titus_flavius
07.08.03, 08:58
Rasowy dowcip znad morza
Stanisław Mancewicz 05-08-2003, ostatnia aktualizacja 05-08-2003 21:07
Makuszyński, świetny pisarz dla dzieci, dla dorosłych pisał teksty okropne
Parę gazet - w tym "Gazeta Wyborcza" - odnotowało z niejaką emfazą 50.
rocznicę śmierci Kornela Makuszyńskiego. Autor paru nieśmiertelnych książek
dla dzieci i młodzieży został przedstawiony jako pisarz wyrosły na tradycji
polskiej gawędy, wzruszający i obdarzony staroświeckim poczuciem humoru - jak
napisał Marek Mikos w notce o nim. Z Makuszyńskim jednak, który do
przedwojennej Polskiej Akademii Literatury został przyjęty "ze względu na
wartości literackie i moralne tekstów przeznaczonych dla dorosłych", nie jest
wcale tak prosto i pogodnie, jakby chcieli wszyscy wychowani na "Koziołku
Matołku" czy "Szatanie z siódmej klasy". Jego proza dla dorosłych,
niewznawiana dziś, ale dostępna w bibliotekach i antykwariatach, z wielkimi
wartościami literackimi nie ma wiele wspólnego. Warto dla całości obrazu
przypomnieć jej fragmenty.
Jego wydany dwa razy w międzywojennej Polsce zbiorek felietonów "Moje Listy",
oznaczany w bibliografiach jako istotna część twórczości, jest najgorszym
przykładem "polskiej gawędy i staroświeckiego humoru" obowiązującym jednak
swego czasu wśród części rodzimych literatów. Książeczka została wydana w
Bibliotece Dzieł Wyborowych w Warszawie (po raz drugi w 1923 roku). Składa
się z niewinnych wspomnień o Ludwiku Solskim, z "listów" ze Lwowa, gdzie
Makuszyński dyrektorował teatrowi, oraz z Zakopanego i Sopotu, dokąd jeździł
na wakacje.
W Sopocie autor napotkał problem, z którym rozprawia się zasadniczo i z godną
uwagi, proroczą - by powiedzieć - myślą i niezrównanym dowcipem: "List z
Sopotu powinien być właściwie napisany po żydowsku, jeśli ma być
interesujący, stylem soczystym, obrazowym, powinien być wypowiedziany rękami,
wielkim rozradowanym wrzaskiem. Sopot bowiem tegoroczny to jedna wielka
mykwa, mykwa zaś jest to wielka kadź kąpielowa, która ma tę właściwość, że po
żydowskiej kąpieli jest w niej zawsze więcej cieczy, niż jej było przed
kąpielą. Zatoka sopocka tak mniej więcej wygląda. Żydowskie kąpiele w Sopocie
mają jednak i dobrą stronę, wszystka bowiem ryba, oszalała z przestrachu,
śmiertelnie zalękła, odurzona zapachem, obłąkana z rozpaczy, zadarłszy ogony
uciekła na polskie morze, gdzie ją można wyjmować rękami, jak oczadziałą".
Makuszyński analizuje też los mew: "Mewa (...) leci nad obszar kąpielowy, aby
przestraszyć pluskające się żydzięta, krąży nad basenem, krąży, potem zaczyna
się słaniać w powietrzu, trzepocze skrzydłami i pada w morze, taka nad
żydowskim basenem jest aura".
Autor przygód "Koziołka Matołka" lubi zwierzęta i do nich głównie stosuje
wszelakie paralele. W swą grafomańską niechęć angażuje też zjawiska
atmosferyczne: "Czasem szczury, kierowane jakimś tajemnym nakazem, wędrują
niezliczoną gromadą, tak samo w tym roku przywędrowali nad morze żydowie.
(...) Morze zgorzkniało, stało się posępne, niechętne gęste. Fale patrzą z
podełba ku brzegowi i nie chcą płynąć, wiatr to pędzi, krzyczy, nawołuje,
gwiżdże, a woda w płacz, żyd nastawia brzuch, fala w nogi". (...) Potem
zirytowane morze rzyga tem mrowiem na brzeg i wtedy na piasku leży sto
tysięcy ton koszernego mięsa."
Dziś wyjątkowo źle brzmi fragment o patriarsze: "Żydowie, zachłanni bardzo na
wszelkie leczenie się, czynią to bardzo dokładnie i umieją wyzyskać
umiejętnie słońce, wodę, piasek, nawet wiatr (...). Nawet stary patriarcha,
na którego brodzie można by założyć laboratorium chemiczne albo fabrykę
mydła, miałoby się bowiem pod ręką wszystko do tej fabrykacji potrzebne,
zajechał do Sopotu". Nie chcę czynić marnej próby sugerowania, jakoby
Makuszyński coś wiedział o nadbiegającej koszmarnej przyszłości, ale jako
członek Akademii mógł się wykazać lepszym smakiem i doborem porównań.