martini-7
15.06.15, 12:08
Witam,
mam pytanie dotyczące osobowości człowieka. Na ile jest ona uwarunkowana tym jacy się, urodziliśmy, jak nas wychowano, a ile w tym wszystkim tego co sami gdzieś zmienialiśmy, rzeźbiliśmy, na ile dwie pierwsze determinanty mają wpływ na trzecią.
Jestem typem rozjemcy z ukierunkowaniem na perfekcjonistę i marzyciela. Ciężko czasem żyć samemu z sobą. Całe życie spychać swoje potrzeby na boczny tor by realizować się mogli inni. Trudność z podjęciem decyzji żeby kogoś nie urazić, żeby nie być obarczoną winną, pozostawiam często rozwojowi wypadków, któremu co prawda czasem pomagam przez mniej lub bardziej celowe działania.
Wiem, że jest we mnie siła bo, postawić się umiem kiedy coś naprawdę mi zagraża, a dana osoba nie jest ze mną mocniej związana. Jednak jeśli ktoś lub coś jest od dłuższego czasu elementem mojego życia pojawia się problem bo, z jednej strony wiem czego chcę dla siebie, ale z drugiej zbyt mocno wczuwam się w emocje drugiej osoby, zaczynam odczuwać jej żal i bywa, że własnym kosztem wycofuję się by kogoś nie zranić. Potem jest rozterka czego właściwie ja chcę, a czego nie. Postawiłam nie raz na szali swoje własne szczęście i tylko to, że moje nieznośnie zachowanie (mówienie tego co chcą słyszeć, a jednocześnie gdzieś po cichu robienie tego co ja chcę) ratowało mnie od nieszczęścia, choć i wtedy bywało, że bałam się wycofać z danej obietnicy żeby nie było, że stawiam siebie na piedestale (pomijając już brak wsparcia rodziny i lęk przed nią). Jednak stać mnie też na brutalną szczerość, muszę tylko poczuć grunt pod nogami. Wiele osób wykorzystuje moje poczucie winy przeciw mnie.
Huśtawki takie doprowadziły mnie kiedyś do depresji lecz niestety nie trafiłam do specjalisty, przed rodziną ukrywałam to jak mogłam - brak ogólnego zrozumienia z ich strony, ze strony pozostałych ludzi mnie otaczających totalny brak zrozumienia i wsparcia. Sama sobie poradziłam uznając, że to ze mną w takim razie coś nie tak i odrzucając siebie, jednocześnie zajmując umysł czymś innym. Podporządkowałam się ale od tamtej pory czułam się wyjątkowo rozdarta wewnętrznie jednak ignorowałam to na tyle na ile mogłam. Życie takie doprowadziło mnie do momentu walki między danym słowem, a własnym szczęściem. Stawka była wysoka, pozwoliłam sobie odstąpić od swoich ideałów, od zasad, pozwoliłam sobie być szczęśliwa. Potem wyrzuty sumienia dobrze wykorzystane przez moje otoczenie, próba podjęcia decyzji, podjęcie jej wypowiedzenie głośno ale wycofanie bo, ktoś mi bliski przejechał po moim sumieniu. No i pozostawiłam sprawy rozwojowi wypadków licząc po cichu, że wyjdzie na moje, a kiedy się udało, nie umiałam tego ogarnąć bo, moje szczęście osamotniło mnie, zero wsparcia przyjaciół i rodziny. Cięgi od nich. No ale jakoś poszło. Potem przyszło uświadomienie jak bardzo szafowałam swoim szczęściem jak mogłam wszystko stracić w imię cudzego szczęścia i znowu depresja teraz z terapią niestety niedokończoną z powodu ciąży i urodzenia dziecka.
Dziś niszczą mnie nadal. Mam zbyt miękkie serce, podpisują się pod moimi sukcesami choć kłody mi rzucali pod nogi, od dziecka pozbawiali poczucia własnej wartości.
Moje pytanie jest teraz takie, czy przy takim charakterze i takich dość ogólnie opisanych perypetiach mam szansę sama bez terapeuty się wyrwać z tego błędnego koła? Dziś mam wsparcie, wspiera mnie i dopinguje mąż i przyjaciółka, jednak ja nadal boję się swojej wewnętrznej siły gdyż kiedy już naprawdę wyzwolę się z poczucia życia dla kogoś, bycia dyplomatą i z poczucia winy to potrafię być jak tsunami, a potem bywa, że sumienie męczy choć wiem, że wtedy właśnie mówiłam co myślę i czuję. Byłam sobą.
Dodam tylko, że jedyne na co mogę liczyć to na męża siebie (oraz swoje mocne postanowienie zmiany) i przyjaciółkę, rodzina głucha na takie rzeczy. Na terapię iść nie mam jak, przebywam obecnie w obcym kraju.
Mam nadzieję, że udało mi się to wszystko ująć składnie i z sensem :)
Pozdrawiam.