zoltanek
03.12.05, 15:29
Zbyt chory by żyć, zbyt zdrowy by umrzeć.
To nie choroba śmiertelna, lecz trwałe kalectwo.
Chodziłem po dworcu centralnym, zapuszczając się w rejony na których od lat
nikt nie zostawił śladu. Wolałem upaść w czerń niż zawsze tkwić w szarości.
Bratając się ze zgnilizną ludzką, fajcząc z ćpunami bez zębów, które zjedzone
zostały na rozwiązywaniu tajemnicy szczęścia chciałem upaść, tak ładnie jak
bohater książki, zauważony i podziwiany! Chciałem stać się częścią chorym
myśli ludzi nieszczęśliwych, tak jak zgnilizna ludzka stała się częścią moich
chorych myśli.
Chodziłem po dworcu, jednak zawsze był to tylko spacer. Nie byłem jego
częścią. Za bardzo chciało mi się żyć.
Postanowiłem więc powstać. Chodzić do fryzjera, zjadać śniadanie, zjadać
ubranie, chodzić do kina, chodzić telewizje. Moge jednak tylko być widzem.
Czuje się uwięziony, nie moge się ruszyć. Wiem już, że tak będzie zawsze i
zawsze będe pośrosku, zawieszony pomiędzy normalnością a patologią.
Ciągle w kucki, ciągle w kucki.
Mam tego dość, poddaje się.
Czy ktoś też się już poddał?