Dodaj do ulubionych

Egotyczne staruchy - narodową szansą i wyzwaniem..

13.02.13, 07:56
Polecam arcyciekawy artykuł pana Żakowskiego, o ile jeszcze nie czytaliście:

****
O zmianie, która idzie, mówimy sporo w kontekście problemów z emeryturami. Ale to tylko jeden z wierzchołków problemu. Nie chodzi tylko o to, że przybywa staruszków, ale też o to, że mamy do czynienia z pokoleniem, które idzie przez historię jak walec i – jak żadne inne – zmienia świat wedle własnych potrzeb, nie licząc się z nikim i z niczym.

Pół wieku temu to pokolenie (powojenny wyż albo babyboomersi) wkraczając w dorosłość, walcząc na ulicach Paryża, Rzymu, San Francisco, Sydney, narzuciło Zachodowi nie tylko kult młodości, ale też kulturę przyjemności, rozrywki, luzu, indywidualnego szczęścia i samorealizacji. Taką, jakiej potrzeba nastolatkom. Po początkowym oporze starsze pokolenia przyjęły nowe reguły i wartości. Profesorowie – a po nich biznes i politycy – zapuścili włosy, pozdejmowali krawaty i zamiast Beethovena zaczęli nucić „Let it be”.

Kiedy boomersi dorośli i stali się częścią establishmentu, zafundowali światu drugą rewolucję. Byli młodzi, wykształceni, pewni siebie i przekonani, że im się należy. Świat miał być ich. Najpierw więc kupili, a potem uznali za swoje, hasła rewolucji neoliberalnej, która dostosowała porządek do potrzeb sprawnych, zdrowych, wydajnych, samodzielnych. Stworzyli świat dla ludzi w wieku średnim, którym nie potrzeba pomocy ani bezpieczeństwa, ale przestrzeni dla osobistej ekspansji i samorealizacji. Czyli znów dostosowali świat do potrzeb swojego pokolenia. Ich idolami byli Clinton, Blair, Schröder, a w Polsce Kwaśniewski. Ikony lat 60. – Fischer, Havel, Michnik – odnalazły się w nowej rewolucji bez trudu. Serce wciąż mieli po lewej stronie, ale – jak mówił o sobie Michnik – odkryli znaczenie portfela, który nosili po prawej.

Kryzys 2008 r. zastał boomersów na progu emerytury lub na ostatniej prostej, która do niej prowadzi. Gdy świat, który stworzyli, zaczął się kruszyć i pękać, zatęsknili za ładem, który sami zniszczyli. Niepewność, twarda konkurencja o wszystko, rzeczywistość permanentnej zmiany, za którą nadążają z coraz większym trudem, nie są już na ich lata. Dobrze się w niej czują 40-letnie szczury. Dla 60-letnich weteranów kontrkulturowych zmagań i rewolucji rynkowej to nie jest przyjazny świat. Koło sześćdziesiątki człowiek odruchowo broni status quo, by nie stracić dorobku. Większość chętnie by więc wróciła do statecznego, hierarchicznego porządku, który obalili w latach 60. i 70., oraz do państwa zapewniającego stabilne bezpieczeństwo, które zdemontowali w latach 80. i 90. Sprawując władzę, tak próbują odpowiadać na kryzys.

Ale powrotu nie ma. Bo przez blisko pół wieku swojej dominacji, bawiąc się, radośnie konsumując i używając życia, boomersi okazali się nie tylko najliczniejszym, lecz także najbardziej żarłocznym pokoleniem w historii Zachodu (na Wschodzie było trochę inaczej, ale z podobnym skutkiem). Najpierw, jak szarańcza, przejedli oszczędności rodziców i dziadków, a potem skonsumowali przyszły ewentualny dorobek swoich dzieci. W spadku zostawią długi. Zanim jednak odejdą (albo odejdziemy, bo należę do tego pokolenia), nie oglądając się na nic, zrobią, co w ich mocy, żeby dostosować świat do swoich nowych potrzeb. To znaczy, że czeka nas kolejna rewolucja, a może nawet kilka rewolucji w różnych dziedzinach życia.

Pierwsza rewolucja, która już się toczy, dotyczy rozumienia starości. Gdy życie ludzi się dramatycznie wydłuża, podział na cztery tradycyjne fazy – dzieciństwo, młodość, dojrzałość i starość – przestaje wystarczać. To było wiadomo od lat 80., gdy rosnąca długość życia sprawiła, że grupa 70- i 80-latków stała się istotna. Ale dopiero starzenie się boomersów pozwoliło tej grupie osiągnąć masę krytyczną pozwalającą wywołać zmianę kulturową.

całość:

www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1535115,1,nowa-rewolucja-za-progiem-bunt-staruszkow.read
Obserwuj wątek
    • uff.o Re: Egotyczne staruchy - narodową szansą i wyzwan 13.02.13, 10:52
      zaraz, zaraz, coś mi się tutaj nie zgadza. Pan Żakowski człowiek mojego pokolenie, no starszy niby kilka miesięcy, a pisze na temat babyboomers takie infantylne dyrdymały, jakoby to owo pokolenie lat 60 bylo odpowiedzialne za ten porządek świata jaki sami sobie stworzyli, samorealizacji poprzez posiadanie, zdemoralizowany biznes, etc., gdyż co, niby z racji bycia dorosłymi, weszli automatycznie w posiadanie, establishment i tworzenie tego porządku który doprowadził do kryzysu w 2008? I tak się zastanawiam, skąd to wypaczenie i jednostronnośc, człowieka wszak....myślącego? Znowu jakiś następny roz-czarowany lewiczek który wyzwolił się z zarazy wyuzdanej indywidualności, i teraz ma niby trzeźwe, moralne prawiczkowe poglądy, z obsesyjnymi, ewidentnie nie leczonymi, urazami, szukający łatwych wytrychów, którymi można sobie poukładać puzzle 'kruchej' rzeczywistości do woli i swawoli? Oj krucho u pana Żakowskiego. Byleby tylko pasowało, i to jak najszybciej. A niech go. Skoro mu wolno.

      Ale żeby nie poprzestawać na samej prywacie, skupię się tylko na przypomnieniu kilku osiągnięć pozytywnych owego niby wyuzdanego jedynie pokolenia, tak dla równowagi. Przede wszystkim protest przeciwko wojnie w Wietnamie, obywatelskie nieposłuszeństwo wobec niesprawiedliwości społecznych, prawa dla mniejszości, kobiet. Umożliwienie niepełnosprawnym w miarę samodzielne, zintegrowane funkcjonowanie w społeczeństwie (znaczy się choćby z praktycznego punktu widzenia, przerobienie wszystkich chodników, miejsc publicznycvh, instytucji, szkół, etc. tak żeby wózki niepełnosprawnych mogły mieć wszędzie dostęp. W całym kraju! Pan Żakowski pewnie nie wie ile to kosztowało, bo pchi, cóż to dla monstrum. Splunięcie. (Można by z tego pewnie zrobić w Polsce wszystkie autostrady). Co pociągnęło za sobą możliwość zarówno normalnej edukacji dla tej grupy społecznej, jak i rozwiązanie wielu innych problemów. Rewolucja obyczajowa to wszak nie tylko wyuzdanie i nabijanie portfelów, czy naiwne mrzonki o samorealizacji po trawce czy kwasie. A kto potem, już po okresie młodości i idealizmu, zasilił armię nauczycieli w szkołach dla najbiedniejszych, dla emigrantów, na każdym poziomie, z najmniejszymi pensjami? Do dzisiaj, kto tam uczy? Na pewno nie dzieci, wnuki ówczesnych posiadaczy i biznesmenów, którzy, jak można się łatwo domyślać zasilali establishment który potem doprowadził do kryzysu. A co oto, tylko dzieci bogaczy protestowali przeciw nierównościom społecznym i wojnie? Czy pan Żakowski tak w ogóle interesował się kiedyś wnikliwiej historią civil rights movement? A kto wziął się za tworzenie farm ekologicznych z prawdziwego zdarzenia,i stworzenie etycznego rynku zbytu dla produktów organicznych, sieci sklepów, etc.? No i pewne autorytety intelektualne, zajmujące się kwestiami społeczno-politycznymi etc., jak choćby Chomsky, twierdzą stanowczo że lata buntu wobec establishmentu lat 60 to okres prawdziwej i jedynej rewolucji, dzięki której dzisiaj Ameryka nie jest imperium całkowicie totalitarnym, jakim by była gdyby nie przeszła tej transformacji obywatelskiego nieposłuszeństwa. Co nie znaczy że imperium nie jest. Ale są pewne konkretne osiągnięcia lat 60 które powodują iż wciąż społeczeństwo i pewne instytucje mogą walczyć o struktry praworządne i demokratyczne, pomimo ciągłych zagrożeń ze strony establishmentu i korporacji biznesowych. Chodzi o to czego nie utracono, dzięki temu co wówczas zaistniało w sensie jakościowego buntu. W ogóle co to za myślenie że owo pokolenie lat 60 z idealizmu spadło potem w czyste posiadanie i nabijanie kabzy? Nawet jeśli jest w tym jakaś cząstka prawdy, to przecież jest obrzydliwym jeśli nie okrutnym zakłamaniem utożsamianie całego tego pokolenia z bezmyślnie 'bawiącymi się i konsumującymi', używającymi sobie życia egoistami, 'dominującymi przez pół wieku', jakimi niby w całosci sie stali gdy dojrzeli.
      O sztuce, czy muzyce, zindywidualizowaniu religijności (i odinstytucjonalizowaniu), asymilacji elemntów wschodnich do kultury zachodu, które bez względu na obecne rozmydlenie komercyjne, wciąż inspirują na całym świecie, nie wspominając.
    • uff.o Re: Egotyczne staruchy - narodową szansą i wyzwan 13.02.13, 12:23
      natomiast odnośnie staruszków i społeczeństwa zdominowanego przez staruszków owego pokolenia 60, za Obamy zaczęlo się w końcu promowanie przez państwo medycyny alternatywnej, ekologicznego stylu życia, bardziej sharmonizowanego z naturą. Obama wprowadził pewne ulgi podatkowe dla tych którzy leczą się metodami alternatywnymi. Właśnie z powodu ogromnego obciążenia państwa wydatkami na leczenie. Sytuacja ta nijako zmusza państwo do akceptacji metod alternatywnych, których skuteczności jeszcze do niedawna zaprzeczały różne środowiska czy to prywatne ubezpiecxalnie medyczne czy farmakologiczne, chcące utrzymać monopol, gdyż straty zaczęły przeważac zyski w sensie ogólnym, jak mniemam, co zaczęło objawiać się symptomami kryzysowymi. Do tego samego punktu doprowadziły firmy tytoniowe, rujnując zdrowie społeczne i budżet na leczenie. Leczenie poprzez dietę, zielarstwo, homeopatię, medycynę wschodnią, jogę, medytację etc., zaczęły wreszcie być akceptowane publicznie, a przynajmniej nie walczoną z nimi tak zajadle jak w przeszłości, gdyż przede wszystkim to działa, i to działa zarówno faktycznie, jak i jako placebo, (a czym jest efekt placebo jeśli nie m.inn. pewną zdolnością do samoleczenia się organizmu?) i jest bezpiecznziejsze i mniej kosztowne niż farmakologia, no i owo pokolenie lat 60 nie daje sobie tak łatwo wmówić iż pigułka jest na wszystko. To przecież pokolenie wyzwolonej wiary w siebie. A choroba po to żeby nic nie zmieniać, za to technologia wymieni ci wszystkie flaki, oczywiście za horendalną cenę, która uczyni z ciebie niewolnika łóżka, leków i okrutnej wiecznej agonii bez śmierci. Klatka bez klatki, niewolnicza wegetacja dla nieskończonych zysków firm ubezpieczeniowych, pasożytujących na ludzkim cierpieniu. A zdrowszy, mądrzejszy, bardziej świadomy, twórczy styl życia, nie tylko wydłuży życie ilościowo (czym chwali się medycyna konwencjonalna, cyckająca z budżetu i ludzi poprzez hodowanie warzywek ludzkich, na horendalnie drogich maszynkach i respiratorkach, tudzież tabunie pomocy profesjonalnej, domowej i hospitalnej), ale da społeczeństwu możliwości siły produkcyjnej i zbytu. Funkcjonujący staruszkowie i mogą pracować i chcą, a owszem jeszcze trochę używać życia. Z tym że nie zgadzam się iż owo pokolenie jest nastawione czysto utylitarnie do życia. Roszczeniowość może i rosnąć, i dzięki Bogu, bo bez pójścia w stronę państwa socjalnego i na lewo, nie widzę możliwości na zdrową racjonalną laicyzację i tolerancyjność w społeczeństwie. Ale to jest również pokolenie które wie jak funkcjonować niezależnie od masowej ujednoliconej struktury. Przynajmniej ma taki potencjał. A jeszcze do tego wychowało sobie nowe pokolenie, gdyż zasilało struktury edukacyjne, a zatem będzie i ma to co samo sobie wypracowało. I na pewno nie będzie źle, ani tak czarno jak to pan Żakowski opisuje. Aha, co do wzmianki o Bushu który dał darmowe leki ludziom (i zmniejszył podatki dla najbogatszych), bujda i mit. Co do tych darmowych leków., ma się rozumieć. Nie dla przeciętnego zjadacza i biedaka. Zawsze kiedy Republikanie dochodzą do władzy ceny leków i opłaty za leczenie idą w górę gwałtownie. Mój ojczym ś.p., hydraulik na emeryturze, który po transplantacji serca żyl 10 lat (umarł w wieku 81 lat w u.r.) musiał wydawać ogromne sumy na leki, klnął siarczyście na Busha, że staruszków chce pozabijać. Drogocenne technologie medyczne stały się niedostępne dla średniej klasy i biedoty. Oczywiście, jak masz ubezpieczenie, na które słono płacisz to może i masz 'za darmo'. Ale jakoś dziwnie, w czasie kadencji Busha rozpoczęła się masowa pielgrzymka do Kanady po tańsze lekarstwa.
      • diabollo Kochany Uffo 13.02.13, 20:45
        I panu Żakowskiemu się porządnie oberwało...

        Obawiam się, że niesłusznie, kochany Uffo.
        Winny jestem ja: egotyczny diabollo.

        Po pierwsze pozwoliłem sobie użyć brawurowy epitetu "egotyczne staruchy" w tytule wątku.
        W założeniu owy epitet miał być nie tylko wykwintnym dowcipem, ale przede wszystkim moim własnym, odważnym spojrzeniem ("w śmierci oczodoły" cyt. za polska wersia "Madagaskar 2") i zmierzeniem się z własną, nieuchronną i zbliżającą się wielkimi krokami starością.
        Co tu dużo tłumaczyć - "egotyczne staruchy" miały olśnić, zawstydzić i zagiąć Monty Pythona i Friedricha Nietschego za jednym zamachem...

        Wszystkich czcigodnych urażonych forumowiczów, którzy wszak albo są, albo niedługo zostaną (zostaniemy!) "egotycznymi staruchami", gorąco przepraszam.
        Mea maxima kupa.

        Po drugie, gamoń, nie wkleiłem całego tekstu. Jeszcze wczoraj był w całości na portalu "Polityki", potem zniknął - był dostępny za dopłatą, teraz jest znowu w całości.
        Nie damy się kapitalizmowi - mam kompletny tekst pana Żakowskiego w moim "archiwum" i wkleję go w całości.

        A z całości lektury wysunąłem zupełnie inne wnioski, niż te, z którymi, kochany Uffo, chyba opacznie się rozprawiłeś.

        Otóż, zawsze odnoszenie się do "Pokolenia" takiego czy siakiego jest trochę niebezpieczne (np. mało kto pamięta, ale tzw. "liberalne media" w Ojczyźnie wymyśliły sobie kiedyś "pokolenie JP2"). Albowiem każde "Pokolenie" to taki abstrakt socjologiczny.
        Pokolenie wyżu powojennego to jednak taki abstrakt, który całkiem nieźle opisuje pewne zdarzenia z rzeczywistości (historycznej czy teraźniejszej), więc sam pomysł na rozważania pana Żakowskiego znowu takie od dupy storny nie są.

        Odnoszę wrażenie, że dla "neobolszewika" pana Żakowskiego - nazwijmy to dodatni bilans osiągnięć "boomersów", jest "oczywistą oczywistością", która po prostu nie była tematem jego rozważań. Pamiętajmy o konteście - tekst powstał w Polsce i został opublikowany w polskim tygodniku, chwalenie się pana Żakowskiego osiągnięciami emancypacyjnymi dokonanymi przez jego pokolenie byłoby też trochę nie na miejscu.

        Wydaje mi się, że chodziło mu o coś innego.
        Mianowicie pan Żakowski, chciał zwrócić uwagę, że za sprawą pokolenia wyżu powojennego szykuje nam się kolejna (wszak moglibyśmy dodać, co pan Żakowski chyba pisze między wierszami - pozytywna?) emancypacyjna rewolucja (po emancypacji młodych, mniejszości, kobiet, etc, etc) - emancypacja ludzi starych.
        Która jak każda emancypacyjna rewolucja będzie boleć.

        Każda emancypacja prowadzona z pozycji siły (a taką siłę ma pokolenie wyżu powojennego, udowodniło to wiele razy) boli...
        Chociaż nie wiem, czy tutaj nie wyszło mi "masło-maślane". Jeszcze nigdy we wszechświecie nie zdarzyła się rewolucja emancypacyjna bez "pozycji siły". Pozycja siły jest po prostu niezbędna, co czcigodnym Rodakom w Ojczyźnie, gdzie borykamy się z kłoptami emancypacyjnymi właśnie wynikającymi z Bezsiły abolicjonistów i ogromnej pozycji siły konserwo-kato-zabobonu - nie trzeba długo tłumaczyć.

        I teraz może nowa rewolucja boleć bardziej lub mniej, a to zależy od tego jak do tej nieuchronnej emancypacji ludzi starych się przygotujemy, a najpierw jeszcze jak szybko tę rewolucję zrozumiemy i... zaakceptujemy.

        Wiem, że w Polsce to wszystko jest trochę science fiction (gdzie jesteśmy na etapie prób zakończonych fiaskiem podniesienia "pedała leżącego na asfalcie"), więc i brawurowy tekst pana Żakowskiego może dla kochanego Uffo, który wszak wsiąkł był przez dziesięciolecia w kontekst amerykański - mogą być nieco kuriozalny, ale napewno nie był w założeniach jakąś wstecznym, prawackim postulatem zamordyzmu "rozczarowanego prawaczka".

        Kłaniam się nisko.
        • uff.o Czcigodny Diabollo 14.02.13, 03:55
          jeśli pozwolisz, pozwolę sobie przytoczyć pewne założenia pana Żakowskiego,z artykułu który chyba przeczytałem cały, choć nigdy nic nie wiadomo, i wszystko jest możliwe,założenia z którymi raczej nie zgadzam się lub uważam za jednostronne, a Ty jak chcesz, drogi Diabollo, to mi wytłumacz w jaki sposób pojąłem je opacznie.
          Pan Ż. pisze:'Kiedy boomersi dorośli i stali się częścią establishmentu, zafundowali światu drugą rewolucję. Byli młodzi, wykształceni, pewni siebie i przekonani, że im się należy. Świat miał być ich. Najpierw więc kupili, a potem uznali za swoje, hasła rewolucji neoliberalnej, która dostosowała porządek do potrzeb sprawnych, zdrowych, wydajnych, samodzielnych. Stworzyli świat dla ludzi w wieku średnim, którym nie potrzeba pomocy ani bezpieczeństwa, ale przestrzeni dla osobistej ekspansji i samorealizacji.'

          Uważam iż jest to mylne i zniekształcone pojęcie o pokoleniu lat 60, gdyż jeśli pan Ż. określa ich jako burzycieli starego porządku, rewolucjonistów, to trzeba tu zaliczyć również tych którzy działali na rzecz równouprawnienia, przeciwko wojnie, nierównościom społecznym, a zatem ku strukturom bardziej demokratycznym i pro-socjalnym. Wszak istniała w latach 60 istotna wojna pomiędzy establishmentem rządowym i biznesowym, a społeczeństwem które nie czuło się w pełni reprezentowane, i chciało nie tylko wolności dla jednostki i używania egoistycznego, ale również etycznego i moralnego traktowania wszystkich, dlatego wzięło się za bunt, sprzeciw, itd.? Wybuch twórczej aktywności, a nie tylko samej zmysłowości był tutaj zawsze obecny. Jeśli natomiast autor artykułu miał na myśli tych którzy weszli w establishment przeciw któremu walczyli, to trzeba by się zastanowić i określić kto z tzw. rewolucjonistów pokolenia lat 60 mógł realnie wejść w establishment biznesowy ówczesny czy późniejszy, bo jak mi wiadomo od np. mojego prof. historii Stanów, on który wówczas ostro działal, był na czarnej liście FBI, i tacy jeśli nie stawali się agentami to jaki mogli mieć dostęp do wejścia w establishment? Chyba że pochodzili z rodzin które już były w establishmencie. Czy zatem pan Ż mówi o jakimś egalitarnym pokoleniu 60, które z wojowników przeciwko ustalonemu porządkowi stawało się głosicielami neoliberalizmu republikańskiego? OK, dobrze, ale nawet jeśli, o czym wspominałem iż jest to możliwe, to jednak twierdzę iż przeważająca większość z owych rewolucjonistów tamtego pokolenia wcale nie zrezygnowała ze swoich rewolucyjnych ideałów. I nie zamieniła ich na gruby portfel wyuzdania. Dlaczego zatem ten fakt został całkowicie pominięty? A co tak rewolucyjnego było w tzw. neoliberalizmie poza kontynuacją konserwatywnego kapitalizmu? Czy określenie neoliberalizmu i owych buntowników-hedonistów lat 60 jako rewolucjonistów nie jest przypadkiem na wyrost, skoro reprezentowali oni jedynie, w konsekwencji konserwatywny monopolistyczny kapitalizm? O kim pan Ż. tak de facto mówi i czy przypadkiem nie wrzuca do jednego worka tych którzy po prostu wzmocnili bezwzględny system kapitalistyczny, i status quo ówczesnej hierarchii, oparty zawsze na sile i niezależności pewnych nadzianych jednostek, i/plus, jak on to nazywa, '40-letnich szczurów' którzy nie potrzebowali wsparcia socjalnego albo mieli zbyt niską wyobraźnię by widzieć że ich starzejący się rodzice, czy oni sami mogą tego potrzebować? To co za rewolucjoniści z nich byli?

          Następnie, co to znaczy 'świat który stworzyli zaczął się kruszyć i pękać, i zatęsknili za ładem który sami zniszczyli'? Rozumiem iż odnosi on to do establishmentu biznesowo-politycznego, który umacniał struktury dominacji i monopolizmu kapitalistycznego. Ale w takim razie, jak wspomniałem całe podstawowe założenie, iż jest to owo pokolenie lat 60, które buntowało się wobec ówczesnego systemu, a póżniej przejęło schedę itd., jest wypaczone. Bo przecież ci którzy się buntowali, zapłacili słoną cenę. Były zamachy, pro-soocjalni działacze, i politycy, zostali sprzątnięci, co miało powstrzymać i zastraszyć społeczeństwo od skręcania na lewo. Malcolm X, Martin Luter, JFK, i na końcu Robert Kennedy. Od tamtego czasu establishment konmserwatywno-kapitalistyczny zdominował całkowicie establishment. Nie widzę tu żadnej 'naturalnej' ewolucji od idealisty do grubego portfela. Natomiast twierdzenie iż ówczesny butnownik wobec systemu chciał jedynie samorealizacji jako jakiegoś witalnego wyuzdanego z wszelkiej moralności spelnienia ego, jak mówię może tyczy się tej części pokolenia lat 60, która miała możliwość wejścia w establishment, a może i dokonała takiego zwrotu i wyboru, ale nie określa to całego pokolenia lat 60, i nie powinno się wszystkich tzw. buntowników owczesnego establishmentu wrzucać do jednego worka hedonizmu. Zalożenia buntu i rewolucji społecznej lat 60 miały bardzo etyczne podłoże, poza używaniem i samorealizacją, które najczęściej odnosiły się tzw. tripów mistycznych, mających na celu rozszerzenie percepcji, a nie spełnienie zmysłowe. A konsumpcjonizm przyszedł chyba potem, już jako efekt zdominowania państwa przez konserwę kapitalistyczną i propagandę medialną sukcesiku i hedonizmu. Nawet po zamachach ruchy pro-socjalne nie zamarły. I walka między idealistami pro-socjalnymi, a konserwą kapitalistyczną trwała, choć lewicujące społeczeństwo zostało zakneblowane, a elita zaczęła wciągać kraj w coraz większy monopolizm, mocastwowość etc. Rozczarowanych było wielu, być może jacyś walenrodzi na Kapitolu, w rodzaju Edzia Kennedyego i jego kręgu. Ale przecież, jak wspomniałem w pierwszym komentarzu, ogromna większość weszła w struktury pedagogiczne i np. w ekologiczne biznesy, farmy, działanie pro-ekologiczne, etc. Wielu zostawało prawnikami. Czyż nie jest wszech i wobec wiadome iż sądownictwo w Stanach zazwyczaj broni szaraczka, klienta który skarży się na biznes, nadużycia instytucji etc? To się raczej nie wzięło z powietrza. Ale może w tym moim błędnym pojmowaniu wynurzeń pana Ż, pod określeniem 'pokolenie 60+', ma on na myśli tylko tę jego część która wojowała nie o kwestię równouprawnień, zniesienia segregacji, i o dostęp do edukacji i systemnu medycznego dla wszystkich, od samego początku, obywatelskiego nieposłuszeństwa, tylko o tych którzy 'walczyli' wpierw o całkowitą swawolę biznesu i niekontrolowany wolny rynek, gdzie wyścig szczurów miał decydować o tym kto ma, kto nie? (W takim razie jak pan Ż. nazwałby tych którzy w tym czasie walczyli o to bardziej... etyczne wyzwolenie?), a którzy dopiero potem, pod wpływem własnej starości z twardych rewolucyjnych neoliberalnych kapitalistów, przeszli na bardziej liberalną pozycję, doceniając i domagając się większych socjalnych przyjaznych dla wiekowych ludzi struktur, bardziej pro-socjalnego państwa? Jeśli tak wywrotowo pan Ż. to widzi, to ja raczej podtrzymuje swoją opinię, iż nie docenia on pokolenia lat 60, i nie widzi ich kompleksowego wpływu, tylko odnosi się do tej części, która hołubiła zasadom ultylitaryzmu i hedonizmu, i poszła z prądem establishmentu i biznesu konserwatywnego (neo-liberalnego), która zdominowała scene polityczno-ekonomiczną głównie poprzez siłę, przemoc i zastraszenie społeczeństwa, które w większości chciało ażeby państwo i biznes rozwijały się pro-socjalnie. Już z tego samego faktu można wnioskować iż była to mniejszość, elita, która zdominowała społeczeństwo przemocą. I wcale nie potrzebowała zbyt wielu miłosników z owego pokolenia 60, do dzielenia się swoim tłustym plackiem. A moralności i etyki to się owi nachapani eks-rewolucjoniści zaczęli uczyć i domagać dopiero na starość, jak zniedołęznieli, przynosząc nam, Zachodowi, Nową Rewolucję? OK, ale za duże tu uproszczenie w samym założeniu natury pokolenia 60, w konsekwencji czego wnioski i refleksje na przyszłość wydają mi się nieadekwatne do rzeczywistości, choć oczywiście, i podkreślam to po raz kolejny, częściowo być może słuszne. A przynajmniej, obiecujące.....
          • uff.o Re: Czcigodny Diabollo 14.02.13, 15:56
            chyba że możnaby przymknąć oczy na określenia ppana Ż. iż powojenne pokolenie babyboomers było pokoleniem walczącym na ulicach Paryża, Sydney, Nowego Jorku, czy San Francisco przeciwko establishmentowi, etc., i ograniczyć je do tych boomersików którzy w latach 60-ątych jerszcze sikali w pieluchy, a dojrzeli do tzw. buntu dopiero jako nastolatkowie w latach 80-ątych i przyjęli jako ów 'bunt' postawę całkowitej 'samorealizacji' hedonistycznej, która m.inn. wyraziła się również później w tzw. neoliberalizmie ekonomicznym, kiedy stawali się oni częścią establishmentu, gdyż owszem lata 80/90 należą chyba do szczytu marazmu i totalnego materializmu. Jak to pisał A. Ginsberg pod koniec lat 70-ątych: 'Ameryka umarła.' Ale kogo w takim razie ma pan Ż. na myśli kiedy mówi iż było to pokolenie które władało światem przez ponad pół wieku? Ale i tak ażeby taką wersję przyjąć, trzeba by wiele innych kwestii wyjaśnić. Np. czy można nazwać rewolucyjnym buntem nastawienie czysto hedonistyczne, i czy późniejsza asymilacja z establishmentem i realizowanie neoliberalizmu było zaprzeczeniem owego buntu czy razczej właśnie konsekwentnym doprowadzeniem konserwatywnego kierunku do całkowitego spełnienia w formie struktur gospodarczych establishmentów zachodnich? Wszak od czasu śmierci Roosevelta, który jako ostatni dogadaując się z częścią elity biznesowej, wprowadził pewne socjalne programy, kierunek biznesu ulegał konsekwentnie stopniowemu uwolnieniu spod kontroli rządowej, aż doszło do całkowitego wyzwolenia i deregulacji rynku? No i potem do krachu 2008. A w takim razie w jakim kierunku szedł ówczesny establishment, jeśli nie w tym samym co owi 'buntowniczy' hedoniści? A więc czy był to w ogóle bunt, czy raczej jednolity kierunek? A może tylko doprowadzenie do spełnienia zachcianek hedonistycznych mogło doprowadzić do upadku i załamania takiej struktury, poprzez spełnienie, a więc do prawdziwej rewolucji i reformy? No ale w tym względzie jak widzę pan Ż. stawia raczej na starość boomersów, którzy mając taką siłę przebicia, żądają teraz praw i udogodnień dla starców, ponieważ swoim hedonizmem i zdobyczmi technologicznymi medycyny współczesnej żyją dłużej, etc., i dopiero osobiście widzą jak powino się przmeblować struktury ażeby starcy mieli jak najwygodniej. Ponadto, w takim kontekście, jak nazwać tych którzy cały czas działali/działają przeciw establishmentowi republikańsko/demokratyczno-biznesowemu, i nigdy nie zrezygnowali z ideii rewolucyjnych, socjalnych, lewicowych etc.? Działaczami , dysydentami? Ale nie buntownikam i, rewolucjonistami?
            • diabollo Re: Czcigodny Diabollo 14.02.13, 21:07
              Czcigodny Uffo,
              naprawdę rozumiem Twój sentyment do kontr-kultury z lat sześćdziesiatych i sam go podzielam...

              Tylko jak rozmawiamy o takich abstraktach jak "pokolenie" to zawsze na takim poziomie abstrakcji istnieje niebezpieczeństwo złudzenia "wrzucania wszystkich do jednego worka".

              A przecież w pokoleniu wyżu powojennego byli i socjaliści, i anarchiści i prawicowcy i faszyści i masa biskupów. Owo pokolenie było też inne w różnych krajach, było czym innym w Europie Wschodniej, czym innym w Europie Zachodniej, a jeszcze czym innym w USA.
              Byli tam ludzie mądrzy, głupi, myśliciele i bezmyślni.

              Kocept "pokolenia" doszukuje się na wysokim poziomie ogólności cech wspólnych.

              To pokolenie wyżu powojennego napewno jest "odpowiedzialne" za kontr-kulutrę lat sześciesiątych (kul), ale nie ma się co oszukiwać, że nie odpowiada też za rewolucję ekonomiczno-neoliberalną od połowy lat osiemdziesiątych do polowy pierwszej dekady dwa tysiące.
              Establiszment owego okresu to po prostu z powodów biologicznych to BYŁO pokolenie wyżu powojennego. I mogli to być zupełnie inni ludzie niż ci, którzy robili kontrkulturę w latach 60, ale czasami to byli ci sami ludzie...

              O ile pana Michnika to bym bronił (i jego odkrycie portfela po prawej stronie - w Polsce byliśmy po zawaleniu się soc-realizmu jak dzieci, które rzuciły się na kapitalistyczne błyskotki bez świadomości konsekwecji i kosztów, uwierzylismy, że zostaniemy Karingtonami, im mocniej, więcej, bardziej, łaaaaaa!!!! tym, wydawało się nam, że lepiej lepiej; jakoś uczyliśmy się ekonomii, ale skrzętnie ignorowaliśmy pierwsze zdania każdego podręcznika ekonomii o tym, że zasoby zawsze są OGRANICZONE)...,
              Ale przecież byli tacy politycy i całe zaciągi władzy na tzw. Zachodzie od Clintona (który przypominał sobie, że kiedyś trawkę palił, ale pamiętal też, że się nie zaciągał), byli Blair, Schröder, etc, etc...

              Początki neoliberalizmu należy przypisywać poprzedniemu pokoleniu (Milton Friedman czy politycznie Ronald Reagan i Margaret Thatcher), problem polega na tym, że wybitni przedstwiciele wyżu powojennego tacy jak Clinton, Blair czy u nas Buzek, Miller i Kaczyński posunęli idee neokonserwatynego neoliberalizmu do kompletnego zdziczenia, o którym Reaganowi i Thatcher nawet się nie śniło.

              Takie są po prostu fakty historyczne.
              Dlatego wcześniej pisałem o najpewniej bilanskie pozytywnym boomersów (choć jak wnioskuje pan Ż. to pokolenie jeszcze nie powiedziało ostatniego słowa).
              Naprawdę daleki byłbym od stawiania pomników wszelkim poszczegónym postaciom, a co dopiero mówiąc o pomnikowaniu całego pokolenia...
              A że to pokolenie niesamowicie zmieniło nasz świat, to fakt bezsporny.

              Kłaniam się nisko.
              • uff.o Re: Czcigodny Diabollo 14.02.13, 22:33
                toteż od początku chodziło mi tylko o wypełnienie tej luki, świadomego czy nie, przeoczenia, czy uproszczenia, jakie zauważyłem w założeniu pana Ż. Ponieważ równie istotnym faktem jest to że owo pokolenie miało też bardzo pozytywny, etyczny wkład o którym fachowcy od nauk społeczno--socjologicznych, upatrują czynnik ratujący zdobycze demokracji, a nie jak stwierdził, podkreślam, jednoznacznie pan Ż. iż było to pokolenie nastawione czysto hedonistycznie, egoistycznie, pazerne na posiadanie, roztrwanianie i używanie. Gdyby było to faktycznie tak mocno przeważającym aspektem tego pokolenia, to nie byłoby wówczas takiej eksplozji twórczej, sprzeciwów przeciwko istniejącej niesprawiedliwości społecznej,etc. Nie Szczęścia chadzają Parami. I to warto było w moim odczuciu, wyjaśnić. Bo z zaogólnieniami, jak ze statystykami, albo kuchnią, im większe, tym bardziej oddalają się od esencji, prawdy i rzeczywistości, zadowalając intelektualno-zmysłowe ego, gdyż unikają zmagania się z kompleksowością rzeczywistości. I wszystko jest pikne na wejrzeniu, jak rajskie jabłuszko. A przecież diabeł, jak wiemy, siedzi w szczegółach? wink
                • diabollo Re: Czcigodny Diabollo 15.02.13, 19:28
                  uff.o napisał:

                  > toteż od początku chodziło mi tylko o wypełnienie tej luki, świadomego czy nie,
                  > przeoczenia, czy uproszczenia, jakie zauważyłem w założeniu pana Ż. Ponieważ
                  > równie istotnym faktem jest to że owo pokolenie miało też bardzo pozytywny, ety
                  > czny wkład o którym fachowcy od nauk społeczno--socjologicznych, upatrują czynn
                  > ik ratujący zdobycze demokracji, a nie jak stwierdził, podkreślam, jednoznaczn
                  > ie pan Ż. iż było to pokolenie nastawione czysto hedonistycznie, egoistycznie,
                  > pazerne na posiadanie, roztrwanianie i używanie. Gdyby było to faktycznie tak
                  > mocno przeważającym aspektem tego pokolenia, to nie byłoby wówczas takiej ekspl
                  > ozji twórczej, sprzeciwów przeciwko istniejącej niesprawiedliwości społecznej,e
                  > tc. Nie Szczęścia chadzają Parami. I to warto było w moim odczuciu, wyjaśnić.
                  > Bo z zaogólnieniami, jak ze statystykami, albo kuchnią, im większe, tym bardz
                  > iej oddalają się od esencji, prawdy i rzeczywistości, zadowalając intelektualno
                  > -zmysłowe ego, gdyż unikają zmagania się z kompleksowością rzeczywistości. I ws
                  > zystko jest pikne na wejrzeniu, jak rajskie jabłuszko. A przecież diabeł, jak w
                  > iemy, siedzi w szczegółach? wink

                  Czcigodny Uffo, luki zawsze dobrze wypełniać!
                  Kłaniam się nisko.
    • diabollo Nowa rewolucja za progiem: bunt staruszków 13.02.13, 21:31
      Nadciąga srebrne tsunami

      Jacek Żakowski

      My ze spalonych snów,
      My z głodujących jaw.
      Za strach i lęk, za lata łez,
      Już zemsty nadszedł czas.
      Więc zarepetuj broń
      i w gołowąsa mierz!
      Słychać już stuk lasek o bruk,
      Brzmi geriatryczny śpiew.
      Więc naprzód, starcy, marsz.
      Świat ignoruje nas.
      Lecz zadrży młódź i zginie młódź
      Z ręki wiekowych mas.


      W wydanej sześć lat temu powieści „Rebelia” (z której pochodzi przeróbka Marszu Gwardii Ludowej) nominowany do Paszportu POLITYKI olsztyński pisarz Mariusz Sieniewicz opisał rewoltę staruszków. Krew leje się w niej obficie, ale główna ofiara nie ma skóry ni kości. Jest nią kulturowy owoc rewolty lat 60. Dogorywający dziś bożek młodości, który rządził Zachodem przez pół wieku.
      Sześć lat temu wizja Sieniewicza błądziła na pograniczu fantasy i nadrealizmu. Dziś jest to metafora procesu, który zachodzi w większości rozwiniętego świata. Bo najliczniejsza generacja w historii wkracza w starość z impetem podobnym do tego, z jakim 50 lat temu wkraczała w dorosłość. Jak wtedy dzięki swej liczebności i determinacji bezwzględnie upomniała się o przyznanie równych praw młodości, tak dziś bezwzględnie, choć inaczej, upomina się o prawa starości. Pod wieloma względami stoimy więc w obliczu procesu na miarę Paryskiej Wiosny à rebours. A może będzie to raczej jej kolejny etap.
      Za siedem lat w Łodzi będzie dwa razy więcej emerytów niż dzieci. W warszawskiej dzielnicy Śródmieście już teraz tak jest. Zdaniem demografów za kilkanaście lat cała Polska będzie miała takie międzygeneracyjne proporcje jak dziś centrum Warszawy. Nawet jeżeli nieśmiała polityka demograficzna rządu da jakieś efekty, tendencja najwyżej zwolni.
      Świat miał być ich
      O zmianie, która idzie, mówimy sporo w kontekście problemów z emeryturami. Ale to tylko jeden z wierzchołków problemu. Nie chodzi tylko o to, że przybywa staruszków, ale też o to, że mamy do czynienia z pokoleniem, które idzie przez historię jak walec i – jak żadne inne – zmienia świat wedle własnych potrzeb, nie licząc się z nikim i z niczym.
      Pół wieku temu to pokolenie (powojenny wyż albo babyboomersi) wkraczając w dorosłość, walcząc na ulicach Paryża, Rzymu, San Francisco, Sydney, narzuciło Zachodowi nie tylko kult młodości, ale też kulturę przyjemności, rozrywki, luzu, indywidualnego szczęścia i samorealizacji. Taką, jakiej potrzeba nastolatkom. Po początkowym oporze starsze pokolenia przyjęły nowe reguły i wartości. Profesorowie – a po nich biznes i politycy – zapuścili włosy, pozdejmowali krawaty i zamiast Beethovena zaczęli nucić „Let it be”.
      Kiedy boomersi dorośli i stali się częścią establishmentu, zafundowali światu drugą rewolucję. Byli młodzi, wykształceni, pewni siebie i przekonani, że im się należy. Świat miał być ich. Najpierw więc kupili, a potem uznali za swoje, hasła rewolucji neoliberalnej, która dostosowała porządek do potrzeb sprawnych, zdrowych, wydajnych, samodzielnych. Stworzyli świat dla ludzi w wieku średnim, którym nie potrzeba pomocy ani bezpieczeństwa, ale przestrzeni dla osobistej ekspansji i samorealizacji. Czyli znów dostosowali świat do potrzeb swojego pokolenia. Ich idolami byli Clinton, Blair, Schröder, a w Polsce Kwaśniewski. Ikony lat 60. – Fischer, Havel, Michnik – odnalazły się w nowej rewolucji bez trudu. Serce wciąż mieli po lewej stronie, ale – jak mówił o sobie Michnik – odkryli znaczenie portfela, który nosili po prawej.

      Kryzys 2008 r. zastał boomersów na progu emerytury lub na ostatniej prostej, która do niej prowadzi. Gdy świat, który stworzyli, zaczął się kruszyć i pękać, zatęsknili za ładem, który sami zniszczyli. Niepewność, twarda konkurencja o wszystko, rzeczywistość permanentnej zmiany, za którą nadążają z coraz większym trudem, nie są już na ich lata. Dobrze się w niej czują 40-letnie szczury. Dla 60-letnich weteranów kontrkulturowych zmagań i rewolucji rynkowej to nie jest przyjazny świat. Koło sześćdziesiątki człowiek odruchowo broni status quo, by nie stracić dorobku. Większość chętnie by więc wróciła do statecznego, hierarchicznego porządku, który obalili w latach 60. i 70., oraz do państwa zapewniającego stabilne bezpieczeństwo, które zdemontowali w latach 80. i 90. Sprawując władzę, tak próbują odpowiadać na kryzys.
      Ale powrotu nie ma. Bo przez blisko pół wieku swojej dominacji, bawiąc się, radośnie konsumując i używając życia, boomersi okazali się nie tylko najliczniejszym, lecz także najbardziej żarłocznym pokoleniem w historii Zachodu (na Wschodzie było trochę inaczej, ale z podobnym skutkiem). Najpierw, jak szarańcza, przejedli oszczędności rodziców i dziadków, a potem skonsumowali przyszły ewentualny dorobek swoich dzieci. W spadku zostawią długi. Zanim jednak odejdą (albo odejdziemy, bo należę do tego pokolenia), nie oglądając się na nic, zrobią, co w ich mocy, żeby dostosować świat do swoich nowych potrzeb. To znaczy, że czeka nas kolejna rewolucja, a może nawet kilka rewolucji w różnych dziedzinach życia.
      Pierwsza rewolucja, która już się toczy, dotyczy rozumienia starości. Gdy życie ludzi się dramatycznie wydłuża, podział na cztery tradycyjne fazy – dzieciństwo, młodość, dojrzałość i starość – przestaje wystarczać. To było wiadomo od lat 80., gdy rosnąca długość życia sprawiła, że grupa 70- i 80-latków stała się istotna. Ale dopiero starzenie się boomersów pozwoliło tej grupie osiągnąć masę krytyczną pozwalającą wywołać zmianę kulturową.

      CDN...
      • diabollo Re: Nowa rewolucja za progiem: bunt staruszków 13.02.13, 21:33
        Staruszkom też się należy
        Starszy wiek już nie oznacza starości. 60- i 70-latkowie przeważnie nie są dziś staruszkami, jakimi byli kilka dekad temu. Zwykle nie są już może całkiem „w sile wieku”, ale wielu żyje niemal „pełnią życia”. 80-latkom i starszym chodzi raczej o znośną jakość życia niż o konsumowanie go w stopniu zbliżonym do młodzieńczej pełni. Dla 60- czy 70-latków ważne jest jeszcze bezpieczeństwo na stokach narciarskich, jakość ścieżek rowerowych, uniwersytety trzeciego wieku. Dla 80-latków już raczej zaopatrzenie farmaceutyczne, dostęp do lekarzy, względny komfort w szpitalach i wysokość stopnia w autobusie. Jedni i drudzy nie tylko chcą, ale także mogą mieć coraz więcej radości i satysfakcji z życia. Choć jednak pod pewnymi warunkami. Im będzie takich osób więcej, tym bardziej aktywnie będą się domagały, by te warunki były przez społeczeństwo spełniane.
        Nie chodzi tylko o zmiany uciążliwe albo kosztowne dla innych. Powołana dwa lata temu światowa sieć miast przyjaznych osobom starszym (Global Age-friendly Cities) promuje rozwiązania tak proste, jak drukowanie rozkładów jazdy większymi literami, dłuższe światła na przejściach dla pieszych, więcej ławek i miejsc odpoczynku w przestrzeniach publicznych, gęstsza sieć publicznych toalet. Żeby zmniejszyć koszty, miasta dogadują się z restauratorami, by udostępniali toalety przechodniom. Dopóki w centrum opiekuńczej uwagi społeczeństw były dzieci, problem był dużo mniejszy. Pięciolatek może się nawet w śródmieściu wysiusiać pod krzaczkiem. 80-latek – nie. A muszą to robić porównywalnie często. Brak takiej infrastruktury więzi staruszków w pobliżu własnych mieszkań. Więc się o nią upomną. Lub już się upominają. Zwłaszcza w krajach takich jak Ameryka, gdzie stworzyli potężne, wielomilionowe lobby.
        Świadomość własnych praw i potrzeb różni boomersów od poprzednich pokoleń akceptujących historycznie utrwalone ograniczenia wynikające z wieku. Tak jak nie chcieli czekać na prawo do swobodnej ekspresji, aż uzyskają tradycyjnie rozumianą dorosłość, ani latami marzyć, by starsze pokolenie ustąpiło im miejsca w społecznej strukturze, tak teraz nie chcą dać się zamknąć w pancerzu ograniczeń tradycyjnie akceptowanych przez osoby starsze. Chcą dalej żyć normalnie.
        Parę lat temu spektakl Young@Heart, w którym grupa amatorów 80-latków przez dwie godziny pląsa i śpiewa współczesne przeboje, zszokował Amerykę, podobnie jak pół wieku temu „Hair” – ówczesny musicalowy manifest tego pokolenia. Wtedy chodziło o wyrwanie młodości z konformistycznej kultury hierarchii i obowiązku. Teraz o pokazanie, że starość nie oznacza już odklejenia od rzeczywistości i może być równie rozrywkowa jak młodość.
        Tegoroczny polski odpowiednik, „Czas nas uczy pogody” w reżyserii Krzysztofa Materny w warszawskim Och-Teatrze, gdzie przeboje swojej młodości śpiewają i tańczą amatorzy 60-latkowie, ujawnia dystans dzielący stosunek do starzenia się w Ameryce i Polsce. Ale kierunek zmiany jest podobny. Starość przestaje oznaczać umieranie. Oznacza nową pełnię, która musi być inna, ale nie chce i nie musi być gorsza od poprzednich.
        W miarę jak osób starszych (60–80 lat) i staruszków (po osiemdziesiątce) będzie przybywało, polityka będzie się musiała nauczyć nowego języka pozwalającego wyrażać i opisywać potrzeby i oczekiwania tych grup oraz odróżniać je od egoistycznych roszczeń. W społeczeństwach o konfrontacyjnej kulturze życia publicznego – jak nasze – skłonnych do zamieniania różnic i odmiennych interesów w konflikty, będzie to duże wyzwanie.
        Przez ostatnie sto lat nauczyliśmy się rozumieć i nazywać w publicznej debacie specyficzne potrzeby dzieci (od lat międzywojennych) i młodzieży (od lat 60.). Dzieciom już „się należy”, „młodość ma swoje prawa”. A starość? Staruszkom też się należy. Tylko że w Polsce jeszcze się tego nie daje powiedzieć. Potrzeby dwóch początkowych faz życia na ogół postrzegamy jako naturalne i uprawnione. Potrzeby dwóch faz końcowych – nie. Dziecko to już inwestycja. Człowiek starszy to w dużej mierze wciąż tylko generator kosztów.
        Ostatnia faza życia
        Im bardziej starsze pokolenie postrzegane jest jako worek, do którego należy wrzucać jak najmniej, bo, co się wrzuci, to się zmarnuje, tym bardziej staje się ono takim workiem. Najlepiej widać to w służbie zdrowia. System w zasadzie nie zauważa różnicy między 20-latkiem a 80-latkiem. A jeśli, to najwyżej w tym sensie, że u staruszków drogie procedury się nie opłacają.
        Mimo starzenia się społeczeństwa i rosnących kosztów leczenia osób starszych, polska geriatria nie doczekała się takiego przełomu, jakiego pediatria doświadczyła w latach międzywojennych.
        Każde większe miasto ma szpital dziecięcy, a szpitali geriatrycznych nie ma. W każdej przychodni można spotkać pediatrę, a praktykujących geriatrów mamy nieco ponad stu. To generuje gigantyczne koszty, bo lekarze ogólni gubią się w bezliku schorzeń wieku starszego. A specjaliści nawzajem utrudniają sobie leczenie. Przyspieszają w ten sposób albo pogłębiają egzystencjalną niesamodzielność pacjentów, uniemożliwiając im pracę i niszcząc ostatnią fazę życia oraz dramatycznie zwiększając koszty leczenia i opieki.

        Może do ministrów zdrowia wyjątkowo nie mieliśmy w III RP szczęścia. Ale z punktu widzenia osób po 60 roku życia nie mieliśmy też szczęścia do ministrów pracy, szkolnictwa, infrastruktury (miasta) ani do burmistrzów. Chcemy czy nie, to się musi zmienić. Jak trudny będzie to proces, można sobie wyobrazić, obserwując, jak ogromnym kosztem postępowały XX-wieczne emancypacje kobiet, młodzieży, mniejszości etnicznych i seksualnych. Ale nigdzie nie udało się tych procesów powstrzymać. Zmienna jest tylko cena. Wybierać możemy między destrukcyjnym konfliktem międzypokoleniowym a próbą zamienienia konieczności w cnotę i społecznego ciężaru w przewagę konkurencyjną.

        CDN...
        • diabollo Re: Nowa rewolucja za progiem: bunt staruszków 13.02.13, 21:34
          Ponad 20 lat temu, patrząc na tabele demograficzne, Alvin Toffler, najsłynniejszy futurolog XX w., przepowiadał wielką wojnę pokoleń między dominującymi w demokratycznej polityce emerytami z pokolenia wyżu a dużo mniej licznym, wkraczającym w życie, pokoleniem ich wnuków. Taką z grubsza, jaką symbolicznie opisał Sieniewicz.
          Scenariusz Tofflera zrealizował George W. Bush, przyznając emerytom prawo do bezpłatnych lekarstw, co pozwoliło mu zdobyć reelekcję za cenę bilionowej dziury w budżecie. Spłacać ją muszą młodsi. W Europie podobną dziurę powodują rosnące wydatki emerytalne, medyczne, socjalne na rzecz emerytów, których głosy także tu decydują o wynikach wyborów. A to zaledwie początek, bo większość wyżu dopiero przejdzie na emeryturę.
          Toffler uważał, że jeśli demokratyczny Zachód chce uniknąć katastrofy spowodowanej roszczeniami wychowanych bezstresowo (wedle rad dr. Spocka), egoistycznych boomersów, to demokracja musi być w stanie się im oprzeć. A nie da się tego zrobić, jeżeli nie odbuduje się równowagi pokoleń w składzie elektoratu. Proponował więc wprowadzenie górnej granicy wieku wyborczego, żeby głosowali ci, którzy są zainteresowani przyszłością, a nie tylko czerpaniem z życia, ile się da w perspektywie pozostałych kilku lat życia. Mając 70 lat uważał, że już nie powinien głosować.
          Pomysł Tofflera dotykał zasadniczego problemu, czyli wojny pokoleń, w której liczniejsi starsi ogryzają młodszych. Ta wojna się toczy i może zdewastować Zachód. Ale nie musi. Demokratyczny kapitalizm potrafi zamienić największe katastrofy w generatory największego zysku. Tak może być i tym razem, jeżeli pytanie: co nam grozi?, zastąpimy pytaniami: jak racjonalnie wydawać i jak na tym zarobić?
          Jest o co walczyć, bo w samej Ameryce wydatki medyczne i opiekuńcze emerytowanych boomersów w ciągu kilku lat wzrosną z dzisiejszych 2 do blisko 5 bln (5 tys. mld!) dol. „The Economist” nazywa to „srebrnym tsunami”, „Forbes” nową „gorączką złota”, „Wall Street Journal” pisze o większym od internetowego boomie gospodarczym, który nigdy się nie powtórzy. A europejscy przedsiębiorcy i menedżerowie przygotowują się do – jak nazwał to Martin Vial, prezes Europ Assistance – „rewolucji opieki”, która stworzy największy sektor usługowy w historii.
          „Srebrna gospodarka”, o której coraz więcej się mówi, to jednak nie tylko farmacja zdominowana przez globalne koncerny. I także nie tylko nowe usługi opiekuńcze. Usługi będą się błyskawicznie rozwijały i mogą przyczynić się do zmniejszenia bezrobocia, ale w polskich warunkach staną się raczej ciężarem niż wsparciem dla gospodarki, bo nasi emeryci na razie sami ich nie sfinansują.
          Idąc przez życie, boomersi generowali popyt, na którym wyrosły wielkie firmy. Najpierw sieci sklepów dla dzieci, marki dziecięcych ubranek, jedzenia i zabawek, potem moda młodzieżowa, muzyka młodzieżowa, prasa młodzieżowa, fast foody, młodzieżowe meble do składania, młodzieżowe auta (garbus, mini, tigra itp.), wreszcie to samo w wersji premium dla zamożnych i ustabilizowanych 40- i 50-latków. Sprzęt grający premium, „luzackie” ubrania premium, gadżety sportowe premium. Dzisiejszą siłę rynkową pokolenia dobrze pokazuje sukces jego 60-letnich muzycznych idoli wracających na sceny.
          Przewaga nad młodymi
          Poza farmacją, kosmetykami i telefonami niewielu innym udało się znaleźć sposób na rosnący segment konsumentów 60+. Wszyscy wiedzą, że tam jest eldorado, ale nie wiedzą, jak się do niego dobrać. Prawdopodobnie barierą jest kultura. Bycie starym jeszcze nie jest modne. Ale to się zmieni. Boomersi zawsze dyktowali światu mody i trendy, które do nich pasowały. Dziś bycie starym jeszcze upośledza, jak pół wieku temu upośledzało bycie młodym. Ale już widać, jak pokolenie wyżu odwraca tę sytuację, wykorzystując polityczną, społeczną i ekonomiczną przewagę nad młodymi, którzy nie odnajdują się w rzeczywistości, a nie mają jako pokolenie woli, pomysłu ani sił, by ją zmienić.
          W miarę jak z przechodzeniem kolejnych roczników na emeryturę ten proces będzie postępował, na całym Zachodzie w kolejnych branżach otworzą się nisze odpowiadające na potrzeby posiwiałych boomersów. Polska staje się wymarzonym miejscem startu do podboju tych nisz. Liczne pokolenie boomersów tworzy obszerny rynek, niskie emerytury wymuszają dyscyplinę cenową, tania praca pozwala jej sprostać, młode firmy są bardziej rzutkie od zachodnich, problemy z kapitałem sprawiają, że start-upy oparte są raczej na pomysłach niż na inwestycjach. Jak Finowie wskoczyli w komórki, Włosi we wzornictwo, Hindusi w informatykę, a Chińczycy w elektroniczne gadżety, tak my mamy szansę zamienić demograficzne przekleństwo w sukces, wskakując na falę srebrnego tsunami.
          To jednak się samo nie stanie. Nie chodzi o pieniądze, granty, preferencje dla srebrnej gospodarki. By taki proces ruszył, trzeba dokonać kulturowego przejścia od wstydliwości i zakłopotania do afirmacji starości. Bez tego niewielu wejdzie do sklepu dla staruszków albo kupi samochód dla emeryta. Alternatywą jest politycznie nierealny i ryzykowny moralnie wariant tofflerowski, czyli odebranie starszym prawa do głosowania. A jeśli nie uda się jedno ani drugie, to czeka nas wojna pokoleń, której skutek da się chyba przewidzieć. Jak pisał Sieniewicz: „zadrży młódź i zginie młódź z ręki wiekowych mas”.

          www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1535115,1,nowa-rewolucja-za-progiem-bunt-staruszkow.read
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka