soup_nazi
24.04.04, 05:32
trzymać, chłopaki!!!
O kompetencji i jakości pracy niedorzecznika MSZ Bogusława M. Majewskiego
świadczy, że nie chciało mu się przycisnąć trzech klawiszy komputera na
własnym biurku w Warszawie i sprawdzić ostatnio wydanych zarządzeń własnego
ministerstwa w kwestii zmian w opłatach konsularnych. Paszport tymczasowy nie
jest już od pewnego czasu bezpłatny. Podstawa: Zarządzenie Ministra Spraw
Zagranicznych RP z dnia 23 sierpnia 2003 roku.
Konsulat Generalny RP w Sydney od 22 września 2003 liczy sobie za paszport
tymczasowy AUD 21. Ale to drobiazg. Również drobiazg, że paszport tymczasowy
de facto nigdy nie był bezpłatny, bo wydaje się go wyłącznie osobom, które
złożyły podanie o paszport 10-letni, kosztem (przeciętnie) AUD 500 w opłatach
paszportowych, i innych drakońskich opłatach związanych z wielomiesięcznym
wydzieraniem z gardła krajowej biurokracji surrealistycznych załączników do
wniosku paszportowego, bez których Konsulat wniosku nie przyjmie. Nie można
sobie wyrobić paszportu tymczasowego bez złożenia wniosku o paszport 10-
letni - chyba że ktoś chce paszport tymczasowy ważny tylko w jedną stronę, na
powrót do Ojczyzny Wszelkiej Szczęśliwości Urzędowej (nota bene – ten
wynalazek to renesans koncepcji paszportowej z PRL).
Co jest najważniejsze w tym wszystkim, to złożona przez ministerialnego
niedorzecznika deklaracja ideowa MSZ w Warszawie, słowami Edith Piaf: "non,
rien de rien; non, je ne regrette rien!".
MSZ idzie w zaparte. MSZ rżnie głupa na temat, że przecież nic wielkiego się
nie dzieje, a z najdroższymi i najpowolniejszymi 10-letnimi paszportami
świata jest tak, jak powinno być, bo przecież, jak rzecze niedorzecznik,
tonem wręcz papieskiej nieomylności: "poprawkie przyjento, przepysy
wprowadzono, a tera przepysy som takie, jakie majom byc", zatem " Roma
locuta, causa finita", "przepysy" są święte, a durna Polonia ma zamknąć mordy
i wykonywać co "przepysy" każą, bez gadania.
Naturalnie, ani słowa o tym, że chłopaki z Warszawy konsultowały swój
genialny pomysł tylko między sobą, a Polonii nikt o zdanie nie pytał. O co tu
zresztą pytać, skoro wszystkie chłopaki w Warszawie są przecież jednomyślnie
zgodne, że Polonia jest od tego, żeby płacić i słuchać, a "przepysy" są od
tego, żeby napędzać skarbowi państwa żywą frajerską gotówkę za nic.
Niedorzecznik zbywa lekko państwowy "skok na kasę" oraz (najbardziej z tego
wszystkiego interesujący) skok stylem figurowym PESEL na dane osobowe osób,
które ani w kraju nie mieszkają, ani nie mają zamiaru mieszkać, a w wielu
wypadkach kraju nigdy na oczy nie widziały, ani nie władają jego językiem.
Zdaniem niedorzecznika, absolutnie nieodzowne dla wydania obywatelowi
polskiemu zamieszkalemu stale za granicą paszportu polskiego jest pokorne
poinformowanie Warszawy, z czapką w ręku, (oczywista, po uiszczeniu na każdym
kroku złodziejskich opłat za nonsensowne i całkowicie zbędne do czegokolwiek,
za wyjątkiem pobierania opłat , czynności administracyjne),z kim, gdzie i
kiedy petent się żenił, z kim rozwodził, oraz komu, ile i kiedy zrobił dzieci
od czasu opuszczenia kraju oraz wyrobienie odpowiednich papierów na ten temat
w urzędach krajowych i w języku polskim, bo innego polska administracja
państwowa nie rozumie.
Pokątne robienie dzieci bez wiedzy Warszawy, albo rozwody w zagranicznych
sądach, to dla III RP ruja i porubstwo, czyli "poważna perturbacja często
granicząca z kwestią bezpieczeństwa panstwa", gdyż ręka państwa polskiego
powinna wszak sięgać z Warszawy pod każdą polską, półpolską, ćwierćpolską,
1/8 polską, etc. kołdrę na świecie. Mojej australijskiej małżonce niezmiernie
pochlebia, że jej związek ze mną bezpośrednio zagraża bezpieczeństwu
nieznanego jej państwa na drugim końcu świata, ale nadal nie jest przekonana
o konieczności wykupienia w Warszawie kosztownej licencji na legalną
kopulację ze mną w naszej własnej małżeńskiej sypialni w Sydney.
Szanowna Małżonka moja prosiła również, by przekazać niedorzecznikowi MSZ, iż
planujemy [...] się dalej, bez wiedzy i pozwolenia Warszawy, tyle że podczas
wakacji na Vanuatu, zamiast w Krakowie, jak początkowo mieliśmy zamiar; na
Vanuatu nasze pieniądze też przyjmują z pocałowaniem ręki, ale za to bez
gróźb, że nas do domu nie wypuszczą. Władz Vanuatu nasza metryka ślubu jakoś
nie interesuje. Mają też w nosie, w jakim języku są metryki urodzenia naszych
dzieci. A że dzieci zobaczą palmę na Vanuatu zamiast Wawelu i krakowskiego
Rynku - to trudno.
Próby rozciągania administracyjnej podległości obywateli poza własną
jurysdykcję terytorialną są zdaniem niedorzecznika uzasadnione, na takiej
podstawie, że MSWiA RP uważa, że są uzasadnione.
Znaczy, przekonywanie polskiej waaadzy państwowej , że prawo obywatela
polskiego do posiadania paszportu i posługiwania się nim nie ma nic wspólnego
z jego stanem cywilnym, albo posiadaniem (lub nie) numeru PESEL, ma się dalej
odbywać na zasadzie "gadał dziad do obrazu". Niedorzecznik MSZ RP ma również
głęboko gdzieś, że istnieje sporo osób, które za samo wystąpienie o paszport
polski mogą natychmiast stracić australijską posadę, bo niedorzecznik uważa
zapewne, że jak się ktoś w Polsce urodził, to Warszawa powinna regulować,
gdzie on w Australii pracuje.
Myślę że po dobremu nic nie wskóramy z warszawskimi niedorzecznikami; pora
nam do trybunału w Strasbourgu, do interpelacji w Parlamencie Europejskim, do
rozmów w australijskim Department of Foreign Affairs and Trade i amerykańskim
State Department, do lobbyingu polityków zachodnich; za ich pośrednictwem
trzeba będzie doprowadzić do świadomości warszawskich zamordystów (“quite
forcibly", czyli z dużym naciskiem), jakie są standardy stosunków państwo-
obywatel w krajach cywilizowanych. Włącznie z prawem obywatela do rezygnacji
z obywatelstwa bez dodatkowych małostkowych wstrętów administracyjnych.
Ale, ale, jeszcze jedno, proszę pana niedorzecznika - a wizy dla obywateli
Australii i Kanady już znieśliście, jak wam to nakazuje "EU visa-free travel
list", znana także jako “positive visa list” warunek akcesyjny Unii w
zakresie Justice and Home Affairs? Nie znieśliście? No to się pospieszcie, bo
czasu mało. Raport Komisji Europejskiej o warszawskich zaległościach w
spełnianiu dobrowolnie przyjętych na siebie zobowiązań akcesyjnych ukazał się
5 listopada 2003, i wyraźnie mówi, że oprócz licznych innych zaległości, na
odcinku wiz też żeście się nie wywiązali.
Że co, że nie będzie Bruksela pluć wam w twarz, bo PZPR-owska młodzieżówka to
królewski szczep Piastowy, więc wie lepiej, jak zawsze? Ano, pożyjemy,
zobaczymy, chłopaki, ile luzu da wam po pierwszym maja 2004 roku Bruksela;
daj Boże, żeby niedużo. W każdym razie, jak nie wykonacie, coście
ceremonialnie Unii obiecali, to te spodziewane sterty euro zobaczycie jak
własne ucho.
Czas pracuje dla nas, chłopaki z Warszawy!
Zaprowadziliście sobie totalnie bezmyślne "przepysy", które być może cieszą
wasze oko i złośliwą duszę waszych urzędników, ale bedą progresywnie, po
kolei, doprowadzać do dzikiej furii i antagonizować wobec RP, na resztę
życia, każdego Polaka mieszkającego za granicą i posiadającego polski
paszport - w miarę progresywnego wygasania polskich paszportów wydanych w
latach 90-tych. W tym roku doprowadzacie do furii osoby z paszportami
polskimi wydanymi w 1993 roku, w przyszłym roku osoby z paszportami wydanymi
w 1994 roku, i tak dalej. Jak również, o każdym czasie, każdego Polonusa
mającego zamiar zabrać ze sobą, lub wysłać, swoje urodzone za granicą dzieci
w odwiedziny do kraju ojców.
Opieracie się bowiem, chłopaki, na całkowicie błędnym założeniu: że każdy
Polak, na każdy wasz gwizdek, pędem będzie biegł do najbliższego konsulatu RP
po polskie paszporty dla siebie i swoich dzieci, z gotówką w zębach i choćby
boso po tłuczonym szkle, jeśli tylko wam