29.04.10, 13:51
dwa tygodnie brania leków a ja od dwóch dni co czuję się jakby ich działanie
spadało, mimo przyjmowania ich dopadł mnie silny lęk... zakładam że to taki
"etap przejściowy" w leczeniu... dodatkową przykrość sprawiła mi koleżanka bo
powiedziała, że jej zdaniem jestem przewrażliwiona, co się dziwić syty
głodnego nie zrozumie... zresztą chyba w przeszłości powinnam była przywyknąć
do słów "przesadzasz" czy "czego Ty właściwie chcesz" lub "jesteś
przewrażliwiona"... przecież wg większości miałam wszystko... a jednak tak nie
było... wiecie co jest najzabawniejsze? że nikt nie słyszał (albo nie chciał
słyszeć) tego co mówię między wierszami... wiem że mój mąż słyszał... dziś
wiem, że jedna z przyjaciółek miała podejrzenia, że coś słyszała, ale nasz
kontakt nie był częsty a ja za mało otwarta... dziś jest inaczej dopiero w tym
życiu jakie mam obecnie, pomimo zaburzeń, wiem co znaczy dorosłość... wiem
również ze nie można nic idealizować, a patrzeć na świat jaki jest i otwarcie
mówić co się czuje... dziś to wiem, ale wiedza ta nie poprawia mi dziś
nastroju... mam zmiennie słaby dzień...
Obserwuj wątek
    • olga_w_ogrodzie Re: ech.... 29.04.10, 14:34
      martini-7 napisała:

      wiecie co jest najzabawniejsze? że nikt nie słyszał (albo nie chciał
      > słyszeć) tego co mówię między wierszami

      trzeba było mówić wyraźnie,
      a nie, tkwiąc między wierszami, uważać,
      iż świata obowiązkiem jest zrozumienie czegoś,
      co nie wprost.
      • lucyna_n Re: ech.... 30.04.10, 14:40
        i kto to mówi:)
    • mskaiq Re: ech.... 29.04.10, 14:46
      martini-7 napisala
      >patrzeć na świat jaki jest i otwarcie mówić co się czuje... dziś to
      >wiem,
      Jestes pewna ze zawsze nalezy mowic co sie czuje ? Uczucia czesto
      nie odzwierciedlaja rzeczywistosci a nastroj, zlosc, strach, zal,
      euforie.
      Serdeczne pozdrowienia.
      • olga_w_ogrodzie Re: ech.... 29.04.10, 15:23
        tłumienie uczuć i emocji,
        nie ujawnianie ich,
        nie nazywanie - może być przyczyną wielu groźnych chorób.

        może być też przyczyną odreagowywania, np., poprzez agresję
        skierowaną przeciw innym.
        a wszak powiedzieć : " czuję się źle, jestem smutna, rozgniewana
        twym zachowaniem/słowami" - to
        nikogo nie krzywdzi.
        • martini-7 Re: ech.... 29.04.10, 17:09
          masz rację Olgo, najpierw nie mówiłam wprost ponieważ miałam spojrzenie jak w
          poście Mskaiq, że nie można zawsze mówić co się czuje, oczywiście nie można
          mówić różnych rzeczy tylko po to żeby ulżyć sobie a dowalić komuś w chamski
          sposób ale tak jak napisałaś

          olga_w_ogrodzie napisała:

          > tłumienie uczuć i emocji,
          > nie ujawnianie ich,
          > nie nazywanie - może być przyczyną wielu groźnych chorób.

          dodam że również prowadzić może do samookaleczeń... z tą agresją też coś jest,
          ponieważ kiedy ktoś poruszał kwestie sprzeczne z moimi uczuciami ucinałam sprawę
          warknięciem
          powinnam mówić wprost - masz rację ale wówczas to było ciężkie... wyrażając to
          co czuję ryzykowałam utratą adresu, przyjaciół odtrąceniem rodziny... kiedy
          przebąkiwałam w miarę wprost co czuję co chcę wytoczono przede mnie "mediatora"
          który pokazał mi(nie wiem czy naumyślnie) jak "piękny" mam świat jak wszyscy
          mnie "kochają" więc jak miałam im powiedzieć co czuję wiedząc że tym samym okażę
          się niewdzięcznicą? zrobię im krzywdę? pomijam już osoby którym gdybym to
          powiedziała to była by bardzo nie fajna reakcja być może agresywna....
      • dala.tata Re: ech.... 29.04.10, 17:09
        msk, przeczytaj to, co napisales i z pewnoscia zauwazysz, ze to nie ma
        najmniejszego snesu.


        mskaiq napisał:

        > Jestes pewna ze zawsze nalezy mowic co sie czuje ? Uczucia czesto
        > nie odzwierciedlaja rzeczywistosci a nastroj, zlosc, strach, zal,
        > euforie.
        > Serdeczne pozdrowienia.
    • mskaiq Re: ech.... 30.04.10, 13:01
      Wcale nie trzeba tlumic uczuc, one pokazuja ze sie nie zgadzam z
      czyms, ze jest jakis problem.
      Trzeba tylko nauczyc sie spokojnie je przezyc a to juz jest duza
      sztuka. U osoby z borderline pozbywanie sie emocji, czy uczuc
      nastepuje przez acting out. Taka osoba nie dopuszcza ich nawet do
      siebie.
      Neurotyk juz umie je dopuscic do siebie ale nie potrafi ich w pelni
      przezyc i zaadaptowac. Szczegolnie dotyczy to leku.

      Napisalas " czuję się źle, jestem smutna, rozgniewana twym
      zachowaniem/słowami" - to nikogo nie krzywdzi"
      To nie krzywdzi nikogo, to mozna nazwac asertywnoscia ale jest to
      prawda tylko kiedy druga strona potrafi to zrozumiec.
      Takie odezwanie sie do osoby z problemami psychicznymi moze wywolac
      burze i zamienic sie w awanture. Stwierdzenie ze ze ktos jest
      rozgniewany na mnie moze wywolac poczucie winy albo zostac
      zinterpretowane jako atak na mnie bo ja nie krzywdze i nie mam
      zamiaru tego robic.

      Jest wiele sytuacji kiedy powiedzenie prawdy drugiej osobie moze
      doprowadzic do zepsucia sie relacji, czesto bardzo waznej. To
      dotyczy na przyklad rodziny.
      Gdybym wytknal bledy mojemu synowi czyli powiedzial to co czuje to
      zepsulbym ta relacje, ktora jest dla nas obojga niezwykle wana. On
      powoli sam zrozumie, troche mu pomagam ale w taki sposob ze nasza
      relacja jest niezagrozona.
      To samo dotyczy pracy. Wiem ze ktos nie robi tego co powinno byc
      zrobione, ale gdybym powiedzial co czuje to nie odniosloby to
      zadanego skutku bo ta osoba tego nie rozumie, uwaza inaczej i nie
      bedzie tego respektowala. Zwykle staram sie dotrzec w inny sWcale
      nie trzeba tlumic uczuc, one pokazuja ze sie nie zgadzam z czyms, ze
      jest jakis problem.
      Trzeba tylko nauczyc sie spokojnie je przezyc a to juz jest duza
      sztuka. U osoby z borderline pozbywanie sie emocji, czy uczuc
      nastepuje przez acting out. Taka osoba nie dopuszcza ich nawet do
      siebie.
      Neurotyk juz umie je dopuscic do siebie ale nie potrafi ich w pelni
      przezyc i zaadaptowac. Szczegolnie dotyczy to leku.

      Napisalas " czuję się źle, jestem smutna, rozgniewana twym
      zachowaniem/słowami" - to nikogo nie krzywdzi"
      To nie krzywdzi nikogo, to mozna nazwac asertywnoscia ale jest to
      prawda tylko kiedy druga strona potrafi to zrozumiec.
      Takie odezwanie sie do osoby z problemami psychicznymi moze wywolac
      burze i zamienic sie w awanture. Stwierdzenie ze ze ktos jest
      rozgniewany na mnie moze wywolac poczucie winy albo zostac
      zinterpretowane jako atak na mnie bo ja nie krzywdze i nie mam
      zamiaru tego robic.

      Jest wiele sytuacji kiedy powiedzenie prawdy drugiej osobie moze
      doprowadzic do zepsucia sie relacji, czesto bardzo waznej. To
      dotyczy na przyklad rodziny.
      Gdybym wytknal bledy mojemu synowi czyli powiedzial to co czuje to
      zepsulbym ta relacje, ktora jest dla nas obojga niezwykle wana. On
      powoli sam zrozumie, troche mu pomagam ale w taki sposob ze nasza
      relacja jest niezagrozona.
      To samo dotyczy pracy. Wiem ze ktos nie robi tego co powinno byc
      zrobione, ale gdybym powiedzial co czuje to nie odniosloby to
      pozadanego skutku bo ta osoba tego nie rozumie, uwaza inaczej i tak
      nie bedzie tego respektowala. Zwykle wtedy staram sie w inny sWcale
      nie trzeba tlumic uczuc, one pokazuja ze sie nie zgadzam z czyms, ze
      jest jakis problem.
      Trzeba tylko nauczyc sie spokojnie je przezyc a to juz jest duza
      sztuka. U osoby z borderline pozbywanie sie emocji, czy uczuc
      nastepuje przez acting out. Taka osoba nie dopuszcza ich nawet do
      siebie.
      Neurotyk juz umie je dopuscic do siebie ale nie potrafi ich w pelni
      przezyc i zaadaptowac. Szczegolnie dotyczy to leku.

      Napisalas " czuję się źle, jestem smutna, rozgniewana twym
      zachowaniem/słowami" - to nikogo nie krzywdzi"
      To nie krzywdzi nikogo, to mozna nazwac asertywnoscia ale jest to
      prawda tylko kiedy druga strona potrafi to zrozumiec.
      Takie odezwanie sie do osoby z problemami psychicznymi moze wywolac
      burze i zamienic sie w awanture. Stwierdzenie ze ze ktos jest
      rozgniewany na mnie moze wywolac poczucie winy albo zostac
      zinterpretowane jako atak na mnie bo ja nie krzywdze i nie mam
      zamiaru tego robic.

      Jest wiele sytuacji kiedy powiedzenie prawdy drugiej osobie moze
      doprowadzic do zepsucia sie relacji, czesto bardzo waznej. To
      dotyczy na przyklad rodziny.
      Gdybym wytknal bledy mojemu synowi czyli powiedzial to co czuje to
      zepsulbym ta relacje, ktora jest dla nas obojga niezwykle wana. On
      powoli sam zrozumie, troche mu pomagam ale w taki sposob ze nasza
      relacja jest niezagrozona.
      To samo dotyczy pracy. Wiem ze ktos nie robi tego co powinno byc
      zrobione, ale gdybym powiedzial co czuje to nie odniosloby to
      pozadanego skutku bo ta osoba tego nie rozumie, uwaza inaczej i tak
      nie bedzie tego respektowala. Zwykle staram sie dotrzec w inny
      sposob.
      Serdeczne pozdrowienia.
      • ichnia Re: ech.... 30.04.10, 14:13
        Hahaha, super wklejka.

        • martini-7 Re: ech.... 30.04.10, 15:06
          no nie no, zagubiłam się mocno w tym poście od Mskaiq, miałam wrażenie jak koleś
          z dnia świstaka, no ale jak w końcu wyrażamy uczucia czy nie? bo wiesz, jak
          powiem komuś nie rób tak bo mi przykro to co innego niż jak powiem komuś fajny
          jesteś, lata razem spędziliśmy, parę razy chciałam odejść ale tego nie zrobiłam,
          owszem zaplanowaliśmy ślub ale nie bardzo go chcę nie wiem czy kocham Cię tak
          jak kochać powinnam, to ciężko powiedzieć i się tłumi zwłaszcza jak cały Twój
          świat jara się jak mysz serem tym ślubem. Więc co Ci pozostaje? siedzieć cicho
          liczyć na Opatrzność Bożą, może coś się zdarzy... tak samo ciężko powiedzieć
          kolesiowi co kocha Cię tak że tylko Ciebie chce choć jako przyjaciółkę że nie
          powinniście się przyjaźnić, co z tego że wkurza Cię czasem ale jak masz doła czy
          Twój facet Cię zaniedbuje to wydaje Ci się że fajnie mieć takie kumpla żeby się
          pożalić żeby Cię dowartościował, ba nawet jak widzisz jak się stara w
          przeciwieństwie do Twojego faceta to sobie myślisz "hmmm... co z tego ze mnie
          nie pociąga, ale choć się interesuje, może coś z tym zrobić?" ale nie robisz bo
          wiesz że idealizujesz to żeby było Ci łatwiej... potem nadal tkwisz w tym kocham
          go ale nie chce ślubu, potem pojawia się książę z bajki ale Ty nie bardzo wiesz
          co widzisz i czujesz i potem jak los Cię ratuje przed niechcianym ślubem,
          patologicznym przyjacielem i nagle widzisz to z pewnej presperktywy to
          załamujesz się... gubisz w tym co mogłeś pięknie rozegrać gdyby tylko dać ujście
          emocją.... gdyby na bieżąco to rozładowywać żyć tym jak się życie toczy a nie
          tym że chcesz żeby było idealne za wszelką cenę... na szczęście mam dziś mojego
          księcia, ocalił mnie i moją duszę...
          • lucyna_n Re: ech.... 30.04.10, 17:30
            ... na szczęście mam dziś mojego
            > księcia, ocalił mnie i moją duszę...

            nie mów hop, jak na razie jesteś w proszku
          • mskaiq Re: ech.... 30.04.10, 17:34
            Czy wyrazamy uczucia ? Mysle ze uczucia informuja. Nie mozna ich
            tlumic ale nie mozna impulsywnie dzialac pod ich wplywem. Jesli
            czujesz ze nie kochasz to nie mozna tego ignorowac. Wtedy nie wazne
            jest co mysla inni, czy im sie to podoba czy nie bo to Twoje zycie i
            Twoja decyzja.
            Ale nawet w takiej sytuacji nie podejmujesz decyzji pochopnie, nie
            dzialasz pod wplywem impulsu.
            Co zrobic jak ktos mnie zdenerwowal, albo sie z kims nie zgadzam,
            albo czuje sie pokrzywdzony ?
            Reagowac pod wplywem impulsu czy najpierw przemyslec. Staram sie
            przemyslec to co przynosza emocje. Jesli potrzebna jest moja
            interwencja wtedy reaguje. Jesli moja reakcja moze przyniesc tylko
            awanture i szkode wtedy nie robie tego.
            Serdeczne pozdrowienia.
      • lucyna_n Re: ech.... 30.04.10, 14:41
        najdłuższy post maska w historii.
    • lucyna_n Re: ech.... 30.04.10, 14:40
      .. dziś jest inaczej dopiero w tym
      > życiu jakie mam obecnie, pomimo zaburzeń, wiem co znaczy dorosłość...

      powiało ckliwym patosem, typowym dla pensjonarek:))
      • martini-7 Re: ech.... 30.04.10, 21:32
        he he no może ale tak właśnie jest, ludzie mówili mi o różnych sprawach ale ja
        ich nie widziałam u siebie, może też dlatego że dążyłam do jakiegoś ideału, a
        dziś wiem, że urok życia polega właśnie na zakrętach które można pokonywać razem
        a nie na sztucznym unikaniu pewnych spraw, prostowaniu dróg dokładaniu teorii
        itp. to nie życie to jakaś utopia do której dążyłam i do tego chciałam dobrze
        dla każdego ale tak się nie da, czasem trzeba być egoistą i jak już dostaniesz
        szansę od losu to kurde łap ją korzystaj z niej bo to dar
        • mskaiq Re: ech.... 01.05.10, 02:38
          Mysle ze zycie samo przyniesie Ci odpowiedzi jak w nim postepowac.
          Co jest wazne, co przynosi straty a co zyski i czy warto aby emocje
          decydowaly o waznych sprawach.
          Nie widze niczego zlego w dazeniach do tego aby jak najwiecej ludzi
          moglo zyskiwac na kontaktach ze mna. Wole byc otwarty na ludzi niz
          nie dostrzegac ich, wybierac moja wygode, czy egoizm.
          Nie raz dostawalem szanse od losu, ale nie chcialem jej wykorzystac
          kiedy ta szaansa oznaczala strate innego czlowieka. Dla mnie nie
          jest to dobra szansa.
          Serdeczne pozdrowienia.
          • martini-7 Re: ech.... 02.05.10, 18:03
            może masz rację, może życie samo da odpowiedź, może szansa jaką dostałam jest
            nagrodą od niebios za to że chciałam dobrze dla innych że nie dopuszczałam do
            siebie myśli że to nie jest już miłość, a na pewno nie taka co łączy na wieki,
            zeszliśmy się jako dzieciaki, każde z nas dorosło do prawdziwego życia i okazało
            się że chce czego innego choć tego głośno nie mówi, może nie byliśmy tego
            świadomi, żyliśmy tym co łączyło nas dawniej w imię przeszłości...
            mskaiq napisał:
            > kiedy ta szaansa oznaczala strate innego czlowieka. Dla mnie nie
            > jest to dobra szansa.
            dla mnie była to szansa, dostarczyłam mu powodu i odszedł, na początku
            przerażenie, no bo co teraz znajomi rodzina i te sprawy do tego kolesiowi
            zrobiłam krzywdę, mojej mamie łzy poleciały jak się dowiedziała a ja po dwóch
            dniach a nawet nie poczułam ulgę wolność... wiem skrzywdziłam innych ale tu nie
            było dużego wyboru bo albo oni albo ja... parę razy myślałam żeby odejść ale
            takie właśnie chore argumenty że tyle lat, że zmarnowałam mu młodość że ma plany
            a ja je zniszczę, no a przecież czuję coś do niego pytanie co to było, bo dziś
            wiem że nie miłość która by mnie spełniała... drugi powód był chory ale nie
            wiedziałam gdzie się podzieję jak odejdę wiem że przecież jest zawsze dom
            rodzinny ale tam dzieliłam pokój siostrą a po tym jak się wyprowadziłam nie było
            tam dla mnie miejsca, w zasadzie przeprowadziłam się tam na 2 czy 3 dni i
            przeszłam piekło, siostra traktowała mnie jak intruza, mama dawała miejsce ale
            widziałam że jest jej ciężko...
            czasem trzeba coś stracić żeby to docenić a czasem żeby się okazało że wcale nam
            to nie jest potrzebne u mnie okazało się to drugie...
            wiem jedno gdyby los nie był mi przychylny nie wiem co dziś ze mną by było...
            • lucyna_n Re: ech.... 02.05.10, 19:08
              co Ty z tymi niebiosami?
              może tak wreszcie wziąć odpowiedzialność za własne decyzje a nie niebiosa i
              niebiosa. To takie proste zwalić wszystko na niebiosa, Ty ideał, Tobie robili
              krzywdę, a nieważne że dawałaś niejasne, niejednoznaczne komunikaty, że kazałaś
              się wszystkim dookoła domyślać , że robilaś nadzieję na małżeństwo człowiekowi
              którego nei kochałaś, że spełnialaś wyimaginowane oczekiwania rodziny, która tak
              naprawdę pewnei niczego takiego od Ciebie nie wymagała, to Ty tworzylaś w głowie
              te scenariusze, świadczy o tym pytanie Twojej matki. To Ty robilaś, nikt za
              Ciebie tego nie robił. Z Twojego opisu trudno wywnioskować jakieś nieprawidłowe
              zachowanie otoczenia wobec Ciebie, raczej to że Ty miałaś nierealne oczeiwania
              wobec rodziny i narzeczonego, że chciałaś romansu gdzie było szare życie i nie
              mówiłaś wprost o tym co czujesz tylko wikłałaś się coraz mocniej. Teraz zamiast
              brać swoje życie w swoje ręce nadal wciąż oglądasz się na jakieś siłyy
              niebiańskie, przeznaczenie, fatum, karmę, i jak znam życie w nowym związku
              zabrniesz w kolejny kozi róg, bo twoje myślenie wcale się nie zmienilo i
              prędzej czy poźniej konstrukcja się sypnie.
              Piszesz o doroslości, że już wiesz co to jest, ja Ci powiem że nie wiesz, po
              prostu zbyt wiele rzeczy Ci się "wydaje", masz raczej życzeniowe myślenie co do
              świata, i życie jakimiś pensjonarskimi nadziejami, marzeniami, mrzonkami.
              Nie mowiąc już o niesamowitym skoncentrowaniu na sobie, w życiu nie widziałam
              nikogo tak centralnie usadowionego w świecie, normalnie aż dziw że centrum
              naszej galaktyki nie jest w Twojej głowie.
              Żeby nie było piszę to wszystko z wielką dla Ciebie życzliwością, ale coraz
              trudniej mi patrzeć na to jak brniesz w kolejny ślepy zaułek, drpeczesz na
              krawędzi nie widząc przepaści i snując myśli o niebieskich migdałach. Wlecisz
              tam łbem na dol i potem będzie płacz że niebiosa nie interweniowały specjalnie w
              Twojej sprawie.
              • martini-7 Re: ech.... 03.05.10, 14:22
                ostatnio mam ciężki czas, atak za atakiem... moje sygnały były nie jasne, to
                prawda, chciałam im coś powiedzieć ale nie wiedziałam jak, bałam się, chciałam
                prosić o pomoc ale sądziłąm że to bez sensu... oni nie raz mi mówili jak na to
                czekali jak są szczęśliwi jakie nadzieje mają... gdy były jakieś zgrzyty zwykle
                brali jego stronę więc lepiej było sięgać po pomoc żyletki, że pewnie oni mają
                rację że on taki cudowny a ja jakiś pieprzony romantyk co chciałby być na
                pierwszym miejscu przed pracą, przed hobby, przed jego rodziną..
                • lucyna_n Re: ech.... 03.05.10, 21:31
                  weź nei obkręcaj kota ogonem, nie napisałam nigdzie że on byl cudowny a Ty nie.
                  Napisalam że Ty tworzysz właśnie takie wizje że jesteś gorsza, że rodzina uważa
                  że on był cudowny a Ty nie, że wydawało Ci się że oni oczekują od Ciebie tego
                  czy owego, że powinnaś spełniać te oczeiwania itd. O to właśnie chodzi że
                  zapewne chłopak był miły i nie było powodu żeby Cię do niego zniechęcać czy go
                  jakoś szczególnie krytykować zwłaszcza że znali go bardzo długo, a że panny
                  młode często mają wątpliwości to pewnie myśleli że Cię wspieraja w chwili
                  przejściowego zawahania a nie popychają do malżeństwa. Spełnialaś oczekiwania
                  ktore zdaje się były tylko domniemaniem, zresztą wogóle przymus spełniania
                  czyichś oczekiwań to nie jest dobry pomysł.
                  Jesteś z pewnością wspaniałą osobą, miłą, ciekawą, trafił się prawdziwy
                  wymarzeniec z ofertą matrymonialną i poważnymi zamiarami trwania w dobrej i złej
                  doli a to świadczy o tym że jest w Tobie to "coś". Nie sadzę żeby byl realny
                  powód do poczucia gorszości, a jednak coś Ci przeszkadza w subiektywnym poczuciu
                  szczęścia, mam nadzieję że na terapii znajdziesz to coś. Szkoda, naprawdę szkoda
                  by było zmarnować to wszystko co udało Ci się tak ładnie już zacząć.
                  Co do bycia zawsze na pierwszym miejscu, no to faktycznei niekoniecznie:)
                  W związku też jest potrzebny margines na inne sprawy, nie tylko te wspólne, nie
                  ma w tym nic złego,trzeba uważać żeby nie zamienić się w bluszcza dusiciela,
                  chociaż przyznać trzeba że lękliwi mają takie skłonności.
                  • martini-7 Re: ech.... 04.05.10, 06:09
                    może ja już wtedy powinnam była pomyśleć o terapii? skoro się w takie coś w
                    ogóle zaczęłam wplątywać, tak źle postrzegać świat? masz rację koleś był miły
                    itp., ale dziś wiem, że to co nasz łączyło to była miłość z przyzwyczajenia.
                    Masz rację również co do tego marginesu na własne sprawy. Gorzej jednak jak
                    częściej masz wrażenie że Ty jesteś na tym marginesie. Zresztą znudzona byciem
                    wiecznie tą rozumiejącą że on czuje się ciasno w związku i ciągle idącą za jego
                    wolą też zaczęłam się zajmować czymś dla siebie. Jak się okazało im bardziej się
                    oddalaliśmy, im mniej mieliśmy wspólnych tematów tym jemu chyba było fajniej bo
                    miał czas dla siebie. Pokładam nadzieję w terapii zwłaszcza że moje marzenia się
                    realizują :)
                    • lucyna_n Re: ech.... 04.05.10, 10:06
                      Jak każdy z nas tutaj pokapowałaś się "za późno", a raczej na ostatni dzwonek,
                      ale się pokapowałaś i to jest ważne, a nie co by było gdyby, nei ma gdyby, jest
                      teraz , ułożyło się lepiej niżby mogło i tego się trzymaj. Teraz trochę do
                      przodu, do tyłu znów do przodu i da się wyjechać z tego piaszczystego dołka.
              • martini-7 Re: ech.... 03.05.10, 14:41
                zresztą muszę trochę zebrać się w kupę żeby coś pisać :)
                • lucyna_n Re: ech.... 03.05.10, 21:34
                  nie musisz, możesz sobie pobyć trochę w rozsypce, życie to nie wyścig, czasem
                  trzeba siąść i pomyśleć, albo przestać myśleć, różnie bywa, ustawiczne wywierane
                  na sobie presji że trzeba być zwartym i gotowym i się nie poddawać robi
                  wrażliwemu człowiekowi bardzo źle.
                  • martini-7 Re: ech.... 04.05.10, 07:52
                    to prawda robi źle...
    • mskaiq Re: ech.... 30.04.10, 16:17
      Post skopiowal sie pare razy i rzeczywiscie moze byc nieczytelny
      dlatego wysylam go ponownie.

      Wcale nie trzeba tlumic uczuc, one pokazuja ze sie nie zgadzam z
      czyms, ze jest jakis problem.
      Trzeba tylko nauczyc sie spokojnie je przezyc a to juz jest duza
      sztuka. U osoby z borderline pozbywanie sie emocji, czy uczuc
      nastepuje przez acting out. Taka osoba nie dopuszcza ich nawet do
      siebie.
      Neurotyk juz umie je dopuscic do siebie ale nie potrafi ich w pelni
      przezyc i zaadaptowac. Szczegolnie dotyczy to leku.

      Napisalas " czuję się źle, jestem smutna, rozgniewana twym
      zachowaniem/słowami" - to nikogo nie krzywdzi"
      To nie krzywdzi nikogo, to mozna nazwac asertywnoscia ale jest to
      prawda tylko kiedy druga strona potrafi to zrozumiec.
      Takie odezwanie sie do osoby z problemami psychicznymi moze wywolac
      burze i zamienic sie w awanture. Stwierdzenie ze ze ktos jest
      rozgniewany na mnie moze wywolac poczucie winy albo zostac
      zinterpretowane jako atak na mnie bo ja nie krzywdze i nie mam
      zamiaru tego robic.

      Jest wiele sytuacji kiedy powiedzenie prawdy drugiej osobie moze
      doprowadzic do zepsucia sie relacji, czesto bardzo waznej. To
      dotyczy na przyklad rodziny.
      Gdybym wytknal bledy mojemu synowi czyli powiedzial to co czuje to
      zepsulbym ta relacje, ktora jest dla nas obojga niezwykle wana. On
      powoli sam zrozumie, troche mu pomagam ale w taki sposob ze nasza
      relacja jest niezagrozona.
      To samo dotyczy pracy. Wiem ze ktos nie robi tego co powinno byc
      zrobione, ale gdybym powiedzial co czuje to nie odniosloby to
      zadanego skutku bo ta osoba tego nie rozumie, uwaza inaczej i nie
      bedzie tego respektowala. Zwykle staram sie dotrzec w inny sposob do
      takiej osoby.
      Serdeczne pozdrowienia.
    • canoine Re: ech.... 01.05.10, 08:14
      to ryzykowne oczekiwać od ludzi, że będą czytać między wierszami.
      • martini-7 Re: ech.... 01.05.10, 14:54
        to prawda ale myślałam że skoro mnie się udaje co do moich bliskich to zadziała
        to i w drugą stronę... niestety mieli tylko krótkie przebłyski... nie na tyle
        długie i trafne by móc się ich chwycić...
      • mskaiq Re: ech.... 01.05.10, 17:18
        Czasem nie wiele wiecej mozna zrobic, tzn mozna zniszczyc, wywolac
        lek, podejrzliwosc, utrate kontaktu z kims waznym albo zrazic do
        siebie ludzi.
        Zwykle cierpliwosc, pokazywanie innej drogi to jedyny racjonalny
        wplyw jaki zostaje. W taki sposob udalo mi sie przekonac do czegos
        co bylo nie do zrobienia w otwartej konfrontacji.
        Serdeczne pozdrowienia.
        • martini-7 Re: ech.... 02.05.10, 17:11
          czasu nie cofnę mogę tylko Bogu dziękować za łaskę jaką mi okazał... widzisz
          cierpliwość, zrozumienie czy tolerancja to coś co nie było mi obce... najgorsze
          jest to że tak chciałam żeby było dobrze że byłam zwykle tą stroną co musiała
          rozumieć, więc może nic dziwnego że byłam sama w tym borykaniu... może nie
          zrobiłam nic dlatego że stworzyłam sobie równoległy świat dzięki któremu
          przetrwałam w tym co wydawało się słuszne... dopiero kiedy doszło do ostatecznej
          decyzji zrozumiałam że gdy wyjdę za mąż to z tego świata będę musiała
          zrezygnować,a wtedy poniosę klęskę... ciężko było mi może też dlatego że
          widziałam radość mojej rodziny to że pokładają nadzieję w tym związku w którym
          tkwiłam 9 lat... wiesz kiedy zaczynasz coś gdy masz 15 lat i facet okazuje się
          poukładany, a u znajomych widzisz zdrady to sądzisz że jest ok. Nie ważne że gdy
          stałam kilka lat temu na granicy samobójstwa to on nie miał czasu, nie ważne że
          ważniejsza była kariera i hobby niż ja, nieważne że kolo powiedział mi że ciasno
          mu w związku i że go ograniczam bo on chce mieć więcej czasu na hobby... nie
          ważne że zaczęłam przez niego wpadać w bulimię, zaczęłam się ciąć... nie ważne,
          tak strasznie chciałam mieć idealny związek a jego kochałam że podkładałam się
          byle było ok. Dziś wiem że to była najpierw szczenięca miłość a potem
          przywiązanie, nawet nasze życie intymne nie miało dla mnie znaczenia, mogło nie
          istnieć... kurde dlaczego ja wtedy nic nie zrobiłam? bo nie wiedziałam że to co
          czuje to przywiązanie a nie prawdziwa miłość? bo nie miałam dokąd odejść? miałam
          czasem ochotę opowiedzieć o tym komuś ale nie chciałam żeby źle o nim myśleli i
          żeby ta "idealność" się zachwiała, czasem mamie mówiłam że czuję się zaniedbana
          że chciałabym żeby bardziej mnie zauważała, w zamian słyszałam, że oczekuję żeby
          mnie tylko adorować... kiedyś rozpłakałam się przy mamie i niedoszłym mężu że
          nie chce jego nazwiska, ale to też nie dało do myślenia, kiedyś na pytanie mamy
          dla kogo chce tego ślubu dla siebie czy dla niego spuściłam oczy i powiedziałam
          że dla nas, a w głowie miałam "dla was, dla niego" liczyłam że temat może
          pójdzie dalej ale nie poszedł. Nikt mnie nie zapytał dlaczego unikam tematu
          ślubu albo reaguję na niego tłumionym gniewem, mieli do mnie tylko pretensje że
          w przeciwieństwie do niego nie interesuję się tym, że on taki zainteresowany i
          wspaniały... kiedy kiedyś była u nas mama a on wrócił do domu mi humor przygasł
          i powstała tłumiona złość czy agresja wtedy zamiast pytania dlaczego tak się
          dzieje, tylko pretensje jak ja się mogę tak zachowywać... jemu też nic nie dało
          do myślenia że w czasie spotkania z kapelą na wesele okazywała obojętność i brak
          większego zainteresowania, a we mnie była walka z tym co powinnam a tym co
          gdzieś głęboko zepchnęłam w podświadomość co chce wyjść... wiedziałam jedno
          ślubu nie chce... wiem że to chore że skoro ponoć go kocham to nie chce ślubu,
          dziś wiem że to nie była taka miłość.. to była bardziej przyjaźń... dziś Bogu
          dziękuję za to że się potoczyło tak jak się potoczyło, że ocalałam ale mam za to
          te zaburzenia.... wierzę w Boga jego plany i przeznaczenie i wiem że to że teraz
          mam swoje szczęście zawdzięczam Jemu, że postawił mi męża na drodze, o to żeby
          mnie zabrał stamtąd... jednak choroba zabiera mi tę wiarę czasem... ciężko mi
          też zrozumieć jak to jest że ja mama tyle szczęścia a inni nie? wiem, że za dużo
          myślę ale czasem choć walczę z tym to nie daję rady...


          Bądźcie szalonymi ale zachowujcie się jak normalni ludzie. Podejmijcie ryzyko
          bycia odmiennymi, ale nauczcie się to robić, nie zwracając na siebie uwagi.
          • lucyna_n Re: ech.... 02.05.10, 18:55
            normalnie wariatka.
            • martini-7 Re: ech.... 02.05.10, 23:05
              też tak sądzę :P
              • lucyna_n Re: ech.... 03.05.10, 13:23
                zacznij od zmiany sygnaturki
                :))
    • mskaiq Re: ech.... 03.05.10, 11:00
      Dla mnie Twoja decyzja o tym aby nie wiazac sie z kims kogo sie nie
      kocha to sluszna decyzja i to nie tylko dla Ciebie ale i dla drugiej
      osoby. Taki zwiazek rozwalilby Twoje zycie ale i tego faceta rowniez.

      Kiedy pisze o zrozumieniu i cierpliwosci to pisze o przypadkach
      gdzie cierpliwosc i zrozumienie leczy i pomaga.
      Kiedy kochasz, na przyklad wlasne dziecko a jest ono trudne, o
      silnym poczuciu krzywdy to czesto jedynym sposobem pomocy jest
      wlasnie cierpliwosc. Moze rowniez to dotyczyc na przyklad rodzicow,
      ich dzialan, ktore rania czy trudnej przeszlosc.
      Napisalas ze choroba zabiera Ci wiare. Kiedy Cie czytam mam wrazenie
      ze jest w Tobie problem, zal, zlosc, jakies emocje ktore sie
      odzywaja tyle ze bardziej sie ich domyslam niz wiem. Ciekawy jestem
      czy Ty wiesz ?
      Serdeczne pozdrowienia.
      • martini-7 Re: ech.... 03.05.10, 14:17
        masz rację jest we mnie żal... żal za to, że nie dałam sobie czasu na to żeby
        samej podjąć decyzję i odejść, a tylko liczyłam na łaskę losu i że on to zrobi,
        a kiedy zrobił byłam przerażona, że bliscy odejdą... w niektórych przypadkach
        się nie pomyliłam ale to może znaczyć tyle, że nie byli wcale bliscy... wiesz
        żal jest też za to, że kiedy udało mi się zebrać na odwagę i w miarę zrozumieć
        czego naprawdę chcę dałam się zbić z tropu... tego dnia zadzwoniłam do niego
        kiedy byłam poza domem i poprosiłam żeby gdy wrócę był bo chce poważnie o nas
        pogadać że chce odejść że to nie ma sensu. Błędem było uprzedzenie go o tym że
        chce takiej rozmowy, ale chciałam dać mu też czas na przygotowanie się na to
        psychicznie nie go nagle zaskoczyć. Niestety to był błąd, trzeba było jednak
        działać z zaskoczenia. Nim dotarłam do domu to w drodze dostałam sms, że ktoś
        bliski mi niemal jak brat chce ze mną pogadać i że chodzi o b. poważną sprawę.
        No i wpadłam w sieć. Pogadaliśmy on opowiedział mi jak to źle robię wobec tak
        dobrego człowieka, że przecież nic nie muszę ale on ma takie nadzieje i
        marzenia... zagrali na moim poczuciu winy, nie potrafiłam odejść. On zawsze był
        silniejszy ode mnie psychicznie miał silniejsze JA. Choć czasem nie całkiem
        podzielałam jego poglądy to na zewnątrz ich broniłam chciałam go wspierać,
        niestety sama nie czułam często tego wsparcia. Wesz z czasem znowu próbowałam
        zebrać siły i znowu nadeszła mu pomoc z zewnątrz. Wtedy zauważyłam że jestem
        sama. Mi się obrywało jak próbowałam przeforsować swoje zdanie. Kiedyś
        rozpłakałam się przy nim i przy mamie że nie chce jego nazwiska, że dlaczego
        planują moje życie (akurat gadali o tym jak będzie wyglądał nasz dom), mnie o
        zdanie nikt nie pytał. Wiesz dostałam kiedyś od niego 3 dni na przemyślenia. W
        ciągu tych trzech dni przysłał do mnie swoją siostrę na pogadankę, poczułam że
        dam radę, że mam wsparcie, jakże się pomyliłam.Choć dawała pozory żę mnie
        rozumie że to rozmowa poufna wszystko mu powtórzyła + wnioski własne. Gdy wrócił
        znowu posypał się grad żali wyrzutów poczucia wiiny, znowu uciekłam w siebie a
        na zewnątrz zostawiłam siebie taką jakiej oni chcieli... Lucyna dzieś mi
        napisała że za bardzo patrzę w niebiosa... może ma rację ale ja i tak wdzięczna
        jestem Bogu że tak się skończyło
        • lucyna_n Re: ech.... 03.05.10, 21:37
          sama zauważylaś, skazałaś się na łaskę i niełaskę losu, a trzeba było działać
          samemu, według swoich odczuć
          Zresztą kto w mlodości nei popełnił głupich błędów?
          tak naprawdę w sumie nic takiego sę nei stało, dzieci nie macie, rozwodu nei
          trzeba było przechodzić, no takei rzeczy jak zerwane zaręczyny zdarzają się po
          prostu.
          Ja myślę że jak to wszystko wreszcie z siebei wyrzucisz, to i te emocje związane
          z tą sytuacją zaczną słabnąć, byleby pozwolić sobie na ten błąd i zwyczajnie nie
          udręczać się tym już.
    • onemama Re: ech.... 03.05.10, 17:50
      I znowu te koleżanki... Martini ty skończ z nimi na razie bo wbijają Cię w jakiś
      dół. Nie mówię zakończ definitywnie znajomość, ale ogranicz ją. A jak chcesz się
      wyżalać to masz męża i nas tu, no i lekarza.
      • lucyna_n Re: ech.... 03.05.10, 21:38
        w trudniejszych momentach unikam koleżanek jak morowej zarazy
        • onemama Re: ech.... 04.05.10, 08:43
          Otóż to Lucyno, ja też. Prawie z nikim nie utrzymuję kontaktów...
    • mskaiq Re: ech.... 04.05.10, 14:34
      Mysle ze wspomienie tego rozstania bardzo mocno zyje w Tobie,
      przynosi Ci wiele zalu i do ludzi i do siebie.
      Nie wazne ze popelnialas bledy, nie wazne ze inni probowali wplywac
      na Twoja opinie, czy na Twoje decyzje.
      Wazne jest to ze jestes z kims kogo kochasz, wbrew niektorym wlasnym
      odczuciom czy odczuciom innych.
      Nauczylas sie ze to Ty podejmujesz decyzje o wlasnym zyciu i nie
      mozna zwracac uwagi na opinie innych ludzi. To bardzo istotna wiedza
      bo zawsze znajdziesz wokol siebie ludzi ktorzy beda starali Ci mowic
      co powinnas zrobic albo jak zyc Twoje zycie.
      Moga to byc rodzice, rodzenstwo, przyjaciele. Ich intencje sa dobre,
      chca pomoc, tyle ze nie rozumieja co czujesz, co naprawde jest
      pomiedzy Toba a Twoim facetem a takze tego ze Ty mozesz inaczej
      myslec i miec inne wartosci.
      Czesto zdarza sie ze bliscy ludzie potrafia odwrocic sie od nas
      dlatego ze nie podzielamy ich punktu widzenia, albo uwazaja ze nasze
      dzialania krzywdza druga osobe, itp.
      Zdarza sie ze staraja sie wywolac poczucie winy, ale przeciez nie
      mozna byc z kims z powodu poczucia winy, mozna byc tylko dlatego ze
      sie kocha.
      Bardzo duzo zrozumialas i nauczylas sie, obecnie bardzo wazne jest
      aby pozbyc sie zalu i do siebie i do ludzi ktorzy probowali zmienic
      Twoje decyzje.
      Nie wiem kim sa Ci ludzie, ale jesli jest to bardzo bliska rodzina
      to bez wybaczenia im bedzie Ci trudno o tym wszystkim zapomniec.
      Serdeczne pozdrowienia.
      • martini-7 Re: ech.... 04.05.10, 14:48
        dziękuję to bardzo miłe co piszesz... masz rację trzeba pozbyć się żalu... z
        rodziną jest tak, że jak powiedziałam im o drugim ślubie (tym którego
        chciałam)to tylko zapytali czy jestem pewna, wiedzieli że jestem szczęśliwa więc
        powiedzieli że nie będą się wtrącać, myślę że i oni troszkę zrozumieli, jednak
        chciałabym z nimi szczerej rozmowy, zwłaszcza z mamą, wiem że muszę poczekać na
        tę rozmowę jeszcze troszkę ponieważ sama muszę siebie poukładać, żeby jasno
        wyrazić co czuję i myślę, choć ostatnio pękłam i poleciały mi łzy przy niej na
        pytanie "co się stało" odp "mamo mogłam przegrać życie", mama uśmiechnęła się i
        powiedziała "ale teraz jest dobrze, nie myśl o tym co mogło być" nawet nie wiesz
        jakie szczęście było to usłyszeć... ale nie przeszło to w rozmowę przeze mnie.
        Mama jest teraz dość poważnie chora nie chce jej dodatkowo stresować, wcześniej
        zabierała się do tematu ale ona jakoś zawsze szybko go kończyła, wiem że i dla
        niej nie jest on łatwy. Może lepiej że nie doszło do rozmowy, ja sobie
        poukładamy wszystko i na spokojnie pogadamy, dziś wydaje mi się że cała ta
        sytuacja zmieniła i ją zwłaszcza jak widzi że jestem szczęśliwa :)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka