac go kulturalnie z
        Zachodem Europy.

        Jadwiga Slaska jest symbolem harmonijnego wspólzycia Slowian i Niemców na tym
        terenie. Osadnicy zasiedlali puste wówczas nadodrzanskie tereny. Wedrowali z
        Turyngii, z Altenberg, z Frankoni, Bawarii i z Flamandrii.

        Pod wspólnym tytulem „Wschodnie niebezpieczenstwo” spróbowano opisac
        atmosfere panujaca na Slasku przed bitwa pod Legnica w 1241 roku.



        Kilka miesiecy pózniej na drodze prowadzacej z Wroclawia do Opola
        ukazala sie spora grupa slaskich wojowników, rycerzy i ich giermków. Zostali oni
        wyslani przez ksiecia Henryka II. i mieli ustalic, gdzie znajduja sie
        Mongolowie. Do Ksiecia dotarla wiadomosc, ze wróg zajal juz polskie ksiestwa i
        stoi pod Raciborz-Opolem Mieszka II., gotujac sie do zajecia miast.

        Na czele zwiadowców jechalo trzech jezdzców, którzy bacznie
        obserwowali okolice. W kazdej chwili spodziewali sie napadu, szybki, przebiegly
        wróg mógl byc wszedzie. Rycerze Henrykowi napotykali liczne rzesze uchodzców,
        wsród nich przewazala miejscowa ludnosc, która w panice uciekala do Legnicy pod
        opiekuncze skrzydla ksiecia Henryka.

        Ksiaze Henryk wyslal nie tylko te grupe pod wodza rycerza Jana, ale
        równiez licznych wyslanników, których zadaniem bylo zgromadzenie wszystkich
        mezczyzn zdolnych do noszenia broni.Jeden z owych wyslanników dotarl do
        klasztoru w Trzebnicy, gdzie przebywala matka ksiecia Henryka, Jadwiga i w
        imieniu syna prosil ja, by udala sie razem z zakonnicami do legnickiej twierdzy,
        poniewaz ksiaze nie ma na tyle wojska, by chronic klasztor.

        Kwitnace drzewa zapowiadaly wiosne, powietrze pachnialo mlodymi
        liscmi, ale roztopy spowodowaly, ze droga byla grzaska i liczne wozy wyzlobily w
        niej glebokie bruzdy. Konie parskaly, powietrze w nadodrzanskich lasach
        wilgotne, wszyscy lekliwie spogladali na boki, nieprzyjaciel wydawal sie byc
        wszedzie. U Mongolów wszystko jest mozliwe, pojawiali sie najczesciej wtedy,
        gdy nikt sie ich nie spodziewal.



        Nastepnego dnia rano zwiadowcy spotkali wojowników ksiecia
        Racibosko-Opolskiego Miesco II., który im z przerazeniem opowiedzial o tym, jak
        Mongolowie niespodziewanie szybko przekroczyli Odre, lamiac krwawo wszelki opór.
        Wojownicy opolscy, którzy uszli z zyciem dostali od swego ksiecia rozkaz, by
        polaczyc sie z wojskami w Legnicy. Po tym spotkaniu zwiadowcy jeszcze bardziej
        wzmogli czujnosc, bali sie zasadzki. Po poludniu tego samego dnia raz jeszcze
        spotkali kolejna grupe wojowników górnoslaskiego ksiecia Opolskiego, którzy w
        jako takim porzadku przemaszerowali obok nich, mówiac, ze chca jak najszybciej
        polaczyc sie z ksieciem Henrykiem, by móc ponownie walczyc.

        Zwiadowcy ulokowali sie na noc w malej dolinie, rozpalili ogniska,
        rozstawili straze, które otrzymaly rozkaz, by stac bez przerwy w pelnym
        rynsztunku. Wsród wartowników stal jeden z najbardziej walecznych giermków
        rycerza Jana, niespelna dwudziestoletni Jerzy.

