Dodaj do ulubionych

ile razy zaczynaliście "od nowa"?

15.05.11, 16:55
nie chodzi mi o zmiany w zyciu typu wyjazd, rozwód, powrót do leczenia, ale zmiany w Waszym sposobie myślenia, postanowienia, ze od jutra będzie inaczej, że nie będę już taka jaka byłam, że bedę mądrzejsza, silniejsza, bardziej spokojna, wyluzowana itp takie zmiany, jak mocne postanowienie poprawy, postanowienie noworoczne dotyczące naszego sposobu zycia, myslenia itp
Ja zaczynam ciagle, za kazdym razem kiedy lepiej się czuję mam głupią nadzieję, ze tak już zostanie, że jak jutro się obudzę bedę taka jak dzisiaj i wszystko będzie łatwiejsze niz wczoraj. Robię plany, przygotowuję się na lepszą przyszłość tak mentalnie i tak praktycznie (porządki w szafie, nowy ciuch, rozsądne odżywianie, może jakiś sport itd)
A potem rozczarowanie, ze znowu nie wyszło, ze nadeszły gorsze dni i nie wiadomo kiedy miną, że znowu źle....
ta nadzieja na lepsze życie jest mi tak bardzo potrzebna i daje wiele radości, ale rozczarowanie boli...pewnie powiecie, że zbyt duze są moje oczekiwania... moze tak, ale na co mam więc czekać, o czym marzyć?
Tak więc ciągnę ten swój wózek raz pod górkę raz z górki a lata mijają... jeśli przestanę marzyć ze kiedyś lepsze dni nie przeminą, zę już nigdy nie będę mieć doła, to życie stanie się dla mnie wegetacją, bo po co się podnosic skoro upadek jest pewny?
Psychiatrzy twierdzą, ze moja postać depresji jest nietypowa - jest raczej zaburzenie dwubiegunowe z przewagą depresji i z szybką zmianą faz - wystepują u mnie okresy lepszego samopoczucia, właściwie hipomania a leczenie antydepresantami i neuroleptykami jednocześnie sprawia, że dołki i górki nie są tak duże.
Obserwuj wątek
    • lucyna_n Re: ile razy zaczynaliście "od nowa"? 16.05.11, 12:05
      zdrowi też mają wzloty i upadki, nigdy w życiu tak nei będzie żeby było dobrze wswzystko, trzeba skupić się codziennie od nowa na tym co tu i teraz ok, co dzisiaj ma się do zrobienia, wybieganie myślami w przód i w tył nie jest dobre.
      • blackglass Re: ile razy zaczynaliście "od nowa"? 16.05.11, 12:10
        No tak nie wybiega się w przód nawet jak ma się dzieci?
        Co Ty piszesz ?
        Przecież to konieczne !
        Gdybym nie wybiegała w przód miałabym w dupie wszystko- a muszę utrzymać parce, zapewnić dziecku przyszłość...
        • lucyna_n Re: ile razy zaczynaliście "od nowa"? 16.05.11, 18:38
          Inną rzeczą jest planowanie inną przeżywanie emocji nieistniejących jeszcze lub nieistniejących już, to znaczy związanych z tym co będzie lub już było, a emocje wiecznie żywe tu i teraz, to tak jakby ciągnąć za sobą wielki wór a przed sobą pchać tira.
          Mnie chodziło o to że wybieganie myślami ciągle w przyszłość to tak jakby w przypadku osoby bojącej się egzaminów zamiast uczyć się do egzaminu wciąż na nowo przypominać sobei że będzie i bać się go tak jakby się go właśnie zdawało, przeżywać coś czego jeszcze wcale przeżywać nie trzeba a emocje czy wyobrażone czy rzeczywiste nasz organizm przerobić musi jednako, często bardzo dużym kosztem.
          Rozumiesz teraz o co mi chodziło?
    • martini-7 Re: ile razy zaczynaliście "od nowa"? 16.05.11, 12:41
      wiele razy zaczynałam od nowa, powody były różne, raz zaczynałam od nowa mówiąc że teraz będę idealna, że już nikogo nie zawiodę, że wszyscy będą ze mnie zadowoleni, że będę idealna w pracy i w domu, wówczas jeszcze też uczyłam się więc i tu mówiłam sobie że będę idealna.... wszystko było piękne, był cel więc realizowałam go, efekty dodawały mi siły i poczucia że tak właśnie ma być, niestety wówczas gubiłam siebie... no i znowu zaczynało się "zaczynanie od nowa" tym razem odrzucenie tego co chcą inni i poszukiwania siebie, a to było zwykle leżenie i słuchanie muzyki, szwędanie się Bóg wie gdzie... ale to prowadziło do kolejnej potrzeby zmiany... w każdym zaczęciu od nowa dochodziły różne elementy... i tak w koło Macieju, wszystko to prowadziło do destrukcji mojej osobowości, aż w końcu doszło do ostatecznego "zaczęcia od nowa", teraz nic nikomu nie udowadniam, żyję sobie w szczęściu, jakoś staram się jeszcze załatać przeszłość... myślę że prawdziwe zaczęcie od nowa to pozbycie się tego co nas ciągle pcha w dół, co każe nam zaczynać bez przerwy od nowa... niestety całe lata mi zajęło aby do tego dojść
      • czubata Re: ile razy zaczynaliście "od nowa"? 17.05.11, 22:09
        Codziennie na nowo uczę się żyć? Tak. Jako chadowiec mam wzloty i upadki właściwie nieustannie,więc muszę sobie tak organizować życie aby zwiększać jego komfort i o to dbam. Na razie idzie mi dobrze.
        • iza.74 Re: ile razy zaczynaliście "od nowa"? 17.05.11, 22:24
          może masz jakies "patenty", które mogłabyś zdradzić? ja wiem, ze mój sposób na zycie czyli czekanie az "złe" minie i nastanie "okres szczęśliwości" jest bez sensu. To ciągłe czekanie na coś, co może i nadejdzie, ale szybko minie. Oszukuję sama siebie. Myslałam, że moim wrogiem jest depresja i z nią musze uczyć się żyć (chociaż długo próbowałam walczyć) teraz wiem, ze mam inny problem - mam ogólnie zaburzenia nastroju, jakaś tam forma CHAD (mniejsza o to do jakiej szufladki to wrzucić) i nie umiem z tym żyć, nie radze sobie z tymi górkami i dołkami chociaż teoretycznie nie są tak duże.
          • iza.74 Re: ile razy zaczynaliście "od nowa"? 17.05.11, 22:27
            aha, tego CHADu nie wymyśliłam sobie sama, to diagnoza psychiatry. On jest ostrożny właśnie w szufladkowaniu i określa to ogólnie jako zaburzenia nastroju, bo każdy przypadek jest inny. Ale, że dwa bieguny to stwierdził.
            • lucyna_n Re: ile razy zaczynaliście "od nowa"? 17.05.11, 23:42
              a pokaż mi kobietę która nie ma dwóch biegunów?
              • ichnia Re: ile razy zaczynaliście "od nowa"? 18.05.11, 08:53
                lucyna_n napisała:
                > a pokaż mi kobietę która nie ma dwóch biegunów?
                >
                Ale nie wszystkim zatruwa (trwale) życie.
              • iza.74 Re: ile razy zaczynaliście "od nowa"? 18.05.11, 09:53
                lucyna_n napisała:

                > a pokaż mi kobietę która nie ma dwóch biegunów

                jak to rozumieć? że dwa bieguny to cecha charakteru/osobowości typowa dla kobiet? ze to nie jest choroba? czyli wmawiam sobie, że jestem chora a inne tez tak maja i nie robia z tego problemu? a może inaczej - CHAD to choroba i wszystkie kobiety sa chore? a moze to inna forma zespołu napięcia przedmiesiaczkowego, który jest dobra wymówką dla wielu facetów, zeby nie traktować kobiet poważnie? nie rozumiem
                • martini-7 Re: ile razy zaczynaliście "od nowa"? 18.05.11, 10:20
                  wiesz co jakby się dobrze zastanowić to każdy, faceci też mają dwa bieguny, jesteśmy tylko ludźmi i chwiejne nastroje się każdemu zdarzają, nie wymyśliłaś sobie choroby, czułaś że coś z Tobą ponad przeciętną i poszłaś po pomoc, dostałaś diagnozę i wiesz, że to nie jest naturalne co się dzieje, każdy z nas myślę ma dwa bieguny, kwestia tylko równowagi między nimi, kiedy jest zachwiana możemy mówić o zaburzeniach, wierzę że sobie poradzisz :)
                  • lucyna_n Re: ile razy zaczynaliście "od nowa"? 18.05.11, 14:06
                    nikt nie jest z kamienia, ale kobiety mają to wręcz wpisane jako normę że musi je bujać, byleby nie destrukcyjnie, kobieta bez huśtawek i humorków od czasu do czasu to dla mnie chłop.
                • lucyna_n Re: ile razy zaczynaliście "od nowa"? 18.05.11, 14:03
                  oj tam zaraz takie wielkie słowa
                  o co mi chodziło, postaram się rozpisać szerzej choć przyznam że wolę krotsze przekazy
                  kobiecą rzeczą jest bujanie się na emocjach od ściany do ściany, ale prawdą jest co napisała Ichnia, że ważne są granice, nei może Cię te ściany non stop rzucać, ale bycie osobą stabilną, jednakową dzień po dniu to cecha psychiki męskiej, kobieta jest zmienna, zgodnie ze swoją hormonalną naturą, tak jak mężczyzna stabilny. Ten świat teraz taki że kobieta ze swoją zmiennością do niego nie pasuje, zwłaszcza w pracy na etacie, gdzie oczekiwane jest że codziennie będzie pracować i czuć się jednakowo, i maksymalnie wydajnie w każdym aspekcie. Moim zdaniem zmienność kobiet powinna być uważaną za normę a nie chorobę w co świat próbuje nas wbić, co więcej to kobiety same tego od siebie bezwzględnie wymagają, same na siebei wywieramy największą presję.
                  Chad oczywiście jest chorobą i to bardzo ciężką, ale czasem mam wrażenie że zbyt łatwo się pod nią podciąga coś co chorobą nei jest, a raczej cechą, cechą ktora nie pasuje do obrazka a nei jest objawem szkodliwym.
                  a co Tobie konkretnei jest to ja nie wiem, rozważania są raczej ogólne
    • iza.74 Re: ile razy zaczynaliście "od nowa"? 18.05.11, 20:24
      no, może jestem trochę przwrażliwiona na punkcie "inni też tak mają" i wszystkich temu podobnych. Przez wiele lat mi to wmawiano i w to wierzyłam. Zamiast się leczyć miałam brać się w garść i radzić sobie jak ci "inni".
      • lucyna_n Re: ile razy zaczynaliście "od nowa"? 18.05.11, 23:42
        prawda moiim zdaniem jest taka
        nikt nie ma tak jak ty
        wielu ma tak jak ty
        no tak to jest, jsteśmy każdy unikalny ale jednocześnei wszyscy do siebie podobni
        ale nikt się nie rodzi z wdrukowaną instrukcją prawidłowej obsługi samego siebie, choć niektorzy robią na mnie wrażenie zaprogramowanych idealnie dostosowanych, być może gdybyś spotkała kogokolwiek z tego forum też byliby dla ciebie to właśnei ci "inni" co sobie jakoś radzą. Na zewnątrz nie widać zbyt wiele, zwłaszcza że większość z nas przyuczono do ukrywania słabości.
    • annarchia Re: ile razy zaczynaliście "od nowa"? 26.05.11, 13:25
      Oj, wiele razy.

      iza.74 napisała:

      > A potem rozczarowanie, ze znowu nie wyszło

      I zastanawiam się, czy to nie wynika z usilnego dążenia do ideału, ze stawiania sobie celów, że mam mieć takie i takie super cechy. Próba ulepienia jakiejś super fajnej wersji mnie. Idealnej. No to nie może się udać. Zamiast wejrzeć w to, co teraz czuję i co jest trudne, i jaka jestem de facto (a nie w planach, marzeniach, nadziejach, ideałach), staram się od tego uciekać. Gdzieś przeczytałam, że aby coś można było zmienić, najpierw trzeba zaakceptować brak zgody na zmianę siebie, na przyjęcie tego, jakim się jest teraz i próbą zrozumienia tego. Tylko, że łatwo się mówi.
    • yoko0202 wiele, do skutku 27.05.11, 00:41
      iza.74 napisała:

      > postanowienia, ze od jutra będzie inaczej,

      takie postanowienia są bez sensu, bo to jak z rzucaniem palenia czy przechodzeniem na dietę "od poniedziałku" - w 90% nie udaje się, a to rodzi frustrację

      ja się czuję wyśmienicie tak gdzieś od 1,5 roku, nie sądziłam kiedyś, że to w ogóle jest możliwe, i w zasadzie nie wiem jak to się dokładnie stało; jestem oazą spokoju, zadowolenia i samoakceptacji; a jakieś pół roku przed tym, gorsze dni przerażały mnie nieziemsko, nie wiedziałam - nawrót czy co, bałam się cholernie tej wciągającej czarnej dziury, już kilkakrotnie dzwoniłam do lekarza, już pod gabinetem byłam, już witałam się z gąską - no niech da te prochy jeszcze raz, choć na parę miesięcy i będzie cudnie, nie? no nie.

      zaparłam się. sama z siebie, wbrew zaleceniom i zdrowemu rozsądkowi prochy spuściłam do kibla. żadnych oczekiwań, żadnego biczowania, a w rezultacie żadnych rozczarowań

      na gorsze dni po prostu sobie pozwalałam, a w te dni to sama siebie wychwalałam pod niebiosa za sam fakt wstania z łóżka i umycia zębów. a jak już poszłam po chleb, mleko i jeszcze wyszłam z psem to czekałam na telefon, że dostaję order orła białego. za ugotowanie obiadu i wypranie dziecka ciuchów należała mi się co najmniej nagroda nobla. i tak dalej, codziennie. może metoda głupkowata, ale jakimś cudem powolutku pomalutku w tych beznadziejnych dniach rosło samozadowolenie. no a potem to już poleciało.
      dzisiaj to ja generalnie chromolę - wcale nie muszę być mądrzejsza, silniejsza, zorganizowana, elokwentna i miła dla wszystkich. nie pamiętam już nawet nazwiska mojej pani doktor.
      zdałam sobie sprawę, że od nas samych zależy tak wiele, że to jest poniekąd absolutnie przerażające.
      • annarchia Re: wiele, do skutku 27.05.11, 09:02
        yoko0202 napisała:

        > zdałam sobie sprawę, że od nas samych zależy tak wiele, że to jest poniekąd abs
        > olutnie przerażające.

        Coś w tym jest. Ja się tego boję. Chyba popadnięcia w mocną manię wielkości bądź samouwielbienia. Równie przerażające jak głęboka depresja.

        --
        • yoko0202 Re: wiele, do skutku 27.05.11, 09:49
          annarchia napisała:

          > Coś w tym jest. Ja się tego boję. Chyba popadnięcia w mocną manię wielkości bąd
          > ź samouwielbienia. Równie przerażające jak głęboka depresja.

          nie do końca o to mi chodziło :)
          bardziej w ten sposób:
          jak już wspomniałam wyżej, w końcu prochy spuściłam do kibla. i żyję. i to jak.
          wychodzi na to, że w pewnym sensie najłatwiej 'zwalić' odpowiedzialność na kogoś/coś innego: lekarza - niech wypisze receptę; mózg - potrzebne mu sztuczne endorfiny bo nawala itp. itd. I teraz tak - jeżeli sama sobie udowodniłam, że nr tel. do lekarza można zgubić, a mózg jakoś tam jednak zaczął pompować, to wychodzi na to, że bez pracy nad sobą stanowiącej wysiłek porównywalny chyba do wykopania krateru na marsie łyżeczką do herbaty - racji bytu nie miałby ani lekarz ani sztuczne endorfiny. Więc po prostu boję się, żeby mi się przypadkiem nie przestało 'chcieć'.
          • annarchia Re: wiele, do skutku 28.05.11, 19:43
            Rozumiem.
            Ja napisałam, dlaczego akurat MNIE to przeraża. Ale Twój powód jest równie przerażający ;)

            yoko0202 napisała:

            > ni sztuczne endorfiny. Więc po prostu boję się, żeby mi się przypadkiem nie prz
            > estało 'chcieć'.

            Hmm. To chyba wygląda na lęk przed wolnością i odpowiedzialnością, czy coś w tym guście. Mnie psychiczna wolność przeraża (choć zarazem nienawidzę zniewolenia - co za patowa sytuacja!). Ale nawet jeśli tak jest, to przecież każda "niechcica" ma swoje powody. Zawsze możesz się zastanowić, jakie, i to przepracować. "Nie chce mi się" oznacza często skrywany opór, lęk. Jak poszperasz, dlaczego Ci się nie chce, to możesz pomyśleć co zrobić, aby się przestało nie chcieć albo zaczęło chcieć. A jeżeli przestanie Ci się chcieć zastanawiać nad tym i będziesz chciała się poddać to wtedy: albo pojawi się lęk przed poddaniem się, a wtedy będziesz miała motywację do walki o równowagę, albo Cię ta niechcica nie będzie przerażać, a tym samym nie będzie problemu :) W każdym razie takie są moje doświadczenia.
            • lucyna_n Re: wiele, do skutku 29.05.11, 21:20
              Mnie psychiczna wolność przeraża (choć zarazem nienawidzę zniewolenia)
              jest to absolutne sedno sprawy przy wychodzeniu z depy, gdzie jest ten punkt że już "da się radę" balans pomiędzy prawdziwą i wyuczoną bezradnością. Trudno to rozpoznać.
              • yoko0202 Re: wiele, do skutku 31.05.11, 10:47
                lucyna_n napisała:

                > Mnie psychiczna wolność przeraża (choć zarazem nienawidzę zniewolenia)
                > jest to absolutne sedno sprawy przy wychodzeniu z depy, gdzie jest ten punkt że
                > już "da się radę" balans pomiędzy prawdziwą i wyuczoną bezradnością. Trudno to
                > rozpoznać.

                u mnie wciąż sporo pozostałości po tym okresie, kiedy byłam prowadzona przez lekarza, czyli niemalże za rączkę, weź proszeczki, usiądź na kozetce itp.; wtedy mi to pasowało ale teraz wydaje mi się, że jestem niezmiernie podatna na wpływy innych osób, łapię się na tym, że często robię to, o co jestem poproszona, czy coś co wręcz jest na mnie wymuszone, choć wcale nie chcę
                próbuję bronić jak lwica swojej przestrzeni, niezależności i 'nowej' wolności, ale nie do końca potrafię, i wtedy du*pa; świadomość, że czasami się 'daję' i nie panuję nad swoimi sprawami doprowadza mnie do szału; takie dni są rzadko, no ale są.
              • annarchia Re: wiele, do skutku 02.06.11, 10:57
                lucyna_n napisała:

                > Mnie psychiczna wolność przeraża (choć zarazem nienawidzę zniewolenia)
                > jest to absolutne sedno sprawy przy wychodzeniu z depy, gdzie jest ten punkt że
                > już "da się radę"

                U mnie to nie dokładnie tak. Jak mam moment, że psychicznie czuję się lepiej ( to niestety nie teraz...) to temu automatycznie towarzyszy lęk "Ojej, to ja teraz mam radzić sobie zupełnie sama??? Bez psychiatry, terapeuty, opieki i ulgi taryfowej??". Boję się, że wtedy terapeuta od razu będzie przebąkiwał o końcu terapii, a ja nadal wsparcia potrzebuję. Momenty zdrowienia są trudne. Ale i tak to lepsze niż ten pieprzony marazm...
    • canoine Re: ile razy zaczynaliście "od nowa"? 01.06.11, 09:42
      na oko to tak z tysiące razy. i mniej więcej tyle samo kończyło się podobnym rozczarowaniem. aż w końcu odkryłam, że suma tych mikro-zmian zachodzących jednak podczas tych kolejnych początków wszystkiego składa się na jakiś większy, długofalowy proces zmian, który we mnie zachodzi. tym samym dotarło wreszcie do mnie, że nie rewolucja, a ewolucja jest słusznym kierunkiem. i choć dalej całkiem często mam zrywy, by odgrodzić "wczoraj" grubą kreską i "od dziś zacząć na nowo" to jednocześnie traktuję to jako kolejny mały kroczek na drodze szerszego procesu zmian, nie oczekując już rewolucyjnych cudów na pstryknięcie palcami. aczkolwiek trudne to, bo do cierpliwych nie należę :]
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka