negatywista
19.03.04, 19:39
Mawia się, że depresja to babska choroba. Chyba tylko i wyłącznie z tego
względu, że kobiety mają mniej blokad w mówieniu wprost o swoich uczuciach,
nie mają w takim stopniu zaimputowanego przez wychowanie przeświadczenia o
niestosowności "użalania się" nad sobą. Ja depresję tłumiłem w sobie parę
lat, mimo, iż czułem, jak ona się we mnie rozrasta, jak spowija mój umysł
coraz ciaśniej i ciaśniej, jak negatywne emocje zaczynają wypalać mnie od
środka coraz dogłębniej. Cały czas zamroczony iluzją, że wewnętrzne zwarcie
sił pozwoli ukręcić łeb tej "chwilowej niedyspozycji", brnąłem w nonsens
czekania, aż samo minie. Za długo. Bałem się, bardzo się bałem tego, co i tak
mnie spotkało - bariery niedowierzania, oskarżeń o próby ułatwiania sobie
życia i zapewniań mnie, że przecież "każdy ma jakieś problemy ze sobą", że
wystarczy zmienić sposób myślenia na bardziej pozytywny...
Kobiety są bardziej sugestywne i spontaniczne w okazywaniu swojego bólu,
przez co, mam takie wrażenie, szybciej i skuteczniej się z niego oczyszczają.
Mam wrażenie, że mają one jakby większe społeczne przyzwolenie na tę chorobę.
Kobiecie z depresją łatwiej znaleźć partnera, co pozwala choćby wyjść z
samotności. Złamana przez los krucha, płaczliwa istota płci żeńskiej wzbudza
u mężczyzn odruch pocieszania, wyzwala opiekuńczość. A facet z depresją?
Która kobieta zbliży się do faceta z depresją? Kobieta oczekuje od mężczyzny
poczucia bezpieczeństwa - egzystencjalnego i psychicznego - a to może dać jej
tylko mężczyzna zaradny, zrównoważony, pewny siebie, silny, zwarty, gotowy.
Czy może być coś równie seksualnie odrażającego dla kobiety niż np. płaczący
facet?
Może macie jakieś kontrargumenty - przydałyby mi się w tej chwili. Nie chcę
podceniać cierpienia kobiet, ale boję się żniwa, jakie zbierze w moim życiu
ta choroba, a tym, co wzmaga mój strach, jest fakt, że jestem facetem.
Facetom bardziej jest w życiu potrzebny bojowy amerykański optymizm.