yoma
20.07.12, 17:49
podjechałam w takie jedno miejsce, które znam, kucnęłam sobie wygodnie i zaczęłam zbierać. Jeszcze klęłam, co za cholera lazła i te grzyby potratowała. Coś mi zaszeleściło za plecami, oglądam się, a tu normalnie dzik. Ze szczeciną, ryjem i co tam jeszcze dzikowi przynależy, dzik. Twarzą w ryj. I gapi się na mnie.
I doznałam roztrojenia jaźni. Jedna ja na adrenalinie zaczęła się spokojniutko wycofywać na z góry upatrzoną pozycję, druga ja cholernie żałowała, że nie wzięła aparatu, a trzecia ja szczęka do ziemi i skąd tu u licha dzik, sarny to są, zające, ale dzik? I to uczęszczany las, wcale niedaleko od ludzkich siedzib.
Ja wiem, że to brzmi jak nędzna konfabulacja po wczorajszej opowieści Hes o campingu, dziku i wychodku, ale jej Bohu szczerą prawdę mówię. Dzik.
A na kolację tagliatelle al burro, aglio e funghi, nie wiem, jak są kurki po włosku :)