Jestem obżarta jak bąk...

Ale tak szczęśliwa, jakbym wygrała conajmniej miliona w totka!

Komu to zawdzięczam? No? Zgadniecie? Jasne, że Wiesi!

A raczej Jej genialnemu mężowi!

Niniejszym ogłaszam kochana Wiesiu, że za ten przepis jestem gotowa nie tylko wyszorować Ci pięty pumeksem

, ale jeszcze podrapać plecki i wymasować ramionka!

A teraz do rzeczy. Do tej pory nie robiłam leniwych, bo moim zdaniem ktoś się pomylił w nazewnictwie i robota raczej do leniwych nie należała. Najbardziej wkurzało mnie to, że cała kuchnia potem była w mące, a już do białej gorączki doprowadzało mnie szorowanie stolnicy...

Niestety, męska część mojej małej rodzinki nie cierpi dań mączno-słodkich, typu właśnie leniwe, czy kluski z serem, czy naleśniki

. Stąd też wizja przygotowywania dwóch obiadów (w tym tych nieszczęsnych leniwych dla mnie i Ani) skutecznie studziła moje zapędy. Do czasu...wizyty u Wiesi. Otóż można zrobić leniwe BEZ PASKUDZENIA STOLNICY!!! Jak? Proszę bardzo:do garnuszka włożyłam 30 dag sera białego, dwa jajka, i objętościowo (nie wagowo!) tyle mąki, co sera, może o jedną łyżkę więcej, szczyptę soli. Porządnie to zmiksowałam (najpierw można ser potraktować nożykami, coby go "zemleć"). Ma być bardzo gęste - mikser mi okropnie stękał i kwękał.

Zagotować wodę w garze, posolić, po czym jak zacznie bulgotać, umoczyć łyżkę we wrzątku i tą gorącą łyżką odcinać zgrabne kawałki masy i wkładać do wrzątku. Kluski same będą odchodzić od łyżki. Jak już wypłyną na wierzch gotować ok 4 minut. Wyciągnąć z gara, polać roztopionym masełkiem z bułką tartą, posypać cukrem i...wcinać! pałaszować! pożerać! mlaskać! mniamać! delektować się! mmmmm, niebo w gębie...

A potem pękać w szwach, jak ja teraz...

A swoją drogą, jak niewiele mi do szczęścia brakuje...

Gosia, która mięsa potrzebuje tak na oko - raz na miesiąc