Dodaj do ulubionych

Dobrze wiem, co to jest konwejer

09.01.13, 19:21
Prof. Modzelewski: Dobrze wiem, co to jest konwejer

Sędzia Tuleya miał dość odwagi i zawodowej odpowiedzialności, by podnieść alarm. Kto go ucisza, działa na naszą wspólną szkodę.

Sędzia Igor Tuleya, uzasadniając wyrok w sprawie doktora G., zapowiedział zawiadomienie prokuratury o możliwości naruszenia prawa przez CBA podczas śledztwa.

Wśród tych bezprawnych poczynań sędzia wymienił wielogodzinne nocne przesłuchania współoskarżonych i świadków. Sędzia ośmielił się porównać tę praktykę do podobnego sposobu wymuszania pożądanych zeznań, który stosowano w czasach stalinowskich i określano wówczas zapożyczonym przez Urząd Bezpieczeństwa od radzieckich kolegów po fachu terminem "konwejer". W przekładzie na polski termin ten oznacza "taśmę montażową". Jest to oczywiście określenie żartobliwe, podobnie jak późniejsza "ścieżka zdrowia".

Porównanie do praktyk stalinowskich wywołało falę oburzenia ze strony polityków związanych z obozem sprawującym władzę w czasie operacji przeciwko doktorowi G., a także dystyngowane zakłopotanie polityków związanych z obozem obecnie rządzącym. Piszę te słowa pod świeżym i silnym wrażeniem wypowiedzi europosła Jacka Kurskiego i b. marszałka Sejmu Marka Jurka na antenie TVN 24. Marek Jurek podkreślił z naciskiem, że stalinowska PRL była państwem pozbawionym suwerenności, podczas gdy CBA i ABW są służbami specjalnymi niepodległej Polski, więc ich metod śledczych nie wolno porównywać z tym, co robiła bezpieka.

Myśl byłego marszałka nie jest dla mnie całkiem jasna. Czy chodzi mu o to, że stalinowski "konwejer" był niegodziwy, bo służył władzy, która niewoliła naród polski w interesie obcego mocarstwa, podczas gdy podobna technika przesłuchań w rękach służb specjalnych Polski niepodległej jest godziwa, bo służy naszym narodowym celom? Czy może chodzi o to, że niedopuszczalne jest porównywanie metod śledczych stosowanych w różnych ustrojach?

Ale sędzia nie zajmował się kontekstem ustrojowym ani geopolityką. Zwrócił tylko uwagę, że podobnej techniki wymuszania zeznań nie stosowano u nas od czasów stalinowskich. To prawda. Dlaczego więc nazwanie jej po imieniu tak bulwersuje nasz polityczny establishment?

Dziennikarz telewizyjny prowadzący obie te rozmowy (należał do kategorii zakłopotanych, a nie oburzonych) wyraził pogląd, że pozbawianie snu to jednak nie to samo co tortury. Rozumiem, że dziennikarz nie był pozbawiany, więc może nie wiedzieć. O ile wiem, Marek Jurek też nie ma za sobą więziennych doświadczeń, no i bardzo dobrze. Nie zamierzam umniejszać jego niewątpliwych zasług w walce z komunistyczną dyktaturą, podobnie jak zasług Jacka Kurskiego, ale służę im i innym politykom oburzonym na sędziego Tuleyę własnym doświadczeniem. Nie jestem od panów polityków odważniejszy, tylko starszy, i więcej widziałem, więc niech posłuchają.

W więzieniach Polski Ludowej spędziłem łącznie osiem i pół roku. W pawilonie III Aresztu Śledczego Warszawa-Mokotów byłem przesłuchiwany w latach 1965, 1968-69 i 1982-84. Stosowano tam rozmaite metody nacisku psychicznego i manipulacji śledczej, ale nikt mnie i moich współoskarżonych nie bił ani nie torturował. Raz tylko, bodaj w 1968 r., major Stefan Bogal ze Służby Bezpieczeństwa przetrzymał mnie w pokoju przesłuchań do godziny 22.30 (cisza nocna obowiązywała od godz. 21). Nie miałem oczywiście zegarka, ale na przegubie śledczego zauważyłem, która jest godzina, i zapytałem, czy zamierza stosować wobec mnie konwejer. Major bardzo się stropił, zaczął się tłumaczyć i zawołał strażnika, żeby mnie sprowadził do celi. Nie jestem dobrego zdania o Stefanie Bogalu, ale on przynajmniej wiedział, że nie wolno przesłuchiwać w nocy.

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Dobrze wiem, co to jest konwejer 09.01.13, 19:22
      To porównanie nie przemawia na korzyść funkcjonariuszy CBA, chociaż to major Bogal (o ile żyje) jest dziś pozbawiony przywilejów emerytalnych. Może Marek Jurek lub Jacek Kurski będą wołać, że nie wolno mi czynić takich porównań, ale niech się nie fatygują, będzie to próżne wołanie.

      Od dawna wiem, na czym polegał konwejer. Opowiadał mi o tym w grudniu 1954 r., tuż po wyjściu z aresztu Informacji Wojskowej, mój nieżyjący już przyjaciel Witold Leder. Był on zastępcą gen. Wacława Komara w II Oddziale Sztabu Generalnego. Aresztowano ich w marcu 1952 r. pod fałszywym zarzutem szpiegostwa. Śledztwo nadzorował osobiście Bolesław Bierut i może dlatego wydano zakaz bicia aresztowanych w tej sprawie. Zamiast bicia stosowano konwejer, wobec Witolda przez 6 tygodni. Potem już pozwolono mu w nocy spać, bo prócz niego i oskarżonego Augustynka (byłego górnika i twardego człowieka) wszyscy pozostali przyznali się do niepopełnionych zbrodni i obciążyli, kogo im kazano obciążyć. Kilka tygodni bez snu wystarczyło, nie trzeba było bicia. Dywagacje, czy była to tortura, pozostawiam subtelnym amatorom.

      Domyślam się, że śledczy z CBA byli mniej brutalni od podwładnych Skulbaszewskiego, Wozniesienskiego i Fejgina. Ale tortury, również w wersji soft, są przestępstwem. Gdy przestępstwo takie popełniają służby specjalne niepodległego państwa, znaczy to, że w organizm państwowy wdała się gangrena. Wtedy trzeba podnieść alarm, a nie szeptać delikatne słówka.

      Sędzia Tuleya miał dość odwagi i zawodowej odpowiedzialności, by podnieść alarm. Kto go ucisza, działa na naszą wspólną szkodę. Objawem ciężkiej choroby trawiącej organizm państwowy jest też sytuacja, gdy politycy nie krępują się stawiać do raportu sądów, a były marszałek Sejmu, besztając sędziów, nazywa ich urzędnikami i wydaje się nieświadomy własnej ignorancji.

      * prof. Karol Modzelewski - historyk średniowiecza; więzień polityczny w PRL; współtwórca i działacz "Solidarności" w latach 1980-81. W latach 2006-10 wiceprezes PAN

      wyborcza.pl/1,76842,13158247,Prof__Modzelewski__Dobrze_wiem__co_to_jest_konwejer.html
    • grzespelc Re: Dobrze wiem, co to jest konwejer 11.01.13, 22:54
      Podobno przestępstwa panów z CBA właśnie uległy przedawnieniu... Ale łudzę się, że chociaż dostaną dyscyplinarki..
    • diabollo DoDAtniE plusy ZERA 13.01.13, 14:28
      Autor: JERZY URBAN

      Tygodnik "NIE" od lat specjalizuje się w zwalczaniu ziobryzmu. Dziś jednak, kiedy pojawia się inicjatywa poselska postawienia Kaczyńskiego i jego ministra sprawiedliwości przed Trybunałem Stanu, bronić muszę Zbigniewa Ziobry jako drania niezgorszego, ale nie najgorszego.

      Przeczytałem właśnie 2 tys. gęsto drukowanych stron stenogramu procesu, który toczył się przed sądem w Warszawie w 1957 r. Z tej lektury wywodzę pogląd, że Ziobro wykazywał podobieństwo mentalności i uczynków do stalinowskich oprawców z przełomu lat 40. i 50. Na ich tle jest jednak okazem praworządności i humanitaryzmu.
      Dzisiejszy lider Solidarnej Polski nie posiadał, jak towarzysze z X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, własnego tajnego więzienia w Miedzeszynie ani więźniów, którzy bez śladu znikali z życia i latami byli tajnymi lokatorami tajnego aresztu. Trzeba to zapisać na jego dobro.
      Ziobro nikogo nie zamykał bez sankcji prokuratora ani nie występował o nią z wieloletnim opóźnieniem, w ogóle nie informując tego urzędu co to za sprawa. Przeciwnie. Zaufani prokuratorzy bywali przodownikami, a nawet inicjatorami represji.
      We władzach PiS nie było, tak jak w Biurze Politycznym KC PZPR, Komitetu Bezpieczeństwa sankcjonującego lub nakazującego aresztowanie, czytającego protokoły śledcze i dającego drobiazgowe wskazówki. Minister sprawiedliwości Ziobro odbierał wskazówki premiera Jarosława Kaczyńskiego przekazywane mu w sposób subtelny.

      O wielkiej dobroci i powściągliwości Zbigniewa Ziobry świadczy to, że jego ludzie prowadzący śledztwa nie stosowali skutecznych metod stalinowskich oficerów. Wymienić tu należy udowodnione na procesie z 1957 r. bicie po mordzie albo kablem w tyłek, uda i stopy. Kopanie. Zmuszanie do tysięcy przysiadów. Wyrywanie włosów. Zapalanie papierków między palcami u nóg. Gnanie po schodach setki razy w górę i w dół. Sadzanie na nodze odwróconego taboretu aż ta wwiercała się głęboko w odbyt. Kładzenie człowieka na brzegach oddalonych krzeseł aż wył z bólu od deformacji kręgosłupa. Nie można twierdzić, że Zbigniew Ziobro choćby znał te wypróbowane metody śledcze.
      Ziobro nie wysyłał aresztantów nawet do Zakopanego, co polegało na stawianiu kobiety lub mężczyzny nago na mrozie, w celi z wyjętym oknem i polewaniu wodą przez całą noc. Nie łamał absolutnie palców u rąk. Nie miażdżył też palców u nóg.

      W dobroci swojej Ziobro nie wysypywał na podłogę celi sieczki z sienników, żeby więzień zbierał całą noc źdźbła, ani nie chlustał wodą do cel. U Ziobry karcer nie był zimną kryptą napełnioną ludzkim gównem, w którym więzień dla odświeżenia swojej pamięci musiał leżeć skulony przez czas mu przypisany. Później wracał do celi, gdzie trzeba było cały dzień stać, siadać nie zezwalano. Wszystkie te, zdawałoby się bardzo owocne, triki śledcze nie przychodziły do głowy naszemu Zbigniewowi jako Polakowi i katolikowi, a jakże.
      Pomimo to istnieją powody, aby tamte historyczne bestialstwa porównywać z wysiłkami dobrotliwego pana Ziobry na rzecz prawa i sprawiedliwości.

      Wróćmy do stalinizmu. Nie z powietrza brały się sprawy prowadzące do licznych uwięzień. W 1948 r. okazało się przypadkiem, że dwóch ministrów socjalistycznego rządu, za okupacji działających w komórce wywiadu PPR-owskiego podziemia (GL,AL itd.), przed wojną było funkcjonariuszami antykomunistycznej komórki policji politycznej.
      Pamiętamy, jak za rządów PiS pojawiały się sygnały najczęściej o korupcji. Wtedy materiały śledcze prowadziły kierownictwo partii rządzącej do hipotezy, że działa tu mafia lub układ. Zadaniem śledztw stawało się potwierdzenie tego przypuszczenia.
      Rychło ogłaszane było o istnieniu mafii węglowej, paliwowej, sędziowskiej, lekarskiej i coraz to nowej. Tak samo działało to za stalinizmu. Poza dwoma ministrami, którzy jako dwójkarze mogli być przecież agentami pracującymi na trzy strony: PPR-u, AK, Gestapo, wsadzono towarzyszkę podpułkownika, która wykryła przedwojenną skazę ministrów, bo znała obu w czasie wojny, więc mogła wiedzieć więcej, niż doniosła. Ministrowie Lechowicz i Jaroszewicz bronili się, twierdząc, że przed wojną pracowali w "dwójce", czyli w policji politycznej w dziale walki z komunizmem na polecenie partii komunistycznej i jako jej wtyczki oraz działali na rzecz wywiadu radzieckiego. Jednakże ich mocodawcy z KPP albo nie żyli, albo ponadawali im pseudonimy, które nie wiadomo komu można by przypisać. A Moskwa nie potwierdzała współpracy.
      Kierownictwo partii miało hipotezę, że ci byli dwójkarze stanowili część wielkiej agentury mającej na celu przeniknięcie do władz socjalistycznego państwa, aby je obalić. Dla sprawdzenia, czy hipoteza Bieruta, Bermana i Minca jest trafna, aresztanci tak długo byli pytani bez snu, bici, ćwiczeni i mrożeni, aż do wszystkiego się przyznawali, a nawet do więcej. Osoby wymienione w śledztwie zostawały aresztowane nawet bez podejrzenia, że cokolwiek przeskrobały. Odpowiednio przećwiczone cieleśnie i umysłowo konserwowane były latami w więzieniach jako ewentualni świadkowie. Te osoby trzymane do sprawy innych osób także wymieniały różne nazwiska, aresztowania więc zataczały coraz szersze kręgi. Zwalniać kogokolwiek nie chciano, bo a nuż się dana osoba kiedyś przyda. Zresztą raz aresztowani musieli już latami siedzieć, gdyż na wolności mogliby zdradzać tajemnice śledztwa.
      Kłopot polegał na tym, że kiedy ktoś złożył już spodziewane zeznanie, więc przestawał być torturowany, gdyż nie miało to już celu, na ogół taki aresztant odwoływał swoje zeznania.
      Komitet Bezpieczeństwa, czyli trójka kierownicza PZPR, dostawał stosy zeznań sprzecznych ze sobą, a potem odwoływanych na dodatek, co bardzo towarzyszy irytowało. Był to mętlik nie do ogarnięcia. Bierut i Berman nakazywali zrobić z tym jakiś porządek i doskonalić metody śledcze.
      Hipotezy, czyli sprawy, były już cztery: dwójkarzy, fieldowców (nazwa od Anglika Hermanna Fielda, który siedział wMiedzeszynie, aMSZ twierdziło, że z Polski wyjechał), PPS-owcówi Spychalskiego. Ziobryści wytwarzali więcej hipotez o grupach przestępczych.

      PiS uważa, że Polska, którą widzimy, to iluzja. Pod krajem widocznym kryją się mroczne głębie. Prawdziwą Polską rządzą mafie i układy korupcyjne. Tworzą je politycy i urzędnicy wrodzy PiS-owi, przestępcy zawodowi, biznesmeni oraz przedstawiciele elit. Jeżeli więc prokuratura lub policja czy też tzw. służby podejrzewały gdzieś popełnienie przestępstwa, karzące ramię PiS szukało zawsze rozległej mafii lub układu. Toczyły się śledztwa mające to potwierdzić. Pod różnymi pretekstami ostentacyjnie i widowiskowo aresztowano ludzi mogących zeznać, że hipoteza polityczna jest prawdziwa, działa mafia węglowa, paliwowa, lekarska, sędziowska, SLD-owska i inne. Wśród ofiar tej manii byli m.in.: wybitny chirurg, Barbara Blida, prof. Widacki, generał Kluk, minister spraw wewnętrznych, liczni biznesmeni, w tym Kluska i Krauze.

      O ile stalinowscy siepacze używali bata, o tyle min. Ziobro, który funkcjonował w epoce praworządności, demokracji i wolnej prasy, w swojej dobroci sięgał tylko po środki niewymagające potem kuracji chirurgicznej. To znaczy telewizyjne pokazy aresztowań niszczące moralnie znane osoby i długotrwałe areszty zwane wydobywczymi (powiesz - wyjdziesz).

      CDN...
      • diabollo Re: DoDAtniE plusy ZERA 13.01.13, 14:29
        Marchewka była główną bronią ziobrystów. Dostawali ją do chrupania przestępcy na ogół rzeczywiści, którzy mogli wyjść na wolność jako świadkowie koronni lub tak sobie, jeżeli zeznają coś, z czego można wywieść hipotezę o mafii i układzie lub ją potwierdzić. Uwolnienie z aresztu, albo taka obietnica, stanowiło zapłatę za zeznania potwierdzające hipotezę śledczą. Przykładem Alexis, której zapłacono wolnością za zeznanie przeciw Blidzie. Stalinowcy też obiecywali świadkom wolność, ale nie dotrzymywali słowa.
        W uzasadnieniu wyroku kilkunastu lat więzienia dla każdego z trzech sądzonych 55 lat temu oprawców na karcie 1844 II tomu stenogramu procesu sąd warszawski opisuje mechanizm dwa pokolenia później kopiowany przez kaczystów. Wpierw sygnał o jakimś przypuszczalnym lub rzeczywistym przestępstwie. Potem na szczeblu politycznym tworzenie hipotezy, że to ślad przestępstwa ważnego, dużego i ogarniającego wiele osób. Następnie areszty wydobywcze mające uzasadnić hipotezę i przypisać do sprawy jakąś osobistość znaczącą, a nielubianą. W efekcie z góry ukierunkowanych zeznań (niepasujące odrzucano) kierownictwo polityczne przyjmowało swoją własną hipotezę za trafną, pokrywającą się z rzeczywistością. Następnie pojawiała się niemożność przemienienia hipotezy w prawomocny wyrok, bo dowody były dziurawe, zeznania odwoływane. Wreszcie następowała zmiana polityczna wyrzucająca to wszystko na śmietnik. W1953 r. to była śmierć Stalina, a w XXI w. przegrane przez PiS wybory.

        W latach 1948-1953 stalinowskiemu X Departamentowi MBP (specjalność: wrogowie w aparacie władzy) nie udało się zakończyć żadnego śledztwa w wielkich sprawach zbiorowych. Żadna polityczna hipoteza nie znalazła procesowego potwierdzenia. To samo dotyczy ziobryzmu. Nie tylko podobieństwo mentalności jest więc uderzające, ale także nieudolności w sztucznym pompowaniu spraw.

        sekr@redakcja.nie.com.pl "Proces Romana Romkowskiego, Józefa Różańskiego i Anatola Fejgina w 1957 r.?, Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW i Archiwum Akt Nowych, Warszawa 2011 r.


        Romanowi Giertychowi o ochronę dóbr osobistych, zeznający jako świadek prokurator Marek Wełna stwierdził, że minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, jego zastępca Janusz Kaczmarek i Bogdan Święczkowski, dyrektor Biura ds. Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Krajowej, wywierali na niego naciski: Każda z 3 wymienionych osób oczekiwała ode mnie przedstawienia materiałów, które mogłyby kompromitować polityków, w szczególności Sojuszu Lewicy Demokratycznej, chodziło im o takie osoby, jak: Leszek Miller, Jacek Piechota, Józef i Maria Oleksy, Aleksander i Jolanta Kwaśniewscy (?). Pan Święczkowski, Ziobro, Kaczmarek, wydając mi takie polecenia i sugestie, mówili mi wprost, że takie są oczekiwania pana Jarosława Kaczyńskiego.
        Za rządów PiS prokuratura, CBA i ABW prowadziły na szeroko zakrojoną skalę akcje wymierzone w polityków głównie lewicy. Najgłośniejszą była próba aresztowania byłej minister budownictwa Barbary Blidy, która popełniła samobójstwo. Okazało się, że Blidę pomówiła jej przyjaciółka zwana śląską Alexis, nakłaniana przez funkcjonariuszy ABW i prokuratorów w zamian za obietnicę wyjścia z aresztu.
        Wartykule "Dziewica sprawiedliwości? ("NIE" nr 50/2008r.) opisaliśmy sprawę Jacka Piechoty, z którego próbowano zrobić członka mafii paliwowej. Miał on przyjąć od firmy paliwowej BGM łapówkę. Zdzisław Marszałek, jeden z trzech współwłaścicieli BGM, mówił "NIE": Byłem namawiany przez prokuratora Marka Wełnę do złożenia zeznań obciążających Jacka Piechotę. w zamian prokurator oferował mi szybkie opuszczenie aresztu tymczasowego. Marszałek nie miał nic do powiedzenia na Piechotę. w areszcie spędził 2 lata. Inną skandaliczną sprawą było oskarżenie posłanki Małgorzaty Ostrowskiej, która miała przyjąć łapówkę od gangstera paliwowego Piotra K. vel króla Sztumu. Choć rewelacje karanego za składanie fałszywych zeznań Piotra K. i skorumpowanego policjanta były wątpliwe, ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro przesłał do Sejmu wniosek o uchylenie immunitetu poselskiego Ostrowskiej i chciał ją natychmiast aresztować. Sejm na to się nie zgodził. Sprawa trafiła do sądu, gdzie były policjant oświadczył, że pomówił Ostrowską, aby wyjść z aresztu: Zostałem instrumentalnie wykorzystany do zniszczenia jej życia. Z tym piętnem będę żył do końca. Jeszcze w trakcie procesu były komendant popełnił samobójstwo.
        Szeroko opisywaliśmy sprawę mecenasa Jana Widackiego, przeciwko któremu też uknuto intrygę. Sławomir R., przestępca skazany m.in. za zabójstwa, twierdził, że był nakłaniany przez prokuratorów do pomówienia mecenasa. W więzieniu odwiedzał go m.in.szef Prokuratury Krajowej Jerzy Engelking, prawa ręka Ziobry. Rozkręcona za rządów "afera" PiS miała na celu udowodnienie istnienia urojonego przez braci Kaczyńskich układu polityczno-biznesowo-gangsterskiego. Mecenas Widacki pasował do tego, bo miał kontakty z byłym prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, był pełnomocnikiem Jana Kulczyka i bronił "Maliznę" z pruszkowskiej grupy towarzyskiej. Mecenas miał też zastraszać Marka Dochnala, by ten w swoich zeznaniach ukrywał informacje obciążające Jana Kulczyka, którego przedstawicielem procesowym był mecenas. Mecenas Widacki został oczyszczony z pomówień.
        A.S.

        a1.nie.com.pl/art27037.htm
    • diabollo Re: Dobrze wiem, co to jest konwejer 20.01.13, 15:45
      Czcigodni,
      Pozwólcie mi jeszcze nad reflesją dotyczącą tej sprawy, która wszak ciągle jeszcze żyje w polskich mediach.

      Otóż, jak wiadomo pan sędzia Tuleya nie podpadł samym wyrokiem na "doktora G.", lecz uzasadnieniem wyroku, a ściślej mówiąc w tym uzasadnienu do oświadczenia, że CBA uciekało się do pewnych "metod stalinowskich".

      I właśne na to sformułowanie wszyscy od mainstreamu na prawo oczywiście do samej ściany dostali sraczki, a niektórzy nawet napadów drgawek...

      Rodzi się nieodparte pytanie: a dlaczegóż tak się stało? Dlaczego te "metody stalinowskie" tak strasznie wkurwiły naszą "klasę" polityczną i publicystyczną?

      Widzę tutaj wielką analogię do napadów histerycznych po tym, jak mord w Jedwabnem stał się sprawą medialną.
      Otóż polska mitologia twierdzi i utrzymuje, że Polacy to wielce szlachetny, miłujący wolność i tolerancję naród, niestety naród najbardziej na świecie skrzywdzony. Krzywdy owe, obnoszone, eksponowane i opłakiwane ("tu, popatrz blizna") są wyimaginowanym, polskim mistrzostwem świata, w które spora część tzw. inteligencji, pół i ćwierć inteligencji święcie uwerzyła.

      Wszyscy Polacy oczywiście wiedzą, że "Polacy" to alkoholicy, kurwy, dranie i złodzieje ("oczywiście za wyjątkiem Twojej i mojej mamusi"), ale już sama wyimaginowana "Polska" to Wielka Ofiara, Chrystus Narodów, Dziwica Orleańska. Ofiara, która gdyby nie gwałt Stalina i Hitlera, prześcignęłaby całą Europę, b,a Świat cały.

      A Stalin i Hitler to diabły. Diabeły, jak to diabły są OBCE. A Polacy może nie są święci, ale z diabelstwem absolutnie nigdy i trzy palce na sercu - nic nie mieli wspólnego.
      Diabelstwo w Polsce, szanujących Wartości Katolickie Polaków, mogło wystąpić tylko jako coś narzuconego gwałtem i cierpieniem przez OBCYCH diabłów.

      Polska nigdy nie musiała rozliczać się ze swoją stalinowską przeszłością (no, może tylko przez moment po odwilży Października 1956 roku), ani ze swoją przeszłością faszystowską - z bardzo prostego względu - bo wszelką taką przeszłość wyparła i zrzuciła na innych - OBCYCH diabłów, ewentualnie "ONYCH", czyli pomagierów OBCYCH diabłów, którzy automatycznie wykluczali się z polskości.
      Polska zatem nigdy nie musiała przechodzić jakiejś narodowej debaty czy refleksji nad swoją ze swoją stalinowską czy faszystowską przeszłością, bo... takowej po prostu nie miała!

      To stąd wzięła się ta histeria po wypowiedzi pana sędziego Tuleyi. On przyrównał, naszych, może niedoskonałych bezpieczniaków, jednak bezpieczniaków Niepodległej Ojczyzny z... OBCYM diabelstwem!

      Cóż za faux pas!

      Zapamiętajcie sobie, Tuleja, kurwa, raz na zawsze, dwa razy powtarzał nie będę!
      Polska to ofiara! Ofiara OBCYCH totalitaryzmów. Zawsze z OBCYMI totalitaryzmami walcząca.
      Howgh!

      Kłaniam się nisko.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka