Gość: Triss Merigold
IP: *.acn.waw.pl
21.03.04, 10:00
Moja znajoma była w ciąży. Wyczekanej, planowanej. Szybko zaczęły się
problemy, w 12 tygodniu zdiagnozowano b. ciężką i b. rzadką wadę rozwojową
płodu. Kolejne badania, kolejne potwierdzenia, rozpacz, szok. Lekarze
przedstawili jej wizję: cesarka w 7 miesiącu, dziecko na intensywną terapię i
cykl operacji, na początek 6, bez dużej pewności, że w ogole przeżyje i z
minimalną szansą na normalny rozwój w przyszłości.
Znajoma z mężem po dniach wahań zdecydowali, że chcą przerwać podtrzymywanie
ciąży i w przyszłości starać się o następne dziecko. Zdrowe. Chcieli
oszczędzić sobie i dziecku cierpień, bólu, prawdopodobieństwa śmierci wkrótce
po urodzeniu.
I wtedy zaczęły się problemy: nikt nie chciał wydać skierowania na przerwanie
podtrzymywania ciąży. Znany publiczny szpital, lekarze - sławy i strach.
Jeden powiedział wprost - to ze względu na ustawę, bo dziecko ma szansę
przeżycia (nieważne jakim kosztem).
Dorosłą, zdrową kobietę potraktowano jak żywy inkubator na uszkodzony płód,
jak przypadek - wyzwanie dla medycyny. Ani jej ani męża uczuciami specjalnie
się nie przejmowano. Najważniejszy był płód, bez najmniejszych szans na
przeżycie bez liczych i skomplikowanych zabiegów.
Znajomi załatwili klinikę za granicą, kupili bilety. Tuż przed wyjazdem
dziewczyna jednak wywalczyła skierowanie i miała zabieg, trudny, potwornie
przykry bo już 4 miesiącu ciąży.
Znajoma dochodzi do siebie, przeżywa ale wie, że podjęła właściwą decyzję.
Lekarze chcieli ją praktycznie ubezwłasnowolnić i to jest najbardziej
oburzające.