diabollo
17.04.15, 07:10
Internet odtworzył karę, którą cywilizowane kraje zniosły sto kilkadziesiąt lat temu
Jon Ronson to brytyjski reporter, który z sarkastycznym humorem tropi absurdy współczesnej cywilizacji. Jego książkę "Człowiek, który gapił się na kozy" o pseudonaukowych tajnych projektach CIA sfilmowano parę lat temu z udziałem Ewana McGregora i George'a Clooneya. Jego najnowsza książka "So You Have Been Publicly Shamed" ("A więc skazano cię na infamię") traktuje o ofiarach internetowego hejtu. Jest tego coraz więcej - ludzie tracą pracę, mieszkanie, a w skrajnych przypadkach nawet życie w wyniku zbiorowej nagonki w mediach społecznościowych.
W ten sposób nasza cywilizacja odtworzyła karę publicznego piętnowania, którą usunięto z kodeksów sto kilkadziesiąt lat temu. Ludzie bywają linczowani za tak drobne przewinienia jak pojedynczy niesmaczny żart na Twitterze albo po prostu za nic. Wystarczy, że ktoś ich ukradkiem nagrał czy sfotografował w jakiś śmieszny sposób.
Zjawisko jest ważne i groźne. Poza wielkimi internetowymi linczami, o których piszą tradycyjne media (jak tzw. gamergate, czyli zastraszanie feministek za krytykowanie tematu stereotypowego portretu kobiety w grach wideo), mamy jeszcze codzienne mikrolincze na skalę jednej gminy, jednej szkoły czy nawet jednej klasy, o których świat się dowiaduje dopiero, gdy zaszczute dziecko popełni samobójstwo.
Do głównego tematu tej książki będę jeszcze wracać, dziś skupię się na pewnym ubocznym wątku poruszonym przez Jonsona, jakim jest słynny "stanfordzki eksperyment Zimbardo". Na pewno państwo o nim słyszeli, bo wielokrotnie pisała o nim "Gazeta Wyborcza".
Przedstawię go więc w największym skrócie. W 1971 roku profesor Philip Zimbardo wybrał 24 ochotników spośród studentów psychologii na Stanfordzie i zaaranżował zabawę w więzienie. Pomieszczenia w piwnicy uniwersytetu zaaranżowano na zakratowane "cele", część studentów przebrano w więzienne drelichy, a część w mundury strażników.
Eksperyment udał się tak bardzo, że Zimbardo musiał go przerwać przed czasem. Okazało się, że "więźniowie" i "strażnicy", choć wybrano ich losowo spośród ochotników, bardzo się wczuli w swoje role. Dochodziło do drastycznych scen, które Zimbardo - cały czas obecny w roli "dyrektora więzienia" - utrwalił kamerą.
CDN