diabollo
13.02.13, 07:56
Polecam arcyciekawy artykuł pana Żakowskiego, o ile jeszcze nie czytaliście:
****
O zmianie, która idzie, mówimy sporo w kontekście problemów z emeryturami. Ale to tylko jeden z wierzchołków problemu. Nie chodzi tylko o to, że przybywa staruszków, ale też o to, że mamy do czynienia z pokoleniem, które idzie przez historię jak walec i – jak żadne inne – zmienia świat wedle własnych potrzeb, nie licząc się z nikim i z niczym.
Pół wieku temu to pokolenie (powojenny wyż albo babyboomersi) wkraczając w dorosłość, walcząc na ulicach Paryża, Rzymu, San Francisco, Sydney, narzuciło Zachodowi nie tylko kult młodości, ale też kulturę przyjemności, rozrywki, luzu, indywidualnego szczęścia i samorealizacji. Taką, jakiej potrzeba nastolatkom. Po początkowym oporze starsze pokolenia przyjęły nowe reguły i wartości. Profesorowie – a po nich biznes i politycy – zapuścili włosy, pozdejmowali krawaty i zamiast Beethovena zaczęli nucić „Let it be”.
Kiedy boomersi dorośli i stali się częścią establishmentu, zafundowali światu drugą rewolucję. Byli młodzi, wykształceni, pewni siebie i przekonani, że im się należy. Świat miał być ich. Najpierw więc kupili, a potem uznali za swoje, hasła rewolucji neoliberalnej, która dostosowała porządek do potrzeb sprawnych, zdrowych, wydajnych, samodzielnych. Stworzyli świat dla ludzi w wieku średnim, którym nie potrzeba pomocy ani bezpieczeństwa, ale przestrzeni dla osobistej ekspansji i samorealizacji. Czyli znów dostosowali świat do potrzeb swojego pokolenia. Ich idolami byli Clinton, Blair, Schröder, a w Polsce Kwaśniewski. Ikony lat 60. – Fischer, Havel, Michnik – odnalazły się w nowej rewolucji bez trudu. Serce wciąż mieli po lewej stronie, ale – jak mówił o sobie Michnik – odkryli znaczenie portfela, który nosili po prawej.
Kryzys 2008 r. zastał boomersów na progu emerytury lub na ostatniej prostej, która do niej prowadzi. Gdy świat, który stworzyli, zaczął się kruszyć i pękać, zatęsknili za ładem, który sami zniszczyli. Niepewność, twarda konkurencja o wszystko, rzeczywistość permanentnej zmiany, za którą nadążają z coraz większym trudem, nie są już na ich lata. Dobrze się w niej czują 40-letnie szczury. Dla 60-letnich weteranów kontrkulturowych zmagań i rewolucji rynkowej to nie jest przyjazny świat. Koło sześćdziesiątki człowiek odruchowo broni status quo, by nie stracić dorobku. Większość chętnie by więc wróciła do statecznego, hierarchicznego porządku, który obalili w latach 60. i 70., oraz do państwa zapewniającego stabilne bezpieczeństwo, które zdemontowali w latach 80. i 90. Sprawując władzę, tak próbują odpowiadać na kryzys.
Ale powrotu nie ma. Bo przez blisko pół wieku swojej dominacji, bawiąc się, radośnie konsumując i używając życia, boomersi okazali się nie tylko najliczniejszym, lecz także najbardziej żarłocznym pokoleniem w historii Zachodu (na Wschodzie było trochę inaczej, ale z podobnym skutkiem). Najpierw, jak szarańcza, przejedli oszczędności rodziców i dziadków, a potem skonsumowali przyszły ewentualny dorobek swoich dzieci. W spadku zostawią długi. Zanim jednak odejdą (albo odejdziemy, bo należę do tego pokolenia), nie oglądając się na nic, zrobią, co w ich mocy, żeby dostosować świat do swoich nowych potrzeb. To znaczy, że czeka nas kolejna rewolucja, a może nawet kilka rewolucji w różnych dziedzinach życia.
Pierwsza rewolucja, która już się toczy, dotyczy rozumienia starości. Gdy życie ludzi się dramatycznie wydłuża, podział na cztery tradycyjne fazy – dzieciństwo, młodość, dojrzałość i starość – przestaje wystarczać. To było wiadomo od lat 80., gdy rosnąca długość życia sprawiła, że grupa 70- i 80-latków stała się istotna. Ale dopiero starzenie się boomersów pozwoliło tej grupie osiągnąć masę krytyczną pozwalającą wywołać zmianę kulturową.
całość:
www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1535115,1,nowa-rewolucja-za-progiem-bunt-staruszkow.read