aneta10ta
08.06.05, 00:13
Struś naciągnął jedwabne, błękitne rękawiczki, zawiesił na ręce wachlarz z
bladorożowych piór, poprawił jeszcze makijaż i przejrzawszy się w połyskliwej
wodzie stawu, uznał, że wygląda wystarczająco wytwornie. W równym rytmie
długich kroków pędził autostradą do nieba. Pomagał sobie długą, ugiętą w eskę
szyją, wyginającą się to w przód, to cofającą do tyłu. Aerodynamiczna
sylwetka mknęła jak bolid ku zachodzącemu słońcu. Widać było, że ptaszor w
bieg włożył całą swoją energię. Na tle słonecznej tarczy rysowała się
sylwetka odzianego na czarno młodzieńca. Struś wreszcie osiągnął cel
szalonego biegu i padł wyczerpany przed facetem. Zarył dziobem w żwir
nieutwardzonego pobocza, lecz pełne zachwytu oczyska wlepiał miłośnie w
mężczyznę, choć i tak nie mógł go dokładnie zobaczyć, gdyż ostatnie słoneczne
promienie raziły wyretuszowane oczy. Czarno odziany człowiek bardziej
przypominał cień niż ludzką postać z krwi i kości. Zjawiskowy facet popatrzył
przez chwilę w strusiowate oczy, pozbawił go wachlarza, odebrał rękawiczki.
Następnie odwrócił się na pięcie i postąpił ku zadniej stronie strusia.
Ptaszor zagulgotał miłośnie, przymknął ślepia i cały stał się oczekiwaniem.
Rzeczywiście, doczekał się. W sekundzie zaliczył ciężki kopniak z glana
wymierzony w wypięty kuper. Nawet nie zdążył się zapytać, za co mu tak
potężnie przyłożono, bo pod wpływem ciosu łeb ugrzązł mu w piachu aż po same
uszy i tak już pozostał.
Aneta