gumpel
15.07.13, 10:30
Podbudowany Waszymi wypowiedziami w wątku <a href="forum.gazeta.pl/forum/w,95165,145432399,145432399,Przebaczenie_pojednanie_uzurpacja_.html"_blank">Przebaczenie, pojednanie, uzurpacja?</a>, z których wynika (przynajmniej ja wyprowadzam taki wniosek), iż akceptujecie, choć niechętnie, prawo kościołów do kreowania postaw i przekonań społeczeństw w sprawach publicznych niebędących bezpośrednio związanymi z religią postanowiłem ciągnąc moją "prowokację" dalej. Teraz odwrócę sytuację: jak dalece przedstawiciele państwa mogą odwoływać się do religii? Kontekst pytania ten sam - chodzi o zbrodnię wołyńską. Tym razem jednak za pojednywanie wzięli się politycy. Wyłapałem w tym kontekście 3 interesujące przypadki wykorzystania religii:
1. Najpierw w piątek, w trakcie debaty w Sejmie, posłowie zaczęli się ... modlić. Na apel posła Stefaniuka uczcili pomordowanych minutą ciszy i odmówili Wieczny odpoczynek. . Niestety, nie umiem znaleźć wideorelacji z tego wydarzenia, ale możemy przyjąć, że wyglądało to mniej więcej tak jak podczas jednej z <a href="www.youtube.com/watch?v=xPPIFCZ2nlI"_blank">debat smoleńskich </a>, z tym, że tym razem Ruch Palikota był na sali.
2. Następnie w niedzielę prezydent Komorowski pojechał na uroczystości do Łucka. Msza święta była nie tylko integralnym elementem tych uroczystości, ale stała się elementem kluczowym. To właśnie w kościele, podczas mszy świętej, prezydent wygłosił swoje przemówienie. Wicepremier Ukrainy zresztą też.
3. W końcu treść przemówienia prezydenta. Prezydent w przemówieniu przeprasza Boga, powtarza słowa modlitwy: "odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom ", odwołuje się na "chrześcijańskiej" oceny zbrodni i kończy słowami "Niech dobry Pan Bóg pomaga nam w tej trudnej pracy, w tym wielkim ważnym wysiłku, w tym potwierdzeniu naszego człowieczeństwa, naszego chrześcijaństwa i naszego politycznego rozumu".
Może podkreślę o co mi chodzi. Politycy nie radzą sobie z problemem. Względy polityczne powodują, że nie potrafią porozumieć się na gruncie -nazwijmy to- świeckim. I oto, by poradzić sobie z problemem, by odciąć się od aktualnych kontekstów politycznych, odwołują się do religii. Ona ułatwia porozumienie, gdyż staje się "językiem" wspólnym dla zwaśnionych stron. Pomaga wypracować właściwe postawy i oceny, gdyż naświetla problem w innym kontekście. Wykorzystanie religii prowadzi więc do ze wszech miar pożytecznych skutków. Jednak konsekwencją są:
1. bezpośrednie wprowadzenie religii do debaty publicznej - już nie tylko odwoływanie się do wartości, ale do rytuałów.
2. posługiwanie się religią przez państwo.
Czy dla osiągnięcia szczytnych celów wolno to zrobić? Czy może jednak nie warto, bo rozdział kościołów od państwa jest ważniejszą wartością od pojednania między narodami (w tym sensie, że to ostatnie można osiągnąć też innymi metodami, mimo, że zapewne z większym trudem i po dłuższym czasie)?
G.