chickenshorts
17.10.10, 08:56
Przyziemne sprawy Kościoła cz.1.
wyborcza.pl/1,87648,8517467,Katedra_nostra.html
Były oficer SB, na co dzień elegant, jeździł na spotkania z zakonnicami w starych zamszowych butach i kurtce z targowiska. Zakładał specjalnie niemodne okulary. I siostry go zatrudniały
19 września, niedziela, przejście graniczne w Cieszynie. Od strony czeskiej nadjeżdża terenowa honda CRV. Za kierownicą Marek P., wytworny starszy pan w okularach. Jedzie sam. Zatrzymuje go grupa funkcjonariuszy pod dowództwem kobiety-oficera Centralnego Biura Antykorupcyjnego.
Marek P. od dawna spodziewa się podobnych kłopotów. Ma już przygotowany tekst: - Jestem chory na serce, muszę jechać do lekarza.
- Proszę bardzo... - decyduje funkcjonariuszka po telefonicznej konsultacji z prokuraturą - ale my pojedziemy z panem.
Badania w szpitalu trwają ponad godzinę. Lekarze są zgodni: Marek P. jest wystarczająco zdrowy, by być przesłuchany. W tym momencie zatrzymany oświadcza, że na gwałt potrzebny mu okulista.
Kolejne badanie lekarskie i podobna diagnoza: nie ma przeciwwskazań do zatrzymania. Tę noc 65-letni biznesmen spędza w sosnowieckim areszcie. W poniedziałek wiozą go do prokuratury, a tam słyszy zarzuty: trzy oszustwa majątkowe "wycenione" na ok. 10 mln zł oraz wręczenie 20 tys. zł łapówki. Odbiorcą koperty był - według prokuratury - adwokat, członek kościelno-rządowej Komisji Majątkowej, która zajmuje się zwrotem dóbr odebranych Kościołowi za PRL lub odszkodowaniami za nie.
Zatrzymany (i wkrótce aresztowany) Marek P. jest od 10 lat pełnomocnikiem Kościoła przed tą komisją.
Co robił wcześniej?
Wychowany bez ojca
Lata 60., Kraków. Nadwiślańskie zarośla w okolicach otoczonego niewysokim murem zabytkowego klasztoru Norbertanek. Ciepły dzień. Marek P., szczupły licealista w grubych okularach, obciąga z kolegami butelkę wina jabłkowego. Chłopcy mówią na nie: "La patique". Rozmawiają o szkole, o dziewczynach i przyszłości. Po 40 latach Marek zostanie pełnomocnikiem prawnym sióstr zakonnych zza muru. Załatwi im zwrot kilku działek, a w jednym z budynków zakonu otworzy własną firmę.
Na razie nikt spośród rodziców chłopaków, którzy kończą już butelkę, nie ma ani firmy, ani pieniędzy. Matka Marka jest nauczycielką w szkole podstawowej, ojciec pracuje w biurze Centrali Przemysłu Naftowego. Marek i jego siostra widują się z tatą rzadko - rodzice są w separacji, dzieci mieszkają z mamą. Może to brak ojcowskiej ręki jest powodem tego, że syn sprawia matce tyle kłopotów. Ucieka z domu, kręci się do nocy wśród meneli z pełnej ruin dzielnicy Podgórze. Wraca do domu pijany. Z siostrą się kłóci albo w ogóle nie rozmawiają.
Cel: zrobić karierę
Urodził się w 1945 roku, ogólniak skończył z trudem. Po szkole próbował - jak chciała matka - zostać nauczycielem rosyjskiego. Nie udało się. Nasi informatorzy przypominają sobie, że prawdopodobnie zdał do policealnego studium nauczycielskiego, ale został wyrzucony po pół roku. Ponad rok roznosił telegramy na poczcie.
W 1965 albo 1966 roku złożył podanie o przyjęcie do Milicji Obywatelskiej.
Kolegom opowie potem, że na decyzję wpłynęła fascynacja kryminałami, które wypożyczał jeszcze w podstawówce ze szkolnej biblioteki. Chciał zostać twardym gliną, detektywem, postrachem morderców, Sherlockiem Holmesem. Został referentem w wydziale kwatermistrzowskim. Zamiast śledzić złoczyńców, nadzorował roboty budowlane na terenie krakowskiej komendy za 650 zł miesięcznie (grubo poniżej średniej krajowej).
Aby poprawić byt, zapisał się do partii i zaczął naukę wieczorową w Studium Nauk Społecznych przy Komitecie Wojewódzkim PZPR w Krakowie.
- Spytałem go kiedyś, dlaczego zaciągnął się do komunistów - wspomina kolega. - Tłumaczył, że skoro powiedziało się a, trzeba powiedzieć b. Nie po to szedł do milicji, żeby remontować komisariaty, tylko by zrobić karierę. A w PRL kariery poza partią nie było. To znaczy, on jej nie widział.
Dziękować Bogu, matce i lekturze
W IPN zachowała się teczka osobowa funkcjonariusza P., fragmenty wydrukowała "Rzeczpospolita". "Poziom ogólny dobry, prezencja dobra, śmiało i pewnie odpowiada na zadane pytania" - zanotowała ppor. Irena Gradek, kadrowa. W ankiecie wpisała jeszcze: bezwyznaniowy. Operatywny w swojej pracy, ale niedokładny. Postawa moralno-ideologiczna - bez zarzutu.
Przynależność organizacyjna: Związek Harcerstwa Polskiego, Związek Młodzieży Socjalistycznej.
- Mnie mówił, że nawet jako milicjant Kościoła nie porzucił - opowiada kolega Marka P. , nasz informator. - Często niepytany podkreślał w różnych rozmowach, że bardzo wierzy w Boga i że jako dziecko wieczorami klękał z matką do pacierza. "Bóg mnie wyciągnął z niejednej opresji. Tylko dzięki niemu nie wylądowałem jak koledzy na Montelupich". Czyli w więzieniu w Krakowie. Wszystko, co ma - mawiał - zawdzięcza Bogu, matce i książkom.
Sielanka trwa krótko
Rok 1968. Marek P. składa w szefostwie Komendy Wojewódzkiej MO w Katowicach wniosek o przeniesienie do wydziału dochodzeniowego. Najwyraźniej nadal chciał być Sherlockiem, ale w ankiecie nie pisze o swoich marzeniach, tylko że chce "podjąć studia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego". Dostaje zgodę między innymi dlatego, że jak to ujmują w aktach przełożeni, "w czasie wypadków marcowych dał dowody, że jego postawa moralno-ideologiczna jest bez zarzutu" .
Pod koniec roku służy w komisariacie MO w biednej, robotniczo-chłopskiej, niedawno przyłączonej do Katowic dzielnicy Szopienice.
Stamtąd po dwóch latach nieciekawej pracy przenoszą go do Służby Bezpieczeństwa.
Przez pierwsze dwa lata spędza w strukturach wydziału śledczego. Prowadzi sprawy: kradzieży materiału wybuchowego, pochwalania faszyzmu, uszkodzenia mienia państwowego, nadużyć na stacjach CPN. Dostaje podwyżkę i przeniesienie do kontrwywiadu. W aktach nie ma śladu jego służby w wydziale IV (walczącym z Kościołem).
Po latach chwalić się będzie znajomym, jak to prowadził śledztwa "kluczowe dla PRL" i bardzo ważne misje "na styku ze służbami zagranicznymi". - Nie byłem jakimś tam esbekiem, tylko pracowałem w kontrwywiadzie, a to różnica - powie kolegom.
Pracując w Katowicach, poznaje pierwszą żonę, Krystynę, położną. "Dostają" mieszkanie w nowym bloku na Osiedlu Tysiąclecia. Fantastyczne miejsce - tylko jedna ulica dzieli ich od chorzowskiego Parku Kultury i Wypoczynku. Zwykli śmiertelnicy czekają na takie lokum po 10 lat (a wkrótce będą czekać dłużej), ale pracownik resortu nie musi tracić lat w kolejce po klucze. Wszystko dobrze się układa, miesięczna pensja Marka P. przekracza już 4500 zł (to dwa razy więcej od średniej), na świat przychodzi syn.
Sielanka nie trwa jednak długo.
Junior jest jeszcze malutki, kiedy rodzice rozwodzą się. Ona zostaje na osiedlu, on się wyprowadza. Nie płaci alimentów. Zbierając materiały do tego tekstu, dotarliśmy do Krystyny P. Nie zmieniła adresu, ale nie chce mieć nic wspólnego z byłym mężem. - Co ja mogę o nim powiedzieć? To nie jest dobry człowiek - mówi.
Nowy ślub i nowy blok
Lato 1974 r. Marek P. zostaje magistrem prawa i wydaje się, że jego kariera się rozkręci. Ma stanowisko inspektora, stopień sierżanta i trzech tajnych współpracowników w siatce (sam zwerbował jednego). Niestety - z powodów, których nie udało nam się ustalić, jego zwierzchnik, ppłk Władysław Leś wystawia mu negatywną opinię. Leś to stary esbek, w resorcie od lat 40., z jego oceną się nie dyskutuje.
Markowi P. nie pozostaje nic innego, jak złożyć raport z wnioskiem o odejście ze służby. Jesienią 1974 przechodzi do cywila. Na otarcie łez dostaje ponad 16 tys. zł odprawy.
Krótko pracuje jeszcze w wydziale spraw wewnętrznych katowickiego urzędu wojewódzkiego, ale po półtora roku przenosi się do Bielska-Białej. Można powiedzieć, że spada na cztery łapy: zostaje kierownikiem w inspektoracie ZUS.
Tutaj do jego obowiązków należy m.in.