Dodaj do ulubionych

Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstęp.

16.05.05, 01:03
Gdyby ktoś przewidział, czym skończy się nasza namiętność do bobu, prędzej
zaorałby wszystkie grządki z tym warzywem...
Przez całą zimę ostrzyliśmy sobie apetyty na świeży bób, podjadając w
międzyczasie mrożony, nazywany pogardliwie – hibernatusem, aż wreszcie ktoś
rzucił pomysł – w sezonie robimy imprezę! Z bobem i czereśniami, jako daniem
głównym. Resztę, czyli coś do picia, każdy załatwi we własnym zakresie i
wreszcie nagadamy się za wszystkie czasy. Myśl została przyjęta z zachwytem,
bo kojarzyła się z latem i była odskocznią od uroków polskiej zimy. Po czym
wróciliśmy do swoich zajęć i do hibernatusa.
Pierwszy telefon był od Aśki. Słynęła z tego, że nigdy nie przepuściła żadnej
imprezy, pewnie dlatego jej głos w słuchawce zabrzmiał, jak trąba jerychońska:
- Słuchaj, jest bób!
Akurat byłam zajęta oglądaniem programu z cyklu „Ktokolwiek widział,
ktokolwiek wie...”, od którego mnie odrzucało, bo napawał zgrozą, ale nie
mogłam przełączyć kanału, bo w pilocie skończyła się bateria, a nie chciało
mi się wstawać z fotela. Przejęta losem zaginionych osób, w pierwszym
momencie pomyślałam, że Aśka znalazła jakiegoś faceta o nazwisku Bób... Po
krótkiej chwili dotarło do mnie o czym mowa i zaczęłyśmy uzgadniać szczegóły
imprezy, która zaczęła nabierać rumieńców.
Wszystko szło, jak z płatka: termin imprezy został ustalony na nadchodzący
weekend, świeże powietrze zlokalizowano u Tomka, który był posiadaczem nie
tylko ogromnego ogrodu, ale także właścicielem ujmującego wyglądu, zabawowego
charakteru i wielu innych męskich zalet. Zakupy czereśni, bobu i pozostałych
artykułów spożywczych zostały rozdzielone pomiędzy zainteresowanych, ja
miałam zająć się ugotowaniem bobu. I wtedy do mnie dotarła ilość produktu...
10 kilogramów!
Rany boskie! 10 kilogramów! W czym ja mam to ugotować? W wannie? Opanowawszy
panikę, postanowiłam szukać pomocy u ludzi posiadających dorastające, a więc
żerte potomstwo. Tylko oni mogą mieć odpowiednio duże garnki. Anula! Ona ma
trzech chłopów w domu i z kuchni nie wychodzi. Sięgnęłam po słuchawkę.
Obserwuj wątek
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna. Wstęp cd. 16.05.05, 01:12
      - Cześć Anulka! Słuchaj, potrzebny mi garnek.
      - Jaki znowu garnek? – w głosie Anuli nie było żadnego zainteresowania,
      widocznie temat kuchni obrzydł jej z kretesem. Co, nawiasem mówiąc, wcale mnie
      nie zdziwiło. Jedzenie było głównym zajęciem jej męża, a synowie odziedziczyli
      zdolności po tatusiu.
      - No, garnek. Duży. Może być kocioł. Taki na 10 kilo bobu.
      - Zwariowałaś? – Anula lekko się ożywiła – Po co ci tyle bobu? Będziesz gotować
      dla biednych czy dla młodego wojska?
      - Dla żadnego łodego wojska, dla strego tym bardziej. To dla znajomych. Dużo
      ich będzie, bobu też musi być dużo. Masz taki kocioł, czy nie?
      - A wiesz, że chyba mam? Jeszcze po babci, służył jej do gotowania bielizny.
      Powinien stać gdzieś w piwnicy. Możesz go sobie wziąć.
      W ten sposób problem garnka spadł mi z głowy, bo kocioł okazał się doskonałym
      produktem przedwojennego rzemiosła. Po przywleczeniu do domu i dwugodzinnym
      szorowaniu, odzyskał nawet ślady dawnego połysku. Pozostawało czekać na sobotę
      i upajać się myślą o przyjemnym weekendzie.
      W czwartek z mojego dobrego nastroju nie pozostało śladu, ni popiołu. Diabli
      wzięli wszystkie przygotowania i starania o ten nieszczęsny garnek. Tragiczny
      głos Aśki, który usłyszałam w komórce, zastopował mnie na środku przejścia dla
      pieszych.
      - Słuchaj... Rany boskie... Tomek został zamordowany!! – zawyła mi do ucha i
      zamilkła.
      Jakim cudem nikt mnie nie przejechał, nie mam pojęcia. W całości, choć ledwo
      żywa dotarłam do domu i gdy wchodziłam na ostatni schodek, zobaczyłam...
      siedzącego na wycieraczce Tomka. Blady, jak trup, zaczął niemrawo zbierać się
      z podłogi, po czym ciężko oparł się o drzwi i wyszeptał:
      - Musisz mnie schować, bo mnie zabiją...
      Nie pytając o nic, otworzyłam drzwi, a on wpadł do mieszkania. A razem z nim
      wpadła czarna godzina i kłopoty dla nas wszystkich. Zachciało nam się zimą
      bobu...

      cdn.
    • kmsanczia Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 16.05.05, 15:52
      Tomek siedział skulony na moim kuchennym taborecie i patrzył jak zbity pies,
      podczas gdy ja trzęsącymi kończynami nalewałam po raz drugi kieliszek brandy.
      Pierwszy wtrąbiłam sama zupełnie odruchowo.
      - Mów człowieku, co się stało, bo mnie domysły rozsadzą! - Powiedziałam, a
      raczej wykrzyczałam, bo panowanie nad sobą straciłam już po telefonie Joaśki. -
      Jak to zabiją, Aśka mówiła, że ty JUŻ nie żyjesz! O Boże, co ja gadam. Na pewno
      jesteś cały, co się stało?!
      - Nie wiem - powiedział Tomek, gestem prosząc o dolewkę. - Wiem tylko, że nikt
      nie może wiedzieć, że żyję. Nawet Aśka. - Popatrzył tak, że ciarki przeszły mi
      po plecach. Aśka? Znamy się tyle lat, co ona może mieć z tym wspólnego?
      - Wplątano mnie w przemyt - ciągnął Tomek - wiem tylko tyle, że ma z tym coś
      wspólnego... nigdy byś nie zgadła - nasz ukochany bób! Dokończył z przekąsem, a
      na jego bladej twarzy zauważyłam wyraz trwogi.
      Afera? Przemyt? BÓB??
      O matko Guruo...

      CDN
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 16.05.05, 21:28
      Tomek wypił jednym haustem cały kieliszek, trochę go przytkało, więc
      natychmiast nalał następny. Odruchowo zabrałam butelkę z jego zasięgu. Nie
      mogłam pozwolić, by się ululał, zanim zdąży coś powiedzieć. Zrobiło się
      stanowczo za dużo zagadek do wyjaśnienia. Co ja mówię – za dużo? Same zagadki!
      Miałam wrażenie, że w powietrzu unosi się jeden wielki znak zapytania i zaczyna
      przygniatać mnie swoim skomplikowanym kształtem, a jego kropka siedzi mi w
      gardle i dusi. Sięgnęłam po papierosa, bo czułam, jak drżą mi ręce i chciałam
      je czymś zająć. Niewiele brakowało, a zamiast papierosa, przypaliłabym sobie
      czoło, chyba z dymem poszły mi rzęsy, bo poczułam swąd palonych włosów i czegoś
      jeszcze. Pewnie tuszu do rzęs. A co mi tam rzęsy, posmaruję olejem rycynowym i
      odrosną.
      Tomek odzyskał oddech, poróżowiał nieco na twarzy i nagle, jakby go odblokowało.
      - Słuchaj, ty pamiętasz, kto wpadł na pomysł imprezy z tym cholernym bobem? –
      zapytał.
      - Nie pamiętam...
      Nie kłamałam. Faktycznie, w tym momencie, nie pamiętałam nic. Patrzyłam na
      Tomka i w głowie mi się kotłowało. Żyje!... Boże, jaki on jest piękny!....
      Nawet w tym utytłanym ubraniu, rozczochrany i... o! ma podrapany policzek!...
      Zawsze mi się podobał. Lubiłam na niego patrzeć i słuchać tego jego aksamitnego
      głosu. Ale tych bab, to miał... Wstrętny dziwkarz! Chyba nie jestem w jego
      guście, on woli takie wydrowate... Ładne ma dłonie.... Jezu, to mi się nie śni!
      On tu siedzi! W mojej kuchni, wypija moje brandy, patrzy w moje okno! Przyszedł
      do mnie! Do mnie, nie do którejś z tych swoich licznych kocic! Patrzy na mnie,
      nie...
      - Czy ty słyszysz, co do ciebie mówię?! Po raz piąty pytam, czy ten twój tu
      zaraz nie wejdzie?!
      - Nie wejdzie. Pojechał do Gdyni odebrać kontener z nową maszyną drukarską i
      coś tam jeszcze... Wróci w poniedziałek. A co? – usiłowałam zebrać myśli.
      - A to, że wolałbym się tu na niego teraz nie natknąć. Wystarczy mi przeżyć na
      dzisiaj. Ten twój anioł zaraz uruchomiłby łańcuszek pomocy i zaangażował pół
      miasta w ratowanie mnie z opresji. To już wolałbym dać się zabić.
      Pominęłam temat mojego osobistego anioła. Wiedziałam, że obaj nie przepadają za
      sobą, bo dzieli ich zbyt wielka różnica charakterów i upodobań. Mój anioł,
      który od kilku lat był tylko mój, nie mógł zrozumieć faceta, który prowadzi
      życie motyla... Inna para skrzydeł, po prostu.
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 16.05.05, 21:40
      Nagle przypomniałam sobie pytanie, które mi zadał.
      - To kto w końcu wpadł na pomysł tej imprezy? I co, do jasnej cholery, może
      mieć wspólnego bób z twoim trupem?
      - A może, może... – odpowiedział Tomek, wyraźnie spokojniejszy i rozwalił się
      swobodnie w fotelu – Otóż, pamiętasz... A nie, nie pamiętasz. No więc, imprezę
      wymyśliła Aśka....
      - O właśnie! – przerwałam mu gwałtownie – Dlaczego Aśka wyła mi do ucha o
      twojej śmierci? Wiem, że ona jest do wszystkiego zdolna, ale taki żart, to już
      chyba przesada. Wariatka, kiedyś mnie wykończy nerwowo.
      Tomek popatrzył na mnie, jakby niepewnie.
      - Ona naprawdę myślała, że ja nie żyję. Chyba widziała mnie leżącego w postaci
      trupa na dywanie, w moim salonie. Wiesz, ona akurat... Tego... No dobra.
      Byliśmy umówieni u mnie. W celach zupełnie nie związanych z aferą , jeśli mogę
      tak określić. Czy mam mówić dalej?
      No tak, tego mogłam się domyślić. Pasowali do siebie pod każdym względem i
      dziwne byłoby, gdyby ze sobą nie sypiali. Cholera jasna!...
      - Dobra, mów co ma z tym wszystkim wspólnego bób, bo mnie zaraz szlag jasny
      trafi! – wysyczałam głosem zimnym i ostrym, jak sopel lodu.
      - A nie zrobiłabyś mi kawy? – zapytał przymilnym tonem
      - Zaraz zrobię, ale najpierw mów, bo JA cię zamorduję! – warknęłam, czując, jak
      opuszczają mnie resztki cierpliwości. Przez to, że sypiał z Aśką, podobał mi
      się już znacznie mniej. Świadomość tego, że nie przyszedł tu gnany nagłą
      namiętnością, nie dodawała mi już słodyczy i łagodności. Stracone złudzenia, to
      wkurzające uczucie.
      - Jesteś bez serca... OK, połóż tę popielniczkę, już mówię. Od czego by tu...
      Aha, no więc Aśka wymyśliła imprezę. Pamiętasz, jak wszystkim nagle zachciało
      się tego bobu? Śnił nam się po nocach. I jakoś tak na wiosnę, zgadałem się z
      Grześkiem, wiesz, tym, który ma jakieś potworne hektary na Dolnym Śląsku.
      Zapalił się do obsiania paru z nich właśnie bobem, bo stwierdził, że to
      doskonały interes. Obiecałem mu znaleźć dużego odbiorcę i obaj mieliśmy na tym
      nieźle zarobić. No i znalazłem, kur... de! A przy okazji wpakowałem nas
      wszystkich w takie bagno, że...
      - Wszystkich, to znaczy kogo? – wpadłam mu w słowo.
      - No... wszystkich, którzy mieli być na tej imprezie. Ciebie też. Tak wyszło,
      sorry, gdyby wiedział...
      - Zaraz, zaraz. Wpakowałeś, dobra, zdarza się. Ale w co? Powiedz wreszcie w CO
      nas wpakowałeś?
      - Nie domyślasz się na czym robi się takie pieniądze, przy których życie
      ludzkie przestaje się w ogóle liczyć? – powiedział to cicho i wolno, jakby nie
      mógł z siebie wydusić jakiejś straszliwej prawdy.
      I wtedy zrozumiałam. Matko kochana! Przemyt, duże pieniądze, morderstwa,
      artykuły w gazetach... Poczułam, jak ciarki przelatują mi po plecach.
      Narkotyki!!
      Ale skąd w tym wszystkim my? W dodatku zaocznie... Nic nie wiem, nic nie
      rozumiem!... I co wspólnego z tym wszystkim ma roślina strączkowa??

      Cdn.
    • kmsanczia Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 16.05.05, 22:44
      Mój anioł. Śmiało można powiedzieć, że anioł stróż. Na imię ma Gabriel, niby
      zwyczajnie, ale jakoś w zestawieniu z jego osobą przywodziło na myśl Archanioła.
      Przydatny w zmaganiach z rzeczywistością, ale stanowczo nie nadający się do
      namiętnych uniesień. Wszystko przemyślane i poukładane, po prostu chodząca
      dokładność. Żeby nie powiedzieć upierdliwość. Gdyby nie to, że jest
      przewidywalny do bólu możnaby podejrzewać, że ma romans. Coraz częstsze wyjazdy
      służbowe, z których wraca o dziwo jakiś taki wypoczęty i odprężony... Czyżby?
      Nie, to nie w jego przypadku. A może?
      Ocknęłam się z zamyślenia i spojrzałam na obiekt, który jak najbardziej
      nadawał się do wszelkich uniesień. Czegoś chyba ode mnie oczekiwał, jakiejś
      decyzji. Zaraz, o czym my rozmawialiśmy? No tak, widmo niejasnej i zagmatwanej
      na wszelkie możliwe sposoby afery powróciło świńskim truchtem. Co ja mam zrobić?
      - Trzeba cię ukryć. - powiedziałam stanowczo, przed oczami mając jeszcze
      Archanioła w srebrnej zbroi romansującego na maszynie drukarskiej. - Narkotyki!
      Co za głupotę trzeba popełnić, żeby się wplątać w to świństwo! Gdzie można się
      ukryć, na dodatek przed Aśką? Poczekaj, muszę pomyśleć...
      - Wydawało mi się, że właśnie nad tym myślałaś? - przyjrzał mi się podejrzliwie.
      Wolałam nie wyjawiać mu swoich myśli. Ani tych, ani poprzednich.
      - Wiem! Wpadłam na szalenie podstępny pomysł. To wplątanie w aferę już chyba ma
      na mnie zły wpływ. Posłuchaj...

      CDN
      • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 17.05.05, 02:02
        Dobra, dobra, ukrywanie to jedno, pomysł na to mam, ale najpierw muszę
        wiedzieć - za co? Za co ja mam się narażać jakimś bandziorom od narkotyków i co
        reszta ma z tym wspólnego? Bo, że on wdepnął w tę mierzwę, to już wiem. Ja
        natomiast nic takiego sobie nie przypominam. Jeśli mam odpowiadać za
        współudział w przestępczej działalności, to muszę o niej coś wiedzieć. Należy
        mi się.
        - Tomek, robię tę kawę i daję ci tyle czasu na poskładanie tego wszystkiego do
        kupy, ile zajmie jej nakapanie z ekspresu do dwóch filiżanek. Mam stary
        ekspres, wolno idzie, więc masz czas, żeby się skupić.
        Wstałam energicznie, żeby zaakcentować początek tego czasu na skupianie się i
        sięgnęłam do szafki po puszkę z kawą.
        Coś paskudnego musiało być w moim głosie, bo Tomek patrzył mi na ręce, jakby
        obawiał się, że zamiast kawy, nasypię do ekspresu arszeniku. A może w ten
        sposób zastanawiał się, jak usystematyzować swoje przeżycia i podać je w miarę
        chronologicznie, bo marszczył czoło i nerwowo drapał się po brodzie. Odwróciłam
        wzrok od tej widocznej męki, żeby trafić wodą do dzbanka, a poza tym, czułam
        dziwny opór przed szczegółami wielkich afer, przemytów i tym podobnych
        przyjemności. Dotąd nie miałam z nimi do czynienia, więc jawiły się w moich
        myślach, jako coś odrażająco wstrętnego i przerażającego, jak włochaty pająk.
        Przez samo to porównanie, kto wie, czy nie nasypałabym do papierowego filtra
        arszeniku, zamiast kawy, żeby nic nie usłyszeć... Pstryknęłam włącznikiem i
        usiadałam, wpatrzona w pierwsze krople spadające do dzbanka. Kawy, nie
        arszeniku. Tomek też się o tym przekonał, bo przeniósł wzrok na sufit, szukając
        na nim pomocy w myśleniu. Sufit milczał, w przeciwieństwie do mnie.
        - Zanim coś z siebie wydusisz sensownego, powiedz mi, w jaki sposób można
        cokolwiek przemycać w czymś takim jak bób? Możesz?
        - Mogę - ocknął się i jakby nawet ożywił - To jest coś niesamowitego. Widziałaś
        kiedyś fabrykę farmaceutyczną? Taki kombajn, do którego z jednej strony sypie
        się różne proszki, a z drugiej wylatują gotowe pastylki, elegancko zapakowane?
        - Widziałam. W telewizji.
        - No więc właśnie. To jest coś takiego, tylko jeszcze bardziej skomplikowane.
        Mówię ci, szczyt techniki! - w jego głosie zabrzmiał prawie zachwyt - Wszystko
        zautomatyzowane, dwóch ludzi do obsługi, cudo! Do błyszczącego kotła wspypuje
        się normalne ziarenka, a wychodzą nafaszerowane amfą i nikt tego nie jest w
        stanie odróżnić gołym okiem!
        - A co z wnętrzem? - zastopowałam ten zachwyt nad techniką.
        - Czyim wnętrzem?
        - No, przecież nie twoim! Twoje mogę sobie z łatwością wyobrazić. Co się dzieje
        z wnętrzem bobu? O rany, no z tą miazgą, którą zastępują potem amfetaminą?
        - A! To idzie w osobne pojemniczki, jako gotowe danie garmażeryjne. Zbyt jest,
        dodatkowy zarobek także. Chociaż, co to za pieniądze, w porównaniu z tymi z
        faszerowanego ziarna... Odrychtowali taką fabrykę, że oko bieleje. Widziałem na
        własne oczy i chyba to mnie zgubiło.
        Starałam się sobie to wyobrazić, chociaż nie wiem po co. Wcale nie chciałabym
        widzieć tej nowoczesności na własne oczy, bo miałam w planach jeszcze trochę
        pożyć. Chociażby w znośnym zdrowiu, bo o spokoju, to raczej szkoda już marzyć...
        Nalałam kawy do filiżanek i popatrzyłam w okno, za którym murem trwała ciemna
        noc. Boże, czy my wyjdziemy kiedyś z tej mojej kuchni? W tym momencie, Tomek,
        jakby czytając w moich myślach, powiedział:
        - Mam do ciebie dwie prośby. Obie jednakowo ważne. Musisz mi znaleźć, jakąś
        kryjówkę, to raz. Ale na to masz już chyba jakiś pomysł, jeśli się nie mylę?
        - Owszem, to się da zrobić. A ta druga prośba?
        - Hm... Nawet ważniejsza od pierwszej. Musisz pojechać do mnie do domu i zabrać
        parę papierów. Sam nie zdążyłem, a one są trefne i wolałbym, żeby nie wpadły w
        ręce policji. Tym bardziej tych skur...czybyków producentów. To jest pętla na
        moją szyję i bez nich, jestem prawdziwy trup.
        - Jak to pojechać do twojego domu? Dlaczego ja? Przecież nigdy u ciebie nie
        byłam. Nie może ktoś inny?
        - Własnie dlatego ty, że nigdy u mnie nie byłaś i nikt cię u mnie nie widział -
        odpowiedział z bezczelnym spokojem.
        Aha, czyli pozostałe koleżanki bywały u niego systematycznie... Cholera,
        wychodzi na to, że tylko ja z nim jeszcze nie spałam. I co? Mam to teraz
        odpracować za karę? Już się rozpędziłam, żeby po nocy lecieć do jego domu i
        błąkać się po licznych, jak słyszałam, komnatach. Nie mówiąc o ogrodzie, który
        ponoć był mieszanką angielskich ogrodów królewskich i rodzimych ostępów leśnych.
        - Nigdzie nie jadę. Wybij sobie z głowy.
        - Ależ pjedziesz, kochanie, pojedziesz. I to zaraz. Bo wiesz, w tych papierach
        ty też istniejesz. Więc przyniesiesz je również w swoim, dobrze pojętym
        interesie - w jego głosie brzmiał jak aksamit wysadzany zimnymi kryształkami
        słodkiej i twardej skały. Oczywiście, o ile taka w ogóle istnieje. W jego
        głosie była.
        Zaczęłam naprawdę żałować, że nie wsypałam do ekspresu arszeniku. Zerwałam się
        z taboretu.
        - Żebyś pękł! - wysyczałam z wściekłością - Gdzie masz te pieprzone papiery?
        - W sejfie. Zaraz ci wytłumaczę, jak go otworzyć. A tu masz klucze od bramy i
        od domu. Wjedź od razu do garażu, żeby cię nikt nie zobaczył.
        Nagle wstał, zbliżył się do mnie i pocałował mnie krótko i mocno. Jego wargi
        były ciepłe, miękkie i pachnące kawą...
        Jakim cudem udało mi się wreszcie wyjść z tej kuchni, sama nie wiem. Po chwili,
        jechałam pustymi ulicami, prosto w tajemnicę, z której rozmiaru nie zdawałam
        sobie sprawy. Gdyby ją znała, pewnie wolałabym rozbić samochód na pierwszej z
        brzegu latarni...

        Cdn.
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 17.05.05, 10:11
      Wielki, rozłożysty dom, do którego dotarłam bez trudu i błądzenia, stał cichy i
      ciemny. Zatrzymałam się na czymś w rodzaju dziedzińca, za mną było coś w
      rodzaju parku, a przede mną brama do garażu. Normalna brama, połyskująca
      metalicznie, którą miałam otworzyć za pomocą pilota, kurczowo ściskanego w
      ręku. Była ciepła, jasna, letnia noc, jedna z najkrótszych w roku, a ja czułam
      jak dygocą mi zziębnięte palce i szczękają zęby. Siedziałam i czułam, że z
      nerwów zaczyna boleć mnie żołądek. Dobra, skoro się powiedziało A, to jedziemy
      do końca alfabetu. Prztyknęłam w guziczek, brama otworzyła się prawie
      bezszelestnie i wjechałam do wielkiego pomieszczenia, które rzeczywiście było
      garażem i to na kilka samochodów. Stał w nim jeden, terenowy Jeep, zajmując
      sobą niewielką część tej hali, reszta była pusta. Zaparkowałam obok wnęki, w
      której zamajaczyło coś w rodzaju schodów.
      Wszystko wydawało mi się czymś w rodzaju, czyli inne niż spotykane na co dzień,
      większe i... niesamowite. Z jednej strony, strach niewątpliwie zaburzał mi
      percepcję, lecz z drugiej - to wszystko było rzeczywiście za duże, jak na
      jednego właściciela. Nawet na takiego, który prowadzi wyjątkowo bujne życie
      towarzyskie i uczuciowe.
      Sięgnęłam do skrytki po latarkę, przeżegnałam się zamaszyście i wysiadłam z
      samochodu, nie zatrzaskując drzwi, żeby nie robić hałasu. Na palcach pokonałam
      szerokie, choć dość strome schody i wielki hall, otwarty na następne
      pomieszczenie z przeszkloną ścianą. Domyśliłam się, że to salon. Przebiegłam
      przez jego hektary, rejestrując kątem oka jakieś przedmioty leżące na podłodze
      i ogólne wrażenie nieładu. To pewnie tutaj Tomek dostał w łeb i tu, leżącego w
      charakterze półtrupa, znalazła go Aśka. Było jasno, nawet nie musiałam zapalać
      latarki, bo oczy szybko przyzwyczaiły się do półmroku. Cała byłam nastawiona
      tylko na jedno: trafić w drzwi z lewej strony, otworzyć ten cholerny sejf i w
      nogi.
      Trafiłam i nogi wrosły mi w podłogę. Sejf był otwarty! A pod nim, na podłodze,
      leżała jakaś wielka kupa czegoś, co przystopowało mnie całkowicie. Czułam, jak
      staje mi serce i każdy włosek na całym ciele. Usiłując zapalić latarkę,
      walnęłam się boleśnie w mały palec i to pomogło mi nie zemdleć z wrażenia.
      Skierowałam promień światła na tę kupę i już nie miałam wątpliwości. Na
      podłodze leżał człowiek, a lśniąca, czarna kałuża wokół jego głowy, świadczyła
      o tym, że zapadł w sen wieczny...
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 17.05.05, 10:15
      Rany boskie, trup! Uciekać! Odwróciłam się na pięcie, usiłując zrealizować ten
      nakaz, dyktowany resztką świadomości. Na zesztywniałych nogach, starając się
      być bezszelestna i bezwonna, przebyłam kurcgalopkiem salon i hall, gdy nagle na
      schodach rozległ się głośny rumor i jęk pomieszany ze zduszonym okrzykiem:
      kurwa! Resztę zagłuszyło bicie mojego serca. Bez sił osunęłam się i usiadłam na
      najwyższym schodku, a strumień światła latarki, którą wciąż bezwiednie
      ściskałam w ścierpniętej ręce, padł na podłogę garażu i trafił w faceta,
      siedzącego u podnóża schodów. Jedną ręką trzymał się za plecy, drugą gwałtownie
      zasłonił sobie oczy.
      Fakt, że nie umarłam na tych schodach, świadczył wyłącznie o tym, że widocznie
      nie było mi jeszcze pisane i nie nadeszła moja ostatnia godzina. Patrzyłam tępo
      na faceta, który jakoś nie wykazywał chęci do zrywania się z podłogi, ani do
      innych gwałtownych czynów. Byłam uwięziona między trupem w gabinecie, a tym
      niedobitkiem w garażu i było mi już wszystko jedno.
      Facet podniósł głowę do góry, pewnie chcąc zobaczyć, kto świeci mu prosto w
      oczy i wtedy go poznałam. Zerwałam się na równe nogi.
      - Grzesiek! Na rany pańskie! Co ty tu robisz?
      Przestraszyłam go tym chyba okropnie, bo krzyknął piskliwie:
      - Kto to? Kto tu jest?
      - To ja, Anna – powiedziałam i zdając sobie sprawę z tego, że on mnie nie
      widzi, skierowałam światło na siebie, przy czym gwizdnęłam się w ucho, aż
      zajęczało. Rozcierając je, pomyślałam, że na serce to tu może nie wykituję, ale
      za chwilę sama zabiję się tą pierniczoną latarką.
      - Jaka An... Aha, to ty – stwierdził, jakby nagle uspokojony – A ty tu czego?
      - Długo by gadać. Słuchaj, tu jest trup!... – nagle zdałam sobie sprawę z tego,
      że on był tu chyba przede mną – Czy to ty go... tego.....?
      - Oszalałaś? Lepiej pomóż mi wstać, bo przez ciebie spadłem ze schodów i
      stłukłem sobie kość ogonową. Myślałem, że to morderca.
      - Ale skąd ty tutaj?! Jak się tu dostałeś?
      - Mam klucze, Tomek mi dał. Wszystko sobie opowiemy, ale teraz spieprzajmy z
      tej czerwonej oberży, dobra? Nie wiesz, gdzie Tomek?
      - Jedziemy do mnie. On tam czeka. Chociaż nie wiem, czy na ciebie też...
      Po chwili, wyjeżdżaliśmy na ulicę, pozostawiając za sobą piękną posiadłość,
      wyglądającą w mlecznej poświacie wstającego letniego ranka, jak oaza dostatku,
      bezpieczeństwa i spokoju. W ogrodzie budziły się ptaki, oznajmiając radośnie
      nowy dzień.

      Cdn.
    • kmsanczia Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 17.05.05, 12:50
      Co ta wariatka tam robiła? - myślał Grzesiek starając się nie patrzeć w bok, na
      prowadzącą samochód Ankę. Był cały obolały a zgiętą prawą rękę cały czas
      przyciskał do kurtki. Tomek ją wysłał? Ale po co, żeby mnie sprawdzić? Przecież
      sam dał mi klucze i polecił absolutnie nikomu nie mówić co się dzieje. Miałem
      odebrać z sejfu ten cały nabój i schować w umówionym miejscu. Nie ufa mi? Na
      wszelki wypadek warto by się przyjrzeć w spokoju tym papierom, zanim mu je
      oddam. Tylko jak to zrobić, nie budząc podejrzeń Anki. Po co on ją w to wciąga,
      przecież to jej zupełnie nie dotyczy. I jak ona się dała na to namówić? Głupia
      jest jak próchno, chociaż inteligencji jej nie można odmówić. Ale zwykłej
      babskiej głupoty tym bardziej. Już bardziej bym się spodziewał na jej miejscu
      Aśki. Po niej można się wszystkiego spodziewać i zdaje się byłą ostatnio na
      tapecie. Tomek chyba gustuje w łatwych wydrowatych, w takim razie coraz bardziej
      nie rozumiem co tu robi Anna. I jeszcze ten jej anioł stróż. Ona chyba nie wie,
      czym on się naprawdę zajmuje...
      - Boli cię ręka? Może trzeba jechać na ostry?
      - Daj spokój, nic mi nie jest - starał się, żeby jego głos brzmiał jak
      najbardziej obojętnie.
      - Przecież widzę, że masz coś z ramieniem, może to złamanie.
      - Jedź i nie marudź, twardy jestem - poprawił kurtkę tak, by nie było widać
      ukrytej pod nią torby.
      - Ale słuchaj, zupełnie wyleciało mi z głowy! Ten trup! Kto to był?
      - Nie zdążył mi się przedstawić. Jak przyszedłem już leżał i nie było co zbierać
      - coś tam jednak było, pomyślał Grzesiek. Warto z tego zrobić użytek.
      - No, jesteśmy na miejscu. Pomóc ci wysiąść?
      - Nie rób ze mnie zramolałej kaleki.
      - Dobrze już, dobrze. Chodźmy na górę. Niech ja dorwę tego Tomka! W co on nas
      wpakował - narkotyki, ukrywanie się, a teraz jeszcze trup - wściekała się
      zrzędliwie Anka wchodząc na górę. Kiedy dotarli na piętro Grzesiek powstrzymał
      ją przed włożeniem klucza do zamka. Drzwi były uchylone, w całym mieszkaniu
      świeciły sie światła. Tomka nigdzie nie było...

      CDN
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 18.05.05, 22:28
      Cały piątek, to był prawdziwy obłęd. Jeśli to w ogóle był piątek? Bo chyba
      przestałam odróżniać dzień od nocy i dostałam całkowitej kołowacizny. Grzesiek,
      stwierdziwszy doskonałą nieobecność Tomka w moim mieszkaniu i okolicy, wykonał
      parę telefonów, w rezultacie których Tomek się nie odnalazł, a on sam, nie
      udzieliwszy mi ani jednego słowa wyjaśnienia, krzyknął z przedpokoju „cześć!”
      i przepadł bez śladu. A ja poczułam, że mam dość i jest mi już wszystko jedno.
      Niech się sami poprzerabiają na kapsułki z bobu czy amfy, wywiozą na koniec
      świata i pozabijają, co do jednego. Przestało mnie to obchodzić. Czy ja jestem
      maszyna do ciężkich robót myślowych, która zasuwa na okrągło? Ba, nawet taki
      komputer potrafi się zawiesić z nadmiaru danych, złej obsługi lub braku prądu,
      a co dopiero ja - normalna, żywa kobieta. Na litość boską, ja czasem muszę coś
      zjeść i się przespać!
      Z tego wszystkiego, sen okazał się najlepszym pomysłem, bo jedzenie jakoś mi
      nie wchodziło. Podobno krótka głodówka czyni cuda, więc machnęłam na nie ręką,
      wzięłam prysznic, który ujawnił kilka sińców niewiadomego pochodzenia (cholerna
      latarka!) i walnęłam się spać.
      Późnym popołudniem byłam znowu zwarta i gotowa do działania. Wprawdzie nie
      bardzo wiedziałam do jakiego, ale to nie było w tej chwili istotne. Wszystko
      jedno, tylko niech ja wreszcie coś wiem, do jasnej cholery! Niech mi się to
      wszystko jakoś poukłada w jedną całość, bo pęknę z wielkim hukiem. Zrobiłam
      sobie kawy i zaczęłam myśleć. Czasem potrafię. Oto dotarło do mnie, że cała ta
      afera objawiła mi się, jakby od tyłu i żeby ją zrozumieć, muszę się cofnąć i
      dotrzeć do jej początku. Na moment przypomniała mi się czarna kupa pod sejfem,
      co spowodowało, że zachłysnęłam się kawą, musiałam się przebrać i posprzątać,
      dzięki czemu odzyskałam równowagę. Niech szlag trafi trupa! Niech go znajdzie
      kto chce, policja, bandziory, Aśka lub robaki, nic mnie to na razie nie
      obchodzi. On jest tylko skutkiem czegoś, o czym, jak dotąd mam mgliste pojęcie
      i prędzej pierzem porosnę, niż się nie dowiem! Myśleć, myśleć, kobieto!
      Wieczorem miałam już gotową listę wszystkich potencjalnych uczestników imprezy
      bobowej i część z nich zdążyłam obdzwonić, dyplomatycznie badając, czy dotarły
      do nich jakieś ponure wieści. Większość z nich tkwiła w niewiedzy, szykując się
      na jutro i pytając co będzie lepsze: wino czy piwo oraz czy zaczęłam już
      gotować bób. Nie pozbawiłam ich nadziei na dobrą zabawę, niech się szykują. Jak
      przyjadą do Tomka i znajdą trupa w jego włościach, sytuacja zada im takiego
      bobu, że im się odechce. Jeśli maczali w tym palce, nawet bezwiednie, to
      trudno. Nie ja im je wkładałam, nie ja będę ich oświecać. Szczególnie, że sama
      wciąż jestem ciemna, jak tabaka w rogu.
      Na liście pozostały mi jeszcze 4 osoby: Sylfida, jej nie mąż Misio , Aśka i
      Krzyś. Tomka i Grześka, którzy tkwili na początku listy, byłam zmuszona z niej
      wykreślić, bo ich komórki milczały, jak grób.
      Cała nasza paczka trzymała się od czasu studiów. Ja, Aśka, Sylfida, Krzyś,
      Tomek, Grzesiek... Ktoś z niej ubywał na jakiś czas, ktoś przyprowadzał ze sobą
      swojego aktualnego partnera życiowego, więc jej liczebność była płynna, ale
      wciąż się jakoś trzymaliśmy. Czasami nie widzieliśmy się rok, ale to nie
      przeszkadzało nam o sobie myśleć „paczka”, czyli kumple, przyjaciele, ktoś, kto
      jest nawet wtedy, gdy mieszka na drugim końcu świata. Spotykaliśmy się, było
      nam razem wesoło, żarliśmy się o byle głupstwo, nawzajem ładowaliśmy swoje
      akumulatory i tak miało być zawsze. A teraz wszyscy jesteśmy podejrzani... Co
      ja właściwie o nich wiem, oprócz tego, że Tomek kocha wszystkie kobiety, Aśka
      wszystkich facetów, Sylfida swojego Misia, a Krzyś kogoś, o kim nigdy nie mówi?
      Aha, wszyscy lubią bób... Czyli wiem o nich niewiele więcej, niż o tych
      pieprzonych narkotykach, chociaż znam ich tyle lat, a narkotyków, jak żyję, nie
      widziałam na oczy. A podobno przemycaliśmy je razem.
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 18.05.05, 22:48
      Telefon Aśki nie odpowiadał, więc wystukałam numer Sylfidy. Ona zawsze wszystko
      wiedziała najlepiej. Żywiła się plotką, jak pysznymi ciasteczkami, co doskonale
      robiło jej na wszystko, a na prezencję najlepiej. Prawdziwa Sylfida
      wyglądałaby przy niej, jak pomiotło. Nasza Sylwia, słusznie przezwana Sylfidą,
      oprócz wspaniałego wyglądu dysponowała tak imponującym charakterem, że
      mężczyźni najpierw lgnęli do niej, jak do plastra miodu, a potem szybko
      uciekali. Zawsze jakby nieco mniejsi i trochę stłamszeni. Obecny Misio
      wytrzymywał jej tyranię na tyle długo, że przy każdym spotkaniu patrzyliśmy,
      czy już ma aureolę nad głową. Jeszcze nie miał, widać pokłady jego świętości
      szły w parze z upodobaniem do męczeństwa, bo wciąż wyglądał na ekstatycznie
      szczęśliwego.
      - Proszę – głos Sylfidy zabrzmiał mi w uchu, jak dla wojska rozkaz „baczność!”
      - Część Sylwia. Szykujesz się na imprezkę? – postanowiłam wspiąć się na wyżyny
      dyplomacji lepiej, niż szef delegacji rządowej w kraju wroga.
      - To ty nic nie wiesz? – jej głos nabrał kobiecego brzmienia, choć do
      łagodności było mu tak daleko, jak mnie do gwiazdy hip-hopu. Ale ro znaczyło,
      że zaraz zacznie mówić o rzeczach najbardziej ją interesujących – Przecież Aśka
      miała do ciebie dzwonić... Tomek został zamordowany! Zawsze mu mówiłam, żeby
      nie podskakiwał, bo nadepnie Bogu na odciski. Nie słuchał mnie i teraz ma. Aśka
      wypłakuje po nim oczy, a jemu zachciało się tej zasranej boginki i...
      - Jezu, o czym ty do mnie mówisz? – jęknęłam. Zawsze czułam,że przy niej trochę
      głupieję. Nie tylko faceci tak mieli – Jakiej boginki? Jakiego Boga za nogi?...
      - E, to ty nic nie wiesz. Boga mafii, kochana, prawdziwej mafii! Przespał się z
      jego żoną i pewnie wdepnął w samo gówno. Z nimi nie ma żartów. A oni obaj z
      Grześkiem robili interes życia, wiesz o tym, nie? Mieliśmy wszyscy na tym
      zarobić, widziałam faktury. Też widziałaś, więc sama wiesz.. A...
      - Zaraz – w jednej chwili oprzytomniałam – Jakie faktury?
      - No, faktury. Takie kwadratowe, niebieskie, z pieczątką na górze i podpisem na
      dole. Co się głupio pytasz? Przecież podpisywałaś, nie? Słuchaj, to nie jest
      rozmowa na telefon – nagle jakby się zreflektowała.
      - Właśnie. Muszę z tobą natychmiast pogadać. Możesz przyjechać do mnie? – myśl,
      że mogłabym pojechać do niej nawet mi nie zaświtała. Misio był zakodowany w
      moim umyśle, jako dodatek do Sylfidy, uniemożliwiający spokojną rozmowę w
      cztery oczy. A tylko takiej teraz pragnęłam.
      - A wiesz, że to doskonały pomysł, bo Misio właśnie wziął się za generalne
      porządki. Miałam iść do Aśki, ale widzę, ze ty jesteś potwornie
      niedoinformowana, więc lecę do ciebie. Przy okazji wstąpię do Tomka, żeby go
      zobaczyć na własne oczy. Bo on chyba jeszcze tam leży w tym salonie, biedaczek
      i coś z tym trzeba zrobić, a dotąd nie miałam czasu i nie ufam policji, wiec....
      - Sylwia! – ryknęłam do słuchawki – Nigdzie nie leży! Już wstał! Nie ma go!
      Niech cię ręka boska broni tam jechać. Omijaj ten pałac szerokim łukiem. I
      natychmiast tutaj przyjeżdżaj, bo cię zaduszę! Natychmiast!
      Już ja z niej wszystko wyduszę, niech tylko się zjawi. O jakich fakturach ona
      mówi? W co tym dupkom, Tomkowi i Grześkowi zachciało się bawić? Jeszcze ta
      boginka od jakiegoś mafioza... Pewnie tego od bobu. A ten głupek akurat musiał
      wleźć do mafijnego łóżka, jakby mu było mało normalnych. Czym on myśli? Bo
      chyba nie głową. A Grzesiek nie lepszy idiota. Biznesmen, a czasem taki durny i
      naiwny, jakby nie z tego świata.
      Dzwonek przy drzwiach przerwał mi w momencie, gdy byłam przy trupie w gabinecie
      Tomka i ze wstrętem usiłowałam zajrzeć mu w twarz.
      Na progu stała Sylfida, w całej swojej krasie, a za nią, nieco zmiętoszony
      Grzesiek, co nie byłoby dziwnym zjawiskiem, gdyby na nią leciał. Ale o to, przy
      całej jego naiwności, nigdy go nie podejrzewałam. Bał się jej, jak diabeł
      święconej wody i jej facetów traktował, jak ofiary kataklizmu. Teraz sam
      wyglądał, jak ofiara. I sądząc po minie, chyba zdawał sobie z tego sprawę.
      - Przyprowadziłam zgubę. – oświadczyła radośnie – Błąkał się koło domu Tomka,
      dasz wiarę? Chodź, chodź ptaszku. Już my z ciebie wyciśniemy wszystko, czego
      jeszcze nie wiemy. Prawda, Anka?
      O tym, że jej się to uda, byłam więcej niż pewna. Grzesiek chyba też, bo
      popatrzył na nas, a potem w okno, jakby w przekonaniu, że jedynym dla niego
      ratunkiem pozostaje skok z trzeciego piętra...

