perl_muttige
23.07.06, 13:49
witam wszystkich,
nie wiem od czego zacząć, dość długo zbierałem się, żeby napisać ten list, bo
jak pomyślałem ile rzeczy chciałbym wyrzucić z siebie i opisać, to chyba
nikomu nie chciałoby się tego czytać...
wpadłem do studni i taplam się w zawiesinie żalu, smutku, nienawiści do samego
siebie, zazdrości i poczucia marnowanego życia. Jak zatrzymuje się na chwilę i
chcę złapać myśli, które mi się kłębią w mózgu, to czuje się jakbym uciekał
przed pochodem ludzi z transparentami, które krzyczą: jesteś do dupy, skazany
na porażkę, tacy ludzie nie powinni zakładać rodzin i mieć dzieci + mnóstwo
innych typu: jesteś sztuczny, ale z ciebie francowata serioza (czyli poważny
gość, w negatywnym tego słowa znaczeniu), jesteś nudny; widzisz, sprawiasz, że
każdy ucieknie od ciebie. Jak pochód narodowców tropiących Żyda. Nie gonią go,
nie spieszą się, bo i tak im nie ucieknie. Idę coraz wolniej, tłum mnie
dogania, albo raczej sam się zatrzymuje i w niego wtapiam. Pozwalam się nieść
i falować z tłumem. Sam już nie wiem czy mnie kopią, ale czuje się ważny,
lubiany, wszyscy mówią o mnie, na mnie zwracają uwagę. Słowa z transparentów
są przykre, ale przecież to nie jest nic, czego bym o sobie nie wiedział.
Po chwili przeżywam wstrząs, bo ci wszyscy ludzie mają moją twarz. I jest mi
tak bardzo, bardzo smutno, jakby imadło zgniatało mi serce. Znowu jestem sam.
Nie wiem jak mam żyć. Co zrobić, żeby siebie polubić, żeby zrzucić tę cholerną
maskę, w której co rano wychodzę. Jak dawać z siebie, a nie tylko brać. Jak
wymagać od siebie; przecież córka patrzy, obserwuje; jaki przykład jej dajesz.
Jak patrzę na moją córeczkę, to czuję smutek; jest mi jej żal. Że będzie
nieszczęśliwa, bo jestem słaby i nie daję jej silnego kręgosłupa na życie. I
wtedy nienawidzę się jeszcze bardziej, bo zamiast przepowiadać jej przyszłość,
to powinienem zrobić wszystko, żeby była szczęśliwa. A ja już z góry ją
przekreślam. Moja żona jest inna; jak jej to mówię, że czuję smutek patrząc na
nią, to się oburza i protestuje, że ma nas, że będzie silna dzięki naszej
miłości do niej, że będzie wiedziała, że może na nas liczyć. Dzielna
dziewczyna. Bardzo dużo z siebie daje; chce, żebym się dobrze czuł, chce mi
ulżyć; wie, że nie jest w stanie zmienić mojego myślenia (bo jak się zafiksuję
na czymś, to nie ma zmiłuj), ale chce mi ulżyć; chce, żeby nasz dom jakoś
wyglądał. Jest kochana, taka dobra duszyczka. A ja? Czemu nie potrafię
docenić, że dostałem od losu taki dar w postaci wspaniałej żony i zdrowej,
pięknej i mądrej córeczki? Jestem głupim człowiekiem.
Dobiegam 30tki, jestem żonaty, córcia ma lat 4. Pierwszą przygodę z
psychologiem miałem jeszcze w liceum, na klasowym wyjeździe integracyjnym,
który odbywał się pod opieką psychologów; w którymś dniu cała klasa siedziała
w kręgu i każdy mówił o tym, co mu sprawia największą trudność. Było to
nagrywane i potem mieliśmy razem oglądnąć. Ja po ty wszystkim poczułem się,
jakbym został odarty z całej intymności, jakby ktoś teraz zdarł ze mnie maskę
i zobaczył, że tam siedzi mały przestraszony chłopczyk. Rozmawiałem wtedy
jakąś godzinę z panią psycholog, która z grona opiekunów wzbudziła moje
największe zaufanie.
Potem na studiach były terapie indywidualne i jedna grupowa, wizyty u
psychiatry. Przez jakiś czas brałem seroxat. Czuję, że powinienem tam wrócić;
muszę zacząć coś z tym robić – dla swojego dobra i moich najbliższych. Jak mi
będzie ze sobą lepiej, to moim najbliższym też. Od zdrowego egoizmu do
otwarcia na innych. To takie proste.
Problem w tym, że czuję się jak szmata; że kolejny raz nie daję sobie rady...
Ty chłopczyk jesteś, a nie facet.
Piszę ten list, żeby wyrzucić z siebie żal; nie mam jakichś sprecyzowanych
oczekiwań względem Was; jest mi jakoś lżej na sercu, bo w stadzie raźniej ;-)
Z pozdrowieniami
P.S. to nieprawda, że wpadłem do studni; ja cały czas w niej jestem, czasem
tylko jakiś nieokreślony gejzer wyrzuca mnie prawie do samej góry, żebym -
podciągając się na słabych rękach do krawędzi - popatrzył sobie przez chwilę
na piękny świat.