        Nagle Jerzy zauwazyl maly ciemny punkt, który szybko zblizal sie do
        niego. Wkrótce giermek rozpoznal , ze ów punkt to lekki pojazd ciagniety przez
        dwa konie, które w oszalamiajacym tempie gnaly po podmoklej drodze. Niemal tuz
        za wozem zauwazyl ciemne postacie, które jak strzaly smigaly na malych konikach
        i przerazliwie wrzeszczaly.

        Mongolowie – wyszeptal zbielalymi wargami.

        Cz 2.

        Jerzy w sekundzie powiadomil swoich towarzyszy. W mgnieniu oka
        ustawili sie po obu stronach drogi i dobrze ukryci w krzakach czekali. Nagle
        stala sie rzecz niebywala, jeden z napastników z przerazajacym krzykiem spadl z
        konia przebity strzala. Zwiadowcy przez chwile byli zdumieni, poniewaz strzala
        wyleciala z tylu mknacego wozu.

        Kiedy pojazd zblizyl sie, ukryci mezczyzni zobaczyli,ze powozi nim
        mloda kobieta, która trzymajac cugle w jednej rece, druga jak oszalala
        wymachiwala pejczem. Zwiadowcy przepuscili wóz i czekali na goniacych. Gdy ci
        znalezli sie juz w zasiegu strzal, zwiadowcy wypuscili na nich swe smiercionosne
        opierzone pociski, po czym z mieczami w reku wyskoczyli na droge i zabili
        wszystkich Mongolów. Zdolano polapac uciekajace konie. Tymczasem mloda kobieta
        w wozie zauwazyla nagly ratunek i zatrzymala pojazd. Jerzy bardzo szybko
        zblizyl sie do wozu i zobaczyl dziewczyne, która cala rozdygotana, zakrywajac
        twarz rekami glosno szlochala. Konie zupelnie wyczerpane staly obok z
        opuszczonymi lbami.

        Jerzy spojrzawszy uwazniej na placzaca, rozpoznal Anne, córke
        niemieckiego oberzysty z Krakowa, która poznal przed kilku laty, gdy
        przebywajac w Krakowie mieszkal wlasnie w oberzy jej ojca. Panna Anna nie od
        razu rozpoznala zblizajacego sie i z przerazeniem krzyknela, gdy jednak Jerzy
        cicho wymówil jej imie, zdziwiona i niezmiernie uradowana, wyciagnela do niego
        reke. Pozostali zwiadowcy otoczyli wóz, pytaniom nie byl konca.

        Tymczasem z tylnej czesci wozu wygramolil sie okolo pietnastoletni
        chlopak, Polak, zatrudniony w Krakowie w oberzy. To on wlasnie celnym strzalem
        powalil Mongola. Gratulowano mu serdecznie.

        Wkrótce wszyscy staneli przed dowódca zwiadu Janem, pytajac kim jest
        dziewczyna. Jerzy przedstawil Anne jako swoja narzeczona, wszyscy opowiedzieli o
        zajsciu. Jan zastanawial sie gdzie bezpiecznie ukryc Anne i jej mlodego
        sluzacego. Sytuacja stawala sie niebezpieczna, Mongolowie mogli pokazac sie lada
        chwila.

        Musza jechac dalej, ale dokad? – zastanawial sie glosno Jan.

        Wtedy Jerzy przypomnial sobie, ze nieopodal Wroclawia zna niemiecka wioske
        ukryta gleboko w lesie, Mongolowie jej na pewno nie znajda. Poprosil Jana, by
        mógl Anne tam odwiezc. Jan zgodzil sie, chociaz na pewno wolalby miec
        walecznego giermka przy sobie. Przykazal Jerzemu ostrzegac wszystkich
        napotkanych przed niebezpieczenstwem. Po zawiezieniu Anny Jerzy mial przyjechac
        do Legnicy, by walczyc u boku ksiecia Henryka.

        Wkrótce Jerzy i uratowani z rak Mongolów jechali w kierunku
        Wroclawia. Anna ogromnie niepokoila sie o los ojca, który wpadl w rece wroga.

        Wkrótce tez przybyli do owej wioski, o której wiedzial Jerzy, wszyscy zostali
        serdecznie przyjeci.



        2. Smierc ksiecia Henryka i jego rycerzy w obronie chrzescijanstwa na polu
        bitwy pod Legnica



        Uroczyscie i donosnie brzmialy dzwieki organów kosciola Najswietszej
        Marii Panny w Legnicy. Oltarz w pelnym blasku setek swiec rzucal swe swiatlo na
        uczestników mszy swietej, wsród których znajdowal sie ksiaze Henryk II zwany
        Poboznym oraz dziesiatki rycerzy i ich giermkowie. W swietle swiec wydawalo sie,
        ze czarny orzel widoczny na tarczy ksiecia niecierpliwie porusza skrzydlami.
        Bezposrednio za ksieciem stalo jego pieciu synów. Poppo von Osterna, przywódca
        rycerzy krzyzackich NMP stal obok rycerza Jana, który jako chorazy ksiecia
        Henryka mocno w swych dloniach dzierzyl sztandar ksiestwa legnickiego z
        wizerunkiem czarnego orla. Wszyscy stali obok siebie jak bojownicy dawno
        minionych czasów. Poppo von Osterna mial na sobie bialy plaszcz zakonny z
        czarnym krzyzem, rycerz Jan w czarnej zbroi dumnie patrzyl przed siebie. Wszyscy
        powaznie i w zadumie patrzyli na starego kapelana, odprawiajacego msze swieta.

        Gdy przebrzmialy ostatnie slowa „credo” wsród uczestników mszy
        nastapilo poruszenie –przez tlum zebrany w kosciele przeciskal sie w kierunku
        ksiecia rycerz. Gdy stanal obok swego pana szepnal mu kilka slów do ucha, blizej
        stojacy zauwazyli jak ksiaze p
        • Gość: PS Re: formalina IP: *.dip.t-dialin.net 24.06.05, 18:22
          pobladl, zaniepokoili sie. Tymczasem Ksiaze Henryk wydal pólglosem przybylemu
          jakies polecenie. Ten kiwnal glowa na znak, ze rozumie, po czym natychmiast
          skierowal sie do stojacego blisko Boleslawa z Moraw. Pan Boleslaw uslyszawszy z
          ust rycerza wiadomosc nie mógl ukryc zdenerwowania, szybko tez opuscil kosciól a
          poslaniec podazyl za nim.

          Wszystkich bedacych w kosciele zaniepokoily te wydarzenia. Wtedy rycerz
          krzyzacki Poppo von Osterna uderzyl mocno mieczem w kamienna posadzke kosciola.
          Znany dzwiek uspokoil zebranych, ksiaze stal niewzruszenie u stóp oltarza.

          Tymczasem przed kosciól wyszli rycerz - poslaniec i margrabia
          Boleslaw z Moraw, który zdenerwowany zapytal od razu co ma robic, co ksiaze
          polecil? Czy ma zebrac swój hufiec i wyruszac sam przeciwko Mongolom?. Wydalo mu
          sie to niedorzeczne. Wtedy odezwal sie poslaniec:

          Sytuacja, panie jest powazna. Nasze posterunki na wzgórzach i w
          lasach melduja, ze Mongolowie zblizaja sie bardzo szybko, otrzymalem rozkaz, by
          doniesc o tym ksieciu nawet, gdyby byl w kosciele. Ksiaze Henryk za moim
          posrednictwem rozkazuje wam panie, zebyscie natychmiast udali sie do
          rozrzuconych wojsk i skoncentrowali je w odleglosci jednej mili od miasta.
          Nastepnie masz panie wraz z wojskiem zajac pozycje na wzgórzu Dobropole i
          oczekiwac tam wroga. Inne hufce juz spiesza z pomoca. Ksiaze wraz z gwardia
          równiez zajmie tam pozycje bojowa.

          Margrabia przytaknal na znak, ze zrozumial polecenie, natychmiast kazal
          przyprowadzic swego konia.

          Tymczasem msza swieta w kosciele trwala nadal, w czasie jej trwania jeszcze
          dwóch wyslanników przystapilo do ksiecia Henryka, szepczac mu do ucha
          wiadomosci. Wsród najblizej stojacych wzrósl niepokój, wszystkim sie zdawalo, ze
          msza sie nigdy nie skonczy, lecz ksiaze dalej stal niewzruszenie. Wreszcie
          ksiadz udzielil blogoslawienstwa. Organy jeszcze graly, gdy ksiaze mocnym
          krokiem kierujac sie do wyjscia zatrzymal sie na chwile obok swej matki Jadwigi,
          która juz za zycia nazywano swieta. Kleczala w towarzystwie licznych sióstr
          milosierdzia i zarliwie sie modlila. Ksiaze popatrzyl z miloscia i zaufaniem w
          twarz matki i szybko udal sie dalej.

          Przy drzwiach kosciola na ksiecia czekal juz jeden z jego zwiadowców.

          Jakie przynosisz wiesci – zapytal ksiaze.

          Zle, mosci ksiaze. Do Mongolów, którzy stali pod Wroclawiem
          dolaczyly nowe hordy. Liczni jak szarancza jada prosto na Legnice.

          Ksiaze zapytal czy nie ma wiadomosci od króla Waclawa z Czech i
          jego wojsk. Zapanowalo milczenie i ksiaze zdal sobie wtedy sprawe, ze ciezka
          bitwe z Mongolami bedzie musial stoczyc sam, ze nie moze liczyc na pomoc swego
          szwagra króla Waclawa a przeciez znajdowal sie w odleglosci jednego dnia drogi.
          Mimo ponurych mysli wyprostowal sie i krzyknal: Na kon!!

          Czesc 3 – nastapi. Tlumaczyl: Peter Karl Sczepanek

          Przybywanie osadników to jedno z wazniejszych na Slasku polsko – niemieckich
          zetkniec, skrótowo opisal te problemy w 1958 roku Heinrich Bartosch, czlonek
          Stowarzyszenia Przyjaciól Ziemi Klodzkiej. Bogatym zródlem wiedzy o wydarzeniach
          na Slasku w XII i XIII wieku sa fakty zanotowane przez przybylych z Niemiec
          mnichów cystersów. Zachowaly sie zapiski w klasztorze w Lubiazu (Leubus).
          Przygotowal: Peter Karl Sczepanek (z ksiazki „Reminiscencje
          slaskie”).

          Dla przypomnienia:

          Mieszko II. (1236-1246) ksiaze Raciborsko-Opolski byl wnukiem pierwszego tu
          ksiecia Mieszka Platonogiego (1164-1211), czyli prawnukiem Wladyslawa II.
          „Wygnanca”, jak nazwa wskazuje – wygnanego przez braci m.in. Kazimierza
          „Sprawiedliwego”. A bylo to po rozbiorze dzielnicowym Polski dokonanego przez
          polskiego króla Boleslawa Kadzierzawego w 1138 roku. Najstarszy syn – wlasnie
          Wladyslaw mial przejac Slask i zarazem stolice Krakowska. Jako, ze braciom sie
          to nie spodobalo i polskim moznowladcom (Piotr Wlas) – wygnali Wladyslawa – na
          Zachód! Dopiero w 1164 roku – za sprawa cesarza Przymierza Rzymskiego –
          Barbarossy (Czerwono-brodatego – inaczej) panujacego w ksiestwach niemieckich
          (gdzie przebywal ten to Wladyslaw „Wygnaniec” i tam 20 lat wychowywali sie jego
          synowie – Mieszko Platonogi i Boleslaw – przyzwyczajeni w jezykach – niemieckim
          -po matce, lacinskim -ze szkoly i slaskim -po ojcu) Polska w bojazni z zatargiem
          z Rzymem – „pozwala” Mieszkowi P. do Raciborza i Boleslawowo do Wratislavii
          (Wroclawia). Tu wspomniany w opowiadaniu o Mongolach - jego prawnuk – jest
          bohater opowiadania, Henryk II. Pobozny. Jego ojciec Henryk I. Brodaty zmarl na
          2 lata przed napadem Mongolów. Mnie uczono w latach 50-tych o napadzie Tatarów w
          1241 roku, bo Mongolia byla juz bratnim krajem socjalstycznym – wiec nie
          wypadalo zle mówic o „swoich”. Tatarzy nalezeli tez do Mongolii – a raczej do
          rzeszy wodza Dzingis-chana. A co bylo jeszcze wczesniej ze Slaskiem? No, do
          1138 byl raz Polski raz Czeski – jeszcze wczesniej od 990 roku byl Polskim za
          Mieszka I., gdy to on rozszerzal sie na Wschód, Zachód i oczywiscie Poludnie –
          zdobywajac od Czechow ziemie slaska. A jeszcze wczesniej bylismy w Czechach, a
          jeszcze wczesniej bylismy w posiadaniu Moraw od VIII wieku – stad mowa tu byla
          calkiem podobna do Morawskiej – jak dzisiaj gwara slaska to niczym dzisiejsza
          mowa morawska. To male wyjasnienie pozwoli czytelnikowi w Polsce, na Slasku czy
          w swiecie polsko-niemiecko jezycznym na zrozumienie jak ochroniono swiat
          chrzescijanski (Abendland – kraine zachodzacego slonca) w XIII wieku. Przy
          okazji przeklenstwo „wygnania” jak i sprawy mowy czy przynaleznosci slaskiej
          ciazy na tej krainie od 800 lat. Tak bracia Wladyslawa Wygnanca, polscy
          Piastowie przyzwyczaili patrzec Górnoslazakom lepiej na Zachód! Nowa Europa w UE
          – to nowa nadzieja na podwyzszenie roli regionów europejskich w duchu tradycji,
          kultury, przynalesnosci, mowy jak i charakteru czlowieka w otaczajacym go
          swiecie terytorialno-gospodarczym. Nowe spojrzenia na stare prawdy - Europa
          regionow otwiera nowe perspektywy!

          Przy okazji - dobrodziejstw z Zachodu: Tak jak sw. Jadwiga Slaska rozwijala
          Slask we wszystkich dziedzinach, tak dopiero po 150 latach mówilo sie w Polsce
          za czasów Kazimierza Wielkiego o "murowanej Polsce" - po sprowadzeniu Niemców i
          Zydów przez jego ojca W. Lokietka. Tak równo 300 lat pózniej zona króla
          Zygmunta I. Starego - z Wloch - Bona Sforza sprowadzila do Polski w czasie
          Odrodzenia tysiace specjalistów budujacych i rozwijajacych Polske. Slask blizej
          (polaczony) z Zachodem mial zawsze wieksze i szybsze mozliwosci sie rozwijania -
          i to powodowalo zazdrosne ze strony Polaków zatargi przeciw jakimkolwiek
          przejawom u nas slaskosci od setek lat. Od setek lat bylismy inni, inna mielismy
          tozsamosc! W tolarancji, bez pyszalkowatosci, bez daremnego rzucania slow na
          wiatr, rozwijalismy sie w tri-lateralnej zasadzie - 3 kultur, 3 jezyków, bo 3-ch
          narodów - to dzisiaj szukane cechy Europejczyków w UE! My te ceche mielismy
          setki lat!
          • rita100 Re: formalina 24.06.05, 22:36
            jakby co , to przeczytałam dokładnie - warto bylo zamiescić ten tekst
            pozdrawiam
            • Gość: neo Rita100 - KOCHAMY CIE!! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.06.05, 16:49
              PISZ CZESCIEJ I WIECEJ TAKICH CUDOWNYCH TEKSTÓW> TY ZNASZ SIE NA TYLU RZECZACH<
              TYLE WIESZ.... OCH!!!! ŁAŁ!!!
    • liza1000 Re: formalina 25.06.05, 18:04
      Ja sie dziwuja mocno pani Rita ze pisze tu co przeczytala . I ze to dobre jest
      bo to jak na mie gupie jest i ten kto napisal to gupek jaki jest to widzi cheba ?
      To mnie pani Rita co jom czytec lubia smuci albo ja jaka gupia bo ni rozumiem ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka