Dodaj do ulubionych

Czy potrzebuję pomocy...???

08.01.11, 23:08
Witajcie, mam na imię Magda i jestem tutaj pierwszy raz. Chciałabym prosić osoby które spotkały się z depresją o pomoc... nie wiem czy powinnam iść do lekarza czy może poradzę sobie z problemem sama.
3 lata temu rozstałam się z chłopakiem, który mnie zdradził... moje poczucie własnej wartości zostało zrównane do zera, miałam depresje, myśli samobójcze ale z pomocą przyjaciółki udało mi się i nie zwróciłam się o pomoc do specjalisty...problem polega na tym, że minęły 3 lata a ja nie umiem otworzyć się na związek, nie umiem odbudować poczucia własnej wartości, a co najgorsze drobne niepowodzenia sprawiają że stany depresyjne wracają... Dodam, że nie biorę leków i nigdy ich nie brałam. Czy powinnam udać się do specjalisty czy może potrzebuję czasu na uleczenie duszy?
Obserwuj wątek
    • edytunia86 Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 08.01.11, 23:30
      Dobry specjalista nie zaszkodzi.
      • z_przeszloscia Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 08.01.11, 23:40
        edytunia86 napisała:

        > Dobry specjalista nie zaszkodzi.


        Chodzi o to, że to jest dla mnie krępujące... nie wiem czy zdołam obcej osobie o tym opowiedzieć... właściwie nie będę wiedziała od czego rozpocząć, co powiedzieć a co pominąć... poza tym boję się, że uznam mnie za wariatkę.
        • olga_w_ogrodzie Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 08.01.11, 23:54
          to nie idź.
          siedź w domu, sama się diagnozuj i wstydź, że może ktoś Cię uzna za wariatkę.
        • edytunia86 Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 09.01.11, 12:14
          DO psychiatry i terapeuty chodzą pacjenci, którzy potrzebują i sobie nie radzą. Jeżeli chodzi o to , że nie będziesz wiedziała co powiedzieć to powiedz ptrawde. Lekarzowi jak się czujesz , a psychoterapeucie , że sobie nie radzisz jeśli tak jest.
          • edytunia86 Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 09.01.11, 12:15
            to miało być do autorki wątku.
      • asojka31 Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 13.01.11, 14:42
        tu może coś znajdziesz dla siebie mojezdrowepodejscie.blogspot.com/
        • z_przeszloscia Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 14.01.11, 09:27
          asojka31 napisał:

          > tu może coś znajdziesz dla siebie mojezdrowepodejscie.blogspot.com/

          asojka31 dziękuję za link :-)) ciekawy blog :-) faktycznie ćwiczenia fizyczne bardzo pomagają, w ich trakciu i po nich czuję się cudownie :-))
    • lucyna_n Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 09.01.11, 00:00
      tabletki raczej nie są Ci potrzebne, ale może rozmowa z psychoterapeutą?
    • mskaiq Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 09.01.11, 04:18
      Kiedy spotyka nas cos bardzo przykrego to zostaje w nas nawet wtedy
      gdy wydaje sie nam ze najgorszy kryzys minal.
      Bol przez ktory sie przeszlo zostaje, choc nie pojawia sie na co dzien ale
      wraca w chwilach kiedy spotykasz kogos kto Cie interesuje, podoba, itp.
      Pojawia sie przeniesienie tego co ktos przezyl, jest to uczucie bolu czy
      cierpienia ktory sie zna i z tego przez co sie przeszlo w innym zwiazku.
      To ono moze nie pozwalac nawiazac kontaktu z innym mezczyzna, to
      ono moze przynosic stany ktore nazywasz depresyjnymi.
      Przeniesienia sie pojawiaja tak dlugo az przestaja wywolywac stany
      depresyjne albo nie sa w stanie zatrzymac przed zwiazkiem z innym
      mezczyzna.
      Zwykle wybaczenie chlopakowi ktory zdradzil powoduje pozbycie sie
      przeniesienia.
      Jesli chodzi o poczucie wartosci to zastanow sie dlaczego wiazesz je z
      tym ze zdradzil Cie chlopak. To ze ktos kogos zdradza, nie umiejsza jego
      wartsci, choc wiele osob potrafi tak myslec czy odczuwac. Warto zmienic
      ten sposob myslenia.
      Serdeczne pozdrowienia.
      • jael53 Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 09.01.11, 09:57
        Dobry, budzący zaufanie psycholog - to na początek. Bo to jest osoba, która ma kwalifikacje, żeby powiedzieć, co dalej.
        Prawdopodobnie psychoterapia - bo chyba nie będzie źle, jeśli spróbujesz zrozumieć, dlaczego Twoje poczucie własnej wartości było tak "sprzęgnięte" z tym związkiem.
        Rozumiem Cię - że bardzo trudno jest mówić o sobie, a jeszcze trudniej o innych ludziach. Dlatego sugeruję zacząć od wizyty u psychologa - żeby też nieco się z takim mówieniem oswoić.
        • tadzionalepa Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 09.01.11, 10:43
          Heh, mogę coś powiedzieć w tym temacie ;] Mimo że jestem starszy od Ciebie.

          Nie łam się, otwórz się na świat. Nie siedź w domu. To tak na teraz.
          Na dłuższą metę faktycznie sensowne wydaje się wybaczyć tamtemu draniowi i pomyśleć sobie o nim że jest głupkiem że mnie nie chciał ale również mu wybaczyć . Po pierwsze jak zauważyłaś - straciłaś pewność siebie.
          Ludzie lgną do tych pewnych siebie. Mnie rzuciła dziewczyna bo też znalazła jakiegoś pewniejszego siebie.

          Rób pieniądze ubieraj się , uśmiechaj a zobaczysz że w końcu i dla Ciebie słoneczko się zaświeci.
          A i jeszcze jedno - nie oglądaj się na innych. Bądź i rób to co uważasz za stosowne . Twoje serce i dusza musi być szczera - tylko wtedy będziesz spokojna ze sobą .

          Porady Mskaiq tutaj najcenniejsze i najsensowniejsze wg mnie .
        • edytunia86 Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 09.01.11, 12:18
          Nikomu nie jest łatwo chyba się otworzyć , ale trzeba sie chyba tego nauczyć.
          • z_przeszloscia Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 09.01.11, 12:57
            To znaczy to wygląda tak, że ja już zrozumiałam, że nie chciałabym z nim już być... nie tęsknię za nim...ale do moich marzeń... o takiej prawdziwej miłości, o rodzinie. Każdy nowy mężczyzna w moim życiu jest odpychany... wymyślam różne powody: ostatnio nawet czas pracy mi nie pasował...wiem, że to nie jest normalne ;) ale to stanowiło pretekst żeby zakończyć znajomość.

            Mskaiq pytasz dlaczego wiążę moje poczucie wartości z nim.... powiem tak, nie z nim tylko z tym co powiedział... kiedyś podobałam się sobie, lubiłam poznawać nowych ludzi, byłam otwarta i zawsze uśmiechnięta, optymistka... do czasu gdy usłyszałam, że byłam BŁĘDEM... i że zostałam zdradzona... czyli ktoś był piękniejszy.... zatem przestałam myśleć jestem ładna, jestem interesująca... zmieniłam swoje zdanie o sobie...dodatkowo pojawiły się problemy z wagą co jeszcze bardziej spowodowało że przestałam się sobie podobać. Sytuacja wygląda tak że mężczyzna mówi mi podobasz mi się, jesteś piękna... a ja sobie myślę chyba żartujesz, nie jestem! he he to trochę skomplikowane ale zastanowię się nad tym...


            Kochani dziękuję Wam za wszystkie posty... faktycznie chyba postaram się przełamać i pójdę do lekarza. Pozdrawiam gorąco!
            • z_przeszloscia ps 09.01.11, 12:59
              ale jak wybaczyć? jak mam to zrobić?
              • tadzionalepa Re: ps 09.01.11, 13:59
                olej gościa , jeśli przeżywasz 3 lata a on już dawno o Tobie zapomniał nie jest wart Ciebie, takie jest moje zdanie !
                • zoliborski_goral Re: ps 11.01.11, 16:47
                  No sam widzisz:-)
              • jael53 Re: ps 09.01.11, 15:31
                Ale właściwie - co wybaczyć? To, że gość uznał, że się pomylił? Popełnił błąd? Że ze stu powodów nie widział możliwości bycia razem?
                Widocznie miał swoje wyobrażenie o tym, co mu odpowiada, czego oczekuje. To, że Ty nie spełniasz czyichś oczekiwań ani wyobrażeń to nie jest ani Twoja "wina", ani Twój brak; nie jest to też jego "wina" - że ma takie, a nie inne oczekiwania i że Ty mu się z nimi nie zgadzasz.
                Ludzie się zmieniają - wcale nie razem; i po kilkunastu latach zauważają, że dalsze trwanie razem byłoby błędem... czy i wtedy też trzeba koniecznie znaleźć winnego? Bez obwiniania siebie lub kogoś nie można zrozumieć, że nie każdemu z każdym jest po drodze? Ani że takich rzeczy - kim będziemy za 5 - 10 lat i kim będą wtedy nasi bliscy - nie sposób przewidzieć?
                • tadzionalepa Re: ps 09.01.11, 15:59
                  nie sluchaj jael53

                  olej go, tego kwiatu jest pół światu .
                  • z_przeszloscia Re: ps 09.01.11, 19:00
                    he he słucham każdego... kto ma ochotę ze mną rozmawiać i udzielać mi rad :-))

                    tadzionalepa oj jest jest...ale ja jakoś nie mogę się zakochać a bardzo chcę... dojrzałam już do tego :-))

                    Pozdrawiam Was serdecznie!!






                    tadzionalepa napisał:

                    > nie sluchaj jael53
                    >
                    > olej go, tego kwiatu jest pół światu .
                • z_przeszloscia Re: ps 09.01.11, 18:57
                  jael53 napisała:

                  > Ale właściwie - co wybaczyć? To, że gość uznał, że się pomylił? Popełnił błąd?
                  > Że ze stu powodów nie widział możliwości bycia razem?
                  > Widocznie miał swoje wyobrażenie o tym, co mu odpowiada, czego oczekuje. To, że
                  > Ty nie spełniasz czyichś oczekiwań ani wyobrażeń to nie jest ani Twoja "wina",
                  > ani Twój brak; nie jest to też jego "wina" - że ma takie, a nie inne oczekiwan
                  > ia i że Ty mu się z nimi nie zgadzasz.
                  > Ludzie się zmieniają - wcale nie razem; i po kilkunastu latach zauważają, że da
                  > lsze trwanie razem byłoby błędem... czy i wtedy też trzeba koniecznie znaleźć w
                  > innego? Bez obwiniania siebie lub kogoś nie można zrozumieć, że nie każdemu z k
                  > ażdym jest po drodze? Ani że takich rzeczy - kim będziemy za 5 - 10 lat i kim b
                  > ędą wtedy nasi bliscy - nie sposób przewidzieć?


                  Jael53 oczywiście masz rację.... mógł zmienić zdanie ale też mógł mi powiedzieć, że przestał mnie kochać, nie rozumiemy się itd a nie użyć słowa BŁĄD - to zabolało... Byliśmy ze sobą 2 lata, to jednak nie są 2 miesiące... Każdy się zmienia ale błędem dla nikogo nie jestem...
                  • jael53 Re: ps 11.01.11, 14:37
                    To był jego błąd. Więc niech sobie to roztrząsa - dlaczego błądził, dlaczego ma niedostatek refleksu... Dlaczego Ty masz się obwiniać za to, że "przyczepił" do Ciebie swoje iluzje? - a kiedy zaczęły mu się "odlepiać", zabrał zabawki i poszedł?
                    Odnoszę wrażenie, że na dobre sama do siebie "przylepiłąś" ten błąd: uznałaś, że to z Tobą jest coś nie tak.
                    A że mógł powiedzieć inaczej... pewnie i mógł. Tyle że wtedy musiałby chyba trochę lepiej wiedzieć, o co mu chodzi. A z tym, obawiam się, bywa różnie. Nie tylko w przypadku Twojego byłego faceta.
                    • jael53 Re: trochę o błędach 11.01.11, 16:02
                      Średnio kilka razy w roku słyszę o "życiowym błędzie" pewnego starego znajomego. Nie jestem wyjątkiem - to jest temat przewodni, którym ów pan raczy wszystkich. Ten "życiowy błąd" to jego żona, od ponad 20 lat ta sama. Zdradzana na lewo i prawo, oszukiwana, ośmieszana... "Obdarwowywana" litością przez ludzi, którzy jej nie znają; i wyśmiewana - jak może to znosić? I że "sama chciała" (bo jedną z wersji, wyjaśniających "życiowy błą" jest ta, że ożenił się z litości - że taka bida, ani ładna, ani mądra...i że tak za nim łaziła).
                      Uwiązana do domu i dzieci od samego początku małżeństwa, nie przepracowała ani pół roku. Właściwie nie ma zawodu, własnych środków... jest całkowicie zależna. Od lat tkwi w depresji; liczy tylko na usamodzielnienie się dzieci.
                      O tym znajomym mam swoje zdanie: facet, który "biznesowo" (potrzebuje wizerunku człowieka statecznego i rodzinnego) trzyma się kobiety, wobec której nie umie (czy też nie ma ochoty) być uczciwy, i do tego rozpowiada o niej paskudne historie sam daje sobie świadectwo. Bo jeśli ta żona to "życiowy błąd", no to kim jest on, że wiedząc o tym, dalej w tym tkwi? Jeśli ta żona jest taka żałosna oślica, no to kim jest mąż, który ma taką żonę? - a wszystko, co robi, to mazgai się znajomym i "obstawia się" mniej i bardziej przelotnymi kochankami?
                      • tadzionalepa Re: trochę o błędach 11.01.11, 16:53
                        Widzi pani kierownik :) Jacy sa faceci ?
                        Mnie probowałaś umoralniać ...
                        Ja przynajmniej nikogo nie zdradziłem. Mniej więcej wiem gdzie leży mój błąd .
                        Dziękuję Państwu , do widzenia
                      • lucyna_n Re: trochę o błędach 11.01.11, 18:00
                        przygnębiajaca historia, niestety jakże częsta
                        a po jej śmierci będzie wielkie opłakiwanie i wspominanie zalet i cnót i wielkie żałowanie, bo kochanki na starucha nie polecą, obiadku pod pysk nie podstawią, gaci nie poskladaja w kant, maściami smarować nie będą i tableteczek pilnować. Zginie, przepadnie rajska wygoda domowych pieleszy. Dzieci wychowane w takim domu też wsparcia nie będą stanowiły, raczej będą czekały na spadek.
                        mam taki przypadek wsrod znajomych, zmarnowane życie swoje i rodziny.
                        • jael53 Re: trochę o błędach 11.01.11, 19:01
                          Niestety. Tam są jeszcze w tle bardzo solidne pieniądze. Dla których - być może - była też "cicha zgoda" na upokorzenie itd. I paskudna, sadystyczna frajda, że przez wzgląd na tę kasę można sobie pozwalać, jak się żywnie podoba.
                          W tej historii jest dużo materiału na wybaczanie - albo i dość powodów na rzetelnego kopa. I nie chodzi o słowa; chodzi o całe to (niebawem) ćwierć wieku. I o systematyczne papranie życia niewyłącznie sobie nawzajem - także dzieciom; także bliskim - bo przecież uwikłali w to bliższych i dalszych krewnych.
                          • lucyna_n Re: trochę o błędach 11.01.11, 20:21
                            czasem wcale nei ma pieniędzy a kobiety i tak tkwią w podobnych związkach.
                            jakkolwiek nikt by jej nie zrozumiał gdyby odeszła, przecież "miała wszystko", przypuszczalnei zostalaby naprawdę sama, bo wszyscy by się odsuneli od takiej "zdrajczyni i złej niewdzięcznej kobiety"
                            czasem to sobie myślę że niektórzy są uwiklani tak że już albo kamień do szyi albo walka z całym światem.
                            • jael53 Re: trochę o błędach 11.01.11, 21:46
                              Często i tak bywa; to nawet na sali sądowej nieraz wyłazi - że kobieta (nie daj boże, gdy pozwana, a nie powódka) jest traktowana z góry: nie wie, co dla niej dobre; nie zna swojego miejsca... a ponieważ nie chce godzić się na rzeczy, na które - poza małżeństwem - dorośli ludzie w ogóle się nie godzą, to "jest niedojrzała".

                              Streściłam pewną historię, bo znajomy znów zaczął serię wyżalań; pomyślałam więc, że młoda kobieta, autorka wątku, byż może znajdzie punkt zaczepienia dla "innego spojrzenia" i na swoją historię.

                              Z tym nieszczęsnym małżeństwem - choć znajomemu wersja jego przeszłości już się ze 7 razy zmieniła - było tak: że to on się upierał: żenić się już, zaraz, natychmiast... bo tak obiecał, bo jego honor... słowem - zafiksowany był wyłącznie na swoim idealnym ego. Wycofanie się z licealnego narzeczeństwa? A, w życiu! - przecież wyszedłby na słabeusza itd. O mało mu się głowa nie odkręcała za każdą dziewczyną... no to co? On jest ten Zawisza, dał słowo, to przepadło. A że to poważna sprawa, małżeństwo? "Trudno, będzie, co ma być". No i jest.


                    • z_przeszloscia Re: ps 11.01.11, 22:32
                      Jael53 wiesz, że masz rację... dokładnie tak jest no 'przyczepiłam się' do tego błędu i mnie to trochę przesladuje...
                      • jael53 Re: ps 12.01.11, 09:19
                        Wiesz? Może będzie na temat, gdy "obejrzysz pod światło", powody, które stały za tym, żeby akurat to określenie tak mocno "przywiązać" do siebie; nadać mu sens akurat taki, jak nadałaś. Choć to nie jest sens ani jedyny, ani wcale nie taki najbardziej oczywisty.
                        Co więc tkwi pod Twoją interpretacją? I dlaczego ona Cię tak bardzo "przekonała", że aż nabiera mocy "wątku prześladowczego"?
                        Możesz do rozsupływania takiej kwestii "zatrudnić" terapeutę - wspólnie taka robota (zwykle) idzie znacznie sprawniej.
                        • z_przeszloscia Re: ps 12.01.11, 16:18
                          jael53 napisała:

                          > Wiesz? Może będzie na temat, gdy "obejrzysz pod światło", powody, które stały z
                          > a tym, żeby akurat to określenie tak mocno "przywiązać" do siebie; nadać mu sen
                          > s akurat taki, jak nadałaś. Choć to nie jest sens ani jedyny, ani wcale nie tak
                          > i najbardziej oczywisty.
                          > Co więc tkwi pod Twoją interpretacją? I dlaczego ona Cię tak bardzo "przekonała
                          > ", że aż nabiera mocy "wątku prześladowczego"?
                          > Możesz do rozsupływania takiej kwestii "zatrudnić" terapeutę - wspólnie taka r
                          > obota (zwykle) idzie znacznie sprawniej.



                          chyba tak zrobię, ponieważ przez 3 lata jakoś nie udalo mi się tego zrozumieć.... niestety :-) Pozdrawiam
              • zoliborski_goral Re: ps 11.01.11, 16:45
                Ale przeczytaj co napisałaś, zaszokowało Cię to że ktoś mógł być piękniejszy??? Nie czepiam się słówek ale sama przyznasz że nie jest to realistyczne...Pomyśl o tym. Może rzeczywiście rozmowa z psychologiem pomoże przywrócić Ci poczucie realizmu. Sami sobie dołki kopiemy. Już dawno to stwierdziłem na sobie, brak kontaktu z rzeczywistością to przyczyna klęsk.
              • panna.m.igotka Re: ps 18.01.11, 16:05
                z_przeszloscia napisała:

                > ale jak wybaczyć? jak mam to zrobić?

                Nie jest prosto drugiej osobie wybaczyć tak do końca. Swego czasu też byłam w podobnej do ciebie sytuacji emocjonalnej. I mimo, że juz minęło trochę czasu, to jednak coś wewnątrz nas i tak pozostanie. Myślę, że jeśli czujesz, że jesteś gotowa na nowy związek, powinnaś zaryzykować. Inaczej na każdego nowo poznanego mężczyznę będziesz patrzeć z punktu widzenia wcześniejszych przykrych doświadczeń. Myślę, że lekarz nie jest ci potrzebny. Z ciekawości możesz udać się do psychiatry i porozmawiać, ale nie liczyłabym na terapię "cud". Pozdrawiam
    • kitajka.online Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 11.01.11, 22:20
      Bardzo to przezywasz ,polecam ksiazke Potega podswiadomosci,jest naprawde dobra.
      pozdrawiam
      kitajka-vivecka.blogspot.com/
      • z_przeszloscia Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 11.01.11, 22:40
        dzięki. przeczytam :-))





        kitajka.online napisała:

        > Bardzo to przezywasz ,polecam ksiazke Potega podswiadomosci,jest naprawde dobra
        > .
        > pozdrawiam
        > kitajka-vivecka.blogspot.com/
    • mskaiq Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 12.01.11, 11:27
      napisalas
      > Każdy nowy mężczyzna w moim życiu jest odpychany... wymyślam różne p
      > owody: ostatnio nawet czas pracy mi nie pasował...wiem, że to nie jest normalne
      > ;) ale to stanowiło pretekst żeby zakończyć znajomość.
      Zawsze znajduje sie bardzo wiele powodow kiedy czegos sie nie chce.
      Mysle ze za tym wszystkim stoi nieswiadomy lek, ze Ci sie to moze
      przydazyc.
      Mozesz go nie odczuwac a wlasnie powinnas go odczuwac bo po zlych
      doswiadczeniach lek jest calkiem naturalny.
      Zaakceptuj lek, masz do niego prawo, ale zaakceptuj rowniez ze jedno
      zle doswiadczenie nie mozna przenosic na wszystkich mezczyzn.

      Nspisalas
      > Mskaiq pytasz dlaczego wiążę moje poczucie wartości z nim......
      Kiedy zostalas zdradzona zaprzeczylas, lub wyparlas Swoja urode a
      kiedy to sie robi wtedy pozbawia sie jej i dlatego w Twoim przekonaniu
      juz jej nie masz.
      Nadal ja masz dla mezczyzn dlatego Ci o niej mowia.

      Trzeba zakceptowac ze dwa przeciwienstwa, urode i brzydote. One sie
      dopelniaja. Nie ma urody bez brzydoty i brzydoty bez urody.
      Serdeczne pozdrowienia.
      • z_przeszloscia Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 12.01.11, 16:28
        mskaiq napisał:

        > napisalas
        > > Każdy nowy mężczyzna w moim życiu jest odpychany... wymyślam różne p
        > > owody: ostatnio nawet czas pracy mi nie pasował...wiem, że to nie jest no
        > rmalne
        > > ;) ale to stanowiło pretekst żeby zakończyć znajomość.
        > Zawsze znajduje sie bardzo wiele powodow kiedy czegos sie nie chce.
        > Mysle ze za tym wszystkim stoi nieswiadomy lek, ze Ci sie to moze
        > przydazyc.
        > Mozesz go nie odczuwac a wlasnie powinnas go odczuwac bo po zlych
        > doswiadczeniach lek jest calkiem naturalny.
        > Zaakceptuj lek, masz do niego prawo, ale zaakceptuj rowniez ze jedno
        > zle doswiadczenie nie mozna przenosic na wszystkich mezczyzn.
        >

        nie odczuwam lęku, raczej po pewnym czasie zobojętnienie... chcę stworzyć związek ale kązdy mężczyzna którego poznaję nie jest taki jaki ma być, to znaczy taki jakiego szukam... do tego dochodzi frustracja, brak chęci do dalszego poszukiwania, spotkań... wiem, że to chore co napiszę ale ja zazwyczaj po jednym spotkaniu lub po jednym zdaniu, geście juz wiem czy będzie następne. czasem mam takie wrażenie że zamknęłam się, okopałam się i czekam aż ktoś znajdzie ten sposób dotarcia do mnie... pozdrawiam :-)))
        • mskaiq Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 13.01.11, 12:58
          No wlasnie, powinnas czuc strach ze w nastepnym zwiazku mozesz byc
          oszukana rowniez, taka reakcja jest naturulana reakcja.
          W zamian tego masz takie odczucia jak opisujesz.
          To moze pozostac Ci do konca zycia, tylko Ty mozesz to zmienic,
          tylko Ty mozesz przezwyciezyc ten brak zainteresowania. Moze Ci
          w tym pomoc psychoterapeuta. Nie jest latwo odzyskoc to co sie
          utracilo.
          Serdeczne pozdrowienia.
          • jael53 Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 14.01.11, 13:33
            Magdo - nudni i do bólu przewidywalni faceci się zdarzają; kobiety też. To fakt.

            Kwestia ważna, to Twoja motywacja, żeby "stworzyć związek". Najprostsze możliwe pytania: 1. A po co Ci on? 2. Czego oczekujesz od związku?
            • z_przeszloscia Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 14.01.11, 14:12
              jael53 napisała:

              > Magdo - nudni i do bólu przewidywalni faceci się zdarzają; kobiety też. To fakt
              > .
              >
              > Kwestia ważna, to Twoja motywacja, żeby "stworzyć związek". Najprostsze możliwe
              > pytania: 1. A po co Ci on? 2. Czego oczekujesz od związku?


              he he to znaczy oni może nie są nudni ale mnie znudziły te poszukiwania... po iluś tam spotkaniach... na każdym kolejnym nudzę się, nie mam ochoty poznać osoby z którą się spotkałam... mam wrażenie że to nie ma sensu bo i tak nie znajdę faceta który mnie zainteresuje.

              Przez 3 lata udało mi się zrozumieć siebie, swoje potrzeby i wiem kogo szukam, jaki związek chcę stworzyć a kogo omijam dużym łukiem... jestem w pełni świadoma tego czego chcę. dużo trudniejsze okazuje się pytanie nr 1 - po co mi związek. Potrzebuję miłości, nie czuję satysfakcji i radości bo nie jestem spełniona na tej płaszczyżnie, moje zycie wydaje mi sie puste, jakby pozbawione uczuć. To trochę wynika z tego, że chociaż kocham swoja pracę to rodzina, dzieci są dla mnie bardzo ważne..a tego w moim życiu nie ma. Dla mnie związek to w dalszej perspektywie rodzina i dziecko. Odrzucam facetów bo nie chcę tylko seksu czy namiastki miłości.
              • jael53 Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 14.01.11, 16:33
                z_przeszloscia napisała:

                dużo trudniejsze okazuje się pytanie nr 1 - po co mi związek
                > . Potrzebuję miłości,

                No i tu się czekamy z otwartym parasolem. Utożsamianie POTRZEBY miłości ze zdolnością i gotowością do niej to znakomity sposób na wpakowanie się w pułapkę.

                nie czuję satysfakcji i radości bo nie jestem spełniona n
                > a tej płaszczyżnie, moje zycie wydaje mi sie puste, jakby pozbawione uczuć.

                Czyli - i to, co dalej też na to wskazuje - oczekujesz od związku (czyli faktycznie od partnera) zapełnienia jakiegoś braku. A dlaczego ktoś w ogóle miałby podejmować się czegokolwiek na Twój benefis? - to następne bardzo proste pytanie.

                To
                > trochę wynika z tego, że chociaż kocham swoja pracę to rodzina, dzieci są dla m
                > nie bardzo ważne..a tego w moim życiu nie ma. Dla mnie związek to w dalszej per
                > spektywie rodzina i dziecko.
                Odrzucam facetów bo nie chcę tylko seksu czy namia
                > stki miłości.
                • z_przeszloscia Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 14.01.11, 22:27
                  jael53 napisała:

                  > z_przeszloscia napisała:
                  >
                  > dużo trudniejsze okazuje się pytanie nr 1 - po co mi związek
                  > > . Potrzebuję miłości,
                  >
                  > No i tu się czekamy z otwartym parasolem. Utożsamianie POTRZEBY miłości ze zdol
                  > nością i gotowością do niej to znakomity sposób na wpakowanie się w pułapkę.

                  utożsamiałam pojawienie się tej potrzeby z moją gotowością na miłość i na nowy związek... szczerze mówiąc trochę myślałam o tym co mi napisałeś i faktycznie tak do końca nie jest. obawiam się, że mogłabym zadręczyć mojego faceta... powód: brak zaufania i brak wiary w jego słowa... czyli miałeś rację...



                  >
                  > nie czuję satysfakcji i radości bo nie jestem spełniona n
                  > > a tej płaszczyżnie, moje zycie wydaje mi sie puste, jakby pozbawione uczu
                  > ć.
                  >
                  > Czyli - i to, co dalej też na to wskazuje - oczekujesz od związku (czyli faktyc
                  > znie od partnera) zapełnienia jakiegoś braku. A dlaczego ktoś w ogóle miałby po
                  > dejmować się czegokolwiek na Twój benefis? - to następne bardzo proste pytanie.


                  tak, brakuje mi miłości, czułości, wsparcia, poczucia bezpieczeństwa, chciałabym zasypiać i budzić się koło osoby ktorą kocham.. mam znajomych przyjaciół, rodziców oni mnie wspierają, kochają, są przy mnie gdy ich potrzebuję ale czuję że to nie to. To nie jest tak, że nie mam zajęć, pasji i to mój partner ma wypełnić sobą moje życie

                  • jael53 Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 15.01.11, 10:06
                    z_przeszloscia napisała:
                    > utożsamiałam pojawienie się tej potrzeby z moją gotowością na miłość i na nowy
                    > związek... szczerze mówiąc trochę myślałam o tym co mi napisałeś i faktycznie t
                    > ak do końca nie jest. obawiam się, że mogłabym zadręczyć mojego faceta... powód
                    > : brak zaufania i brak wiary w jego słowa...
                    >
                    > Potrzeba to jest sygnał, że czegoś nie masz. I oczekujesz, że ktoś Ci ten brak zapełni. Już samym tym oczekiwaniem można człowieka przytłoczyć.
                    >
                    > tak, brakuje mi miłości, czułości, wsparcia, poczucia bezpieczeństwa, chciałaby
                    > m zasypiać i budzić się koło osoby ktorą kocham.. mam znajomych przyjaciół, rod
                    > ziców oni mnie wspierają, kochają, są przy mnie gdy ich potrzebuję ale czuję że
                    > to nie to. To nie jest tak, że nie mam zajęć, pasji i to mój partner ma wypełn
                    > ić sobą moje życie

                    Widzisz siebie jako "stronę bierną" - oczekującą, potrzebującą, przyjmującą... Jesteś kochana, wspierana; otoczenie reaguje na Twoje potrzeby. Na tym się skupiasz. "Strona czynna" znikła? jest mało istotna?

                    No i przemknęło to proste pytanie: dlaczego ktokolwiek miałby spełniać Twoje marzenia i potrzeby?
                    >
              • zoliborski_goral Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 14.01.11, 20:45
                I tak nie jest źle. Funkcjonujesz, choć wbrew temu co piszesz nie wydaje mi się żebyś siebie rozumiała, czyli miała z sobą kontakt . Tym nie mniej, wielu z tego forum może Ci zazdrościć.
                • z_przeszloscia Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 14.01.11, 22:19
                  zoliborski_goral napisał:

                  > I tak nie jest źle. Funkcjonujesz, choć wbrew temu co piszesz nie wydaje mi się
                  > żebyś siebie rozumiała, czyli miała z sobą kontakt . Tym nie mniej, wielu z t
                  > ego forum może Ci zazdrościć.

                  hhhmm a dlaczego nie rozumiem siebie... kiedyś byłam bardziej zdołowana, ale zacisnęłam zęby...
                  • mskaiq Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 15.01.11, 00:06
                    To ze zacisnelas zeby to widac. Wiele emocji wyparlas i wyprojektowas na
                    innych
                    Napisalas
                    >dużo trudniejsze okazuje się pytanie nr 1 - po co mi związek. Potrzebuję miłości, nie czuję >satysfakcji i radości bo nie jestem spełniona na tej płaszczyżnie, moje zycie wydaje mi sie >puste, jakby pozbawione uczuć. To trochę wynika z tego, że chociaż kocham swoja pracę to >rodzina, dzieci są dla mnie bardzo ważne..a tego w moim życiu nie ma. Dla mnie związek to >w dalszej perspektywie rodzina i dziecko. Odrzucam facetów bo nie chcę tylko seksu czy >namiastki miłości.
                    No wlasnie, najlepiej miec rodzine i dziecko ale bez zwiazku i faceta. Tyle
                    ze jest to niemozliwe.
                    Potrzebujesz pomocy psychoterapeuty, wiele Twoich uczuc zniknelo, wiele
                    zmienilo swoj sens.
                    To trzeba odzyskac aby moc sie pozbyc tych problemow ktore masz.
                    Pozostawione beda coraz silniejsze i doprowadza do wielu problemow
                    psychicznych. To co sie z Toba dzieje to poczatek. Jesli nie zlekcewazysz
                    tego co sie dzieje obecnie i poszukasz pomocy psychoterapeuty to
                    wyjdziesz z tego bez szwanku.
                    Jesli zlekcewazysz to zobaczysz czym jest depresja i zrozumiesz dlaczego
                    Zoliborski_goral napisal ze nie jest tak zle z Toba.
                    Serdeczne pozdrowienia.
                    • z_przeszloscia Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 15.01.11, 10:12
                      mskaiq napisał:

                      > To ze zacisnelas zeby to widac. Wiele emocji wyparlas i wyprojektowas na
                      > innych
                      > Napisalas
                      > >dużo trudniejsze okazuje się pytanie nr 1 - po co mi związek. Potrzebuję m



                      Tak, to prawda... wyrzuciłam z siebie uczucia... Masz rację chyba zdecyduję się na taką psychoterapię... tylko trochę się boję.... nie wiem jak ona wygląda, jak długo trwa... tutaj jestem anonimowa a w gabinecie psychoterapeuty już nie... komuś kogo zupełnie nie znam będę musiała opowiadać o swoich uczuciach... to straszne...troszkę...
                      • lucyna_n Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 15.01.11, 10:16
                        w gabinecie terapeuty jesteś zdecydowanie bardziej anonimowa niż tutaj, Twoje problemy zna terapeuta a nie cały internet.
                  • lucyna_n Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 15.01.11, 10:15
                    zbyt wiele czynników zewnętrznych posądzasz o bycie powodem Twojego poczucia ogólnego nieszcześcia. Takie wydawanie się że jak tylko to i to się spełni to ja już będę szczęśliwa to jest ułuda. Związek można budować wtedy kiedy człowiek sam ze sobą się dobrze czuje inaczej zawiśnei na tym drugim w charakterze fikusa dusiciela. Taka sytuacja mało komu odpowiada i podpora w taki czy inny sposób się zniechęci w końcu do podpierania i bluszcz opadnei z szelestem.
                    Trzeba tak pokombinować żeby nauczyć się czuć dobrze sama ze sobą to i w związku nie będzie problemów, bo nikt nie będzie musiał robić za protezę i rekompensatę tego czy owego i spełniać jakże często zbyt wygorowane wymagania.
                    • z_przeszloscia Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 15.01.11, 11:30
                      lucyna_n napisała:

                      > zbyt wiele czynników zewnętrznych posądzasz o bycie powodem Twojego poczucia og
                      > ólnego nieszcześcia. Takie wydawanie się że jak tylko to i to się spełni to ja
                      > już będę szczęśliwa to jest ułuda. Związek można budować wtedy kiedy człowiek
                      > sam ze sobą się dobrze czuje inaczej zawiśnei na tym drugim w charakterze fikus
                      > a dusiciela. Taka sytuacja mało komu odpowiada i podpora w taki czy inny sposób
                      > się zniechęci w końcu do podpierania i bluszcz opadnei z szelestem.
                      > Trzeba tak pokombinować żeby nauczyć się czuć dobrze sama ze sobą to i w związk
                      > u nie będzie problemów, bo nikt nie będzie musiał robić za protezę i rekompensa
                      > tę tego czy owego i spełniać jakże często zbyt wygorowane wymagania.

                      Dziękuję Wam za pomoc i rady. Pozdrawiam ciepło
                    • al_bundy123 Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 16.01.11, 17:57
                      no dobra nie można się nie zgodzić z tym co piszesz :) tylko to chyba standardowa procedura że zakłada się że jak coś tam w życiu się zmieni ( nie chodzi mi o jakieś tam przyczepianie się do kogoś i wiązanie z nim wszystkiego bo wiadomo co i jak) to będzie lepiej jest to jakiś motor napędowy życia ale co wtedy jeśli spędzi się całe życie na szukaniu tego spokoju, a lata lecą i potem co ? co jeśli nie starczy czasu na poukładanie wszystkiego po kolei ? czyli podejście wyżej opisane zmieni się na "nie nie teraz tego nie mogę bo jestem na etapie porządkowania" :) trochę taka ryzykowna zabawa i można to i owo po drodze stracić. Ja nie zakładam że jak już nie będę sam to wszystko będzie lepiej bo wiem że to nie ma sensu bo jak nie byłem sam to moje myśli wyglądały podobnie tzn było coś innego co nie pozwalało mi się cieszyć tym co mam. Nie myślę w ten sposób. Po prostu chcę być szczęśliwy moze szczęśliwy to za duże słowo to może zadowolony. Problem jest taki że już od powiedzmy 4-5 lat tak nie jest. Mam jeszcze takie wspomnienia że kiedys tam wstawałem rano pełen chęci do pracy i życia i właściwie takiego uczucia szukam. Staram się realizować na innych polach, nie wiem czy mi to wychodzi ale staram się być dobrym bratem, synem, pracownikiem, kolegą itp itd. Realizować jakieś tam skromne ambicje w różnych dziedzinach. Tylko że to jest jakby ucieczka do przodu zagłuszanie tych negatywnych uczuć (no właśnie jakich i skąd one się wzięły) , odskocznia na chwilę i nic poza tym. Niby się funkcjonuje normalnie ale ... Mało co sprawia mi już przyjemność ale wiem że jak nie będę tego robił to będzie tylko gorzej. Kiedyś usłyszałem że żeby z tego wyjść to należy przewartościować swoje życie ale za cholerę samemu mi się to nie udaje:/

                      Po przeczytaniu tego wątku dochodzę jednak do wniosku że podobnie jak autorka powinienem się jednak wybrać do psychologa ewentualnie spróbować się wybrać tylko że tu zaczynają się schody , pomijając już takie odczucia jak te że nic mi to nie da, że przecież ja dobrze wiem co mi powie albo spróbuje powiedzieć i jak będzie po kolei obalać i piętnować absurdy mojego sposobu myślenia, przecież ja dobrze wiem z perspektywy czasu co było źle (a może i nie wiem ?) następne że nie wiem czy się chce babrać w tej swojej przeszłości (babrałem się w niej w każdej wolnej chwili w swojej głowie i to w dużym stopniu doprowadziło mnie tu gdzie jestem no i plus moja głupota oczywiście :)) to nie wiem czy psychologowi uda się tak poprowadzić rozmowe żeby to on tym kierował a nie ja :/ bo miałem już takie doświadczenia (młoda psycholog 3-4 lata po studiach). z drugiej strony wolałbym rozmawiać z kobietą niż z mężczyzną (jakoś głupio by mi było się wypłakiwać przy mężczyźnie tzn tak myśle) nie miałem większych problemów z otwarciem się na rozmowie tylko kurcze nie wiem co z tego wyjdzie. Może jakas konkretna terapia albo coś co będzie w jakiś sposób nieracjonalne bo inaczej to nie wiem :( A moze się boję co się stanie jak kolejna podejście się nie uda i tak sobie gdybam eh
                      Pozdrawiam
                      G
                      • mskaiq Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 17.01.11, 12:28
                        >Staram się realizować na innych polach, nie wiem czy mi to
                        >wychodzi ale staram się być dobrym bratem, synem, pracownikiem, kolegą
                        >itp itd. Realizować jakieś tam skromne ambicje w różnych dziedzinach

                        A nie myslales ze takie staranie sie byc dobrym bratem, synem, pracownikiem
                        czesto jest zwiazane z tym ze pozbywasz sie przeciwienstw tzn zlym bratem,
                        synem i pracownikiem.
                        Pozbywanie sie przeciwienstw czesto oznacza wyparcie ich, i projekcje na innych.
                        Oznacza to ze zaczyna sie dostrzegac ze pracodawca nie jest dobry, brat ani
                        rodzice nie nie odzwajemnia naszych staran.
                        Trzeba szukac pomocy psychoterapeuty, pomimo watpliwosci. Napewno jest
                        wielu ktorzy moga Ci pomoc ale sa rowniez tacy ktorzy nie potrafia.
                        Serdeczne pozdrowienia.
                      • lucyna_n Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 18.01.11, 16:25
                        bo wszystko jest ok jeśli ma właściwą miarę,
                        naturalnym jest czekanie i manie nadziei na udany związek jeśli jest się samotną osobą i właściwie nienormalne by było gdyby człowiek czuł inaczej, że nowy związek nic a nic go nie zmieni, nie wpłynie na jego osobiste poczucie szczęśliwości i dobrostan, po to właśnie szuka się milości żeby czuć się szczęśliwym. Problem rodzi się wtedy kiedy człowiek odkłada swoje dzisiejsze życie i stwierdza że naprawdę zacznie żyć dopiero jak zostaną spełnione jakieś warunki, czyli teraz przeczekuję i upycham dzień za dniem a żyć zacznę "naprawdę" dopiero jak np znajdę dziewczynę, chlopaka co tam kto lubi, a jak już to jest to zaczynają się dalsze schody, nasz związek będzie dopiero wtedy prawdziwie szczęśliwy jak: będziemy mieli własne lokum, większe loku, domek z ogródkiem, willę na riwierze, lepsze zarobki, dziecko podrośnie i tak to można ciągnąć do usmarkanej śmierci nie czując się nigdy szczęśliwym w pełni. Ludzie nie umieją żyć tu i teraz wciąż sami sobei a przy okazji i innym stawiają warunki, czują że jeszcze nie żyją naprawdę, tylko ciągle jakby coś przeczekują, a potem tak jak piszesz okazuje się że tak jak napisałeś życia może zabraknąć nawet tego bardzo długiego.

                        W oderwaniu od Twojego postu tak mi jeszcze chodzi po głowie, że
                        bardzo często czytam wypowiedzi kobiet które nigdy z niczego nie potrafią być szczęśliwe bo ciągle mają w głowie nowe wyobrażenia o szczęściu, wciąż się porównują z innymi co inni mają a czego ja nie, marudzą że mąż ma hobby a ona się w tym czasie nudzi, same ze sobą nei umieją przebywać, jak mają pracę to się zadręczają porownaniami do wychowujących dzieci w domu koleżanek że to takie "dobre" matki, jak siedzą w domu to czują że marnują życie bo prawdziwe żeycie płynie obok w nurcie pracowniczym a w ich domu to jest fatamorgana? a nie życie? Cokolwiek w życiu się nie dzieje to nie jest TO, trawa bardziej zielona zawsze u sąsiada, i myślę sobei że to fatalne jest, samounieszczęśliwienie z ktorego otrząsają się dopiero w obliczu jakiejś tragedii życiowej, ciężkiej choroby itp.

                        Sama też kiedyś tak chyba myślałam, wciąż człowiek gonił za stadem myśląc że stado robi tak jak się robić powinno, a tu proszę nagle bęc, kozi róg. Trzeba było zacząć sobei żmudnie we łbie przestawiać co ważne a co nie, w czym tkwi MOJE szczęście a co jest zbędnym balastem. Nie wiem czy koniecznie trzeba psychologa do tego żeby sobie spokojnie mądrości życiowej nabywać i swoje życie meblować, moim zdaniem wystarczy myśleć i być otwartym na poszukiwania i zmiany, i to bardzo rożne czasami dopiero zmiana pracy, a czasami tylko wyrzucenie starych ciuchów potrafią człowiekowi zmeinić w myśleniu coś co się okazuje zaskakująco istotne dla samopoczucia.

                        Ale to tak jak z urządzaniem domu, jeden woli sam meble ustawiać a drugi woli żeby mu projektant dom urządził. Każdemu co innego odpowiada, ja tam wolę własne wymysły, nawet jak z tymi meblami dziesięć razy wkoło pokoju mam oblecieć i nie będzie się podobało nikomu poza mną sąmą, taka jestem uparta. O!
                        • lafiorka-z Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 18.01.11, 21:14
                          lucyna_n napisała:

                          > Ale to tak jak z urządzaniem domu, jeden woli sam meble ustawiać a drugi woli ż
                          > eby mu projektant dom urządził. Każdemu co innego odpowiada, ja tam wolę własne
                          > wymysły, nawet jak z tymi meblami dziesięć razy wkoło pokoju mam oblecieć i ni
                          > e będzie się podobało nikomu poza mną sąmą, taka jestem uparta. O!
                          >
                          Pamiętam pewnego mojego kolegę ze studiów, który marzył o tym, by być milionerem, bo wreszcie mógłby chodzić w podartych skarpetkach, w wytartych swetrach i nikt nie podejrzewał by go o biedę.
                          Bieda, niestety, musi się "ogarniać". Również taka bieda emocjonalna, która stara się doganiać, nie pozostawać w tyle.
                          Ja tam już nie gonię, bo wiem, że wyżej nie podskoczę, ale gdybym miała jakiś jeszcze potencjał, to pewnie dalej bym goniła.
                          Teraz, to ja się rozwijam duchowo:D


                          • ichnia Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 19.01.11, 08:47
                            Bardzo mi się podoba to co napisałaś.
                        • mskaiq Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 19.01.11, 10:24
                          To co napisalas to zycie przyszloscia. Zawsze chcemy wiedziec ze istnieje
                          przyszlosc, ze cos trzeba jeszcze osiagnac wiecej aby byc szczesliwym,
                          dlatego odkladamy nasze szczescie na pozniej i z tego powodu nigdy go w
                          zyciu nie osiagamy.
                          Trzeba zyc tu i teraz.
                          Jesli chodzi o porownywanie sie to jest to tworzenie przeciwnosci. Ktos jest
                          madrzejszy a ktos glupszy, ktos lepszy a ktos gorszy, ktos bogatszy a ktos
                          biedniejszy.
                          To nieustanne porownywanie sie odbiera nam poczucie wartosci albo tworzy
                          zludne poczucie wielkosci. Oba przynosza wiele problemow.
                          Serdeczne pozdrowienia.
                          • panna.m.igotka Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 19.01.11, 15:37
                            Ja bym tego tak nie nazwała. Bo w końcu nie da się żyć tak zawsze z dnia na dzień. Każdy ma pewnie własne marzenia, plany, coś co chciałby zrobić, czego pragnie w życiu. Dalsze lub bliższe. Te długo falowe składają się z mniejszych, których realizacja daje radość, ale niestety chwilową, potem i owszem chciało by się dalej i więcej. Ale zaczyna się dołek. Delikatnie mówiąc ;) I znów od nowa. Kolejna radość i dołek. I taka sinusoida. Może to wynika z depresji. Pesymistycznego podejścia do życia. Wiary w siebie. Nie wiem.
                            • lucyna_n Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 19.01.11, 15:40
                              da się
                              nie każdy ma
                              nie każda radość chwilowa
                        • al_bundy123 Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 09.02.11, 00:06
                          Tylko nie wiem czy własnie taki sposób myślenia z odkładaniem na później jest przyczyną czy może skutkiem a może po prostu mam za duże ambicje nieproporcjonalne do umiejętności nie wiem. Albo nie umiem tak żyć chwilą i cieszyć się z drobnych rzeczy. Problem główny jest taki że po tym wszystkim jestem zdezorientowany bo nie wiem jaki jestem, nie wiem jaki chce być. Jedno jest pewne że jak dalej będę taki jak jestem to nikt ze mną nie wytrzyma. Nie wiem czy da się zmienić siebie jak już nie wiem co jest częścią mnie, co być może depresją co będzie udawane a co nie itd. I czy ktoś kto zna moją ciemną stronę nie uzna tego za kłamstwo. I tak się chwytam wszystkiego co można i tak sobie egzystuje. Już pomijając te głupoty, które robiłem i w związku z którymi najchętniej to bym się zapadł pod ziemie. I tak cały czas staram się postawić tą kręskę zamknąć ten rozdział życia (pewne kwestie udało mi się zamknąć). Wmawiam sobie że można zacząć budować wszystko od początku że moja przeszłość tak do końca nie determinuje tego co teraz jest i tego co będzie. Tylko że wystarczy jakieś małe niepowodzenia w pracy, kłótnia w domu, albo po prostu mam za dużo czasu na rozmyślania i wszystko wraca jak bumerang. Więc staram się to układać ale póki co nie działa. Skutek uboczny jest taki że frustracja rośnie a cierpliwość tez ma swoje granice.
                      • z_przeszloscia Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 18.01.11, 20:41
                        al_bundy123 napisał:

                        > no dobra nie można się nie zgodzić z tym co piszesz :)


                        Ja powiem tak... ja zdecydowałam się na terapię bo to co się stało ma wpływ na moje obecne życie... nie chce wnikać na forum w czym to się przejawia ale sądzę, że gdybym poszła do lekarza wcześniej może uporałabym się już z widmem przeszłości. rozpoczął sie nowy rok i ja też chcę rozpocząć życie od nowa, bogatsza o ten bagaż doświadczeń...

                        pozdrawiam gorąco.
                  • zoliborski_goral Re: Czy potrzebuję pomocy...??? 17.01.11, 09:14
                    Obserwując siebie, wydaje mi się że jeśli cierpimy z powodu rozczarowań sprzed lat, to ciągle walczymy z jakimiś swoimi urojeniami. A dlaczego? Pewnie winne są moje dziecinne mniemania jak powinno być, czyli jaki ja powinienem być czy jaki ktoś powinien być jakie moje życie powinno być...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka