rembert
30.11.05, 08:24
Singiel to termin, który pojawił się w połowie lat 90. i bardzo szybko stał
się wyrazem niezwykle popularnym i modnym. Upowszechnienie tego terminu łatwo
wytłumaczyć. Słowo „singiel” przede wszystkim zastąpiło nacechowane
pejoratywnie określenia "stary kawaler" i "stara panna". Stało się też oznaką
nowego stylu życia. Singiel (z. ang. single – pojedynczy) to ktoś, kto jest
sam z wyboru, a nie konieczności, ktoś, kto koncentruje się na własnym
rozwoju, prowadzi wygodne i dostatnie życie, jest niezależny i i zadowolony z
tego, że wyzwolił się ze społecznych konwenansów.
Wizerunek singla, który wcale nie przejmuje się brakiem życiowego partnera, a
wprost przeciwnie - czerpie korzyści z takiego stanu rzeczy, ochoczo
podchwyciły i lansują media. Społeczeństwo też powoli przyjmuje do wiadomości
fakt, że bycie samym to często wybór, a nie konieczność i efekt życiowej
niezaradności. O ile jednak osoba z nikim nie związana stopniowo przestaje
być atakowana wścibskimi pytaniami o życie osobiste i radami typu "jak
znaleźć tę drugą połowę", o tyle w kwestii wolnego czasu singla nic się nie
zmienia.
W powszechnej opinii singiel to ktoś, kto nie ma rodziny, ma za to nadmiar
wolnego czasu. Panuje bowiem przekonanie, że tylko posiadanie dzieci i żony
lub męża jest gwarancją właściwego wykorzystania czasu i jedynym
usprawiedliwieniem bycia zajętym. Singiel z zasady być zajętym nie może, bo
przecież nie musi wykonywać wszystkich tych czynności, które wykonują
zapracowani ojcowie i matki. I ten argument okazuje się być decydujący,
jedyny i niepodważalny. Osoba samotna na każdym kroku musi liczyć się z tym,
że każdy chętnie powierzy jej swoje obowiązki i zadania, co do minuty
zorganizuje czas wolny.
- W mojej firmie oprócz mnie pracują jeszcze cztery osoby, które nie mają
rodziny i to zawsze nam przydziela się najwięcej zadań – mówi 26-letnia
Małgorzata. - Jeśli ktoś ma zostać po godzinach urzędowania, to my, bo
przecież nigdzie się nie spieszymy i nikomu nie musimy ugotować obiadu. Jeśli
trzeba przyjść w sobotę to też tylko my jesteśmy brani pod uwagę. Premię
natomiast zawsze dostają ci, którzy mają rodziny, bo „im jest bardziej
potrzebna”, zupełnie jakby singiel nie musiał nic kupować i płacić rachunków.
W podobny sposób wypowiada się 29-letnia Karolina. - Mam nienormowany czas
pracy. Teoretycznie, gdy zrobię swoje, mogę iść do domu. Teoretycznie, bo w
praktyce wygląda to tak, że z biura wychodzę ostatnia. I szef, i moi koledzy
z pracy, często bez porozumienia ze mną powierzają mi dodatkowe zadania.
Tłumaczenie zawsze jest jedno „no przecież poza pracą i tak nie masz żadnych
obowiązków”. Kiedy próbuję protestować, jestem zagłuszana litanią cudzych
zajęć, wśród których prym wiodą domowe czynności, które ja też muszę wykonać.
Tak samo muszę coś wyprać, wyprasować i ugotować, oprócz tego chciałabym
czasami umówić się ze znajomymi, pójść na basen, siłownię, połazić po
sklepach… Niestety po całym dniu spędzonym w pracy na wypełnianiu nie tylko
swoich obowiązków, najzwyczajniej w świecie nie mam na to wszystko czasu.
Wykorzystywanie osób samotnych w pracy, zarówno przez szefów jak i
współpracowników, jest właściwie normą i rzadko zdarza się, by singiel w
przydziale obowiązków traktowany był na równi z innymi pracownikami.
Najczęściej to jemu przypadają zadania wymagające największego nakładu czasu
i energii, to on w przypadku pracy zmianowej dostaje te godziny, w których
nikt inny pracować nie chce lub nie może, to on dyżuruje w święta, Sylwestra
czy Nowy Rok.
- W wyprzedających nas gospodarczo krajach europejskich sytuacja wygląda
zupełnie inaczej. Firmy chętnie zatrudniają singli, bo wiedzą, że to bardzo
wydajni i efektywni pracownicy, ale też w singli inwestują i odpowiednio ich
wynagradzają – twierdzi Tomasz Mroczkowski, specjalista HR. – W Polsce singli
zatrudnia się chętnie, wymaga się od nich więcej niż od pozostałych
pracowników, jednak nie przekłada się to na gratyfikacje finansowe. W
przypadku redukcji etatów singiel, jako osoba nie mająca rodziny na
utrzymaniu, również jest na straconej pozycji.
Wykorzystywanie osób samotnych odbywa się nie tylko w miejscu pracy. Rodzina
i znajomi równie chętnie jak pracodawca zorganizują singlowi czas wolny. -
Mój brat i jego żona to bardzo rozrywkowi ludzie – opowiada 32-letnia Olga. –
W co drugi weekend albo wybierają się do znajomych, albo przyjmują gości u
siebie. Oni odreagowują całotygodniowe zmęczenie, a mi podrzucają na noc
dwójkę swoich kilkuletnich dzieci. Kiedyś zaprotestowałam - zrobiła się afera
na całą rodzinę, a oni obrazili się na mnie na kilka dobrych tygodni.
Przypadek Olgi nie jest odosobniony. Singiel w rodzinie to ten, który
powinien być do dyspozycji najbliższych w niemal każdej sytuacji. Często
nawet kosztem swoich planów. To ktoś, z kim rzadko coś się ustala, a często
po prostu stawia przed faktem dokonanym. - Osoby samotne są często
postrzegane przez rodzinę i znajomych jako te, które nie do końca potrafią
zorganizować sobie czas wolny, w domu siedzą na kanapie, patrzą w okno i
rozmyślają o swojej samotności. Angażowanie ich w różne zajęcia ma pełnić
rolę swoistego remedium na samotność. Często więc zapełnianie im czasu wynika
z troski, jeszcze częściej jednak jest niestety powodowane wygodnictwem –
mówi socjolog Krystyna Żółkiewska
. To właśnie wygodnictwo, ale też brak poszanowania cudzego czasu i prawa do
organizowania sobie przez każdego tego czasu wedle własnego uznania powoduje,
że singiel nierzadko ma więcej obowiązków niż niejeden rodzic, żona czy mąż.
To prawda, singiel z racji innego trybu życia inaczej planuje dzień niż osoby
posiadające rodzinę, nie znaczy to jednak, że jego wolny czas ma stać się
dobrem powszechnym. Nie oznacza to również, że ma ponosić konsekwencje takich
a nie innych życiowych wyborów, dokonanych przez swoich współpracowników,
rodzinę i znajomych.
- Marzę o tym, co wszyscy próbują mi wmówić, że jest stanem faktycznym - że
mam mnóstwo czasu i żadnych zobowiązań – mówi 28-letnia Agata. - Chciałabym
wychodzić z pracy tak jak pozostali, nie musieć być na każde zawołanie
rodziny czy przyjaciół. Nie musieć ciągle przedstawiać wszystkim swojego
rozkładu dnia, tygodnia czy miesiąca i przekonywać, że naprawdę w danym
terminie nie mam czasu. Chciałabym też wreszcie przestać słyszeć z pretensją
wypowiadane słowa: „A co ty możesz mieć do roboty?!”
Justyna Szymańska w O2.pl