08.11.20, 23:51

fale dawały ukojenie duszy i ciału. Spokojna tafla wody towarzyszyła Mengelemu aż do przybycia mundurowego. Ten zaś stwierdził później, że gdy dotarł na miejsce, zastał dziewczynkę trzymającą zapaloną świecę, która powtarzała: "Wujek nie żyje, wujek nie żyje".

"Bardzo miły człowiek"

Wielu z tych, którzy go spotkali, wspominali, że na pierwszy rzut oka był to bardzo miły człowiek. Na powitanie kłaniał się, całował kobiety w rękę, a do tego był przystojny. Włosy miał zaczesane do tyłu. Prezentował się elegancko, bardzo przyjemnie pachniał i sprawiał wrażenie kogoś serdecznego.

Zresztą już w przeszłości nosił garnitury szyte na miarę. A gdy był w dobrym nastroju, pogwizdywał arie Bacha i Wagnera. Taki był właśnie Josef Mengele, SS-Hauptsturmführer, lekarz z obozu w Auschwitz, człowiek, który swoimi decyzjami skazał na śmierć bardzo wielu ludzi…

Drugie oblicze

Po wielu godzinach prawdopodobnie dojeżdżamy na miejsce. Stłoczeni w wagonie służącym do przewożenia bydła jesteśmy skrajnie wyczerpani. Tutaj zdaje się być pięćdziesiąt, a może nawet sto osób. Panuje mrok do tego stopnia, że gdy wysiadamy z wagonu, część osób nie jest w stanie otworzyć oczu, gdyż razi ich światło dzienne. Pośród nas leżą ludzie, którzy w trakcie podróży zmarli z wycieńczenia.


Szokująca metamorfoza. Wygląda jak po pobiciu
Esesmani drą się wniebogłosy: Raus! Raus! Wychodzimy z wagonu kompletnie osłabieni. Jedni wymiotują, inni mdleją, reszta idzie, ciężko ciągnąc nogi po ziemi. W tym wszystkim "motywują" nas esesmani, waląc po plecach kolbami karabinów, a tych, którzy chcą dyskutować, uderzają w twarz.

Na rampie stoi elegancki mężczyzna. Na oko ma jakieś trzydzieści lat. Chwilę wcześniej spędził dobre pół godziny przed lustrem. Ewidentnie przykłada dużą wagę do swego wyglądu. Ciemne, gęste włosy robią wrażenie. Na wstępie krzyczy: "Lekarze i aptekarze, wystąp!".

Ocalałe dzieci z Auschwitz
Domena publiczna
Ocalałe dzieci z Auschwitz (Domena publiczna)
To on decyduje o dalszym życiu lub śmierci. Każdy musi do niego podejść. On zaś ogłosi swój wyrok. Nie używa do tego pałki jak inni lekarze. Jemu wystarczą ręka albo znaczące spojrzenie. Wskazuje kciukiem prawą albo lewą stronę. Tak, to był właśnie Josef Mengele. I to jest ten raz, jeden z blisko osiemdziesięciu, gdy to właśnie on przyjmował transport nowych więźniów.

Jak się później dowiedzą, nierzadko człowiek ten chodził sfrustrowany. Gdy kroczył po obozie, należało na wszelki wypadek ukryć się jak najdalej, poza obszar jego wzroku. Ci, którzy nie zdążyli tego zrobić, często ginęli z jego rąk. Mengele, w białych rękawiczkach, wyciągał pistolet zza paska i bez żadnych emocji zabijał więźnia. Później spluwał na ziemię, komentując całe zajście typowym dla niego słownictwem, czyli wiązką obelg w stylu: "Co za cholerny idiota!".

Zobacz też: Zrobili wszystko, by uniknąć odpowiedzialności. Prawda o powojennych losach czołowych nazistów

Po człowieku ani śladu

Na lewą stronę idzie zdecydowanie więcej osób. Może nawet siedemdziesiąt procent. Reszta na prawą stronę. Ci, którzy lądują po prawej stronie, mają jeszcze przed sobą życie. Tylko, co to za życie? – można by zapytać, choć wówczas nikt nie ma o tym pojęcia…

Pozostała grupa idzie w kierunku budynków, na których jest napisane "Dezynfekcja". Widząc to, więźniowie nieco się uspokajają. Wchodzą do środka, gdzie strażnicy każą im ściągnąć ubrania i powiesić je na hakach. Następnie wszyscy są kierowani w stronę pomieszczenia z napisem "Łaźnia". "Zapewne tutaj odbywa się dezynfekcja"- myśli większość z nich. Na suficie widać coś na kształt pryszniców, z których prawdopodobnie za moment zacznie lecieć woda.


Podróżowała po Ameryce z Tinderem. Mówi, dlaczego nie randkowała na Alasce
Kiedy w pomieszczeniu są już wszyscy więźniowie, drzwi do "łaźni" zostają zatrzaśnięte. Po chwili oczekiwania z "pryszniców" zaczyna wydobywać się para. Więźniowie myślą, że za moment prawdopodobnie zacznie się z nich wydobywać ciepła woda. To, niestety, tylko złudzenie. Pół godziny później jest już po wszystkim. W pseudołaźni na podłodze leży nawet tysiąc, a czasem i więcej ciał.

Wentylatory chodzą bez przerwy. Kiedy esesmani mają już pewność, że "łaźnia" została wywietrzona, wpuszczają do środka ludzi, którzy ładują ciała do windy. Ta zaś wiezie do specjalnych pieców. Ale najpierw trzeba przejrzeć zęby ofiar. Jeśli mają złote, to koniecznie trzeba je usunąć. Dopiero po tym zabiegu można wkładać ciała do pieca.

Maksymalnie do jednego pieca wchodzi troje zwłok. Dwadzieścia minut później z ciał został już tylko popiół. Po człowieku ani śladu. Inaczej sprawy się miały, gdy do wymordowania była mała grupa więźniów, dajmy na to trzydzieści osób. Wówczas brano je na bok i zabijano strzałem w głowę. Nikt nie bawił się w żadne "dezynfekcje".

Źródło: Tekst stanowi fragment najnowszej książki Christophera Machta, ”Spowiedź doktora Mengele”, wydanej przez Wydawnictwo Bellona.

O AUTORZE: Christopher Macht- niemiecki pisarz o polskich korzeniach sięgających Pomorza Zachodniego. Odkrywca skryptów ostatnich rozmów Adolfa Hitlera. Miłośnik historii. Od wielu lat interesuje się tematyką II wojny światowej i postacią Adolfa Hitlera. Na co dzień mieszka w Wandlitz w niemieckiej Brandenburgii, miasteczku położonym 25 km od Berlina. Jego żona Paula jest Polką.
Obserwuj wątek

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka