diabollo 10.03.26, 10:24 ekskursje.pl/2026/03/heglizm-malkistowski/ Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
diabollo Re: Heglizm malkistowski 22.03.26, 20:16 wyborcza.pl/7,75517,32653534,westerny-krucjaty-i-bankierzy.html#s=S.MT-K.C-B.2-L.1.duzy Odpowiedz Link
diabollo Re: Heglizm malkistowski 23.03.26, 06:35 Skąd się biorą pieniądze? Większość ludzi nie wie, na czym polega cały ten proces Książki Wojciech Orliński Gdy bierzemy kredyt, ktoś z tajemniczą miną stuka długo w klawiaturę: ręka w górę, kto wie, co tam się odbywa. Bo przecież bankier nie pozwoli nam podglądać. W serialu „Gotowe na wszystko" jedna z postaci, niejaka Gabrielle (Eva Longoria), za sprawą skomplikowanej biografii trochę nie pasowała do sąsiadek, dostojnych żon swoich mężów z amerykańskiej wyższej klasy średniej. Miała niewyparzony język i często dosadnie kontrowała różne okrągłe frazesy wypowiadane przez innych. Słysząc, że „za pieniądze nie można kupić szczęścia", wypaliła pamiętną ripostę: „Oczywiście, że można, to tylko kłamstwo, które opowiadamy klasom niższym, żeby nie robiły zamieszek". Jędrzej Malko stawia w swojej książce „Porachunki" tezę z ducha podobną, ale jeszcze bardziej wywrotową. Większość ludzi nie wie, skąd się biorą pieniądze i na czym polega cały ten proces. Stąd frazesy typu: „rząd nie ma żadnych swoich pieniędzy, tylko pieniądze podatników" albo „banki udzielają kredytów ze zdeponowanych w nich oszczędności", oraz błędne przekonanie, że kreacja pieniądza pozostaje w wyłącznej gestii rządu czy banku centralnego. Nikt nie lubi przyznawać, że czegoś nie wie, zwłaszcza o czymś istotnym, więc oczywiście gdybyśmy zrobili ankietę, to prawie wszyscy zadeklarują pełnię wiedzy o pieniądzach. Ale, jak zauważa Malko, kiedy tylko doprecyzujemy pozornie łatwe pytanie, na przykład: „czy parlament może w tej kwestii to, czy tamto?", okazuje się, że odpowiedzi nie znają nawet sami parlamentarzyści. W 2008 r. podczas debaty nad „bailoutem", gigantyczną pomocą publiczną dla upadających amerykańskich banków, senator Harry Reid krzyczał do przedstawicieli banku centralnego, że nie mają zgody Kongresu. Nie wiedział najwyraźniej, że jej nie potrzebują. W 2017 r. przeprowadzono badanie wśród posłów do brytyjskiego parlamentu. Okazało się, że tylko 15 proc. z nich wiedziało, skąd się biorą pieniądze. Aż 70 proc. udzieliło kompletnie fałszywej odpowiedzi, że to wyłączna prerogatywa rządu. Niestety, nie robiono chyba takiego badania na Wiejskiej, a przydałoby się. Pstryk – i są na koncie Skąd się zatem biorą pieniądze? Z banku. Nie, nie chodzi o to, że ktoś je najpierw musi w tym banku zdeponować. Nie musi. Bank jest z definicji instytucją, której jako społeczeństwo poprzez swoich wybranych przedstawicieli (skądinąd, jak widać, nie zawsze świadomych, nad czym właściwie głosują w tych swoich sejmach) dajemy prawo do wypowiedzenia magicznego zaklęcia: „niech się stanie stówa!". I staje się stówa. Tym bankiem może, ale nie musi być bank centralny. Jeśli wziąłeś, droga osobo czytelnicza, jakiś kredyt hipoteczny albo konsumencki – bank wyczarował te pieniądze z nicości w chwili podpisania umowy. Spłacać go musimy już w prawdziwej, twardej walucie, bo niestety nie jesteśmy bankiem. W miarę spłacania te pieniądze ulegają swoistemu unicestwieniu (pewnie to dlatego jest to takie nieprzyjemne!). Oczywiście, w praktyce prawie nikt – ani państwa, ani przedsiębiorstwa, może czasem osoby prywatne – nie spłaca kredytów do końca, zazwyczaj je raczej rolujemy, to znaczy gdy kończymy spłacać poprzedni, bierzemy jakiś nowy, zazwyczaj większy, więc pieniądza w obiegu przybywa. CDN... Odpowiedz Link
diabollo Re: Heglizm malkistowski 23.03.26, 06:38 Kreowanie pieniądza przez banki wydaje się czymś tak dziwnym, że „umysł to odrzuca". „Kiedy w grę wchodzi coś tak ważnego, jakaś głębsza tajemnica wydaje się konieczna" (jak pisał o tym cytowany przez Malkę John Kenneth Galbraith). Wydaje nam się, że to nie może być takie proste, że ktoś tu coś przed nami ukrywa. Bo dlaczego wszyscy w takim razie nie zakładamy banków i nie generujemy pieniędzy z niczego? Ludzie jak kałamarnice Owszem, banki zwykle nie ujawniają swoich procedur. Gdy bierzemy kredyt, ktoś z tajemniczą miną stuka długo w klawiaturę: ręka w górę, kto wie, co tam się odbywa. Bo przecież bankier nie pozwoli nam podglądać. Dziesięć lat temu ekonomista Richard A. Werner przekonał pewien bawarski oddział banku Raiffeisen, by w celach poglądowych uchylił rąbka tajemnicy. Wziął kredyt na 200 tys. euro w obecności kamer BBC, które rejestrowały każdy etap. Urzędnik bankowy najpierw otworzył Wernerowi konto, a potem zasilił je umówioną kwotą. Tych pieniędzy jeszcze sekundę wcześniej w ogóle nie było na świecie. Nie ubyło ich z jakiegoś innego konta (uczestnicy eksperymentu mieli dostęp do bilansów banku). Wkrótce potem pieniądze zniknęły – bo kredyt został natychmiast spłacony (w związku z tym bank zrezygnował z opłat, prowizji i odsetek). Jeszcze raz: czemu więc wszyscy nie założymy banków? Bo to biznes bazujący na wiarygodności i zaufaniu. Bank to z definicji instytucja, której państwo pozwala na bycie bankiem. Zwykły człowiek może najwyżej założyć parabank, a i tutaj napotka wiele regulacyjnych przeszkód. Panika bankowa to samosprawdzająca się przepowiednia. Jeśli dostatecznie wielu ludzi będzie przekonanych, że bank upadnie – to on upadnie. Dlatego zawód prezesa banku, a zwłaszcza banku centralnego, ma więcej wspólnego z aktorstwem niż ekonomią. To musi być ktoś, kto imponująco wygląda w garniturze i potrafi rzucić od czasu do czasu coś niezrozumiałego, ale budzącego zaufanie. Malko cytuje Roberta Solowa, noblistę z ekonomii, który podsumował to tak: „Na tym polega bycie szefem Fed – na sprawianiu wrażenia, że się coś powiedziało, podczas gdy nie powiedziało się niczego. Alan Greenspan [szef Rezerwy Federalnej podczas kadencji czterech kolejnych prezydentów] jest mistrzem tej sztuki. Ci ludzie są jak kałamarnice. Wypuszczają chmurę atramentu i płyną dalej". Dlaczego John Wayne nie grał bankierów A gdyby nie było tych regulacji – albo przynajmniej byłyby tak łagodne, że każdy jednak mógłby założyć ze szwagrem bank u siebie w garażu? Dość gruntownie przetestowano to w USA, w którym przez znaczną część XIX wieku rzeczywiście regulacje były symboliczne, a w dodatku łatwo było ich uniknąć. Wystarczyło urządzić bank gdzieś na obrzeżu cywilizacji, za rogatkami miasta, poza granicą stanu, na drugim brzegu rzeki. Amerykanie nazywali to „żbikowymi bankami" (wildcat banks). To dlatego w typowym westernowym miasteczku, do którego wjeżdża kowboj pogrywający sobie na harmonijce, stało zawsze kilka budynków: saloon, general store z mydłem i powidłem, biuro szeryfa z aresztem i oczywiście bank. W takiej dziurze! Nawet współczesny Europejczyk może się czuć bardziej wykluczony z dostępności usług bankowych od pierwszego lepszego Clinta Eastwooda. A co dopiero ówczesny! Łatwość wzięcia w takim banku kredytu na rozkręcenie biznesu oraz rozliczania się z kontrahentem na drugim końcu kontynentu walnie przyczyniła się do amerykańskiego gospodarczego rozkwitu w XIX w. Pamiątką po tych kowbojskich czasach jest zwyczaj wypisywania czeków. Amerykanie wciąż używają tej anachronicznej formy płatności (w 2022 r. nadal robiła tak połowa populacji!), reszta świata, w tym Polska, raczej płynnie przeskoczyła od „banki są tylko dla nielicznych" do „kartą czy blikiem?". Czeki tak naprawdę wzięły się stąd, że banki płaciły podatek tylko od zaksięgowanych sum – w ich interesie było więc to, żeby jak najwięcej transakcji dokonywano za pomocą kawałków papieru krążących od ręki do ręki. Ale coś za coś. Te banki masowo bankrutowały. XIX w. upływa w USA od jednej „paniki bankowej" do drugiej. Kłopot z „czekami krążącymi z ręki do ręki" był taki, że ktoś zwykle kończył z papierkiem pozbawionym wartości. Ten system był jednak czymś w rodzaju podatku nałożonego na mieszkańców prężnego Wschodniego Wybrzeża (którym zdecydowanie bardziej by się już wtedy przydała stabilna bankowość na modłę europejską) na rzecz kolonizowania Dzikiego Zachodu. Paradoksalne, że bankierzy w westernach to zazwyczaj statyści: urzędnicy w zarękawkach, którzy trzęsącymi się ze strachu rękami oddają kasę bandytom. Na pierwszym planie mamy szeryfa, kowboja, poszukiwacza złota, ewentualnie kawalerię nadchodzącą z odsieczą. Bankiera nigdy nie grał ktoś taki jak John Wayne, Glenn Ford, Henry Fonda czy James Stewart. A tak naprawdę to o bankierach powinien być film „Jak zdobywano Dziki Zachód". Ale oni nie lubią pchać się na afisz. Muszelki i kamyczki Rzeczywista rola, jaką odgrywają bankierzy, nie jest oczywiście tajemnicą. Jędrzej Malko raczej nie pójdzie do więzienia za ujawnienie tajnych aktów bankowości. Faktem jednak jest, że z jakiegoś powodu wszyscy jesteśmy dość systematycznie dezinformowani. Na przykład całkowicie fałszywy obraz, że „środki na kredyty pochodzą z oszczędności", często pojawia się w podręcznikach szkolnych i popularnych pogadankach dla młodzieży. To nawet nie jest uproszczenie, to po prostu nieprawda. Historycznie role „banków oszczędnościowych" i „banków kredytowych" często bywały rozdzielone, czasem nawet wymogiem ustawowym – nie zawsze uważano, że to dobry pomysł, żeby pieniędzmi drobnych ciułaczy grać na kredytowej loterii. Całkowitym fałszowaniem historii jest też bajka, którą sam pamiętam z dzieciństwa, jakoby ludzie, zanim wynaleźli pieniądze, handlowali barterowo. Nie ma nawet cienia śladu po takim społeczeństwie, jest za to dużo dowodów na to, że wszyscy mieli jakieś muszelki czy kamyczki i używali ich mniej więcej do tego samego – do regulowania długów. Wyjątkowo oryginalnym systemem monetarnym posługiwali się mieszkańcy wyspy Yap na Pacyfiku. Przewozili wielkie kamienie z oddalonej o kilkaset kilometrów wyspy Palau – kosztowało ich to sporo wysiłku, bo największe głazy potrafiły ważyć 5 ton. Ale ponieważ kamienie były nieporęczne, robili to rzadko. Każdy musiał pamiętać, ile kamieni kto komu jest winny. „Zaciągane długi zazwyczaj znosiły się nawzajem, a ewentualne nadwyżki którejś ze stron zaliczano na poczet przyszłych transakcji". Kamienie pełniły więc nie tylko funkcję płatniczą, ale stanowiły element społecznie spajający. To dlatego wyspiarze buntowali się, gdy kolonizatorzy próbowali ich zmusić do przesiadki na europejskie pieniądze. Nie tylko oni, wszędzie podbój kolonialny szedł w parze ze zmuszaniem, często w bardzo okrutny sposób, do porzucenia pierwotnego systemu rozliczeń. Gdyby nasze europejskie metody naprawdę były lepsze, nie trzeba byłoby do nich zmuszać – zauważa Malko. CDN... Odpowiedz Link
diabollo Re: Heglizm malkistowski 23.03.26, 06:40 Kryptowaluty nie pomogą Tak dochodzimy do najważniejszego mitu dotyczącego historii pieniędzy. Zgodnie z nim kiedyś, w odległych i wyidealizowanych pięknych czasach, pieniądze były uwolnione od polityki. Miały obiektywną wartość niezależną od tego, co robiło państwo czy sądziło społeczeństwo. Ten mit zazwyczaj związany jest z tęsknotą za pieniądzem kruszcowym, którego wartość rzekomo wynikała z tego, że wytłoczono je ze złota lub srebra. Albo przynajmniej z tego, że można je było na złoto i srebro wymienić. Wartość pieniądza bierze się z tego, że król akceptuje podatki płacone tym pieniądzem. Jeśli nie ma króla, bo akurat jesteśmy w jakiejś prymitywniejszej wspólnocie, w tej roli występuje umowa społeczna ustalająca, czy sąsiedzkie długi regulujemy muszelkami, czy kamieniami. Król – wódz, rząd – może oczywiście powiedzieć, że przyjmuje podatki w sztabach złota, z pominięciem przerabiania ich na monety, ale – jak to ujął noblista Richard Thaler – „czemu nie w butelkach Bordeaux rocznik 1982"? Pieniądz oparty na butelkach działałby podobnie jak pieniądze oparte na sztabach, przecież sztaby też nie muszą być fizycznie przemieszczane. W 1932 r. bank Francji wymienił w banku Rezerwy Federalnej USA dolary na złoto – a żeby uniknąć transportowania ich przez ocean, część sztab w amerykańskim skarbcu po prostu oznakowano jako należące do Francji. Wypisz wymaluj, kamienna waluta z wyspy Yap. Pieniądz kruszcowy nie rozwiązałby naszych problemów, za to przysporzyłby nowych. Najlepszy dowód to kryptowaluty: kiedyś uważano je za remedium, sposób na wykreowanie pieniądza uwolnionego od polityki, bo teoretycznie stoi za nim czysta matematyka. W praktyce są jeszcze bardziej upolitycznione. Najpierw były niedostępne dla zwykłych obywateli, a gdy weszły do mainstreamu, stało się tak dzięki regulacjom, a więc odtworzyły tradycyjne schematy. „Blockchain, jak każda technologia produkcji pieniądza, która pojawiła się w przeszłości, natychmiast został uwikłany w zwykłą, brudną politykę" – pisze Malko, dodając tylko, że w kryptowalutach łatwiej się wpłaca łapówki. My dodajmy, że amerykański prezydent Donald Trump ostentacyjnie używa kryptowalut do wzbogacania się na swoich decyzjach podejmowanych w ramach sprawowania urzędu. Bankierzy krucjat i alchemicy mułu Ponieważ jestem chemikiem, zafascynował mnie w książce Malki motyw korelacji pomiędzy narodzinami nowoczesnego pieniądza i nowoczesnej chemii. Jak wiadomo, ta druga powstała m.in. dzięki temu, że w XVIII w. ostatecznie pogodzono się z faktem, że od stuleci pielęgnowane przez alchemików marzenie o sztucznym złocie jest niemożliwe. Do tego czasu różni europejscy władcy (także polscy) utrzymywali szarlatanów, którzy im obiecywali źródło niewyczerpanego bogactwa. Pierwszy polski podręcznik chemii napisał doradca króla Stasia, Stanisław Okraszewski – właśnie po to, by nakłonić go do przepędzenia pewnego oszusta obiecującego monarsze produkcję złota z „namułu wiślanego". Malko pokazuje drugą stronę tej mulistej monety. Za szwajcarskim ekonomistą H.Ch. Binswangerem pisze, że alchemików przepędzono nie dlatego, że uwierzono chemikom, tylko dlatego, że możliwość kreowania pieniądza z nicości przez bankierów okazała się tak lukratywna, że nawet gdyby Cagliostro ostatecznie dostarczył Jego Królewskiej Mości kamień filozoficzny, ten by już tylko lekceważąco machnął ręką. Nowy wynalazek nie przyjął się od razu. Przez prawie tysiąc lat pieniądz „papierowy" współistniał z kruszcowym. Pierwszymi mistrzami finansowej alchemii byli templariusze, bankierzy krucjat. To dlatego trwające od stuleci poszukiwania „skarbu templariuszy" nikomu nie przynoszą powodzenia, nawet Panu Samochodzikowi. Templariusze rozumieli, że dopóki papiery krążą w obiegu, nie ma znaczenia, czy w skarbcu są sztaby złota, czy kilka butelek Bordeaux. A kiedy nadejdzie krach, i tak całe złoto świata ich nie uratuje. Skoro nie ma różnicy, to po co przepłacać? Jakub de Molay pali króla Filipa na stosie Ostatnie relikty pieniądza kruszcowego (czyli formalną wymienialność dolara na złoto) zlikwidowano 50 lat temu. Jak na ogólną historię pieniądza, to przed chwilą. W tym czasie jednak zdarzyło się coś ważnego. Od parunastu lat mam uczucie, że „zepsuła się symulacja". Niczym w prozie Philipa K. Dicka, świat zaczął się psuć na naszych oczach. Po upadku komunizmu miał nastąpić „koniec historii". Ludzkość miała zrozumieć, że nie ma lepszego ustroju od połączenia demokracji z wolnym rynkiem – i wszyscy mieliśmy odtąd się radośnie bogacić, a nie mordować czy też wynosić do władzy nieobliczalnych dyktatorów. Z „Porachunków" (nie filmu Guya Ritchiego, tylko książki Malki) wynika, że dopóki różne formy pieniędzy współistniały, pieniądze „alchemiczne" faworyzowały ustrój republikański, a przynajmniej konstytucyjny. W monarchii absolutnej albo dyktaturze bankowość nie może rozwinąć skrzydeł, bo władza w każdej chwili może, zamiast spłacać kredyty, wymordować bankierów (to w końcu spotkało templariuszy). To jednak jest numer dobry na jeden raz, bo skąd potem wziąć frajera, który takiej władzy udzieli kolejnej pożyczki? Dlatego w Europie aż do czasów nowożytnych całkiem nieźle radziły sobie republiki kupieckie – zawsze było je stać na najemników. W czasach nowożytnych zaś liderami zachodniego świata stały się najpierw parlamentarna Anglia, potem USA. I zapewne przyczyniło się to także do wygranej Zachodu w zimnej wojnie. A potem nastał ów „koniec historii". Wydawał nam się, za Fukuyamą, ostatecznym triumfem liberalnej demokracji, ale tak naprawdę był to triumf kreatorów pieniędzy nad wszystkimi innymi branżami. Realną władzę objęli finansiści – i to, co odczuwamy jako „zepsucie symulacji", to właśnie tego skutki. Po kryzysie z 2008 r., a potem podczas pandemii podjęto działania stymulujące gospodarkę. Tylko niewielka część środków trafiła wtedy do rąk obywateli, większość poszła na skup akcji i obligacji. Gdy 99 proc. populacji zbiedniała, dziesięciu najbogatszych ludzi zyskiwało 1,3 mld dolarów dziennie, więc w pandemiczne dwa lata podwoili swoje majątki, pisze Malko i pyta retorycznie: czy można dziwić się ludziom, którzy czują, że „gra jest ustawiona"? Znów mamy więc władców absolutnych, jak w średniowieczu, jak w dyktaturze. Tylko że tym razem są nimi finansiści – to jakby wielki mistrz templariuszy Jakub de Molay zamordował króla Filipa Pięknego i zasiadł na jego tronie, a nie odwrotnie. Najbogatsi stoją dziś ponad prawem. Malko cytuje Terry’ego Pratchetta: „Jeśli człowiek ma dość pieniędzy, trudno mu w ogóle popełnić jakieś przestępstwo. Zdarzają mu się tylko zabawne, drobne niezręczności". Konkrety? Już za głupie pół miliona dolarów można sobie kupić paszport dyplomatyczny. Za nieco więcej – stanowisko ambasadora, razem z de facto pełną nietykalnością. W tych rzadkich sytuacjach, w których bardzo bogaty człowiek zostanie jednak skazany na więzienie – w USA może sobie legalnie zrobić płatny upgrade jak w hotelu i nie siedzieć z plebsem, tylko w luksusowych warunkach, jak Jeffrey Epstein podczas pierwszej odsiadki. CDN... Odpowiedz Link
diabollo Re: Heglizm malkistowski 23.03.26, 06:42 Może więc za pieniądze nie można kupić „szczęścia" rozumianego w tradycyjny sposób – za żadne pieniądze Elon Musk nie kupi sobie szacunku np. własnych dzieci. Można jednak kupić zdrowie (w USA dodatkowe 20 tys. dochodu rocznie statystycznie wydłuża życie o rok!), bezkarność, prestiż i przede wszystkim władzę. Aż mam ochotę przyłączyć się do jakichś zamieszek. Aż żałuję, że ta książka nie ukazuje się po angielsku/niemiecku/francusku, przydałoby się podburzyć ludzi na Zachodzie. Z tym że w „Porachunkach" nie ma wezwania do rewolucji, przynajmniej nie wprost. Jest za to konkretna propozycja polityczna: żeby każdy obywatel Polski miał prawo wziąć niewielki kredyt prosto w NBP, z pominięciem komercyjnych pośredników. Taki kredyt mógłby być niewielki, np. na poziomie płacy minimalnej – i oprocentowany na poziomie inflacji. W ogólnym bilansie niewiele by to zmieniło, Malko szacuje, że udział banków komercyjnych spadłby z obecnych 85 do 84 proc. rynku. Ale dla milionów Polaków byłoby to wybawienie od lichwiarskich chwilówek. Każdy system gospodarczy to sposób na organizację społeczeństwa – pisze Malko. Na bezludnej wyspie ani Che Guevara nie mógłby być komunistą, ani Elon Musk kapitalistą. Kto komu czym za co płaci – to kwestia umowy społecznej. Obecna jest urządzona w kierunku absurdalnego uprzywilejowania Jeffreyów Epsteinów i maksymalnego ubezwłasnowolnienia Johnów Smithów i Janów Kowalskich. Czas to zmienić. Każdy tyran przecież w końcu upada. redagował Łukasz Grzymisławski "Porachunki. Polityczna historia pieniędzy", Jędrzej Malko, Karakter, Kraków wyborcza.pl/7,75517,32653534,westerny-krucjaty-i-bankierzy.html#s=S.MT-K.C-B.2-L.1.duzy Odpowiedz Link