      Cdn.
      • rene8 Re: Rozdział: Aśka. 19.05.05, 22:05
        -O Boże co teraz? Co ja mam robić?
        Aśka latała po swoim mieszkaniu jak pszczoła w ulu. Gadała na głos do siebie.Bo
        komu miała powiedziec,ze znalazła swojego "nie-faceta" w stanie wskazującym na
        koniec żywotu?
        -Jezu teraz mnie dorwą, Ankę dorwą! O ją najprędzej! Bób sobie wymyśliła!
        A temu... i madrej spółce to powtarzać nie trzeba."Przecież można zrobić
        interesik!" No to ma ! Zadzwonic do niej? Nie!przecież zaraz usłyczę na temat
        mojego zdrowego rozsadku! po co ja gadałam z tą dziwczyną "mafiozy"!? Blond
        włosy nie dopuszczają takich rzeczy. ale może udam blondynke i zadzwonie żeby
        się dowiedzieć co słychać? No co w końcu na policje nie zadzwonię."Lamia" jedna
        wyciagneła mnie na spytki a ja ...wyśpiewałam jak ta lal .Żeby to wino chociaż
        było dobre!Sikacz.Wiem zadzwonię do Sylwii. Ona ma głowę do nieprzywidywanych
        sytuacji.
        • rene8 Re: Rozdział: Aśka.I 20.05.05, 10:25
          Znalezienie telefonu nie okazało się tak proste jak myslała.W końcu znalazła go
          w pralce z brudnymi ciuchami,które miała na sobie kiedy znalazła Tomka.W końcu
          trzeba było zatrzeć ślady!a ze to był nowiutki kostiumik to przecież szkoda
          wyrzucać.Telefon wskazywał "nieodebrane" i parę smsów.Nieoddebrane:
          nieznany,nieznany,Dora...Po co ta lamia do mnie dzwoni?Już chyba wystarczajaco
          mnie załatwiła.dalej...krzyś i znowu Dora,nieznany.Dobra dzwonię do niej.A co!
          -Hallo?
          -To ja.Mam doła.Moze byśmy się spotkały?-głosik mi dzwięczy ja pensjonarce.
          -Co się stało?-gówno facet mi przez ciebie "kipnął"
          -Wiesz Dora ?Tomek to chyba się naprawde w Tobie zakochał.PO mojej
          awanturze ,rozstalismy się i do tej pory się nie odezwał.Wiem.Wiem Co mi
          powiesz!Chciałam Cię ostrzec przed nim,że bedziesz kolejna.Ale chyba się
          myliłam.
          -No..wiesz.Rozumiem...Zazdrosna kobieta.Ze mna jak wczoraj rozmawiał to nie
          widziałam entuzjazmu do mnie.Chciał wiedzieć tylko czy Maki wie o nas.No nie
          podobałao mi sie to.
          -Jak to wczoraj z Toba rozmawiał???-co ona bredzi,może się ktoś za niego
          podszył?
          -wpadł póżnym wieczorem,no właściwie noc był.I nie był zbyt miły.No
          powiedziałam,że głupia nie jestem,zeby się chwalić takim kochankiem przed
          Makim,ale ostatnio ciągle robi interesy ,więc za mało ze mna spędza
          czasu.Widzisz i jak ja mam nie szukać...
          -Cicho!!!Jak to był u ciebie?-ja zwariowałam?,ona zwariowała?,świat zwariował-
          kiedy się z nim widziałaś?
          -No wiesz?!JA tak podejżewałam ,że ty dzwonisz nie w tych dobrych
          intencjach,ale żeby do mnie ?!Z taka zazdrością
          -Dora...-uspokój się ,tylko spokój nas uratuje-Dora ja porprostu sie martwię o
          niego.-uff,moje aktorstwo to sztuka!A w głowie :zabije ja za chwilę kogos!
          - A no tak.on coś gadał o Grześku czy Go widziałam kiedys z Mikim.No to mówię
          że nie pamiętam.I poszedł.
          -gdzie?
          -nie wiem!
          -to cześć.
          Kto mi powie co tu się dzieje?Dzwonię do Grześka.nie! Do Sylwii.O kurde jeszcze
          tych smsów nie przeczytałam!

          CDN
          • altu Re: Rozdział: Aśka.I 20.05.05, 11:47

            Dora usiadła w fotelu. Zakręciła blond lok na palcu i oddała się rozmyślaniom.
            O co tak naprawdę chodzi? Zadzwoniła do niej ta wywłoka, urządziła scenę
            zazdrości i się tak nagle rozłączyła. Hm.. może chodzi tutaj o to, że próbowała
            wybadać grunt? Wybadać, jak daleko zaszły jej relacje z Tomkiem? A potem
            donieść Mikiemu? Hmm.. no tak, prowadzi on ciemne interesy, ale przeciez nie do
            tego stopnia, że mógłby coś zrobić jej kolejnemu gachowi w przypływie
            zazdrości. Miki był facetem bardzo zajętym, a że ona uwielbiała męskie
            towarzystwo, zwłaszcza nocą, to wydawało jej się bardzo naturalne, że musiała
            mieć kogoś, z kim nie bałaby się spać..
            Dora weszła do sypialni, zaczęła się nerwowo przechadzać od okna do szafy. W
            dalszym ciągu rozmyślała o tym telefonie od Aśki.
            Zrobiła już kilka takich rundek, kiedy postanowiła, że się ubierze i wyjdzie na
            zakupy. Zawsze jej to dobrze robiło. A może fryzjer? Otworzyła szafę ze
            znudzoną miną i nagle dojrzała coś, czego jeszcze dzień wcześniej tam nie było.
            Tak, była tego pewna. Na samym dnie szafy, tam, gdzie stały jej klapki
            kąpielowe, leżała teczka. Czerwona tekturowa teczka z gumką. Zupełnie taka
            sama, w jakiej przechowywała pamiątki po mamie.
            Jej umysł próbował ogarnąć całą sytuację. Bała się tam zajrzeć. Nie chciała
            oglądać żadnych dokumentów, jakie przynosił do domu Mike. Nie chciała wiedzieć,
            nad czym teraz pracuje. Jednak wiedziona jakimś mocnym przeczuciem ostrożnie
            wzięła teczkę w dłonie. Była ciężka. Bardzo ciężka. Zupełnie tak, jakby ktoś
            powkładał do niej metalowe arkusze. Delikatnie potrząsnęła. Nie wydały żadnego
            dźwięku.
            Za to nad jej uchem rozległ się gong. Upuściła teczkę, która upadła z hukiem na
            podłogę w sypialni rozsypując całą swoją zawartość.
            W umysł Dory wkradła się panika.
            • altu Re: Rozdział: Aśka.I 20.05.05, 12:12
              Ręce zaczęły się jej trzęść. Nie wiedziała, co ma robić najpierw. Czy sprzątać
              dokumenty, czy iść otwierać drzwi. Poczuła co to strach. Dawno już tak się nie
              czuła. Jej serce łopotało niczym flaga przy silnym wietrze. Jednak powoli
              odzyskiwała zdrowe zmysły; „Mike miałby klucze. Więc to nie on. Zresztą, po co
              miałby przychodzić w południe do domu??. Więc jeżeli to nie on, to musi być
              ktoś obcy. Z nikim się nie umawiałam. Więc mnie nie ma.” Tok rozumowania Dory
              zawsze był czysty, prosty i mało skomplikowany.
              Nawet nie poszła sprawdzić, kto dzwonił. W momencie, kiedy nieco ochłonęła i
              schyliła się, żeby pozbierać rozsypane papiery, gong zabrzmiał raz jeszcze.
              Szybko się wyprostowała ze strachem w oczach. Serce biło jej tak szybko, jakby
              chciało uciec z jej pięknych i kształtnych piersi. Obejrzała się nerwowo za
              siebie i zaczęła się zastanawiać, czy drzwi na pewno są zamknięte. Jeszcze
              chwilę odczekała, ponownie się schyliła i kiedy dotykała pierwszej kartki
              papieru, gong odezwał się po raz trzeci.
              Tym razem się nie podniosła. Ręka, jakby zamurowana, nawet nie drgnęłą. Dora
              wzięła w płuca głęboki oddech. „Tylko spokojnie” – powiedziała półszeptem.
              Dźwięk jej własnego głosu sprawił, że poczuła się pewniej. A przynajmniej dał
              jej nieco odwagi do tego, co musiała zrobić.
              Starała się nie patrzeć na to, co zbiera. Wiedziała już, że z pewnością
              pomyliła kolejność dokumentów. Ale tym postanowiła się nie przejmować. Po kilku
              minutach wszystkie papiery były z powrotem w teczce. Chowała ostatni, kiedy
              kątem oka dostrzegła u góry kartki ręcznie napisane trzy słowa: „Dora lubi
              bób”. Zastanowiło ją to do tego stopnia, że nie potrafiła oderwać od tego
              napisu wzroku.
              Jednocześnie była świadoma, że to, co czyta to wierutne kłamstwo. Nienawidziła
              fasoli, grochu, bobu i innych roślin strączkowych. Miała uraz z dzieciństwa,
              kiedy szła przez ogródek babci, przewróciła się, skręciła kostkę, i przy okazji
              niemalże nie udusiła przez zaplątny wokół szyi pęd bobu. Od tamtej pory nie
              jadła niczego, co rosło w postaci strączków.
              Powoli jej wzrok przeniósł się na to, co było poniżej. Była to kserokopia
              wyciągu bankowego, opiewająceg na milion złotych. Z dopiskiem: zaliczka na bób.
              Konto, na które wpłynęły pieniądze, było na nazwisko: Dora Jurczyk. Dorze
              zrobiło się słabo. O takiej kwocie kiedyś gdzieś słyszała, ale nie mogła sobie
              wyobrazić, żeby tyle pieniędzy wpłynęło na konto z jej imieniem i nazwiskiem.
              Ale dopiero po chwili dotarło do niej, że to ona jest właścicielką konta.
              Konta, o którym nie ma zielonego pojęcia.
              Niemalże w pośpiechu położyła teczkę tam, gdzie leżała. Postanowiła, że o niej
              zapomni. Jeżeli Mike ją tam zostawił, to lepiej będzie, jak ją tam zastanie.
              Jednak nie mogła oprzeć się pokusie zabrania tej kartki, gdzie aż dwukrotnie
              było napisane jej imię.

              cdn
              • altu Re: Rozdział: Aśka.I 20.05.05, 14:56
                Dora usiadła na łóżku. Poły jej szlafroczka rozchyliły się ponętnie. Głos miała
                zmierzwiony i a w jej oczach widać było błyski szaleństwa. „Tylko spokój może
                mnie uratować” – pomyślała nerwowo rozglądając się po pokoju. Nagle jej całe
                dotychczasowe życie stanęło jej przed oczyma. Wiedziała, że Mike jest niezbyt
                fair grającym biznesmenem, ale nie wiedziała, do jakiego stopnia gra nieczysto.
                Dzisiaj, przed chwilą poznała jego możliwości. Zdawała sobie sprawę z tego, że
                to może być tylko czubek góry lodowej. Że to może być tylko pstryczek do
                wielgachnego przycisku odpalającego bombę.
                Bo jakoś nie wierzyła, że faktycznie jest posiadaczką konta z okrągłym milionem
                na koncie. Odkąd skończyła liceum i zaraz po nim poznała młodego studenta
                informatyki nie skalała swego życiorysu choćby jednym przepracowanym dniem. Jej
                całą pracą było chodzenie na zakupy, do fryzjera i kosmetyczki, by dobrze
                prezentować się na różnych imprezach, bankietach czy spotkaniach towarzyskich.
                Fakt, że kosztowało to mnóstwo wysiłku, ale ona na to nic nie mogła poradzić.
                Była piękna, i dzięki urodzie miała to, co miała. Czyli dwadzieścia osiem lat,
                piękny dom, luksusowy samochód, ubrania najlepszych domów mody, biżuterię. I
                względnie święty spokój. Aż do dzisiejszego dnia.
                Jakoś do tej pory nie zastanawiała się, skąd Mike miał kasę. On, zawsze przez
                nią pytany, odpowiadał: „kotku, przecież ja ciężko na tą kasę pracuję. I
                potrzebny mi ktoś, żeby mnie kochał. Dlatego mam ciebie.” I jej to zawsze
                wystarczało. Nie chciała się wtrącać w jego interesy i niewiele ją to
                obchodziło.
                Cieszyła się, gdy Mike kupił jej ładny ciuszek czy jakieś świecidełko – w ten
                sposób mówił, że ciągle mu się podoba i że ją kocha. Ostatnio dosyć często
                wyjeżdżał – głównie do Ameryki Południowej i Łacińskiej, i przywoził jej
                cudowne rzeźby, chyba azteckie. Za bardzo się na sztuce nie znała, ale podobały
                jej się za prostotę i taką magiczność.
                Konto, z którego zawsze dostawała pieniądze, było Mikiego, ale jej odpowiadało,
                że co tydzień Mike kładł na stole w kuchni kupkę pieniędzy i uśmiechając się
                mówił z obolałą miną: „do końca tygodnia musi ci wystarczyć”. I ona go właśnie
                za to kochała. Dlatego z nim była.
                Ale teraz, siedząc na brzegu łóżka, spoglądała na ściany z ładnymi szkicami, na
                dywan z długim włosiem, na szafę z wiśniowego drzewa i sama nie wiedziała, co
                ma na ten temat myśleć. Bo coraz częściej po głowie kołatała jej myśl. A jak to
                z nielegalnych interesów?? Za bardzo nie wiedziała, czym mogły być nielegalne
                interesy, ale przyjęła to jako jedyne rozsądne wytłumaczenie tego wszystkiego,
                co jej się przydarzyło.

                (cdn)
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 20.05.05, 16:25
      Po jednej godzinie, dwóch dzbankach kawy i trzech tabliczkach czekolady, w
      większości pożartej przez Sylfidę, nie posunęliśmy się ani o krok do przodu.
      Znękany Grzesiek wypierał się wszelkiej wiedzy na temat działań Tomka,
      twierdząc, że on zna się na uprawie roli, a nie na machlojkach. Został jednak
      szybko przywołany do porządku przez Sylfidę, której syreni głos zmusiłby do
      gadania polny kamień, gdyby zaszła taka potrzeba. Grzesiek, choć szary na
      twarzy, nie był taki twardy.
      - Ty mi tu nie pieprz głodnych kawałków, kotek! Nic nie wiesz, na niczym się
      nie znasz, a do Tomka przyjeżdżałeś co tydzień, żeby mu kwiatki podlewać, tak?
      Zamykaliście się obaj w tym jego biurze, żeby was broń Boże nikt nie usłyszał i
      pewnie gadaliście o podniesieniu wydajności z jednego hektara i przeniesieniu
      na drugi, co? Bywałam, widziałam i coś tam mi się obiło o uszy, choć z Tomka
      też nic nie mogłam wyciągnąć. Obiecywał złote góry i prosił o trochę
      cierpliwości. Tylko niewinne fakturki na nas wystawiał, he, he...
      Wtedy Grzesiek wyszarpnął z kieszeni plik papierów i rzucił je na stół z
      okrzykiem:
      - Masz, masz te swoje faktury, możesz je sobie w kibelku powiesić!
      Sylfida, sycząc jadowicie, obrazowo zaczęła przedstawiać, do czego są jej one
      teraz potrzebne oraz gdzie i w jakim poważaniu ma ich obu, czyli Tomka i
      Grześka. Kiedy awantura, jak zwykle, zaczęła zmierzać do wywlekania na światło
      dzienne intymnych części ciała oraz wzajemnego czepiania się własnych matek i
      posądzenia, że kiedyś źle się prowadziły, udało mi się wyłączyć. Przeglądałam
      faktury, z których, jak byk wynikało, że od firmy „Tomash&Co.” osobiście
      nabyłam 100 kilogramów bobu świeżego łuskanego pierwszego gatunku, po 2,90
      netto za kilogram , co poświadczał podpis zbliżony do mojego, umieszczony w
      odpowiedniej rubryce. Identyczne faktury były wystawione na Sylfidę, Misia,
      Aśkę i Krzysia. Jezus Maria, zakupiliśmy pół tony bobu!! Płacąc gotówką! Przez
      moment wróciło widmo wanny, ale szybko zbladło, wyparte przez wielką
      ciężarówkę...
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 20.05.05, 16:32
      - Cicho!! – wrzasnęłam, bo dotarło do mnie, że oni nadal się kłócą – Co TO
      jest??!
      - Jak to co? Dowody dla Urzędu Skarbowego na machlojki nieskazitelnej dotąd
      firmy Tomash end coś tam – Sylfida natychmiast porzuciła gnębienie Grześka.
      - Ciebie nie pytam. Grzesiek, oprzytomnij! Do czego to miało służyć? Błagam,
      tylko jasno i po kolei, bo ja już nie mam cierpliwości. Poczekaj, dam ci
      koniaku. I gadaj, jak na spowiedzi, wszystko co wiesz.
      Koniak dobrze nam zrobił, a mnie najlepiej, bo chlapnięty na prawie pusty
      żołądek, zobojętnił i uodpornił na wstrząsy. Tak mi się przynajmniej w tym
      momencie wydawało. Sylfidę nieco zatkał, a Grześkowi wreszcie rozwiązał język.
      - Wszystko miało być proste, jak drut. Obsiałem trochę tym bobem, niedużo, tak
      z 80 hektarów...
      - Jezu... – jęknęła Sylfida.
      - Cicho bądź. Dla ciebie doniczka, to za dużo, dla niego 80 hektarów, to mało.
      Dawaj dalej, Grzesiu.
      - Obrodził, jak głupi. Jeszcze nie cały zebrany z pola. Tomek znalazł tego
      Smalczyka...
      - Jakiego Smalczyka? – teraz ja mu przerwałam.
      - No, Mika Smalczyka, żeby go piekło pochłonęło. Odbiorca to miał być, jak
      anioł. Miał brać wszystko na pniu, płacić gotówką i w ogóle – szał ciał i
      uprzęży. Ale nie chciał faktury na całość, a ja musiałem ją mieć, więc Tomek
      wymyślił, że zrobi się taki mały bałaganik z fakturami, że niby on kupi całość,
      a sprzeda po kawałku, każdemu po trochę. Wolno kupić trochę bobu na własny
      użytek, nie? Wszyscy się zgodzili podpisać, bo co im zależało, lubią bób, zeżrą
      i śladu po nim nie zostanie. Co ci będę tłumaczył, miało być czysto w
      papierach, a że tego... No podpisaliśmy za ciebie, bo akurat siedziałaś w
      Stanach. Kto mógł przypuszczać, że Tomek napali się na tą głupią krowę...
      - Czyją krowę? Tego Boczusia... Tłuszczyka... czy jak mu tam? – zapytałam
      - Smalczyka. No, jego. Dora jej jest. Facet ma na jej punkcie takiego fioła, że
      świat nie widział. I pewnie by nie zobaczył, gdyby Tomek nie wlazł jej do
      łóżka, a przy okazji pooglądał fabrykę tego całego Mikusia. Wtedy dopiero
      okazało się, że to mafia, ku..rde balans. Zrobił się smród, było gadanie o
      jakimś szantażu, a dalej to już mało wiem, bo Tomek nabrał wody w gębę.
      Przedwczoraj zadzwonił, żebym przyjechał, bo robi się gorąco i muszę mu pomóc.
      To przyjechałem i... Dalej znasz. Spotkaliśmy się przy tym samym trupie i przez
      ciebie spadłem ze schodów. Cholera jasna! Zostawiłem u niego samochód! W tym
      lasku obok. Rany, trzeba go stamtąd zabrać. Nowy, dopiero kupiłem. Anka, jedźmy
      tam, bo jeszcze jakiś gnój mi go podprowadzi.
      Machnęłam ręką na tę kroplę koniaku, którą wypiłam, zagryzając czekoladą.
      Pojechaliśmy. Miałam w nosie samochód Grześka, gnała mnie przede wszystkim
      ciekawość, czy ten trup nadal tam leży...
      • edeka5 Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 21.05.05, 11:34
        • Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach.
        groha 20.05.2005 16:32 + odpowiedz


        Samochód Grześka stał za gęstymi krzakami, niewidoczny z ulicy, zaparkowałam
        obok i postanowiłam zerknąć na tę czerwona oberżę, choćby z ogrodu. W Grześku,
        uspokojonym co do swojego nowego cacka, nagle obudził się mężczyzna, który
        stwierdził, że baby samej w nocy nie puści i idzie ze mną. Sylfida, kręcąc
        kółka na czole, powiedziała, ze woli popilnować samochodów.
        Byłą już późna noc, w przeciwieństwie do poprzedniej – ciemna i pochmurna.
        Unikając głównego wejścia, przeleźliśmy przez płot i zaczęliśmy się przedzierać
        przez tę część ogrodu, która przypominała zaniedbaną knieję. Bez latarki,
        usiłując iść na palcach, żeby nie robić hałasu, przeszliśmy chyba całe Bory
        Tucholskie, gdy wreszcie znaleźliśmy się obok domu.
        Na podjeździe, tuż obok lampy solarnej, która dawała dość marne, ale jednak
        światło, siedział facet. Trzymał się za głowę i kiwał się, jak dziecko z
        chorobą sierocą. Nagle podniósł się nerwowo i popatrzył w naszą stronę.
        Widocznie, mimo usilnych starań, nie udało nam się płynąć nad ziemią i
        robiliśmy trochę rumoru. Matko boska, Krzyś! Wyglądający, jak zmora, ale
        poznałam go natychmiast. To był Krzyś!
        - Krzysiu! To ja, Anka! Nie bój się! – zawołałam dramatycznym szeptem,
        wychodząc zza drzewa. Grzesiek chyba z wrażenia zapuścił korzenie, bo się nie
        ruszył.
        - Strze... strzelali... do mnie – wyszczękał Krzyś, patrząc bez przytomności –
        U... uciekajmy!
        W tym momencie usłyszałam dziwny trzask, coś gwizdnęło mi koło ucha, Krzyś
        rzucił się w moim kierunku. Skulona, zdążyłam uskoczyć za drzewo, walnęłam
        bykiem stojącego za nim Grześka, poczułam, jak w plecy wbijają mi się palce
        Krzysia, a Grzesiek ciągnie mnie za włosy, charcząc mi do ucha zduszonym
        szeptem:
        - W nogi! Tędy, pod krzaki! Nisko, przy samej ziemi! Chodu!
        Nie wiem, jakim cudem nie wybiłam sobie oczu i nie zostawiłam całej fryzury na
        którymś z badyli. Nie pamiętam, jak przeleźliśmy przez płot i wsiedliśmy do
        samochodu. Ale do końca życia nie zapomnę oczy Sylfidy, która ujrzawszy nas,
        zdołała tylko wyszeptać:
        - W imię ojca i syna....

        Cdn.
        • tw_muza Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 21.05.05, 14:29
          A chwilę potem, uznawszy zapewne, że ten komentarz nie oddaje całokształtu
          kłębiących się w niej uczuć, dodała półgłosem:
          -O żesz kurwa....
          -Spadamy stąd... Szybko!!! - syczał Krzyś, w panice obiegając samochód dookoła
          i z niewiadomych przyczyn próbujący dostać się do środka jakoś od strony
          bagażnika.
          -Właź, kretynie!!! - Grześ otworzył tylne drzwi samochodu i usiłował wepchnąć
          do środka lekko opierającego się Krzysia, który sprawiał wrażenie jakby
          rozważał możliwość wsiadania do samochodu drzwiami tylnymi, przednimi oraz
          przez szyberdach jednocześnie. W tym momencie coś z hukiem uderzyło w bagażnik -
          nigdy nie siedziałam w ostrzeliwanym samochodzie, ale że to był pocisk, nie
          miałam żadnych wątpliwości. Puściłam sprzęgło i samochód ruszył gwałtownie. Na
          tylnym siedzeniu zakotłowało się - Grześ zrezygnował z konwencjonalnego sposobu
          wsiadania do samochodu i rzucił się na tylne siedzenie, na którym był już Krzyś.
          -Drzwi zamknij, pacanie! Świecimy się jak Las Vegas! - wrzasnęłam do niego,
          kątem oka z aprobatą rejestrując na siedzeniu obok siebie pobladłą Sylfidę,
          zapiętą regulaminowo w pasy.
          -Strzelali do nas..... Matko boska... trafili nas.... w tył nas trafili....
          Anka, w tył nas trafili... Strzelali...
          - A ty myślałaś, że co, sowa nasrała?! - musiałam się skupić na prowadzeniu
          samochodu, w lesie i po ciemku, bo świateł przytomnie nie włączyłam, z tyłu
          jakaś strączkowy odłam mafii strzelnicę sobie urządza, a ta komentuje, jak
          jakiś niedorobiony korespondent wojenny. Zamknęła się, ale dla odmiany
          konwersację podjął zduszonym lekko głosem Krzyś:
          -Grzesiek, kurwa... Jak Ci się podobam, to z kwiatami przyjdź w sobotę... Złaź
          pacanie, oddychać nie mogę... Nie dałem się zastrzelić to ten mnie teraz
          udusi...
          -Życie takiemu uratujesz, to i tak pretensje będą, że garniturek
          pognieciony....- sytuacja na tylnym siedzeniu zaczęła się normalizować, obaj
          panowie zrezygnowali z warstwowego leżenia i siedzieli, ostrożnie wyglądając
          zza zagłówków na jednolitą czerń lasu za nami, narzekania ucichły, jazda po
          wertepach z każda chwilą oddalała nas od wroga.
          -Nic nikomu nie jest? - zapytałam podzwaniających zębami miłośników bobu -
          Krzysiu, z tobą jak?
          -W porządku chyba... tylko ten tak na mnie skoczył znienacka, palec sobie w oko
          wsadziłem...
          -Pisemnie cię miałem uprzedzić? Z jakim wyprzedzeniem byś sobie życzył? Trzech
          dni roboczych?
          -Jak już ustalicie między sobą te procedury, to może znajdziecie chwilę, żeby
          mnie poinformować, gdzie my, do jasnej i nagłej, jesteśmy? - las bowiem
          niespodziewanie się skończył, wyjechaliśmy na jakąś łąkę, odgłos pod oponami
          zmienił się i stał się podejrzanie wilgotno mlaskający....
          • tw_muza Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 23.05.05, 13:29
            - Do informacji trystycznej se zadzwoń!!! Skąd ja mam wiedzieć, gdzie mnie
            wywiozłaś?!
            - Mogę cię odwieźć z powrotem, jak ci się nie podoba!
            - Uspokójcie się, do cholery! - Sylfida najwyraźniej doszła do siebie, lub po
            prostu wmówiła sobie, że to co trafiło w nasz bagażnik to była tylko sowia
            kupa. Pewnie, sowa kaliber 38...
            - Chyba już można światła włączyć?... Co?... I wycofaj trochę, bo w jakieś
            mokre wjechałaś, bagno tu może być, cholera wie co tu może być, jeszcze się
            potopimy...
            - To ja może bym wolał, żeby mnie ci bandyci uczciwie zastrzelili, w mordę....
            Grzesiek mnie przydusił, oka o mało nie straciłem, a teraz co? Po bagnie sobie
            będziemy niczym rusałki w swietle księżyca pląsać?
            - A widzisz gdzieś księżyc?
            - Jak was, jedno i drugie, w dupę zaraz kopnę, to i księżyc, i gwiazdy
            zobaczycie.... Anka, wycofaj... - głos Sylfidy która jako jedyna zdawała się
            odzyskać pełnię władz umysłowych wpłynął na mnie kojąco, w przeciwnym razie
            wywlokłabym chyba marudzącego Krzysia z samochodu i udusiła własnoręcznie.
            Wycofałam ostrożnie, samochód powoli wjechał na mniej wilgotne podłoże, w
            ciemnościach udało mi się dostrzec coś w rodzaju prowadzącej wzdłuż lasu drogi.
            Skręciłam kierownicę, ustawiłam się równolegle do lasu i dopiero wtedy
            zapaliłam światła. w świetle samochodowych reflektorów, w odległości nie
            większej niż 50 metrów, stał ze zgaszonymi swiatłami inny samochód.
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 23.05.05, 16:01
      Skręciłam w przecinkę i wbiłam się w krzaki. W samochodzie zaległa cisza, jakby
      wszyscy osłabli z nadmiaru wrażeń. Oparłam bezwładną głowę na kierownicy, i
      oczywiście trafiłam czołem prosto w klakson. Efekt był piorunujący. Sylfida,
      trzymając się za serce zajęczała rozdzierająco, Krzyś błyskawicznie zniknął z
      tylnego siedzenia, klinując się między nim, a oparciem fotela, chyba już na
      stałe, a w Grześku eksplodowały złe emocje. Nagle szarpnął klamką, aż
      szczęknęła, wyprysnął z auta, przeleciał przed maską, po czym identycznie
      postąpił z klamką od mojej strony. Jakimś cudem nie została mu w ręku, bo nadal
      obie miał wolne. Zostałam siłą wywleczona z samochodu, przeciągnięta po czymś
      kłującym i energicznie posadzona na tylnym siedzeniu. Nie miałam co zrobić z
      nogami, bo Krzyś nadal tkwił w okolicach parteru, służąc za wycieraczkę, ale
      jakoś nie potrafiłam wytrzeć ubłoconych butów o jego włosy. Manewry
      kończynami spowodowały, że niechcący, choć solidnie kopnęłam go w plecy i
      nadepnęłam na ucho, co wreszcie zmusiło go do podjęcia próby odklinowania.
      Wtedy do pomocy pośpieszyła Sylfida, ciągnąć go za koszulkę, dzięki czemu
      zaciągnęła mu ją na głowę i unieruchomiła na amen.
      Pandemonium z tyłu samochodu trwało w najlepsze, gdy dotarł do nas ryk Grześka:
      - Cicho, bo pozabijam!!!
      Krzyś, delikatny z natury i nie przyzwyczajony do wrzasków, zareagował
      natychmiast. Wyskoczył, jak korek z butelki do szampana i zwalił się na nas z
      głuchym stęknięciem. Zamarliśmy w bezruchu, nie wiedząc, co dalej.
      - Trzeba zobaczyć – szepnął Grzesiek.
      - No to zobacz, jakżeś taki bohater – wysyczała Sylfida – Jeszcze ci mało?
      - Co... co zobaczyć? – niepewnie zapytał Krzyś, który chyba dopiero teraz
      otworzył oczy.
      - Cicho! Trzeba zobaczyć, może to oni. Idę – Grzesiek był w straceńczym
      nastroju – Żywcem mnie nie wezmą.
      - Idę z tobą – zdecydowałam.
      - Cicho! Sama nie zostanę! – krzyknęła Sylfida rozdzierającym szeptem –
      Bohaterowie z bożej łaski. Wyłaź Krzysiek. Tylko cicho!
      Stojąc w krzakach, usiłowaliśmy nie oddychać, żeby coś usłyszeć. Nic się nie
      działo. Samochód był ciemny i cichy, jak noc dookoła. W pewnym momencie wydało
      mi się, jakby się nieco poruszył. Grzesiek chyba też to zobaczył, bo sapnął mi
      prosto w ucho: „są”. Na tle szyby ukazały się cienie dwóch głów, z których
      jedna wyglądała na mocno rozczochraną. Cienie na chwilę zbliżyły się do siebie,
      po czym do naszych uszu dotarł warkot i samochód zaczął się oddalać. Wtedy
      odblokowało Sylfidę.
      - Podglądacze, cholera jasna. Bohaterowie, jak z koziej dupy trąba. Podchodów
      się zachciało, tumany. Szkoda, że na nich nie napadliśmy, pewnie dostalibyśmy
      po mordzie, ale może wreszcie wiedzielibyśmy, gdzie jesteśmy.
      Grzesiek, bez słowa zawrócił do samochodu i usiadł za kierownicą. Kiedy reszta,
      czując idiotyzm całej sytuacji, upchnęła się za nim, odwrócił się do tyłu i
      patrząc na Krzysia, zapytał poważnie:
      - Dobra. Koniec wygłupów. A teraz mów, cholerna mimozo, skąd się wziąłeś na tym
      podjeździe u Tomka i kto do ciebie strzelał.
      - Chyba... chyba policja – powiedział niepewnie – Albo ci drudzy. Ale na pewno
      nie Chińczycy, bo żaden nie miał skośnych oczu.
      Chińczykami dobił nas ostatecznie. Kiedy wreszcie udało nam się wyjechać z tego
      lasu, zrozumieliśmy, że tym razem to nie wyobraźnia Krzysia nas przerasta, lecz
      otaczająca, rodzima rzeczywistość. Przy niej bladło wszystko, również noc za
      oknami samochodu. Zaczęło świtać.

      Cdn.
      • tw_muza Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 24.05.05, 11:31
        Gwałtowne hamowanie rzuciło nas wszystkich do przodu.
        - No co? No co? - Krzyś, który od kilki minut, w celu uniknięcia wyjaśnień,
        bardzo starannie symulował głęboki sen, łypiąc tylko od czasu do czasu
        podejrzliwie na prowadzącego samochód Grzesia, złapał się teatralnym gestem za
        czoło, waląc mnie przy tym łokciem w szczękę.
        - Jajco, kurwa!!!! Zaćmienie umysłowe macie chyba wszyscy, a ja to już tylko do
        jakiegoś zamkniętego zakładu się nadaję! Samochód! Po samochód mój tam
        jechaliśmy przecież, a nie na jakieś nocne gościnne występy! Tylko ta niedojda
        tak mi w głowie namieszała, spadamy i spadamy, jakby mu się płyta zacięła!
        Samochód chciałbym odzyskać, bo taki kaprys mam, że chciałbym nim jeszcze
        pojeździć, podobał mi się! Nowy był!
        Milczeliśmy, ze współczuciem wpatrując się w Grzesia. Rzeczywiście, jechaliśmy
        odzyskać samochód, a odzyskaliśmy jedynie Krzysia, który jako zamiennik
        grzesiowego samochodu nie sprawdziłby się na pewno.... Nowy też nie był,
        przeciwnie, po tak intensywnie przeżytej nocy nosił ślady dużego zużycia i
        intensywnej eksploatacji.... I prędzej niż jakieś 25 kilometrów na godzinę też
        by pewnie nie poleciał...
        - Co się tak na mnie gapisz? - przerwał moje rozmyślania Krzyś, lekko
        wystraszony. Fakt, wpatrywałam się w niego jak nie przymierzając Kaszpirowski -
        przecież to nie ja mu samochód zgubiłem... I w ogóle to ten.... Bo ja też....
        Tego.... no..... Ja też...
        - Wykrztuś wreszcie, co ty też? Też chcesz do zamkniętego zakładu? Nadawałbyś
        się, nawet nie musiałbyś długo prosić...
        - Też samochód tam zostawiłem! Myślisz że skąd się na tym zadupiu wziąłem w
        środku nocy? Z samolotu wyskoczyłem? Samochodem przyjechałem, normalnie, takie
        rzadkie krzaki tam rosły, zaparkowałem, i tak po cichu chciałem się zakraść,
        nie przez bramę, tylko tam przy końcu ogrodzenia, ciemno było wszędzie jak za
        przeproszeniem u Murzyna w tej.... no.... w schowku na miotły, a w tamtym kącie
        jeszcze ciemniej, bo tam takie dwie choinki rosną, posadził sobie, esteta w
        mordę kopany.....
        - Podobało mu się, to sobie posadził, nie ma zakazu! Co ci choinki
        przeszkadzają?
        - Zapamiętaj gdzie rosną, zakradniesz się przed Bożym Narodzeniem, będzie jak
        znalazł.... - zaproponowałam złośliwie.
        - Sama się zakradaj, zołzo - syknął Krzyś, patrząc na mnie z obrzydzeniem - na
        śmietniku sobie te choinki posadził, żeby go pojemniki w oczy nie kłuły,
        burżuja kapitalistę! Chciałem tak po cichu zeskoczyć z parkanu, w te choinki,
        żeby się schować od razu, i co? I prosto w te pojemniki wskoczyłem, wywaliły
        się wszystkie, chyba ze sto ich tam stało, ile on śmieci produkuje? Fabrykę
        surowców wtórnych otworzył? Po cichu chciałem, w mordę.... a potem ruch się
        jakiś zrobił, ktoś leciał w moją stronę, to się za choinkę schowałem, wywalił
        się na tych śmieciach, he he, to uciekłem... A potem jak zaczęli strzelać, to
        się już naprawdę wystraszyłem.... Tam obok podjazdu krzaki takie niskie rosną,
        z takimi pomarańczowymi kulkami, ni cholery nie wiem co to ale ładnie wygląda,
        i gęste takie, do tych krzaków leciałem, ale drut jakiś na podjeździe był,
        zaplątałem się i chyba ten.... się wywaliłem.... i ten.... chyba zemdlałem, w
        mordę.... bo potem już tylko was pamiętam, Anka mnie tak szarpała.... I krawat
        zgubiłem.... - Krzyś popatrzyła na mnie z wyrzutem, jakby podejrzewał, że to
        ja, korzystając z jego chwilowej niedyspozycji, rąbnęłam mu krawat - Też nowy
        był.... Taki beżowy....

        • sierzant.podsiadlik Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 24.05.05, 17:23
          Trafił mnie potężny szlag.
          - Krawat, tak? - wycedziłam wolno - Krawat? Może wróć tam i poszukaj, a
          bandziorom wyjaśnij uprzejmie, że nie muszą do Ciebie strzelać, bo sam się na
          tym krawacie estetycznie powiesisz, co?
          Krzyś zamilkł, za to do Grzesia ewidentnie nie dotarło, że jeszcze moment, a
          sama ich wszystkich pozabijam.
          - A mój samochód? Samochód tego idioty niech sobie tam stoi na zdrowie,
          zachciało mu się latać po krzakach, to niech teraz cierpi!
          - A Ty co, może nie latałeś po krzakach?
          - Po domu latałem! W domach krzaki nie rosną!
          Z nadludzkim wysiłkiem powstrzymałam nieodpartą chęć mordu i spojrzałam na
          Syfildę jako ostatni bastion zdrowego rozsądku.
          - Myślę, że możemy tam wrócić po samochód Grześka - powiedziała w zadumie - Te
          bandziory nie będą tam siedzieć do usranej śmierci, a jeżeli nawet, to w
          obecnej sytuacji już wolę, żeby nas powystrzelali, niż słuchać tych kretynów.
          Kretyni nagle zamilkli.
          - Zwariowałaś? Ledwo uszliśmy z życiem, a Ty chcesz tam wracać? Też Ci się na
          mózg rzuciło?
          - Po pierwsze, to i tak będziemy musieli tam wrócić, chyba że chcesz ganiać po
          tych polach i lasach szukając jakiejś cywilizacji. Po drugie, jak Ci znowu nie
          przyjdzie do głowy sprawdzać stan rozkładu trupa, to może nam się uda...
          - Brzmi rozsądnie - stwierdził Grześ
          - Bo to chodzi o Twój samochód - zaczął kwilić Krzyś - A mój? Poza tym, ja tam
          nie wracam! Zabić mnie chcieli!
          - A nas to może nie? - Syfilda jednak się lekko zdenerwowała - Jak chcesz, to
          możemy Cię tutaj wysadzić i zakładaj sobie oddział partyzancki w lesie!
          Protest został spacyfikowany. Grześ ruszył.

          Samochód stał sobie spokojnie w tym samym miejscu. Dookoła nie było żywej
          duszy. Siedząc w krzakach po raz kolejny tej nocy, a właściwie ranka,
          zastanawiałam się, czy uwaga Syfildy o zakładaniu partyzantki nie była całkiem
          pozbawiona sensu.
          - Dobra, chyba droga wolna. Ruszamy. Pamiętajcie, żeby być cicho i tym razem
          nie robić głupich numerów - powiedział Grześ, którego wizja odzyskania
          samochodu zmieniła na moment w Rambo.
          Głupich numerów, dobre sobie. Od 24 godzin wykazujemy się wyjątkową wręcz
          inteligencją, niech to cholera...
          Grześ, prawie ciągnąc za sobą protestującego znowu nieśmiało Krzysia, dobiegł
          do samochodu, po czym obaj zastygli w kucki przy tylnych drzwiach. Ja i Syfilda
          już miałyśmy ruszać w ich ślady, kiedy usłyszałyśmy za sobą jakiś szelest.
          - Uciekajcie !!! - ryknęłam potężnie, mając nadzieję, że przy okazji
          zdezorientuję potencjalnego bandziora i też ucieknie. Matko Boska, teraz już
          nas na pewno zastrzelą, po cholerę mi był ten bób, samochód Grześka, jazdy po
          wertepach...Syfilda obok zaczęła się histerycznie śmiać, nerwy jej puściły,
          może to jest jakaś metoda? Przeklęty Tomek i jego machloje, pewnie nawet nam,
          świnia, nagrobka porządnego na Wólce Węglowej nie wystawi...
          Swoim wrzaskiem ostrzegawczym osiągnęłam dokładnie odwrotny skutek - panowie
          zastygli w przerażeniu, a bandzior stanął przede mną i powiedział:
          - Dzień dobry paniom, policja.

          CDN
          • marrtawu Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 25.05.05, 00:10
            Jakieś te krzaczory wyjątkowo podstępne były, bez dwóch zdań, nie można było
            sobie w nich po prostu posiedzieć, same niespodzianki, jedna za drugą, żeby
            chociaż miłe...
            - Dzień dobry - odpowiedziała grzecznie Sylfida, a ja milczałam uparcie,
            wściekła już do granic ostateczności. Głodna, nierozumiejąca i z wizją
            wypełniania stert papierów na komendzie.
            - Panie pozwolą, że może wyjdziemy z tej roślinności, wejdziemy do domu i tam
            spokojnie porozmawiamy...
            Wściekłość przerodziła się w bezmyślny upór.
            - Nie pozwolimy! - warknęłam.
            Bandzior podający się za policjanta jakby lekko sklęsł w sobie.
            - Nie? - upewnił się. - A dlaczego?
            Już się rozpędziłam mu zeznawać w obecności trupa w środku... może trupa
            sprzątnęli do tego czasu... Tak, czy siak, znalazłabym tysiąc lepszych rozrywek
            na chwilę obecną niż jałowe dyskusje z nieumundurowanymi przedstawicielami
            służb wszelakich...
            - Dlatego, że może mi pan nie uwierzy, ale nie mamy pojęcia co jest tutaj
            grane, a jak panu powiemy, co nam się przytrafiło, to też pan nie uwierzy... -
            jakoś nie mogłam wybrnąć z tej niewiary, w dodatku mrówki mi już wlazły w nogę.
            Dla zaakcentowania swojego sprzeciwu wstałam. Wcale nie był taki wysoki, jeśli
            by go mocno pchnąć i pobiec w stronę bramy... ale te jełopy pewnie tu zostaną i
            jeszcze go pozbierają z tego trawnika! Z kim ja się w ogóle zadaję, o
            wplątywaniu się w afery nie wspominając??
            Za plecami bandziora wyrósł kolejny, tym razem z brodą i jakby starszy od tego
            cherlawego. Porzuciłam myśl o szleńczym pędzie do furtki i przystąpiłam do
            ataku.
            - Co panowie tutaj robią?
            - Łapiemy bandytów, łaskawa pani - odparł spokojnie brodacz. - I poprosiłbym o
            nieutrudnianie. Koledzy pani już zostali zaproszeni do środka, więc przejdźmy
            tam wszyscy.
            Skoro nie wrzeszczeli o karetkach i innych bzdurach, znaczy trup sprzątnięty,
            jest dobrze. Szarpnęłam Sylfidę i pokulałyśmy w stronę domu. Reszta naszej
            wesołej gromadki rzeczywiście już siedziała w salonie, na trupa po drodze
            nigdzie się nie natknęłyśmy, więc na pewno spoczywa już w kostnicy.
            Zajęłam miejsce koło Grzesia.
            - Więc co tutaj robicie? - zaczął brodacz bez ceregieli.
            - Przyjechaliśmy po samochód - odpowiedzieliśmy chórem.
            - A skąd się tu wziął ten samochód?
            - Przyjechaliśmy tu, spotkaliśmy kolegę i pojechał naszym autem, a teraz wrócił
            po swoją własność - objaśniłam zgodnie z prawdą.
            Brodaty nie dawał się wyprowadzić z równowagi.
            - O tej strzelaninie wcześniej chciałbym coś się dowiedzieć... Nie straszę, ale
            polecałbym coś zeznać jednak.
            - Kiedy ja juz tłumaczyłam tamtemu panu, że nic nie wiemy!
            - Przyjechaliśmy tu, były strzały, zgarnęliśmy kolegę i daliśmy nogę...
            - Zabłądziliśmy...
            - I dotarło do nas, że po samochód trzeba wrócić...
            - To może kolega powie w takim razie, z kim się tutaj umówił i na co czekał.
            Grzesiek poruszył się niespokojnie w fotelu. Widziałam po nim, że sprawę uznał
            za przegraną i zaraz wyjedzie prosto z mostu o papierach wydłubanych z sejfu.
            Na których widniało i moje nazwisko....
            - Ze mną się umówił!! - ryknęłam, zanim zdołał się odezwać. -Chata była wolna,
            od naszego kolegi wspólnego klucze miał... - zachłysnęłam się z nadmiaru
            wyobrażeń na temat, co ewentualnie mogłoby mnie łączyć z Grześkiem. On sam
            zresztą nie miał za szczęśliwej miny, mignęła mi w głowie jakaś afera z jego
            rozwodem, jego eks, jak się dowie o romansie, może bruździć... - W końcu
            dorośli ludzie jesteśmy - dokończyłam niezręcznie.
            Brodacz najwyraźniej łyknął mój blef, albo idealnie odegrał scenę z zaufaniem
            dla przesłuchiwanej.
            - I co było dalej?
            - I się schadzka rymsła na dziób, bo powitały nas zwłoki - dokończył desperacko
            Grzesio, zadowolony, że wyrzucił z siebie nurtującą tajemniće odsapnął i z
            lubością rozparł się w fotelu, najwyraźniej juz z czystym sumieniem. Nie zdawał
            sobie sprawy, że zapadła dziwna cisza, a brodacz, najwyraźniej nie taki znowu
            świetny aktor, rozdziawił gębę aż miło. Zaraz jednak się opamiętał.
            - Bednarski! - huknął, a cherlawy wyprężył się jak struna. - Znaleziono tu
            jakieś zwłoki?
            - Melduję, że nie...
            - Sprawdziliście wszystko?
            - Dokładnie wszystko...
            - To teraz proszę powiedzieć, gdzie były te zwłoki?
            Nie mogłam sobie odmówić małej zemsty na człowieku, który pozbawił mnie tego
            ranka ostatnich nadziei na sen i śniadanie.
            - Chce pan powiedzieć, że nie zabezpieczyliście śladów z tego dywanu i tych
            foteli? - zdziwłam się niewinnie. - Trup leżał dokładnie tam, pod sejfem, o -
            pokazałam palcem w kierunku ściany. W sumie rzeczywiście nie było widać żadnych
            śladów przestępstwa, pogratulowałam bandziorom sprawnych pracowników, a
            brodaczowi zaczęłam szczerze współczuć.


            • marrtawu Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 26.05.05, 23:30
              Następnego dnia odsypiałam sobie sprawiedliwie rozrywki minionej nocy i dlatego
              właśnie nie odebrałam telefonu. Mój archanioł Gabriel zmuszony został do
              nagrania się na sekretarkę. I dobrze, bo nie bardzo wiedziałabym, jak mu
              odpowiedzieć na pytanie: "co słychać?" nie wyrzucając z siebie ogłuszającej
              ilości informacji na temat bobu, Tomka, znikających trupów i wycieczek
              krajoznawczych po Bóg wie jakich lasach! Co on chciał ode mnie w ogóle,
              przecież pojutrze wraca, nie uwierzę, że tak się stęsknił nagle?
              No i miałam rację, że nie uwierzyłam, bo szanowny gach nagrał mi tylko
              lakoniczną wiadomość, żeby nie spodziewać się go przed czwartkowym wieczorem.
              Nie to nie, on traci udział w aferze tysiąclecia. Machnęłam ręką na Gabriela i
              zaczęłam składać w całość, to, czego udało nam się dowiedzieć od brodatego
              policjanta.
              Za wiele tego nie było, policja jak zwykle gorzej poinformowana niż przeciętny
              obywatel. Owszem, przemyt, w bobie, ktoś kto miał wcześniejsze zatargi ze
              śledczymi władzami został delikatnie poproszony o udzielenie informacji, prośbę
              spełnił połowicznie i go wcięło. Niedobrze, bo to ważna persona, prawa ręka
              tego całego co interes rozkręcał. Do pana Tomasza właśnie trafili dzięki jego
              znajomości z szanowną ważną personą i wiedzą jeszcze, że istnieje dodatkowy
              konflikt natury osobistej... więc czy jesteśmy pewni, że zwłoki nie były
              zwłokami pana Tomasza? A gdzie on w takim razie, obecnie przebywa? A czy
              jesteśmy pewni, że były to zwłoki...?
              Ja nie byłam, bo za dużo się filmów naoglądałam, w których rosłe bydlaki z
              poprutymi brzuchami biją się jeszcze przez pół godziny, by pod koniec walki
              całować się namiętnie z wydrowatą brunetką. Tym bardziej ten z roztrzaskanym
              globusem mógł był się, żuczek, ocknąć i dać nogę. Grzesiek jednak uparcie
              twierdził, że macał go po tętnicy szyjnej i nic nie wymacał, a ponadto osobnik
              ów był zimny jak... jak trup właśnie, więc niech nam pan władza tu nie usiłuje
              wpierać zarzutów o nieudzielenie pomocy!!!
              Panu władzy nawet do głowy to nie przyszło, wykonał parę telefonów, jak grzyby
              po deszczu wyrośli przed nami kolejni policjanci w rękawiczkach z lateksu i
              zaczęli się kręcić po domu, wyprosiwszy nas uprzejmie. Uprzejmie prośbę
              spełniliśmy, każdy udał się w kierunku własnego domu i łóżka, po drodze jednak
              odbębnić musieliśmy całe to zawracanie głowy z odciskami palców. O szóstej
              rano. Nie przepuszczałam, że ktoś o tej porze na komendzie w ogóle jest w
              stanie funkcjonować, ale szło im świetnie. Udało się nawet odzyskać samochód,
              ale krawat Krzysia przepadł jak kamień w wodę.
              Tak więc, niezwykle zadowolona, że cała nasza strączkowa sprawa nabiera
              rumieńców, po południu zwlokłam się z łóżka i zaczęłam krążyć po kuchni
              obmyślając kwestię naleśników. Szybko się robią, fakt, ale z czym by je tu...?
              Obwąchiwałam właśnie podejrzliwie zawartość torebki z białem serem, kiedy ktoś
              zapukał. Zamarłam. Kto to? Nie Gabriel, przecież nagrał się na sekretarce, że
              nie wraca. Nikt z moich aferzystów, bo najpierw by zadzwonili, a na pewno
              jeszcze śpią. Bandyci, rany boskie, ja też byłam przecież na tych fakturach!!!
              Miotnęłam się po kuchni w poszukiwaniu czegoś do obrony. Pożałowałam, że nie
              znalazłam nigdy czasu na psa. Wreszcie z szuflady wyszarpnęłam szpikulec do
              lodu. Pukanie w tym czsie zmieniło się w dobijanie.
              Wyjrzałam przez wizjer i kolana się pode mną ugięły. Szarpnęłam zasuwę i
              otworzyłam gwałtownie drzwi, szpikulec odrzucając za siebie. Blady, zarośnięty
              Tomek wszedł do przedpokoju i uśmiechnął się do mnie, niepewnie i
              przepraszająco.
              • woloduch1 Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 27.05.05, 02:08
                - Gdzie zes sie petal - warknelam zlowieszczo.
                Tomek otworzyl usta i w tym momencie zadzwonil telefon. Byl pod reka, wiec
                odebralam i powiedzialam wscieklym glosem: - Tak?
                - Czy moge rozmawiac z pania Joanna? - zapytal nieznany, niewatpliwie meski,
                acz dosc wysoki glos.
                - Tak, to ja, a o co chodzi?
                - Pozwoli pani, ze sie najpierw przedstawie, bo osobiscie sie nie znamy. Jestem
                Gunia.
                W zyciu nie znalam zadnego Guni, ani o zadnym Guni nie slyszalam. Moze ktos ze
                znajomych zna, ale po kiego grzyba dawal obcemu facetowi moj numer? Tymczasem
                pan Gunia wyjasnial dalej.
                - Moze sobie pani przypomni, ze jakies dwa tygodnie temu dala mi pani swoj
                numer telefonu. Mialem wtedy przyjechac do Polski i wziac udzial w spotkaniu,
                ale plany mi sie pokrzyzowaly i dopiero teraz przyjechalem, wiec pozwolilem
                sobie zadzwonic.
                Trzeba przyznac, ze zglupialam co nieco. Dwa miesiace temu, przyjazd do Polski,
                spotkanie? I w tym momencie przypomnialam sobie! Ale to, co sobie
                przypomnialam, zwiekszylo tylko galimatias. Oczywiscie, nie Gunia tylko goonia,
                i nie pan, tylko pani. Przyjazd, owszem, spotkanie tez, opoznienie rowniez.
                Goonie znalam tylko z internetu, z forum poswieconego mojej ukochanej Autorce i
                jej tworczosci. Grupa milosnikow spotykala sie co jakis czas w
                kawiarni "Naparstek" i goonia miala na takie spotkanie przyjsc.
                - Ale... przeciez goonia to kobieta... - jeknelam do sluchawki.
                - To przeciez Internet - glos w sluchawce byl nieco rozbawiony - wykorzystalem
                swoje stare studenckie przezwisko i dla zabawy udawalem kobiete, nie
                wspominajac nawet o tym, ze ja zanglicyzowalem.
                - No dobrze, ale przeciez odbylo sie zebranie sekcji kanadyjskiej i ani ty...
                o, przepraszam, ani pan, ani Woloduch nie pisneliscie slowa o tej cudownej
                zmianie plci! - zaoponowalam.
                - Tak sie sklada, ze Woloduch jest moja zona. Dla zabawy udawalismy - ona -
                chlopa, a ja - kobiete. Musielismy sie niezle pilnowac, zeby sie w gramatyce
                nie pogubic, ale zabawa byla niezla.
                - No wie pan! To bedzie przeboj sezonu na nastepnym spotkaniu, ktore sie
                odbedzie za... zaraz, niech policze... za dwa tygodnie. A pan na jak dlugo
                przyjechal?
                - Mysle, ze na jakis miesiac, moze dwa. Wie pani, jestem w Toronto
                konsultantem, w ogole to jestem inzynierem mechanikiem, no i pracuje na
                zleceniach. Akurat nie mialem nic napietego, kiedy przyszla propozycja z
                Polski, doskonale platna, wiec zdecydowalem sie ja przyjac. Mialem przyjechac
                dwa miesiace temu, ale firma Tomaszek - moj zleceniodawca - cos jeszcze musiala
                dograc i dopiero teraz, tydzien temu, dali mi zielone swiatlo.
                - Przepraszam, jaka firma? - spytalam zdlawionym glosem.
                - Tomaszek and cos tam.
                Czulam jak w gardle rosnie mi kula.
                - A moge zapytac, co to za projekt?
                - Alez oczywiscie, to zadna tajemnica. Ma to byc projekt zamrazalni warzyw dla
                celow eksportowych wedlug standartow unijnych, wieloetapowy. Na poczatek
                rosliny straczkowe, a w szczegolnosci bob.
                Kula w gardle urosla mi do wielkosci globusa. Nie bylam w stanie wydusic z
                siebie slowa. Ale afera! Nie tylko dotyczyla moich przyjaciol, ale rowniez
                znajomych z Internetu! Gdzie tu jest jakis sens? Mysli przelatywaly mi przez
                glowe chaotycznie i nie zdawalem sobie nawet sprawy z tego, ze glos w sluchawce
                zamilkl juz chwile temu.
                - Halo, jest tam pani jeszcze? - zapytal goonia.
                - Tak, jestem - slowa z trudem przedzieraly mi sie przez gardlo - i tak sobie
                mysle, ze musimy sie natychmiast spotkac.
                - Alez z przyjemnoscia sie spotkam, ale dlaczego natychmiast? - w glosie gooni
                brzmialo rozbawienie.
                - Powody podam osobiscie, to nie jest rozmowa na telefon. Ma pan cos do
                pisania? To prosze zapisac adres i zlapac taksowke. - Podalam mu adres i
                rozlaczylam sie.
                Popatrzylam na Tomka, ktory sluchal calej rozmowy (a wlasciwie jej polowy), nic
                nie rozumiejac, ze zgroza w oczach.
                - Sluchaj, dlaczego zaprosilas TERAZ tego Gunie - jeknal Tomek.
                - Bo przyszedl czas na troche wyjasnien, a Gunia moze troche rozswietlic mroki -
                warknelam. - I nie mysl sobie, ze stad wyjdziesz bez slowa wyjasnienia i znowu
                gdzies znikniesz!
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 27.05.05, 16:54
      - Jak znam życie, ten jakiś Gunia nie dotrze tu szybciej niż za dwie godziny.
      Chętnie na niego poczekam. Słyszałem o nim, ale na oczy człowieka nie
      widziałem. Zrób mi kawy, co? I głodny jestem, jak cholera – poskarżył się
      Tomek, osuwając się na fotel, jak zwiędła lilia – Aż mi się w głowie mąci i
      zaraz wykituję...
      - Bar szybkiej obsługi jest za rogiem – przerwałam bezlitośnie – I nie udawaj
      mi tu umarlaka, bo na mnie to nie działa. Najwyżej zafunduję ci głośny pogrzeb
      z orkiestrą dętą i z przyjemnością popatrzę na tłum płaczek idący za twoją
      trumną.
      - To może najpierw zrób jajecznicę. Wyjdzie taniej – zaproponował - A ten
      kondukt, to może być szybciej, niż ci się wydaje, bo porobiło się strasznie...
      - Dobra, też mi się chce jeść, więc zrobię tę jajecznicę. I kawy też
      dostaniesz. Nie jestem wołoduch. Ale jeśli zaraz nie zaczniesz gadać, to jak
      Boga kocham, postaram się, żeby ci to wszystko zaszkodziło.
      - Mnie już zaszkodziło. Wszystko – ponuro stwierdził Tomek, udając się za mną
      do kuchni.
      Posiłek spożyliśmy w całkowitym milczeniu. Tomek rzucił się na jedzenie
      łapczywie, jakby nie jadł od tygodnia. Wolałam mu nie przeszkadzać, bo nie
      wiem, co robi się z ludźmi w razie zadławienia. Podobno dzieci ratuje się
      podnosząc za nogi i odwracając głową w dół, jednak ta metoda, w odniesieniu do
      faceta o wzroście metr dziewięćdziesiąt, bez użycia dźwigu, wydała mi się
      nieprawdopodobna. Patrząc, jak pochłania jajecznicę z 6 jajek, pomyślałam, że
      gdybym teraz odebrała mu miskę, to chyba rzuciłby się na mnie z zębami...
      Na szczęście, uporał się z jedzeniem błyskawicznie. Przełknął ostatni kęs,
      powstrzymał się od wylizania talerza, jednym haustem wypił filiżankę kawy i
      popatrzył na mnie nieco przytomniej.
      - No, trochę mi lepiej. Wprawdzie nie lubię jeść, kiedy patrzy mi się w zęby i
      liczy widelce, ale jajecznica była pyszna. Dolej mi kawy, bo trochę się
      zatkałem.
      - Dolej sobie sam, gosposia ma wychodne. I może odetka cię wreszcie, koteczku i
      powiesz, gdzie się szlajałeś przez dwie doby? – zaproponowałam.
      - Nigdzie się nie szlajałem, nie miałem do tego głowy. I nie mów do mnie
      koteczku, bo mnie szlag od tego trafia – Tomek chlusnął kawę do filiżanki i
      odstawił dzbanek, aż zabrzęczało – Od dziś koniec z babami. Wy jesteście
      niebezpieczne harpie – popatrzył na mnie z wyrzutem.
      - Yhy, już widzę ten koniec. To która ci teraz tak dokopała? Aśka, czy to
      bóstwo tego Tłuszczyka, Boczusia czy ja mu tam?
      - Smalczyka... Obie są dobre. Znalazły się i skumały, jak rzadko. Aśka z
      głupoty, a tamta... Pazerna ździra. – w głosie Tomka była zawiść wszystkich
      zawiedzionych namiętności tego świata – Ty wiesz w co one nas wrąbały?
      - Nie wiem. Ale słyszałam, w co ty nas wrąbałeś. W faszerowany bób, trochę
      ciężkostrawny. Dla jednego faceta nawet śmiertelnie. Reszta dostała czkawki z
      nadmiaru wrażeń. Czyżbyś jeszcze miał coś ciekawszego na deser?
      - Zamknij się i słuchaj, bo czasu mało, a nie chciałbym żebyś wyskoczyła z
      czymś głupim przy tym całym Guni. Facet faktycznie miał mi pomóc w uczciwym
      projekcie, ale teraz... Teraz już mam pewność, że Aśka i ta... Dora – zmęłł w
      ustach to imię, jakby chciał je wypluć na wieki – Że one obie chcą mnie
      wykończyć. Co ci będę dużo gadał... Smalczyk mnie szantażuje, ale z nim bym
      sobie może jakoś poradził. Gdyby nie Dorcia, już by wszystko przyschło. Kretyn,
      wydawało mi się, że wysupłałem się bezboleśnie z tego związku. No i Aśka...
      Wariatki, obie będą się teraz mścić...
      - Możesz pominąć łóżkowe szczegóły – przerwałam mu wielkodusznie, domyślając
      się powodów – Rozumiem, że spiknęły się przeciwko tobie. Jak?
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 27.05.05, 17:08
      - Dora ma moje zdjęcia ze Smalczykiem. Różne i dużo, bo zanim ta wsza się
      zdemaskowała, jako mafioso, robił za mojego inwestora i często u niego
      bywałem. Widocznie już wtedy kompletowała dowody przeciwko mnie. A Aśka
      załatwiała nam kredyty. No... tego... inwestycyjne, na różne osoby. Na was też –
      dodał z determinajcą – Przesiadywała u mnie w biurze, załatwiała różne sprawy
      przez internet i pomagała mi, niby z dobrego serca, kur...za jej melodia. A
      teraz podejrzewam, że to ona dała mi w łeb, zabrała wszystkie papiery i ma mnie
      w garści.
      - Zwariowałeś?! Aśka?! Chyba ci odbiło – ze zdumienia zaparło mi dech.
      - No, widziałem ją wczoraj u Dory. Nie na darmo przesiedziałem cały dzień i pół
      nocy w krzakach pod tym jej gargamelkiem. Smalczyk jej wybudował, mówię ci,
      koszmarek. Taki pałac, jaka królewna... – w jego głosie zabrzmiał cień goryczy –
      No i się doczekałem. Zamiast królewicza przyjechała Aśka. Siedziały obie
      prawie cała noc przy komputerze, widziałem przez okno, nawet nie zasłoniły.
      Aśka wyjęła z torebki twardy dysk i niech mnie gęś kopnie, jeśli to nie był
      mój. Jestem pewien, że Dora robi też Smalczykowi koło pióra, bo już dawno
      przejęła jego międzynarodowe interesy. Ale ona jest za głupia, więc skaperowała
      Aśkę, która,nie da się ukryć, jest przydatna. Ma wszędzie znajomości, nie tylko
      tu, ale i w Kanadzie. A w grę wchodzi taka forsa, że może odebrać rozum każdemu
      po obu stronach oceanu. Potem widziałem, jak przyjechał jakiś kurduplowaty
      facet z piskliwym głosikiem i w trójkę przesiedzieli przy komputerze prawie
      całą noc. Chyba zdrzemnąłem się w tych krzakach, bo gdy zobaczyłem, że
      wyjeżdżają, każde swoim samochodem, Dora też, to byłem taki zdrętwiały, że nie
      mogłem się ruszyć. Ale czekaj, czekaj... Skąd ten Gunia, miał twój numer
      telefonu? I co tu się wczoraj działo?
      Nie zdążyłam otworzyć ust, bo w tym momencie zabrzmiał dzwonek u drzwi.
      Oszołomiona Aśką, szłam do przedpokoju, jak paralityk. Na progu stał nieduży
      facecik z okrąglutką twarzyczką uśmiechniętego bobaska, który oznajmił mi
      głośnym dyszkancikiem:
      - To na mnie pani czeka. Jestem Gunia. Miło mi bardzo.
      Kątem oka spostrzegłam, że Tomek, który stał w drzwiach od kuchni, gwałtownie
      miotnął się do tyłu, jakby zobaczył nocną zmorę. Rozległ się rumor
      przewracającego się stołka i głuchy łomot, świadczący o tym, że Tomek podążył w
      jego ślady. I wtedy domyśliłam się, kogo mam przed sobą. Kurduplowaty facet z
      Kanady! Udając w necie kobietę robił ze mnie w balona, teraz kręci z Aśka i
      Dorą... Z miejsca poczułam, jak ogarnia mnie dzika niechęć do tego amorka,
      który w dodatku zaczął obśliniać mi rękę w czułym powitaniu. Tego też nie
      znosiłam. Wykonując szeroki, zapraszający gest, ukradkiem wytarłam rękę o
      spódnicę.
      - Proszę, niech pan wejdzie – uśmiechnęłam się najpiękniejszym ze swoich
      uśmiechów, a z moich ust spływała lepka słodycz, która nigdy nikomu nie wróżyła
      nic dobrego. Kurduplowi również. Czułam, że prędzej go zabiję i zakopię w
      doniczce, niż wypuszczę z pazurów. Mina Tomka, który wyłonił się z kuchni,
      masując sobie kolano, też świadczyła o tym, że jest gotowy do konfrontacji nie
      tylko z aniołkowatym kurduplem, ale choćby z samym diabłem. Inżynierek, jakby
      nigdy nic, rozsiadł się wygodnie w fotelu i rozszczebiotał, jak ptaszyna. W
      oczach Tomka błysnęła żądża mordu.
      cdn.
      • woloduch1 Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 30.05.05, 01:04

        W krotkim czasie dowiedzielismy sie o Guni sporo. Przede wszystkim tego, ze
        Gunia naprawde nazywa sie Leszek Dobrowieyski (przez “y”wink, ze ma prawie 50 lat,
        z czego 20 w Kanadzie ( i to prawie calej, mieszkal bowiem juz w Brytyjskiej
        Kolumbii, Albercie, Manitobie, Ontario i na Wyspie Ksiecia Edwarda), jest
        zonaty (z Woloduchem, ktorej prawdziwe imie brzmi Elzbieta), ma czworo dzieci
        (od 10-ciu do 17 wiosen zycia, dwoch chlopcow i dwie dziewczynki), o jego
        przejsciach zwiazanych z nostryfikacja dyplomu i wreszcie zaczal marudzic o
        pracy zawodowej. Okazalo sie, ze nie byl zachwycony lojalnoscia pracodawcow i
        10 lat temu przeszedl na swoje – jest wolnym strzelcem, pracuje na zlecenia i
        dobrze na tym wychodzi. Wyczulam szanse i spytalam niewinnie, gdzie tez jego
        projekty sa ulokowane – okazalo sie, ze prawie w calej Kanadzie. Raz pracowal
        dla inwestora ze Stanow, ale mu sie nie spodobalo i wiecej projekow
        miedzynarodowych sie nie imal.
        - To w takim razie jakim cudem dostal pan ten projekt w Polsce? – zapytalam
        niewinnie.
        - Pojecia nie mam. Przyznam sie bez bicia, ze zaledwie kilka osob w Polsce wie,
        co robie w Kanadzie i klient nie powolal sie na zadna z nich - przerwal na
        chwile i sie zamyslil.
        - Prawde mowiac, caly ten projekt jest jakis dziwny. Nie technicznie, bo to
        zadne mecyje, ale cala otoczka wokol niego – przeciez sa firmy w Polsce, ktore
        taki projekt moga zrobic i to nawet sporo taniej. Wyglada mi na to, ze ze
        inwestor koniecznie chcial miec projektanta z zagranicy i byl za to gotow
        zaplacic dodatkowo, ale, na litosc boska, jaki by to mialo miec cel?
        - To rzeczywiscie dziwne – kopnelam pod stolem Tomka, ktory wpatrywal sie w
        Gunie z nieskrywana odraza – a w jaki sposob sie z panem skontaktowali?
        - Dostalem pisemne zaproszenie do przetargu. I to jest dopiero dziwne, bo
        normalnie przetarg jest oglaszany publicznie.
        - No i…?
        - Nie bardzo mi sie chcialo tego robic, wiec podalem sume trzykrotnie wyzsza
        niz powinienem i ku mojemu zdumieniu okazalo sie, ze wygralem. No coz, slowo
        sie rzeklo, kobylka u plotu – nie moglem sie wycofac. Ale dziwne, to, dziwne –
        pokrecil glowa w zamysleniu – I co jeszcze dziwne to to, ze podobno bylo to
        strasznie pilne, mialem tu byc dwa miesiace temu – to wtedy poprosilem o pani
        telefon, a tu nagle cos sie u nich opoznilo i dopiero trzy dni temu
        skontaktowali sie ze mna ponownie i od razu dali bilet na samolot – no i
        dzisiaj rano przylecialem.
        - Dzisiaj rano? – Tomek wreszcie doszedl do glosu – Glowe bym dal, ze widzialem
        pana wczoraj wieczorem w Warszawie.
        - Wczoraj wieczorem to sie pakowalem w Toronto, potem cala noc lecialem i
        przylecialem dopiero dzisiaj rano. Zameldowalem sie w hotelu i od razu
        zadzwonilem do pani – z lekka skloni sie w moja strone. Chcialem sie
        dowiedziec, kiedy bedzie nastepne spotkanie grupy. Ale, ale, pani powiedziala
        cos dziwnego, zapraszajac mnie tutaj, ze wszystko wyjasni mi osobiscie.
        - A moze pan udowodnic, ze pan przylecial dopiero dzisiaj? – zapytalam.
        - Chyba tak, mam na przyklad bilet lotniczy i pieczatke w paszporcie – Gunia
        usmiechnal sie szeroko – mam pokazac?
        - Dlaczego nie. Tomek ma doskonala pamiec wzrokowa i mowi, ze widzial pana
        wczoraj w Warszawie, a przeciez w dwoch miejscach na raz nie moze pan byc,
        prawda?
        Gunia spowaznial i uwaznie nam sie przygladal. Wolno siegnal do kieszeni i
        wyjal paszport i bilety lotnicze.
        - Prosze. Wyglada mi na to, ze to jest cos powaznego, skoro wam tak na tym
        zalezy. Czy zechcecie mi powiedziec, o co tu chodzi?
        Rzucilismy sie na papiery jak wyglodniale sepy na padline. Faktycznie,
        przylecial dzisiaj. W takim razie kogo Tomek widzial wczoraj u Dory?
        - O co tu chodzi? Sami jeszcze niezbyt dobrze wiemy. W kazdym razie wyglada to,
        jak na razie, na bardzo nieprzyjemna afere i to w dodatku o zasiegu
        miedzynarodowym – powiedzial Tomek. – I naprawde widzialem pana wczoraj w
        Warszawie.
        - Nie mnie.
        - To moze ma pan sobowtora?
        - Sobowtora? Tego nie wiem, ale mam brata. Blizniaka.
        • woloduch1 Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 30.05.05, 21:48
          Spojrzelismy z Tomkiem na siebie ze zdumienienm. Sytuacja komplikowala sie z
          minuty na minute. Czulam sie zupelnie jakbym byla na planie jakiegos
          brazylijskiego tasiemca, "Dynastii", "Dallas", czy innej opery mydlanej, gdzie
          nieznane rodzenstwo czy potomstwo koci sie dla potrzeb scenariusza, najbardziej
          nieprawdopodobne sytuacje sa normalka, a sam scenariusz, jesli ma rece i nogi,
          to wygladaja one zupelnie jak na obrazach Picassa z jego najbardziej
          absurdalnego okresu. Osobiscie nie mam nic do Picassa, ale zgadzam sie z jego
          opinia na temat malarstwa (to znaczy tego, ktore oglosil po ukonczeniu
          osiemdziesiatego roku zycia). Tomek najwyrazniej podzielal moje zdanie, bo
          ostro naskoczyl na Gunie:
          - Blizniaka? Panie, to nie jest "Dynastia"!
          W oczach Guni blysnal gniew, po czym gniew zmienil sie w rozbawienie, ale i to
          szybko zmienilo sie w pelna powage.
          - "Dynastia"? Mam nadzieja ze nie, bo to bylo barachlo, jak rzadko. Ale brata
          blizniaka moze miec kazdy i ja wlasnie takigo mam. Zanim wam cos o nim opowiem,
          mam pewna propozycja. Od dwudziestu lat siedze w Kanadzie i przyzwyczailem sie
          mowic wszystkim po imieniu. W nosie mam wszelkie konwenanse, kobieta pierwsza,
          bruderszaft itp. Mowimy sobie po imieniu, zgoda?
          Mnie to odpowiadalo, Tomkowi najwyrazniej tez. Przzeciez latwiej czlowiekowi
          powiedziec "ty swinio", jesli jest sie z nim po imieniu, niz wyczyniac lamance
          gramatyczne w trzeciej osobie liczby pojedynczej. Kiwnelismy glowami.
          - Dobrze. Z ostatnich pytan wnioskuje, ze widziales mnie wczoraj w Warszawie,
          tak?
          - Tak.
          - Czy to, ze mnie widziales, i gdzie mnie widziales ma jakis zwiazek z afera?
          - Z jaka afera? - Tomek najwyrazniej nie nadazal za tempem Gu... Leszka.
          - Pojecia nie mam, jeszcze. Ale ze jest afera, to sie czuje. Niespodziewanie
          szybkie zaproszenie mnie tutaj, w dodatku przyspieszone informacja o moim
          inwestorze i charakterze projektu, moj pobyt wczoraj w Warszawie, jak i pare
          innych szczegolow kaza mi podejrzewac afere i to calkiem nielicha. Zaczynam
          nawet miec pewne podejrzenia.
          - Jakie podejrzenia?
          - Ze w afere jest zamieszany moj braciszek, a to czyni afere nie tylko
          nieprzyjemna, ale rowniez, prawdopodobnie, grubsza. Zeby pewne rzeczy szybko
          wyjasnic, powtarzam: mam brata blizniaka. Podobny do mnie jak dwie krople wody.
          Ale na tym podobienstwa sie koncza. Roznimy sie we wszystkim. Ja jestem
          mechanikiem, on ekonomista. Ja wyrwalem z tego raju ludu pracujacego, a on sie
          w nim tarzal jak swinia w korycie. Byl czlonkiem "przodujacej sily narodu", czy
          jak to tam to dranstwo okreslali, mial powiazania z bezpieka - nie wiem jakie,
          ale wiem, ze mial. Wiem ze po zmianie ustroju sie mocno wzbogacil, ale pojecia
          nie mam, na czym. Podejrzewam niezly szwindel.
          Sluchalismy z Tomkiem tych wyjasnien z zaskoczeniem. Najwyrazniej temat brata
          nie byl dla niego mily i chcial to z siebie wyrzucic i miec to z glowy. Nawet
          glos stal sie mniej piskliwy. Leszek kontynouwal:
          - Krotko mowiac, moj braciszek Bartek to wyjatkowa swinia i kanalia. Szuja,
          krotko mowiac. Teaz zaczynam podejrzewac, ze inwestor, ten caly Tomaszek,
          dostal na mnie namiar od niego. Pojecia nie mam dlaczego, bo watpie, zeby
          Bartek chcial we mnie wpompowac troche forsy. Chyba ze wykombinowal to jako
          rodzaj ubezpieczenia w razie wpadki. Koziol ofiarny albo cos podobnego. Moze
          liczy na solidarnosc rodzinna, chociaz nie powinien. A przeciaz wie o tym, ze
          nie powinen i wie o tym, ze nie chce miec z nim do czynienia! - Leszek rabnal
          piescia w stol.
          - A teraz powiedzcie mi, o co chodzi, bo mnie za chwile szlag trafi! W jaki
          sposob przetworstwo rolnicze moze byc wmieszane w jakakolwiek afere? I w ogole,
          co to za afera?
          - Narkotyki...
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 01.06.05, 21:16
      Leszek, usłyszawszy to słowo, zamilkł wpatrzony w Tomka, jak sroka w gnat.
      Nagle zrobił się mniej różowiutki na twarzy, za to poczerwieniała mu szyja i
      wyraźnie zaczął się gotować w środku. Zainteresowałam się tym bardzo średnio i
      nie miałam zamiaru kiwnąć palcem, nawet gdyby dostał apopleksji, bo coś innego
      nie dawało mi spokoju. Jakieś skojarzenie, które błysnęło mi w trakcie
      opowiadania Leszka o kochającym braciszku i równie szybko umknęło. Zaraz,
      zaraz... Jak on powiedział? Ten cały inwestor dostał namiary na niego od
      szujowatego brata... Inwestor Tomaszek! Firma Tomash!... A ta cholerna mumia
      nawet nie mrugnęła okiem! Niewiele brakowało, a rzuciłabym się z krzykiem na
      Tomka, żądając wyjaśnień, ale przeszkodziły mi wydarzenia, które nagle nabrały
      tempa. Leszek zerwał się z fotela, wykrzykując piskliwie o ważnej sprawie do
      załatwienia i zupełnie nie reagował na nerwowe pytania Tomka, który nagle coś
      sobie przypomniał i za wszelką cenę usiłował zlokalizować miejsce pobytu jego
      bliźniaka. Kiwając się i przekrzykując wtoczyli się do przedpokoju, gdzie
      właśnie otwierałam drzwi Grześkowi. Chyba intuicyjnie go wyczułam, bo przy
      kwikach Leszka raczej nie usłyszałam dzwonka. Grzesiek popatrzył na tę
      kotłowaninę, prześliznął się wzrokiem po obcym facecie i zobaczywszy Tomka
      wpakował się do środka z kategorycznym rozkazem:
      - Jest do pogadania. Natychmiast.
      Trochę trwało, zanim udało im się przepchnąć w głąb mieszkania, a mnie zamknąć
      drzwi za Leszkiem, który wyglądał na nieco zgorszonego brakiem manier nowego
      gościa, więc zrobił pokaz eleganckiego pożegnania. Gdy wycierając rękę o
      spódnicę zrobiłam krok w stronę pokoju, wypadł z niego Tomek z krzykiem na
      ustach:
      - Zabiję! Uduszę tę sukę!
      Zaczął szarpać się z klamką, lecz drzwi, zamknięte przeze mnie na zatrzask,
      stawiły zdecydowany opór. Przestraszyłam się, że jeszcze chwila, a wyjdzie
      razem z futryną i nawet tego nie poczuje, bo wyglądał, jak rozjuszony buldożer,
      gotów zmieść wszystko, co mu wejdzie w drogę. Na szczęście Grzesiek, nieco
      mniej oszalały, zdążył przekręcić gałkę i pchnąć drzwi, po czym usłyszałam
      tętent na schodach i tyle ich widziałam.
      I wtedy poczułam rosnącą w sobie furię. Dość tych tajemnic, do jasnej cholery!
      Jak im się zdaje, że można mnie traktować, jak powietrze, to się głęboko
      zdziwią. O nie, nie, żadne takie... Wyprysnęłam z mieszkania tak, jak stałam.
      Piętro niżej stwierdziłam, że jednak powinnam zamknąć drzwi, bo trochę mienia
      posiadam, więc biegiem wróciłam po klucze. Z ostatnich ośmiu schodków na
      parterze zjechałam na tyłku, nie poczułam, kiedy spadły mi z nóg klapki i
      wreszcie wypadłam na podwórze. Po samochodzie Grześka nie było już śladu. Furia
      okrzepła we mnie, jak stal. Z zaciśniętymi zębami zawróciłam na schody, w ogóle
      nie zauważyłam porzuconych klapków, wleciałam na górę i po chwili już byłam z
      powrotem, ściskając w ręku kluczyki od samochodu. Dopiero wyjeżdżając z
      osiedlowej uliczki, dotarło do mnie, że coś mnie gniecie w stopę i w ogóle nie
      wiem dokąd jadę. Oprzytomniałam na tyle, że zaczęłam myśleć. Tomek krzyczał o
      zabijaniu suki, więc biorąc pod uwagę jego ostatnie przeżycia, w grę wchodzą
      tylko dwie kandydatki: Aśka i Dora od tego Tłuszczyka, czy jak mu tam. A,
      Smalczyka. Nie wiem gdzie ona mieszka... Ale wiem, gdzie mieszka Aśka.
      Właściwie, warto byłoby z nią pogadać, bo niezły smrodek się za nią ciągnie.
      Bez namysłu skręciłam w stronę centrum.
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 01.06.05, 21:22
      Lazłam na piąte piętro klapiąc bosymi stopami i myślałam, że jeśli przez tę
      aferę szlag mnie nie trafi, to od chodzenia po schodach mam szansę schudnąć
      parę kilo... Sięgając do dzwonka usłyszałam przez drzwi podniesiony głos, który
      zabrzmiał znajomo. Grzesiek otworzył mi drzwi, machnął wolną ręką przed nosem i
      usunął się na bok, rozmawiając z kimś przez komórkę. Wtedy, w saloniku, który
      nie miał drzwi i był widoczny z przedpokoju, zobaczyłam Tomka. Stał w dziwnej
      pozie, jak oparty o ścianę, złamany w pół kij od miotły. Zrobiłam krok naprzód
      i zrozumiałam nad czym się pochyla...
      - Jezus Maria, udusiłeś ją?! – wyszeptałam ze zgrozą.
      - Kretynka – stwierdził krótko Grzesiek, który skończył rozmowę i stanął obok
      mnie. Tomek nie zareagował, nadal tkwiąc w niewygodnej pozycji – A szkoda, bo
      powinien ją udusić. Ma szczęście, że ktoś go ubiegł, bo zabiłby wesz, a
      odpowiadał, jak za człowieka. Zaraz będą gliny, zawiadomiłem. Stój, gdzie
      stoisz i nic nie ruszaj. Może będą jakieś ślady.
      - Ale czemu Aśka... Co Aśka.... – nie wiedziałam o co tak naprawdę chcę zapytać
      przez ściśnięte gardło – Przyjaciółka nasza... dlaczego?
      - Opanuj się wariatko! – Grzesiek potrząsnął mnie za ramię – Jaka Aśka? Gdzie
      tu widzisz Aśkę? Przecież to facet leży! Z długimi kłakami i bez twarzy, ale
      widziałaś u Aśki takie kajaki zamiast butów? Gdyby była w domu, to co innego,
      Tomek pewnie zrobiłby jej co złego... Ty wiesz, że wyczyściły mu konto? Firma i
      chałupa też już nie jego. Nic nie ma, tylko kupę długów. Sam bym zabił, bo mnie
      też skubnęło...
      - Ale Aśka? – krzyknęłam – Skąd wiesz, że to ona? Nie wierzę! Gdzie ona w ogóle
      jest?
      - A cholera ją wie. Ale wygląda na to, że załatwiła tego tutaj i spieprzyła.
      Może już siedzi w Kanadzie, albo na jakimś antypodzie. Razem z tą drugą zdzirą,
      Dorą.
      Na dźwięk tego imienia Tomek oderwał się wreszcie od kontemplowania trupa, nie
      stanowiącego zbyt apetycznego widoku, mimo obsypania jakimś kwieciem i
      błyszczącymi, kolorowymi szkiełkami. Domyśliłam się, że to narzędzie mordu,
      czyli szczątki wazonu z wielkim bukietem kwiatów. Rozsypane, kolorowe róże o
      długich łodygach, wdzięcznie przykrywały to, co wazon zrobił z twarzą
      nieboszczyka. Tomek widocznie doszedł do tego samego wniosku, bo nagle
      wychrypiał:
      - Kolorowo żył, kolorowo zgnił...
      Odruchowo pociągnęłam nosem, a Grzesiek popatrzył z obrzydzeniem na swoje buty,
      jakby spodziewał się na nich jakiegoś paskudztwa. Opanował chęć wytarcia ich o
      nogawki i zapytał krótko:
      - Kto? Znasz go?
      Tomek pokiwał głową, nabrał głęboko powietrza i powiedział z odrobiną
      satysfakcji w głosie:
      - Jasne. Wszędzie poznałbym tę gnidę, nawet w grobie. To Smalczyk.

      Cdn.
    • kmsanczia Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 02.06.05, 13:23
      Staliśmy tak niemrawo aż do przyjazdu policji, chłopcy najwyraźniej intensywnie
      myśląc. U mnie mętlik w głowie skutecznie zabijał myśl wszelką. Postanowiłam
      sobie, że już nic mnie nie zdziwi i nie zaskoczy, ale zła godzina właśnie
      przelatywała z furgotem...
      Bo oto drzwi otworzyły się hukiem i wpadło trzech bandziorów w kominiarkach,
      momentalnie biorąc nas na muszkę, a za nimi... no to już był szczyt osiągnięć -
      mój własny, prywatny i niedoceniany anioł stróż!
      - Ga.. ga.. ga.. Gabryś? - szczęka opadła mi z zaskoczenia do samej podłogi,
      powodując kłopoty z mówieniem.
      - Pod ścianę! Ręce za głowę! - jeden z bandziorów sprawnie obezwładnił
      chłopaków, skuwając w kajdanki i kładąc obok sztywnego Smalczyka. O mnie jakoś
      zapomnieli, ale pomyślałam, że może mam przywileje jako bądż co bądź konkubina
      szefa mafii.
      Mój mafiozo podszedł do mnie i bez słowa, władczo obejmując za ramiona
      wyprowadził mnie na korytarz. Potem widziałam tylko jak jego obstawa wyprowadza
      skutych chłopaków. Następnie zupełnie spokojnie Gabryś zamknął drzwi na klucz i
      (o zgrozo!) uśmiechając się do mnie wybrał numer w komórce.
      - Komisarz Śnieżan? Tu detektyw Kutrowski. Tak, poszło jak przewidywaliśmy. Mamy
      ptaszków. Zwłoki jeszcze ciepłe, przyjeżdżajcie z ekipą.

      CDN
      • marrtawu Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. Wstę 02.06.05, 16:05
        Stałam skamieniała wpatrując się w mojego anioła stróża z rozdziawioną gębą.
        Myśli mi galopowały po głowie w te i nazad. Komisarz? Jak przewidywaliśmy? Nie
        spodziewaj się mnie przed czwartkiem? Że niby to jest funkcjonariusz
        poli...poli...nie mogę nawet o tym myśleć. Bliźniak? Ostatnio taki urodzaj na
        bliźniaki czy jak? No i nic mi przez te lata o bracie nie wspominał... Ale nie
        wspominał również o posiadaniu legitymacji policyj...
        Skamienienie odeszło, kiedy Gabryś rozłączył się i pogłaskał mnie czule po
        ramieniu. Otrząsnęłam się jak młody psiak i postanowiłam zareagować typowo.
        Karczemną awanturą.
        - Zidiociałeś do reszty?!!! - złość tak mną telepała, że zaczęłam od zadania
        pytania kluczowego.
        - Nie wiem, czy do reszty...
        - Ale ja wiem! Czy wiesz, co właśnie zrobiłeś?
        - Tak. Złapałem dwóch niebezpiecznych bandziorów na gorącym uczynku, stojących
        nad zwłokami szefa narkotykowego biznesu, a oboje mieli powód, żeby go trzasnąć.
        - Bandziorów! Bandziorów! Sam bandzior jesteś, cło załatwiasz, pilne sprawy,
        psia twoja melodia!! To koledzy moi!
        - Powinnaś chyba staranniej sobie dobierać towarzystwo.
        - Toteż pytam, czy zidiociałeś do reszty? Grześka nie poznałeś? Z kim dwa lata
        temu obchodziłeś sylwestra? Na kogo strąciłeś talerz bigosu? Z kim do drugiej
        nad ranem śpiewałeś ukraińską pieśń ludową?!
        - Wiesz, ludzie się zmieniają. Kochanie, ale czemu ty właściwie jesteś boso?
        Tego było już za wiele. Wydałam z siebie nieartykuowane dźwięki, runęłam do
        drzwi, szarpnęłam zasuwę i wypadłam na klatkę, wciąż klapiąc tymi bosymi
        stopami, co to mi je mój luby wypomniał przed sekundą. Do domu dotarłam w
        ekspresowym tempie, dopadłam telefonu i zadzwoniłam do Krzyśka.
        - Krzysiu! Pojmali ich! Komisarz Śnieżan tym zawiaduje, ty weź się dowiedz
        czegoś! Boczuś trup, oni nad nim stali i na to ef-bi-aj jakieś nadleciało i
        zabrało ich! Nie wiem dokąd, praw im nie odczytali nawet, gdzie my żyjemy w
        ogóle!
        W słuchawce panowała cisza, Krzyśka z lekka przytkało. Nie chciało mi się
        objaśniać po kolei, uwierzyłam w jego inteligencję i nie zawiodłam się.
        - Kogo konkretnie wzięli?
        - Grześka i Tomka.
        - Komisarz co?
        - Śnieżan.
        - Czekaj na telefon.
        Po tej rozmowie znacznie się uspokoiłam. Szwagier Krzysia pracował w
        Stołecznej, na pewno się tą drogą czegoś dowiemy. Mogłam przystąpić teraz do
        działań metodycznych, podjazdowych, które starannie sobie obmyśliłam podczas
        szaleńczego pędu do domu. Wlazłam na krzesło, ściągnęłam z pawlacza starą,
        wielką, cuchnącą kulkami na mole torbę z urywającym się uchem i udałam się do
        sypialni. Otworzyłam prawą połowę szafy i przyjrzałam się leżącym tam,
        równiutko poskładanym w kosteczkę swetrom, spodniom, koszulom i innym
        tekstyliom, po czym stanowczymi ruchami zaczęłam je zgarniać po kolei do owej
        torby. Nie będę mieszkała z furherem...
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 07.06.05, 03:23
      Tak upojnej niedzieli nie miałam od niepamiętnych czasów. Zaczęła się skoro
      świt, od pretensji wnoszonych przez niewtajemniczonych uczestników bobowej
      imprezki, która nie dość, że nie doszła do skutku, to naraziła ich na
      bezpośredni kontakt z przedstawicielami porządku publicznego. Okazało się, że w
      sobotę wieczorem zjawili się tłumnie przed domem Tomka, do którego jednak nie
      zostali wpuszczeni, a po dokładnym przepytaniu na okoliczność obecności w tym
      miejscu - zachęceni do natychmiastowego opuszczenia terenu, bez jednego słowa
      wyjaśnienia. To sprawiło, że niektórzy poczuli się urażeni do nieprzytomności
      i postanowili szukać zemsty na organizatorach. Ponieważ telefony Anki i Tomka
      milczały, jak zaklęte, te rozżarte harpie rzuciły się na mnie, nagrywając mi
      się na sekretarkę, zatykając skrzynkę w komórce i ogólnie doprowadzając mnie do
      szału. Nie mogłam wyłączyć telefonów, bo czekałam na wiadomość od Krzysia, więc
      udawałam, że mnie nie ma. Już się rozpędziłam trąbić dookoła o tej całej
      szopce! Co im miałam powiedzieć? Że imprezę szlag trafił, bo gospodarzowi
      znudziło się zwyczajne życie i wykwintne dania, więc załatwił sobie liczne
      rozrywki i poszedł na państwowy wikt? A skąd ja mogę wiedzieć, czy któreś z
      nich nie uczestniczyło w tych rozrywkach? Odkąd wiem, że we własnym domu
      pielęgnowałam dwulicową żmiję, nie ufam nikomu...
      Dziobiąc widelcem makaron w ostrym sosie pomidorowym, patrzyłam ponuro na
      torbę, stojącą w przedpokoju i w oczach robiło mi się czerwono. Nie tylko od
      sosu, który wyciskał łzy, lecz z żalu, pomieszanego z wściekłością... Ukrywał
      przede mną swoją prawdziwą profesję, czyli nie ufał mi, oszukiwał, kantował, a
      ja, jak ta głupia krowa, wierzyłam mu bez zastrzeżeń. Ubolewałam, że
      zapracowany taki, w ciągłych rozjazdach, na nic nie ma czasu, niedosypia i
      niedojada, a on w tym czasie ganiał jakichś bandziorów i cholera wie, kogo
      jeszcze. Może śledził zdradzające żony na zlecenie rogatych mężów, guzik mnie
      to teraz obchodzi. Ważne, że w tajemnicy przede mną! Dlaczego?! Czemu ja nie
      mam szczęścia do normalnych, spokojnych ludzi, którzy prowadzą zwykłe życie i
      nie mają nic do ukrycia?
      Torba nie kwapiła się do udzielenia odpowiedzi, za to telefon wyrwał mnie tak
      gwałtownie z zamyślenia, że widelec wypadł mi z ręki, a rozpryśnięty sos
      poczułam we włosach. Dzwonił Krzyś, więc natychmiast o tym zapomniałam.
      - Słuchaj, czy możesz przyjechać do „Zacisznej”? Wiesz, tej małej kafejki koło
      mnie – zapytał bez wstępów – Ale szybko!
      - A co się dzieje? Masz wieści od szwagra?
      - To nie jest na telefon. Przyjeżdżaj. Czekam – rozłączył się.
      Gnana ciekawością i niepokojem, co też takiego tajemniczego mógł Krzyś wydusić
      ze szwagra, złapałam kluczyki, potknęłam się o tę cholerną torbę w
      przedpokoju, kopnęłam ją z rozmachem i pognałam do samochodu.
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 07.06.05, 03:36
      Krzyś, którego znalazłam w najciemniejszym kącie kawiarni, na mój widok lekko
      zbladł i wyjąkał:
      - Co się... Rany boskie... Wszystko czerwone... Co... się stało?!
      Zamierzając zająć miejsce przy stoliku, zamarłam w półprzysiadzie.
      - Gdzie co się stało?
      - Tobie! Co TOBIE się stało? Cała jesteś we... krwi! – wyszeptał Krzyś, patrząc
      na mnei ze zgrozą w oczach.
      W tym momencie uświadomiłam sobie, co on widzi.
      - Aaa... – machnęłam ręką i usiadłam wygodnie – To sos pomidorowy. Nie zawracaj
      głowy głupotami, tylko mów, po co mnie tu ściągnąłeś i co ten twój ważny
      szwagier na to wszystko?
      Krzyś poprzyglądał mi się jeszcze przez chwilę, przetarł oczy, westchnął ciężko
      i wreszcie doszedł do siebie.
      - Kawę ci już zamówiłem. Wolałem nie rozmawiać w mieszkaniu, bo wiesz... ściany
      mogą mieć uszy. – Krzyś zniżył głos do tajemniczego szeptu – A sprawa jest
      taka, że jak się rozniesie, to koniec świata, amen w pacierzu i ręka, noga,
      mózg na ścianie...
      - Kiszki na patyku – dokończyłam – Dobra, dosyć tego. Gadaj w czym rzecz.
      - Rzecz jest w tym, że jakby tu powiedzieć... Afera ma dwie głowy... – Krzyś
      zamachał ręką, żebym mu nie przerywała – Jedna, to ktoś, kto nakręcił ten
      interes i owinął sobie lokalną mafię wokół palca. Najpierw ich wykorzystał do
      przemytu, a potem zaczął wykańczać, jak mrówki, wiesz, jak tego Murzyna.
      Prawdopodobnie jakiś innostraniec, ale naszego pochodzenia. A druga... Słuchaj,
      to jest póki co, tajemnica służbowa i w razie czego, mój szwagier leci na
      twarz...
      - Już pędzę z gębą po całej okolicy – uspokoiłam go, pukając się w czoło.
      - No więc tego... Jest podejrzenie, że ta druga głowa, to ktoś od nich... Na
      razie, jeszcze jest cicho, ale szwagier coś wspomniał o jakimś motaniu i
      zacieraniu śladów. A afera już nabrała rumieńców po obu stronach oceanu i tylko
      patrzeć, jak się tu zwali jakiś Interpol, czy co tam teraz jest... Bo
      wcześniej, to nie ma na co liczyć. Chyba, że jakiś straceniec się wychyli i to
      wysoki. Szwagier mówi, że sam za mały jest na takie numery. To musi być jakaś
      szycha, a te trzymają się stołków i wszystko inne im wisi...
      - Czyli wsio normalno i nic nowego pod słońcem, cholera jasna, psia krew –
      przerwałam, że trafia mnie potężny szlag – Słuchaj, a co z Tomkiem i
      Grześkiem? Gliny prowadzą chyba jakieś śledztwo i już powinny się połapać, że
      to nie oni stuknęli tego Boczusia, czy jak mu tam? W końcu po coś mają tę całą
      swoją technikę, nie?
      - No więc właśnie! – Krzyś podniósł głos, ale natychmiast się tego wystraszył.
      Rozejrzał się dookoła i zamilkł, bo akurat kelnerka zbliżała się do nas z kawą.
      Poczekał, dopóki nie odeszła i pochylił się nisko nad stolikiem, prawie mocząc
      brodę w filiżance – Jak to jest taki gnój, to nie wypuszczą! Oni mogą robić za
      kozły ofiarne! Przypiszą im wszystkie zbrodnie, łącznie z dwoma trupami i
      szukaj wiatru w polu.
      - Czekaj, czekaj, jak to przypiszą? Przecież musieliby mieć jakieś dowody,
      sąd...
      - Co ty, niedzisiejsza jesteś? – Krzyś popatrzył na mnie z politowaniem – Nie
      wiesz, jak to wszystko funkcjonuje? To jest taka forsa, że ma się wszystko, co
      się chce. Winnych też. Ja bym się wcale nie zdziwił, gdyby ten twój... O,
      pardon.
      Popatrzyłam na niego z wściekłością, która nagle we mnie oklapła. A jeśli ten
      mój też?... Poczułam się, jak w matni.
      - To co, mamy ich odbić z tego aresztu, czy jak? – zapytałam bezradnie.
      Krzyś zapatrzył się w dal, jakby oczekiwał przybycia posiłków w postaci
      zbrojnego hufca, który rozpirzy ten cały zdegenerowany świat. Nagle wyprostował
      się i powiedział uroczyście:
      - Musimy sami przeprowadzić śledztwo. Rzetelne i profesjonalne. Od a do zet. I
      dać glinom na talerzu obie głowy i wszystkich zbrodniarzy. Jeśli tego nie
      zrobimy, pożegnamy się z przyjaciółmi, a sami zgnijemy w pogardzie dla siebie i
      tego całego obrzydlistwa...
      Coś takiego było w jego głosie, że zanim się zastanowiłam, kiwnęłam potakująco
      głową, a dopiero potem wyobraźnia podsunęła mi obraz zamaskowanego mordercy, za
      którym lecę przez krzaki, usiłując złapać go za nogawkę od spodni...

      Cdn.
      • marrtawu Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 16.06.05, 00:26
        Od czego mieliśmy zacząć nasze prywatne śledztwo jeśli nie od nas samych,
        uczestników bobowej imprezy, która nigdy nie doszła do skutku? Następna sobota
        została przewidziana na rozwiązanie języków całemu towarzystwu. Wszystko
        odbywało się, rzecz jasna, u mnie, bo dysponowałam wolną chatą. Gabryś po swoją
        torbę się nie pofatygował, kraciasty potwór wciąż czekał na niego cierpliwie w
        przedpokoju. Tomek i Grzesiek za wstawiennictwem różnych znajomych Krzysia
        zostali, ku niezadowoleniu prokuratora, któremu wszystko układało się w
        logiczną całość, zwolnieni z aresztu, przynajmniej do chwili postawienia im
        oficjalnych zarzutów.
        No i zaczęli się schodzić. Pierwszy wpadł Krzysio z małżonką i w wielkiej
        konspiracji naradzaliśmy się półgłosem siekając ogórki do sałatki, gdy jego
        żona zajęta była przeglądaniem kolekcji moich kamieni półszlachetnych.
        Następnie zbiegli się wszyscy razem: Sylfida plus Misio, Aśka w pojedynkę,
        Tomek w pojedynkę, Grzesio też z połowicą oraz Bolesław, zwany przez nas z
        racji ogromnej tuszy po cichu Cienkim Bolkiem, Maniusia, jego żona, Patryk i
        Kajka - dwa małżeństwa o stażu sięgającym jeszcze czasów naszych studiów.
        Wszyscy jak harpie rzucili się na Tomka, który ze stoickim spokojem dawał
        wymijające odpowiedzi, bagatelizując całą aferę i ukrywając swój i Grześka
        wkład w całe zamieszanie. Wszystko jest pomyłką, przypadkiem; zbieg
        okoliczności, a ja o tym wiem najlepiej, bo przecież ten mój to prowadzi
        śledztwo i zna całe towarzystwo od dawna... No, a gdzie jest ten mój?
        Szczecin, Cieszyn, czy jeszcze gdzieś indziej...?
        Ze zrozumiałych względów temat mocno mnie irytował, więc uciekłam do kuchni
        przy najbliższej sposobności. Stałam po ciemku przy oknie, popijając martini i
        rozmyślając nad podłością Gabrysia, kiedy usłyszałam człapanie. Nie zdążyłam
        się obrócić, bo usłyszałam następujące słowa:
        - Powtarzam, że masz coś wymyślić do poniedziałku... zwolnili ich, nie wiem
        jakim cudem, znajdziesz tę pieprzoną fakturę z napisem, czy nie?! I pilnuj tej
        kretynki wdowy...!
        Stałam skamieniała, przyciśnięta do załomu w ścianie. Poznałam bez trudu głos
        Cienkiego Bolka. Rozmowa toczyła się w jadalni, która miała wybity w ścianie
        łuk prowadzący do kuchni. Jeżeli teraz szanownemu koledze zachce się napić
        wody, to jutro się chyba nie obudzę.... Kretynka wdowa? Dora!
        Bolek za ścianą, a właściwie jej połową poklikał jeszcze parę minut klawiaturą
        telefonu, doprowadzając mnie na skraj załamania nerwowego, potem stęknął i
        poczłapał do łazienki. Błyskawicznie dopadłam kontaktu, zapaliłam światło i
        zaimprowizowałam szykowanie nowej porcji drinków. Odliczałam w myśli od tysiąca
        w dół, żeby się uspokoić i nie lecieć zaraz z nowinami do Krzyśka, ale przy
        dzięwięciuset pięćdziesięciu ośmiu ręka mi drgnęła i oblałam pół blatu lepkim
        likierem.
        Zaniosłam drinki do pokoju, gdzie całe towarzystwo oglądało właśnie film z
        wesela siostrzenicy Kajki - nawet nie miałam pojęcia, że go przytargała ze
        sobą. Państwo młodzi dopiero zajeżdżali przed kościół limuzyną z udrapowanymi
        strzępami czegoś na masce, więc mieliśmy przed sobą półtorej godziny rozrywki w
        postaci mszy i zapewne kilka kolejnych z wesela. I dobrze, zdołałam w spokoju i
        na raty porozumieć się z Krzyśkiem, który zgarnął swoją drzemiącą w fotelu żonę
        mniej więcej na etapie trzynastego "Gorzko! Gorzko!" i ulotnił się dyskretnie.
        Kaseta ostatecznie urwała się w połowie oczepin i dało to pretekst
        poszczególnym gościom do udania się do swoich domów. Żegnając się z Bolesławem
        bardzo starałam się zachowywać naturalnie, co przyszło mi o tyle łatwo, że
        Maniusia jak zwykle się roztrajkotała, a on stał w kącie, gotowy do wyjścia,
        delikatnie ją poszturchiwał ze zniecierpliwienia i sapał, nie mówiąc ani słowa.
        Gdy zamknęłam za nimi drzwi, odwróciłam sie w kierunku ostatniego gościa. Tomek
        stał w progu kuchni i obdarzał mnie badawczym spojrzeniem. W głowie mi szumiało
        od alkoholu i emocji, a jeszcze gdy ujrzałam ten wzrok, zachwiałam się lekko.
        Przecisnęłam się koło niego i oparłam o blat, zapomniawszy o rozlanym likierze.
        - Czy mógłbym się u ciebie zatrzymać jednak na jakiś czas?
        Uniosłam lepkie dłonie w bezradnym geście.
        - Szukają cię znowu?
        - W zasadzie jestem teraz bezpieczny, bo policja już ma na mnie namiar. Ale nie
        mogę sobie darować, że straciłem okazję do noclegu pod twoim dachem...
        No przecież nie mogłam mu odmówić. Wyglądał tak cholernie męsko; świadomość, że
        jesteśmy oboje wplątani w aferę stulecia tylko dodawała scenie pikanterii;
        frustracja spowodowana Gabrysiem i kraciastą torbą potrzebowała gwałtownego
        ujścia, no a ten likier....
        • marrtawu Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 27.06.05, 12:03
          Mówią, że podobno jedyna metoda na pokusę, to po prostu jej ulec. Dziś mogę
          stwierdzić stanowczo, że nie ma żadnego podobno. Na pewno. Ja pokusie opierałam
          się dobrych kilkanaście lat i satysfakcję sprawiało mi dziś rano patrzenie jak
          pokusa pochłania twaróg z ogórkiem tracąc wiele na swojej pokusowatości i aurze
          nonszalancji, którą zawsze wokół siebie roztaczała. Ja zawiesiłam się w swoich
          rozmyślaniach nad kubkiem gorzkiej herbaty, bo po wczorajszym likierze i
          poźniejszych wydarzeniach nie miałam całkowicie apetytu.
          Zebrałam się do wyjścia razem z Tomkiem, planując uzupełnienie swoich bardzo
          uszczuplonych po imprezie zapasów. Rozstaliśmy się przy moim samochodzie i
          pojechałam się bez pośpiechu do marketu. Ufff, jak tu chłodno. Klimatyzacja
          działa, na całe szczęście. Wykładałam już rzeczy na ruchomą taśmę przy kasie,
          kiedy moją uwagę przykuła awantura w sąsiedniej kolejce. Jakiś łysol z
          brzuszkiem wymyślał rudawoblond kobiecie; jak zdołałam się zorientować,
          przedmiotem sporu były kabanosy, które były szóstym artykułem w jej koszyku, a
          kasa była przeznaczona tylko dla klientów kupujących najwyżej pięć rzeczy. Nie
          kabanosy jednakże mnie zafascynowały, ale ta kobieta. Było w niej coś
          znajomego, włosy, sylwetka, sposób, w jaki spłoszyła się na wrzask faceta i
          nerwowe rozglądanie wokoło, świadczyły wyraźnie o tym, że nie życzy sobie być
          przedmiotem publicznego widowiska. Trwało to jednak dłuższą chwilę, bo facet
          najwyraźniej był wojowniczo usposobiony - zdążyłam w międzyczsie spakować swoje
          zakupy do toreb. Przechodząc koło niej przystanęłam na moment, próbując sobie
          przypomnieć, skąd znam jej twarz. Ona dostrzegła, że się jej przyglądam, a jej
          reakcja zdumiała mnie śmiertelnie - stanęła nieruchomo, ignorując
          pokrzykującego awanturnika, wybałuszyła na mnie swoje wielkie, niebieskie oczy,
          a na jej twarzy odmalowało się tak wielkie przerażenie, że aż poczułam sie
          głupio i ruszyłam w stronę parkingu. Upchnęłam torby do bagażnika, pozbyłam się
          bezdomnego, który koniecznie chciał odstawić mój wózek, zatankowałam na stacji
          nieopodal i wyjeżdżałam właśnie na rondko oddzielające mieszkalną część świata
          od cześci handlowej, kiedy jakiś samochód wymusił na mnie pierwszeństwo.
          Zatrąbiłam wściekle, kierowca nawet się nie odwrócił, pomknął z piskiem opon,
          jakby coś go goniło. Za szybą znów mignął mi rudoblond łeb. Niewiele myśląc,
          docisnęłam gazu i pojechałam za tą znajomą - nieznajomą kobietą...
          • kmsanczia Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 03.07.05, 20:44
            Jechałam tak i myślałam, a właściwie starałam się przemyśleć całą aferę od
            początku. Niestety jak na złość moja chora wyobraźnia wzięła górę na szczątkami
            umysłu i podsunęła obrazki z przeszłości.
            Aśka. Moja Aśka, koleżanka od lat i obiekt mojej zawiści. Oczywiście była to
            zawiść życzliwa, ale zawsze. Zawsze wszystko robiłyśmy razem, wspólni znajomi,
            wspólne wypady, nawet podobali nam się ci sami faceci. To znaczy mi się
            podobali, a ona ich miała. Imię też miałyśmy to samo. Z tego powodu, żeby nie
            było nieporozumień ja zostałam ochrzczona Joanką, chociaż niektórzy mówili do
            mnie Anka.
            Joaśka zawsze wciągała mnie w szalone wydarzenia. Pamiętam któreś kolonie, chyba
            w ósmej klasie...

            C.D.N.
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 06.07.05, 03:30
      Kochałyśmy się w takim jednym ratowniku. Oczywiście, obie jednocześnie i
      śmiertelnie. A on, jak opalony bożek siedzący na wysokościach, rzecz jasna -
      nie zwracał na nas uwagi. Miał na tej plaży tabuny pełnoletnich wielbicielek,
      co wcale nie odbierało nam nadziei, bo wtedy wierzyłyśmy bezgranicznie w swoją
      wiośnianą świeżość, wdzięk i urok osobisty. Potem nam to przeszło, niestety.
      Najpierw licytowałyśmy się, która ma u niego większe szanse i wyrywałyśmy go
      sobie z pazurów, aż w końcu postanowiłyśmy położyć kres tym straszliwym mękom
      niepewności i postanowiłyśmy chłopaka poddać próbie ognia i wody. W ten sposób
      straciłam swój najpiękniejszy ręcznik kąpielowy, który okazał się zbyt
      łatwopalny i spłonął, zanim ktokolwiek zdążył zauważyć. Ratownik, wpatrzony w
      dziki tłumek w wodzie, leniwie spojrzał na dogorywającą szmatę, skrzętnie przez
      nas przysypywaną piaskiem i nie wykazywał żadnego zainteresowania. Drugiego
      ręcznika nie mogłam poświęcić, bo to były czasy, gdy nie posiadało się nadmiaru
      takich luksusów. Wtedy Aśka postanowiła wystąpić w roli niedoszłej topielicy.
      Pływała świetnie, więc musiała się bardzo starać, ale czegóż się nie robi dla
      miłości. Wyszło jej pięknie, bo akcja wyciągania jej z wody wyglądała niezwykle
      dramatycznie: ratownikowi udało się wywlec jej zewłok na płyciznę, po czym
      usiłował wziąć ją na ręce. Próbował różnymi metodami, lecz ona wciąż przelewała
      się przez nie, jak kisiel. Po kilkakrotnym, głośnym chlupnięciu bezwładnego
      ciała, gdy wystraszyłam się, że teraz, to on ją naprawdę utopi, nasze bóstwo
      spięło się w sobie i zarzuciwszy topielicę jednym szarpnięciem na ramię,
      biegiem dopadło suchego piasku, na który zrzuciło ją, z głuchym stęknięciem,
      jak worek kartofli. Tłum, zebrany na brzegu, zaszemrał i zamarł w oczekiwaniu
      dalszych czynności przy zwłokach. I doczekał się prawdziwego cudu, bo gdy
      ratownik usuwał gapiów wołając: - Proszę się odsunąć! Ja, BYNAJMNIEJ, muszę
      mieć miejsce! - topielica nagle wstała, otrzepała tyłek z mokrego piachu, przez
      zęby wycedziła w stronę ratownika zimne „dziękuję” i uciekła. Poszłam w jej
      ślady, unosząc na zawsze zbaraniały wyraz twarzy ideału, który właśnie sięgnął
      bruku, a właściwie - piasku, nawet o tym nie wiedząc. Odtąd wolałyśmy się nie
      pokazywać na tej plaży. Zresztą, nie było po co, bo zgodnie doszłyśmy do
      wniosku, że jako świetnie zapowiadające się intelektualistki, nie gustujemy w
      samych mięśniach. Ceniąc cudzy intelekt, same miewałyśmy takie pomysły, że
      tylko młodość można tłumaczyć naszą ówczesną durnotę...
      Zawsze jednak rozumiałyśmy się świetnie i dzięki Bogu, dotąd nam to nie
      przeszło. Jak dobrze, że Aśka właśnie teraz przyjechała na urlop z tego swojego
      Sztokholmu, gdzie osiadła na dobre. Przyda się w naszym prywatnym śledztwie,
      jak mało kto. Pomoże Sylfidzie w poszukiwaniach tej drugiej Aśki, cholernego
      wampa, który nabruździł Tomkowi i nam przy okazji, a teraz zapadł się pod
      ziemię. Już one obie ją wygrzebią, jestem tego pewna.
      Krzysiek postanowił dalej męczyć szwagra i śledzić pracę policji, a Tomek,
      aczkolwiek z pewnymi oporami, wziął na siebie rozwikłanie tajemniczej Dory i
      wyjaśnienie sprawy dwóch denatów – Smalczyka i tego obcego, który zapaćkał mu
      gabinet. Można rzec, że miał w tym osobisty interes. Mnie przypadło nawiązanie
      współpracy z Gunią, celem wspólnego namierzenia podejrzanego braciszka i jego
      wysokich powiązań, na co przystałam z ochotą, bo wciąż pałałam chęcią zemsty na
      tym moim podlecu. Udowodnię mu, że jestem lepsza!
      Jedynie Grzesiek wyłamał się z prowadzenia jakichkolwiek działalności
      śledczych, stwierdzając, że poniósł już zbyt wiele strat i nie ma zamiaru się
      wygłupiać. Od łapania bandziorów jest policja, a on wraca do siebie, bo ma na
      polach jeszcze trochę pieniędzy. Jak je zbierze, a my w tym czasie zmądrzejemy,
      to może tutaj wróci. I pojechał, nie zważając na nasze protesty. A my
      przystąpiliśmy do swoich zadań.
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 06.07.05, 03:43
      W tym momencie otrząsnęłam się ze wspomnień i popatrzyłam dookoła. Otóż, nie,
      JA nie przystąpiłam do żadnych zadań! Zamiast umówić się z Gunią, jadę za tym
      rudo-blond czupiradłem... Idiotka, nie wiedząc dokąd i dlaczego, przejechałam
      za nią chyba pół świata. Zaczęłam rozglądać się za jakimiś znakami, żeby
      zlokalizować drogę, po której jechałam, jak widać dotąd zupełnie nieprzytomnie,
      zapatrzona jednie w rudy kołtun z przodu. Cały czas widoczny, na szczęście, dwa
      samochody przede mną. Postanowiłam rozwiać wątpliwości dotyczące jego
      właścicielki i sięgnęłam po telefon.
      - Tomek – zawołałam, gdy tylko usłyszałam jego mruknięcie przy uchu – Znasz
      jakąś rudą blondynkę?
      - Znam. Ciebie – odpowiedział spokojnie.
      - Dobra. A inne? Takie bardziej rude i kręcone?
      - Kochanie, nie bądź zazdrosna o moją przeszłość – poprosił z wyraźną kpiną w
      głosie.
      - A idź ty w cholerę! Słuchaj, jadę za rudą babą, którą przestraszył mój widok,
      a mnie też wydała się jakby znajoma. Szczupła, długie rudo-blond pukle, ładna
      lalka. Znasz taką?
      Telefon zamilkł na chwilę, więc wrzasnęłam głośniej:
      - Halo, słyszysz mnie czy umarłeś z wrażenia?
      - Słyszę, nie krzycz. Gdzie teraz jesteś?
      - Minęłam Kielce, a ona wali dalej, na południe. Zaraz skończy mi się benzyna i
      będzie po sprawie. Nie dość, że nie wiem, kto to jest...
      - Ale ja wiem – przerwał mi i zaraz się poprawił - Domyślam się. Wiem także,
      dokąd może jechać. Wie, że ją gonisz?
      - A cholera ją wie. Pewnie tak. Jeśli ja ją cały czas widzę z przodu, to ona
      mnie w lusterku, nie? Głupi by się domyślił, że ktoś mu siedzi na ogonie. I co,
      mam za nią jechać? Ja muszę się gdzieś zatankować!
      - Wystarczy, że zobaczysz, czy pojedzie na Kraków, czy skręci na Katowice.
      Wtedy staniesz na najbliższej stacji i tam na mnie zaczekasz. Ja już jadę.
      - Czekaj! – krzyknęłam – Kto to może być, do diabła?
      - Chyba Dora. Zadzwoń, jak staniesz. Na razie – rozłączył się.
      Dora?! To ja ją znam? A ona mnie chyba też kojarzy, skoro zwiewa. O nic z tego,
      złotko! Rzuciłam telefon za siebie i postanowiłam, że prędzej polecę za nią na
      piechotę, niż pozwolę jej się zgubić. Przed Jędrzejowem samochód zaczął się
      krztusić, ale zanim całkiem zdechł, zdążyłam za nią skręcić na Katowice i
      dopiero wtedy poczułam, że bolą mnie szczęki od zaciskania. Z emocji nieco
      osłabłam. Na resztkach paliwa doczołgałam się na najbliższą stację i zaczęłam
      szukać telefonu.
      cdn.
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 07.07.05, 14:56
      Czekając na Tomka, który obiecał pobić rekord trasy, zaparkowałam na uboczu
      małego parkingu za stacją benzynową i postanowiłam odpocząć. Sielski
      krajobrazik przed oczami, w postaci lesistych pagórków, łąk i ugorów, doskonale
      się do tego nadawał. Przez otwarte okna samochodu dolatywał zapach skoszonego
      siana, gdzieś wysoko, skowronki świergotały, jak nakręcone, sosnowy las pławił
      się w słońcu, więc cały ten entourage działał, jak balsam na moje skołatane
      nerwy. W pewnym momencie doszłam nawet do odkrywczego wniosku, że świat jest
      piękny! A ja, zamiast siedzieć na tyłku w jakiejś głuszy, o czym marzę od lat,
      wciąż funduję sobie potężne stresy, jak głupia. Po jaką cholerę?
      Dalsze rozważania o mało nie popchnęły mnie do wjechania w najbliższy zagajnik
      i pozostania w nim na zawsze...
      Nagle, tuż przy twarzy zobaczyłam słoiczek z jagodami trzymany przez małą,
      bardzo brudną rękę i usłyszałam kategoryczne stwierdzenie:
      - Pani kupi jagody!
      Na oko – dziesięcioletni, średnio czysty smarkacz wtykał mi te jagody niemal do
      nosa i patrzył na mnie oczami, jak dwa chabry w zbożu. Wcale nie prosząco, bo
      cały czas przekonywał mnie pewnym, lekko zakatarzonym głosem:
      - Pani kupi! 5 złotych!
      Nie przepadam za jagodami i chytrymi smarkaczami, ale nie miałam wyjścia.
      Kupiłam. Co więcej – poczułam, że jestem strasznie głodna! Nagle nabrałam
      ochoty na serek wiejski, który spoczywał w rozgrzanym bagażniku wraz z resztą
      zakupów i z każdą chwilą tracił swoją świeżość. Z jagodami mógłby okazać się
      jeszcze zjadliwy. Szybko pozbyłam się myśli o tym, kto miał te jagody w rękach
      i przystąpiłam do sporządzania specjału. Pewnym problemem okazał się całkowity
      brak łyżeczki, ale postanowiłam się nie poddawać. Dosypałam kilka jagód do
      kubeczka, w którym niestety - ścięty serek nie pływał już w śmietance i całość
      zamieszałam palcem. Utrudnioną konsumpcję gęstej pulpy, której dokonywałam
      wyłącznie za pomocą języka, przerwał telefon od Tomka.
      - Słuchaj, jestem już przed Skarżyskiem. Za pół godziny u ciebie będę.
      - Lecif odfutofcem? – spytałam ustami pełnymi serka z jagodami.
      - Proszę? – zdziwił się Tomek – Stało ci się coś?
      - Nic mi się nie stało. Jem. – odpowiedziałam po przełknięciu – Serek z
      jagodami. Zostawić ci trochę?
      - Możesz zostawić. Lubię takie zatykające paciaje. I zamów kawę w barku. To na
      razie.
      Pomysł z kawą wydał mi się doskonały, więc postanowiłam zrealizować go
      natychmiast. Odstawiłam kubeczek z niedojedzonym serkiem pod siedzenie
      pasażera, licząc na to, ze przez pół godziny jeszcze wytrzyma i całkiem nie
      skwaśnieje, po czym zabrałam się do wysiadania. Szło mi jakoś dziwnie. Czułam
      się potwornie ociężała i nie mogłam trafić ręką do klamki. Świat nagle
      poszarzał i ucichł, a ja, bardziej zdziwiona niż przestraszona tym zjawiskiem,
      stwierdziłam, że zapadam się coraz głębiej w siedzenie i razem z nim gdzieś
      lecę. Chyba w dół. A może w górę? Pomyślałam leniwie, że coś mi musiało
      strasznie zaszkodzić... Gibnęłam się do tyłu, ziewnęłam, aż zabolały mnie
      szczęki i umarłam. Albo usnęłam martwym bykiem.
    • groha Re: Powieść (bardzo) sensacyjna w odcinkach. 07.07.05, 19:28
      Śniło mi się, że zjeżdżam ze stromej góry, która faluje, jak morze. Samochód
      przypomina starą furmankę, a siedzący na niej Tomek wpycha mi do ust garść bobu
      i woła:
      - Dobry bób, pyszny bób, faszerowany. Jedz, Anka!
      Bób jest twardy, jak stara podeszwa, a ręce Tomka zimne, jak lód. Chcę się do
      niego przytulić, ale on nagle zaczyna uciekać i rozpływa się w powietrzu,
      wołając strasznym głosem:
      - Aniu! Anka!! Anulka!! Otwórz oczy! No, otwórz wreszcie, jak rany...
      Otworzyłam. Tomek szarpał mną jeszcze chwilę, upewniając się, czy naprawdę go
      widzę. Widziałam. Wcale ode mnie nie uciekał i nic mi nie wpychał do gęby! Za
      to patrzył na mnie przerażony i pytał gorączkowo:
      - Co się dzieje, Anka? Zemdlałaś? Budzę cię od godziny! Dzwonić po lekarza?
      Lepiej ci?
      - Yhy – mruknęłam schrypniętym głosem, bo czułam, że zamiast języka, mam suchy
      rzemień – Wspaniale mi. Jak różyczce na pustyni.
      - Jakiej róży... Aha. Chcesz pić? – zapytał troskliwie i sięgnął po butelkę
      wody mineralnej.
      Boże, taki opiekuńczy facet, to prawdziwe cudo! A on popatrzył na butelkę i
      powiedział:
      - Na szczęście trochę jeszcze zostało. Bo resztę... tego... no... wylałem na
      ciebie, jak cię cuciłem.
      Aha. Czyli to zimne, to nie były jego ręce, tylko idiotyczny sen. No i
      świetnie. Napiłam się, pomachałam językiem, głową i kończynami i wreszcie
      wygramoliłam się z samochodu. Po kawie i krótkich ablucjach w zupełnie
      przyzwoitej, stacyjnej toalecie, poczułam, jak wraca do mnie życie. Tomek,
      niezbyt tego pewny, zapytał, czy nie jestem głodna. I wtedy doznałam olśnienia
      i zrozumiałam zjawisko swojego nagłego, na szczęście krótkiego, zejścia z tego
      świata. Serek z jagodami! Rzuciłam się do samochodu.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka