Dodaj do ulubionych

Egipt od A do Z II z Alfastar - wspomnienia

28.08.05, 00:23

Odpuściłem sobie szczegółowe opisy hoteli i zwiedzanych miejsc. To już było
tutaj wielokrotnie. Opisałem tylko „króciutko” swoje wrażenia.
Ponieważ przed wyjazdem korzystałem wielokrotnie z tego forum poczułem się w
obowiązku rewanżu i opisania swojej trzeciej wyprawy. Wszystko co opisałem
jest opinią subiektywną.

ALFASTAR – Egipt od A do Z II
Trasa: Gdańsk-Sharm-Hurghada-Luxor-Asuan-Kair-Sharm-Gdańsk
09.09-23.08.2005

Dzień 1. - 09.08.2005
Ten dzień miał trwać zaledwie 15 minut, bowiem wylot zaplanowano na 23.45 z
lotniska Rębiechowo w Gdańsku. Niestety, ze względu na prawie 2h opóźnienie
samolotu, tego dnia nie mogę zaliczyć do „egipskiej przygody”. Nie licząc
oczywiście pakowania i przedwyjazdowej gorączki.

Dzień 2. - 10.08.2005
Startujemy o godz. 01.30. Egipski czarter Air Memphis. Od początku małe
zamieszanie. Miejsca nie są z góry przydzielone. Wszyscy zajmują fotele wg
zasady „Kto pierwszy ten lepszy”. W rezultacie moja 4-osobowa rodzinka
zostaje rozrzucona po różnych miejscach, ale chociaż szczęśliwie, na
niewielkim obszarze w końcu samolotu.
W trakcie długiego oczekiwania na samolot w Gdańsku kilka osób zdążyło
już „dać w rurę” korzystając z „wody ognistej” zakupionej w strefie
wolnocłowej, więc po 5 minutach lotu jeden z członków tej grupy startuje
dziarsko do zbawiennego pomieszczenia na tyłach samolotu, ale stewardesa
zdecydowanie go cofa. Jesteśmy jeszcze w trakcie wznoszenia. Biedaczyna.
Natychmiast po osiągnięciu wysokości przelotowej ponowny atak. Tym razem
sukces.
Samolot Airbus 320. Wnętrze samolotu nie robi na mnie najlepszego wrażenia.
Większość elementów foteli (oparcia, podpórki, stoliki) zdecydowanie wymaga
naprawy lub wymiany. „Twoja kamizelka ratunkowa jest pod Twoim fotelem” – o
zgrozo! Pod moim leży tylko kawałek jakieś blachy, chyba spód siedzenia. Ale
co tam – myśl pozytywnie! Po dość długim czasie catering. Napoje, jakiś
ciepły posiłek, nieśmiertelny groszek z marchewką. Nie mam apetytu jak zwykle
na początku podróży. Na szczęście w torbie jest rezerwowa buła ze
schaboszczakiem. Przyda się jak dopadnie mnie „mały głód”.
Lądujemy w skarm po 3h 45min lotu. Czekam na ulubione uderzenie gorącego
powietrza w twarz, ale o dziwo wieje dość ostry, chłodnawy wiaterek. No cóż,
jest wczesny ranek, na dworze jeszcze szarawo.
Odprawa na lotnisku, zakup wiz w okienku, walizki i jesteśmy w autobusie.
Jedziemy do hotelu Sharming Inn. Po drodze mijamy osłonięty ciągle po zamachu
hotel Gazala.
Z przyjemnością oglądam okolicę znaną mi z ubiegłorocznego urlopu. Ok. 7.00
podjeżdżamy pod hotel. Pierwsze wrażenie to straszliwa duchota w recepcji. Na
dworze jest dużo przyjemniej. Przydział pokoi, śniadanko i czas na nieco
odpoczynku.
Szczęśliwie dostajemy pokoje w głównym budynku na poziomie basenu. Po
otwarciu drzwi „tarasu” jestem od razu na basenie. Pokoje położone na
wyższych kondygnacjach nie mają nawet balkoników, na których można by było
posiedzieć w upalne wieczory. Klima działa – to ważne w tym hotelu, o czym
przekonamy się pod koniec urlopu.
Dzień upływa leniwie: rekonesans w hotelu, basen, drinki w barze, obiadek.
Niestety, w recepcji i restauracji duchota i upał okrutny. Po prostu pot leje
się po plecach. Podczas wizyty w recepcji obserwuję tłumek Polaków, którzy
razem z nami dotarli do hotelu, a teraz walczą z rezydentem – Mohabem oraz
obsługą hotelową. Wszyscy skarżą się na klimatyzację. Już na początku widzę
listę ponad 10 pokoi z problemami klimatycznymi. Oni spędzą tu dwa tygodnie,
więc nie dziwię się ich oburzeniu. Okazuje się, że wszystkie pokoje położone
wyżej niż mój mają podobne dolegliwości.
Po południu wybieramy się busikiem na plażę. Trzeba przywitać się z rybkami.
Zejście do wody z długiego pomostu, jak zwykle w tej okolicy Sharm. Nie
jestem zachwycony rafą. Na pomoście spory tłumek. Najbardziej egzotyczna
postać to nasza rodaczka, która wpadła na „rewelacyjny” pomysł wypchania
sobie dolnej części stroju kąpielowego bułkami i dokarmiania tą metodą fauny
Morza Czerwonego. Sądząc po ilości rybek spotkało się to z wielką aprobatą z
ich strony. Ale piski „żywego pływającego baru” wskazywały, że więcej radości
jest po stronie osoby serwującej te wyszukane dania.
Wieczorem spacer do Fantazji. Pierwszy raz widzę na ulicach Sharm termometr.
Wielki wyświetlacz wskazuje o godz. 21.00 36 stopni. Oglądamy okoliczne
sklepiki. Zaczęło się. Zachaditie, come my friend, special price, jak się
masz… Zakupy zostawiamy jednak na później. Wchodzimy do środka Fantazji. Przy
wejściu szczegółowa kontrola. Oglądamy sklepiki wewnątrz i zostajemy na
wieczorny pokaz tańców. Piwko, sisha … Z przyjemnościa obserwuję jak bawią
się miejscowe rodzinki z gromadkami dzieci. Żadnej rewii mody, ogólna radość
i zabawa. Pokaz tańców, choć może nieco kiczowaty, bardzo mi się podoba.
Po 1.00 w nocy wracamy taksówką do hotelu.

Dzień 3. - 11.08.2005
Dzisiaj przemieszczamy się już do Hurghady, więc trzeba koniecznie jeszcze
skorzystać z basenów i baru. Spotykam się z rezydentem, no i pierwsze moje
zaskoczenie. Na prom zabiorą nas o godzinie 17.00, ale pokój musimy opuścić
już o 12.00. Wiedziałem, że zasada taka obowiązuje na końcu pobytu, ale nie
spodziewałem się tego w trakcie trwania całego programu. Pocieszeniem ma być
dla nas możliwość korzystania z opcji AllInclusive do godz. 15.00. Co zrobić?
Opuszczamy pokój o 12.00 i wybieramy się na mały rejsik „łodzią podwodną”. W
zasadzie pół-podwodną, bo rafy ogląda się z zanurzonej części statku.
Niestety, ta atrakcja nie wzbudza w nas ekstazy. Wg mnie tak sobie. Zwłaszcza
przy cenie 40$ za osobę. Nie polecam.
Wracamy do hotelu ok. 15.00. Obiadek już przepadł, więc raczymy się napojami
w ciągle dusznej recepcji. Autobus na prom przyjeżdża o 16.30. Jedziemy do
portu i po odprawie wsiadamy na statek. Nowoczesna jednostka zbudowana w
Norwegii, bodajże w 1999 roku. Większość pasażerów stanowią Egipcjanie. Przy
odprawie trochę zamieszczania. Tubylcy jakoś nie uznają kolejek do kontroli i
wpychają się wszędzie pierwsi. Zwyczajnie idą „po trupach”. Fotele na promie
wygodne. W kilku telewizorach przez cały rejs leci miejscowe „Na wspólnej”. A
może „Klan”? Nie udało mi się tego wyjaśnić. W czasie rejsu nie wolno
wychodzić na pokład. Zero papierosków.
Po niecałych trzech godzinach, już w ciemnościach, docieramy do Hurghady. W
porcie czeka już na nas autobus z bardzo wesołym rezydentem – Giorgiem. Nasz
przydział na dwie noce: Royal Palace, gdzie lądujemy tuż przed 22.00.
Przydział pokoi, spóźniona kolacja, trochę Ballantine’sa z wolnocłówki dla
uniknięcia najbardziej znanej turystycznej dolegliwości i lulu.

Dzień 4. - 12.08.2005
Dzisiaj pełna laba. Nie będę szczegółowo opisywał hotelu, bo wszystko jest na
forum o hotelach. Może tylko kilka zdań własnej oceny. Pokoje – OK. Duże
przestronne, klima działa bez zarzutu. Baseny – OK. Pięknie utrzymana zieleń
na terenie całego hotelu. Duża plaża. Kiepsko z morzem. Woda, zależnie od
fazy odpływu, do kolan lub do pasa, port przy plaży, zero śladów
jakiejkolwiek rafy. Ponieważ mieszkam nad morzem nie rajcowało mnie to
kompletnie. Żadnych problemów z leżakami przy basenach i na plaży. No i tyle.
Jeden dzień to za krótko, aby wyrazić pełną opinię o hotelowych
udogodnieniach. Może jeszcze coś o części gastronomicznej. Dla mnie na
trójeczkę. Obsługa kiepska, długie oczekiwanie na napoje, wybór potraw bez
rewelacji. Ogólnie tak sobie. SharmingInn w porównaniu był na piątkę (nie
licząc nieszczęsnej klimy). Zdziwiły mnie też nieco „kartki” na napoje i
posiłki. Takie małe kartoniki, które należy mieć zawsze ze sobą gdy chcemy
skorzystać
Obserwuj wątek
    • kadrom Re: Egipt od A do Z II z Alfastar - wspomnienia2 28.08.05, 00:26
      z dogodności AI. Pomysł gdzie należy je przechowywać podczas korzystania z
      basenu i plaży pozostawiam czytelnikom.
      Wieczorem busik i spacer do centrum Hurghady. Trochę drobnych zakupów. Sok z
      trzciny cukrowej (pyszota). I na koniec shake w McDonalds’ie. Taki „tradycyjny”
      napój egipski ;-).
      Trzeba wracać do hotelu, bo pobudka o 5.00.
      Powoli zaczynamy być zmęczeni tym wypoczynkiem.

      Dzień 5. - 13.08.2005
      Pobudka 5.00. O 5.30 ruszamy autobusem do Luxoru. Pobieramy box’y śniadaniowe,
      no i jazda… Po zebraniu gości z pozostałych hoteli w Hurghadzie, dołączamy do
      konwoju formującego się na południowym końcu miasta. Poznajemy naszego opiekuna
      na czas rejsu –Mahmuta. Egipcjanin mówiący po polsku. Wydaje się bardzo
      sympatyczny.
      Kilka godzin jazdy i rozpoczynamy najbardziej hardcore’owy dzień wycieczki.
      Plan na dzisiaj: Karnak, Kolosy Memnona, Dolina Królów i Świątynia Hatszepsut.
      Naprawdę hardcore. Temperatura chyba ze dwa miliardy stopni. Jestem tu już
      drugi raz, ale oglądam wszystko z wielką ochotą. Nie ma chyba sensu opisywać
      wszystkich miejsc szczegółowo, bo to już było tutaj wiele razy. Jesteśmy
      naprawdę wykończeni. Marzymy o chłodnym prysznicu. Ale i tak jest bosko. Cóż,
      że ciało zmęczone. Za to pokarmu dla duszy, aż w nadmiarze. Uwielbiam klimat
      starożytnego Egiptu. Ciągle próbuje sobie wyobrazić Egipcjan wykuwających
      grobowce faraonów, kapłanów w Karnaku. Czy myśleli, że te miejsca przetrwają
      tyle lat? Spojrzenie na hieroglify wykute na ścianach i chwila zadumy… Kim
      byłeś kolego sprzed kilku tysięcy lat ? Czy kiedyś uda nam się odkryć wszystkie
      tajemnice starożytnego Egiptu?
      Około 18.00 docieramy na statek: M/S Kasr El Nil. Na zewnątrz nie wygląda zbyt
      imponująco. Inne zacumowane w pobliżu zdają się wyglądać korzystniej. Ale
      późniejszy rekonesans rozwiał moje obawy. Dostajemy kabiny na najniższym
      poziomie. Okno na poziomie Nilu. Od kolan w dół „stoimy” pod wodą. Jak ktoś
      później określił na holu: „tam na dole są chyba kabiny dla obsługi statku”.
      Bardzo nas to rozbawiło. Położenie kabin w niczym nam nie przeszkadzało.
      Standard super. Spodziewałem się mniejszych kajut. Przestrzeni naprawdę sporo.
      Dwa wygodne łóżka, stolik, mała kanapka w rogu, szafa ubraniowa i niewielka,
      aczkolwiek ergonomicznie urządzona łazienka. Żadnych zastrzeżeń. Klima działa
      bez zarzutu. Pozostała część statku również wygląda sympatycznie. Restauracja
      elegancka, sympatyczny bar, niewielki basen na pokładzie, leżaki na najwyższym
      pokładzie i kawiarenka pod daszkiem trochę niżej. Obsługa bez zastrzeżeń.
      Ogólnie super. Na statku jest ok. 50 dwuosobowych kabin. Nasza polska grupa
      liczy niecałe 50 osób. Pozostali turyści to Niemcy, Rosjanie i niewielka grupka
      Francuzów.
      Kolacja i wieczorem przejażdżka bryczkami po Luksorze. Mijamy malowniczo
      oświetloną Świątynię w Luksorze. Na razie jedziemy głównymi ulicami Luksoru. Po
      chwili wjeżdżamy w tereny rzadziej odwiedzane przez obcych. Wąski uliczki i
      miejscowy bazar. Świat zdecydowanie odmienny od tego oglądanego na co dzień
      przez turystów. Setki sklepików i kramików, ogromny tłum. Mijamy ludzi i
      kramiki dosłownie „na palec”. Przez chyba 20 minut ani na chwile nie wyłączyłem
      kamery. Ponieważ siedzę obok naszego „kierowcy” co chwilę muszę uchylać się
      przed zawieszonymi w poprzek ulicy ubraniami na wystawach. Wracamy do centrum.
      W sklepiku przy nabrzeżu Nilu kupujemy napoje. Mahmut pomaga nam wytargować
      niższą cenę. Na pokład statku nie wolno wnosić napojów, ale na zamknięte
      plecaczki nikt nie zwraca uwagi, więc dwie butelki wody czy coli można
      spokojnie kupić.
      I tu kilka uwag o naszym Mahmucie. Ten 27-letni chłopak sprawował nam się
      znakomicie. Od początku zdobył nasze zaufanie. Trochę śmiesznie przekręcał
      niektóre zwroty, w stylu „sybcej, sybcej, ydzemy…”. Opiekował się jednak nami
      doskonale. Pomagał targować ceny, informował co, gdzie, jak. Zresztą grupa
      okazała się też zwarta i zdyscyplinowana. Nie było tak jak mi się zdarzało
      wcześniej notorycznych spóźnialskich lub przemądrzałych ignorantów. A przedział
      wiekowy był dość szeroki. Szybko jednak poczuliśmy instynkt stada i zżyliśmy
      się bardzo. Myślę, że duża w tym zasługa właśnie Mahmuta.
      Po zakupach powrót na statek, tabliczka „nie przeszkadzać” na klamkę i w
      kimonko. Trzeba wreszcie odpocząć. Postanowiliśmy odpuścić sobie śniadanie
      następnego dnia oraz spotkanie o 9.00 z Mahmutem. Jakoś później dowiemy się
      wszystkiego. Spać, spać…

      Dzień 6. - 14.08.2005
      Godzina 8.00. Ktoś ostro dobija się do naszej kabiny. Ledwo dowlekam się do
      drzwi, przed którymi stoi Egipcjanin z obsługi, uprzejmie informujący mnie o
      porze śniadaniowej. Drobny kolega sięga mi wzrostem do ramion. Resztki ludzkich
      odruchów z mojej strony ocaliły mu życie. Wskazuję na wielką czerwona zawieszkę
      na klamce „DO NOT DISTURB” i mój wzrok nie wymaga dalszych wyjaśnień. „Sorry
      Sir…”. Musiałem wyglądać naprawdę groźnie bo później Mahmut powiedział mi, że
      nasz poranny Kolega trochę mu się poskarżył. Sorry Friend…
      Wstajemy o 11.00. Statek miał planowo wypłynąć o 5.00 z Luksoru, ale nadal
      stoimy przy brzegu. Odpłynięcie z jakis tam powodów przesuwa się na 14.00. Nic
      to. Teraz już nigdzie się nie spieszymy. Panuje nasrój ogólnej siesty. To nam
      się należy. Wczorajszy dzień był naprawdę wyczerpujący.
      Statek rusza ok. 14.00. Lenimy się cały dzionek. Basen, leżaki, Stella,
      Sakkara, basenik, Stella, podwieczorek, Stella, kolacja. Wieczorem w barze
      miało być disco, ale jakoś nie było chętnych. Wraz z jednym z kelnerów o
      imieniu Menu robimy na parkiecie mini-imprezkę na dwie pary. Trzy tańce i
      wystarczy na dzisiaj. Jutro od rana kolejne punkty programu.
      Około północy stajemy w oczekiwaniu na przejście przez śluzę w Esnie. Chciałem
      to koniecznie obejrzeć, ale nie dałem rady…

      Dzień 7. - 15.08.2005
      Przez śluzę prześliśmy ok. 4.00 nad ranem. Kurcze, a tak chciałem to zobaczyć…
      Śniadanko. Dopływamy do Edfu. O 10.00 ruszamy na zwiedzanie Świątyni Horusa.
      Sprzedawcy na nabrzeżu wyjątkowo namolni. Wciskają te ich prezenty, czyli
      zaproszenia to odwiedzenia ich sklepów. Ale robia to wyjątkowo nachalnie. To
      mój trzeci pobyt w Egipcie, ale tak upierdliwych osobników jeszcze nie
      spotkałem. Przejeżdżamy autobusem przez ulicę adwokatów i prawników i po 10
      minutach jesteśmy na miejscu. Zwiedzamy świątynię. Opis ponownie sobie daruję.
      Trzaskam zdjęcia. Moje zainteresowanie wzbudza grupa Japończyków. Są
      rewelacyjni: parasolki, białe rękawiczki, zawinięci jak tylko się da. My
      smażymy się na basenach, żeby wszystkim w firmie opadły kopary (o Jezu, jak się
      opaliłeś – eee nie, tylko trochę…), a oni robią wszystko żeby uniknąć słońca za
      wszelką cenę. No cóż, co naród to obyczaj. Może wspomnimy ich z rozżaleniem jak
      dostaniemy raka skóry.
      Powrót na statek, odpływamy do Kom Ombo. Przy wejściu na statek czekają już na
      nas zbawienne zimne, wilgotne ręczniki i gorące (!!!) napoje. Boskie
      orzeźwienie. Do wieczora znowu błogostan na statku.
      Ok. 19.00 dopływamy do Kom Ombo. Wychodzimy na zwiedzanie. Idziemy na
      piechotkę, bo świątynia jest tuż przy nabrzeżu. Zapada już noc. Wykorzystuje
      porę krótkiego zmierzchu i trzaskam fotki oświetlonej świątyni wykorzystując
      mini statyw. Wreszcie się przydał. Fotki wychodzą super. Wracamy na statek.
      Przed wejściem na pokład krótkie zakupy w portowych sklepikach. Trzeba zakupić
      galabiję. Dzisiaj wieczorem Galabija Party. Po krótkich targach sprawiamy sobie
      nowe ciuszki i wracamy „do domu”.
      Po kolacji czas na party. W mojej czarnej galabiji wyglądam jak ksiądz. Żałuję,
      że w Polsce nie korzystamy z takich kreacji. Wygodnie, przewiewnie, tanio. No i
      nie ma potrzeby ubierania niczego pod spód. Wieszamy w szafie taką kolekcję i
      mamy coś
    • kadrom Re: Egipt od A do Z II z Alfastar - wspomnienia3 28.08.05, 00:28
      na każdy dzień. I jaki łatwe w praniu. Bawełna, jeden kolor, jednym słowem
      super wygoda. Damski galabije troche bardziej złożone. Mnóstwo zdobień i
      cekinów. Pewnie dalekie od tradycyjnych, ale dla „prostych” ceprów akurat.
      Odpływamy z Kom Ombo do Asuanu.
      Galabija Party w barze. Część osób w galabijach, część w cywilu. Czuć podział
      narodowościowy na statku. Prawie sami Polacy. Jedna niemiecka rodzinka, kilku
      Rosjan. Niemcy siedzą w swoim gronie na pokładzie. Zabawa w stylu polskich
      wesel. Wężyki, konkursy, itp. Ale to w końcu urlop. Można się trochę pobawić.
      Nie przepadam za takimi imprezami wię skupiam się na filmowaniu i robieniu
      zdjęć. Mahmut odstawia niezłe pozy. Ogólnie sympatycznie.
      No i znowu trzeba iść się wyspać. O 4.00 pobudka na wycieczkę do Abu Simbel.
      Nie darowałbym sobie, żeby ominąć ten punkt programu.
      Nad ranem dopływamy do Asuanu.

      Dzień 8. - 16.08.2005
      Pobudka 4.00. O 4.30 suchy prowiant pod pachę i wyjazd do Abu Simbel. Z
      autokaru podziwiam przepiękną noc nad pustynią. Widok zapierający dech w
      piersiach. Trudno odnaleźć takie niebo podziwiając je wśród świateł miasta.
      Na miejsce dojeżdżamy ok. 7.00. Do 10.00 zwiedzamy Świątynię Ramzesa II. Jestem
      zachwycony. Bardzo chciałem obejrzec to miejsce. Naprawdę wzbudza szacunek i
      respekt. W końcu taki był cel Ramzesa. W zdumienie wprowadza również wysiłek
      jaki włożono w przeniesienie świątyni w celu uniknięcia zalania przez aktualne
      jezioro Nassera. Dobrze, że jesteśmy tu tak wcześnie. Podejrzewam, że
      południowy upał nas spaliłby żywcem. Powrót. Ok. 13.00 jesteśmy na staku. I
      znowu chłodne ręczniczki, co za ulga…
      Po obiedzie jedziemy na krótka wycieczkę po Asuanie: Obelisk Niedokończony,
      Wielka Tama, tzw. Instytut Papirusu.
      Wieczorkiem wybieramy się na bazar w Asuanie. Kupjemy pamiątki i różne takie
      tam pierdółki. Mahmut idzie z nami do sklepu z przyprawami i ziołami. Pomaga
      ustalić cenę hibiskusa, pieprzu i innych miejscowych specjałów.
      Po kolacji w barze Nubian Show – pokaz lokalnych tańców. W zabawie biorą
      również udział zaproszeni goście. Miły i sympatyczny wieczór.

      Dzień 9. - 17.08.2005
      Pobudka 7.00. Śniadanie i o 8.00 ruszamy łódeczką na drugą stronę Nilu, na
      zwiedzanie wioski nubijskiej. Na brzegu wsiadamy na wielbłądy i po ok. 15
      minutach docieramy do celu. Odwiedziny w nubijskim domostwie, kosztowanie kilku
      miejscowych specjałów, zakup pamiątek oraz przy głośnym pisku dziewczyn i
      kobiet fotki z małymi żywymi krokodylkami (bracia i siostry Schnappi’ego ?).
      Kolejny punkt programu to nubijska szkoła. Ponieważ są wakacje i dzieci nie ma
      w szkole, sami stajemy się uczniami na krótkim wykładzie nubijskiego profesora.
      Uczymy się liczyć po arabsku i nubujsku, piszemy „ptaszkami” nasze imiona. Na
      mniej pilnych uczniów czeka rózga. Wszyscy sa rozbawieni. Pamietam, że zęby
      Pana Profesora można było policzyć na palcach obu dłoni. Powrót na statek. No i
      rejs dobiegł końca. Do 12.00 musimy opuścić kabiny. Obiadek i pozostajemy
      jeszcze na statku do 15.00. Wylegujemy się na wygodnych kanapach w barze.
      Pociąg do Kairu dopiero o 20.00.
      Żeby zabić czas Mahmut proponuje przejażdżkę feluką. Zbieramy grupę chętnych i
      żeglujemy po Nilu. Dobijamy na drugą strone Nilu i spacerujemy trochę po
      Ogrodzie Botanicznym.
      Przed pociagiem robimy ostatnie zakupy napojów i jedzonka w Asuanie i czekamy w
      kawiarence na pociąg. Mahmut stawia wszystkim kolejkę. Pijemy herbatkę, kawę
      lub pyszny chłodniutki hibiskus. Idę jeszcze na bazar i za grosze kupuję arbuza
      i trochę owoców, w tym przepyszne świeże figi.
      I jeszcze kilka wrażeń z samego rejsu. Czas na staku upływa naprawdę bardzo
      przyjemnie. Można ochłodzić się w basenie, sączyć coś zimnego na pokładzie,
      podziwiać widoki obu brzegów Nilu. Mijamy wioski i samotne domy, dzieci kąpiące
      się na brzegu i machające do nas, rybaków na ich małych łódkach łowiących ryby
      osobliwą metodą. Czas płynie bardzo leniwie. Kabiny sprzątane są dwa razy
      dziennie: podczas śniadania i kolacji. Obsługa robi to tak sprawnie, że w
      zasadzie nie zauważamy ich obecności. No i te „ręcznikowe stworzenia” na
      łóżkach. Widziałem ich już sporo, ale te na statku przeszły wszystkie
      poprzednie. Mieliśmy łabędzie, niemowlaka z butelką mleka, krokodyla z pilotem
      TV w pysku, małpę wiszącą na klimatyzatorze, ludzika oglądającego TV z pilotem
      w dłoni i słuchawkami na uszach. Każde wejście do kabiny po sprzątaniu
      zaskakiwało nas czymś nowym. Pozostała część personelu zachowywała się również
      bardzo przyjaźnie. Przez te 4 dni czuliśmy się rewelacyjnie. Ten sielankowy
      obraz przerywał nam czasem widok pracowników obsługi statku, których na co
      dzień nie spotykało się w restauracji czy holu. To osoby pracujące w
      maszynowni, pralni. Widać było, że pracują naprawdę ciężko i zapewne za marne
      grosze. Pozostawało tylko uczucie bezsilności i braku mozliwości pomocy całemu
      światu. Zresztą dotyczy to tak samo naszego kraju jak i wielu innych. Uderzał
      tylko ten kontrast. My, leniący się na pokładzie i oni, przemykający chyłkiem
      przez pokład podczas obiadu, gdy nikogo nie było w pobliżu
      Kilku obcokrajowców wracało jeszcze tym samym stakiem do Luksoru. Trochę im
      zazdrościłem tych dwóch dodatkowych dni laby. Może następnym razem ?
      O 19.30 idziemy na dworzec asuański. Przechodzimy przez halę i wychodzimy na
      perony. Pierwsze co mnie uderzyło to koszmarny brud. Tory są po prostu usłane
      tonami śmieci.
      O 20.00 podjeżdża nasz pociąg. Ładujemy się z walizami. W przedziale jest 6
      miejsc. Standard zbliżony do starszego polskiego PKP, ale jest przynajmniej
      mnóstwo miejsca na nogi. Rozkładamy walizy na podłodze i „łóżka” gotowe. W
      końcu to 12 godzin jazdy. WC w pociągu jak w gorszych czasach u nas. Trzeba
      opanować pozycję Małysza. Palenie papierosów możliwe tylko na końcu wagonów
      przy WC. Pociąg rusza. Moja zgrozę wywołuje przemarsz prze korytarze ekipy
      kanarów ze śmiesznym gościem w cywilu trzymającym w dłoni karabin maszynowy z
      dwoma magazynkami sklejonymi taśmą przeźroczystą. Lepiej nie wchodzic mu w
      drogę. Przyzwyczaiłem się już do powszechnej obecności broni w Egipcie, ale ten
      facet wyglądał jakoś cieciowato.
      Ponieważ naczytałem się na forum o tym, że w pociągu w nocy jest zimno,
      wyciagamy co się da do przykrycia: polary, swetry, a nawet ręczniki. W wagonie
      obok utworzył się już wesoły przedział. Nasi ziomale opróżniają resztki
      zapasów. Idę do nich zajrzeć i przy okazji wypijam jednego malucha z ciepłą
      mirindą. Jest wesolutko, ale spokojnie. Pełna kulturka. O dziwo, grupa Rosjan w
      naszym wagonie już śpi. Spodziewałem, że to oni dadzą w palnik. To chyba
      przewaga płci pięknej wśród nich spowodowała ten senny nastrój.
      Wracam do przedziału. Trzeba spróbowac się przespać. Jutro czeka nas trochę
      zwiedzania.

      Dzień 10. - 18.08.2005
      Budzę się ok. 1.00 w nocy. Duchota i gorąc. Pot leje się ze mnie strużkami.
      Patrzę na resztę. Śpią. Czyżby tylko mi doskwierał ten upał ? Chyba nie.
      Wszyscy pozrzucali z siebie wszelkie wyszukane wczesniej przykrycia. W pewnej
      chwili słyszę jakieś zamieszanie na korytarzu. Ktoś z naszych kłóci się z
      jakimś tubylcem po polsko-angielsku: klima, condition !!!. Idę na odsiecz.
      Jeden z turystów z naszej grupy próbuje ostro dyskutować z gościem od karabinu,
      który jednak szybko idzie do innego wagonu. Dowiaduję się o co chodzi. Okazuje
      się, że w pozostałych wagonach jest zimno. Tylko u nas włączyli opcję sauny. Z
      duszą na ramieniu idę do faceta z karabinem. Niestety, po angielsku się nie
      dogadamy. Macha tylo na mnie żeby odejść. Jego argument oklejony wspomnianą
      taśmą klejącą (na szczęście pozostawiony w przedziale) mnie przekonuje.
      Postanawiamy odszukać Mahmuta. Niestey, nie wiemy w którym wagonie ma swoje
      miejsce. Na szczęście przypominam sobie, że mam jego numer telefonu. Dzwonię.
      Uff, co za ulga, odebrał. Zjawia się zaspany po 5 minutach i stwierdza
    • kadrom Re: Egipt od A do Z II z Alfastar - wspomnienia4 28.08.05, 00:29
      spokojnie: duśno tu jest. Chwała Panu ! Po jego interwencji chłód wraca po 10
      minutach. Okazało się, że klima się wyłączyła, a ten tłuk od karabinu po prostu
      nie umiał jej włączyć. Jakiś inny gostek przyszedł i załączył sprzęt.
      Spojrzałem na wskaźniki: temperatura na zewnątrz – 24 st., wewnątrz 26 st. Nad
      ranem klima jeszcze raz siadła, ale na szczęście tylko na chwilę. Jakoś
      dojechaliśmy.
      Ok. 8.30 wysiadamy w Gizie. Ładujemy się do autokaru i jedziemy do hotelu. Dwa
      lata temu byłem na Kairze dwudniowym i po cichu liczyłem na hotel, w którym
      wówczas się zatrzymałem „Oasis”. Położony w pieknym ogrodzie, z basenem. Ale to
      by było zbyt piękne. Dostajemy hotel Hormoheb, przy głównej ulicy w Gizie. I tu
      należy użyć ulubionego słówka Mahmuta: MASAKRA. Rano dostajemy tylko pokoje
      tymczasowe, na siusiu i prysznic. Docelowe pokoje mamy dostać po południu.
      Jednak już obraz korytarzy jest makabryczny. Nie jestem wrażliwy szczególnie na
      brud, zwłaszcza w kwestii hoteli w Egpicie. Ale to co tam zobaczyliśmy… O rany
      Julek. Wszystko się rozpada, klei, wszędzie te malutkie biegające stworzonka z
      długimi wąsikami. Dobra, zobaczymy po południu. Może to tylko sytuacja
      przejściowa. Teraz na zwiedzanie. Ruszamy już o 10.00. Najpierw Cytadela i
      Meczet Alabastrowy. Mahmut śpiewa wersety Koranu do studni Muzima. Robi
      wrażenie to jego Allach Akhbar. Później kościół koptyjski i synagoga. Podobało
      mi się opowiadanie o chrześcijańskiej wierze i obyczajach przez muzułmanina.
      Ciekawe spojrzenie z punktu widzenia „innowiercy”. Po prostu coś innego. Dwa
      lata temu przewodnik Polak opowiadał nam o Islamie. Teraz mogłem doświadczyć
      tego z innej strony. No i jeszcze bazar i obiadek.
      Około 16.00 wracamy do naszego Hormoheba. Planujemy w autokarze odpoczynek do
      20.00 i wyjazd na światło i dźwięk pod piramidami. O nadziejo, matko głupich.
      Odpoczynku się zachciało. Można by było napisać oddzielne opowiadanie na temat
      tego hotelu. Może w skrócie. W pokojach znaleźliśmy się w zależności od
      szczęścia o godz. 18-19. W czym problem ? Przez te kilka godzin
      przyzwyczailiśmy się już do wszechobecnego brudu przez wielkie B. I to nie
      brudu wynikającego z jednodniowego braku sprzątania. Ten hotel cały się kleił:
      ściany, sufity, okna, sprzęty. Tam się nie sprzątało od lat. W hotelu poza nami
      nie było żadnych obcokrajowców. W folderze (chyba sprzed jakis dwudziestu lat)
      hotel miał kategorię 4 gwiazdki de Lux. Staraliśmy się już nawet nie zauważ
      tych biednych robaczków, widoku z okna na plac gdzie remontowano stare
      autobusy, „basenu” na tarasie na 6 piętrze tylko dla odważnych i wyjątkowo
      odpornych na choroby skóry, i tego co zostawił jakiś dzień wcześniej ktoś komu
      coś zaszkodziło na żołądek przy wyjściu na schody awaryjne tuż obok mojego
      pokoju. Suma sumarum mi się jakoś udało. Dostaliśmy dwa pokoje, w kórych można
      było jakoś się przespać. Jedynie o ręczniki walczyłem przez dosłownie 1,5h.
      Innym szło gorzej. Niektórzy dostali klucze od pokoju, w którym już mieszkali
      jacyś goście. Inni dostali kompletnie nie posprzątane po
      porzednikach „apartamenty”. Sławetny stał się pokój 520. To właśnie ten
      dostałem jako tymczasowy rano. Po południu dostał go ktoś inny. Nie sprzątnięto
      go w ogóle. W muszli pływało to co zwykle się tam zostawia przed spuszczeniem
      wody. Po zwrocie kluczy, po kilkunastu minutach pokój 520 został przydzielony
      kolejnej osobie z naszej grupy. I znowu wymiana pokoju. I za chwilę ta sama
      sytuacja z 520-ką powtórzyła się kolejny raz.
      Tak czy inaczej przewidywany wcześniej czas odpoczynku szlag trafił. W tym
      miejscu dwója dla Alfastar. Ktoś chyba powinien sprawdzić ten hotel przed
      zakwaterowaniem tam gości. Mahmut próbował robić co w jego mocy. Awantura w
      recepcji była okropna. Ale ponieważ był to czwartek, czyli po naszemu sobota,
      nic nie wskórał. Telefony do egipskiego operatora nic nie dały.
      Dobra, jedziemy dalej.
      Wieczorem światło i dźwięk pod piramidami. Później mały rejsik po Nilu jednym z
      tych ich śmiesznych stateczków, oświetlonych jak dyskoteka. Jakże inaczej
      wygląda Kair nocą, zwłaszcza widziany z Nilu. Luksusowe hotele najbardziej
      znanych marek, restauracje zbudowane w formie statków. Wszystko pięknie
      oświetlone. Nie widać brudu i biedy. Na ulicach mnóstwo ludzi. Ponieważ piątek
      jest w Egipcie dniem wolnym od pracy, w czwartkowy wieczór wszyscy bawią się na
      ulicach. Co kawałek para młoda. To dzień ślubów w Egipcie. Mosty na Nilu w
      całości zajęte przez Kairczyków. Ogólny nastrój zabawy. Na ulicach tysiące
      samochodów i korki. Po zejściu z łódki jeszcze przejażdżka bryczkami po tym
      ulu. Istny „horror”. Jazda głównymi drogami pośród największego nasilenia
      ruchu. Niezapomniane przeżycie. Na uwagę zasługuje również sensacja jaką
      wzbudzaliśmy swoją obecnością na ulicy. Tylu blondasów i bladziaków. Ludzie
      pokazywali nas sobie palcami i robili nam zdjęcia. Ale pozdrawiali nas również
      przyjaźnie.
      No i wreszcie upragniony powrót do Hormohebka. Najlepszy dowcip wieczoru: „
      Karaluchy po poduchy !”.

      Dzień 11. - 19.08.2005
      Po śniadaniu opuszczamy nasze „luksusowe apartamenty” i ruszamy na dalsze
      zwiedzanie Kairu. Znowu pominę szczegóły, bo są chyba ogólnie znane. Giza i
      piramidy, Sfinks, chwila wytchnienia w klimatyzowanej perfumerii, Muzeum
      Kairskie. Niestety brak mozliwości fotografowania i filmowania w muzeum.
      Ostatnie zdjęcie całej grupy przed budynkiem muzeum. Trochę się zżyliśmy przez
      te kilka dzionków. Było sympatycznie.
      Jedziemy na obiad, a potem podział na Hurghadowców i Sharmowców. Pożegnania i
      uściski dłoni. Żegnamy również Mahmuta. Jest u siebie w domu, czuli w Kairze.
      Jedzie na odpoczynek przed najazdem kolejnej grupy stonki z Polski.
      Wsiadamy do autkaru do Sharm. Dołączamy do grupy Polaków, którzy rano
      przyjechali do Kairu na jednodniową wycieczkę. I tu małe nieporozumienie.
      Jedziemy jeszcze na bazar, ponieważ oni go jeszcze nie oglądali. Mamy godzinę w
      plecy. Byliśmy już na bazarze i chcemy tylko jechać do hotelu w Sharm. A
      mogliśmy czekać spokojnie w klimatyzowanej restauracji, w której jedliśmy
      obiad. Trudno. Trochę siedzimy obok bazaru. Znowu wzbudzamy zainteresowanie
      tubylców. Dyskretnie robia nam zdjęcia. A niech tam. My pstrykmay ich, wię
      niech oni sobie też poużywają. Największe zainteresowanie wzbudza moja żona. Ma
      rozpuszczone blond włosy. To ich najbardziej interesuje. Dwie młode Egipcjanki
      proszę ją o wspólne zdjęcie. Każda z nich oddzielne stuka sobie fotkę z tym
      egzotycznem zjawiskiem. Będzie co pokazywać znajomym.
      Jest autokar. Jedziemy wreszcie do Sharm. Jeszcze malutka atrakcja. Nasz
      kierowca robi sobie skrót przez Miasto Umarłych. Niezpomniane widoki.

      Dzień 12. - 20.08.2005
      Mieliśmy zdążyc do Sharm na kolację ok. 22.00. W rezultacie lądujemy w hotelu
      przed 2 w nocy. Znowu SharmingInn. Tym razem pokoje na poziomie basenu zajęte.
      W recepcji ta sam duchota. Dostajemy jeden pokój na pierwszym piętrze budynku
      głównego i drugi w bungalowie na wyżej położonym terenie hotelu. Do łóżeczek i
      lulu.
      Po śniadanku rekonans części hotelu, której na początku nie zdążyłem poznać.
      Było za mało czasu. Okazuje się, że tuż obok mojego bungalowa jest drugi
      niewielki basen i full miejsc na leżakach. Większość gości kwaterowana jest w
      budynku głównym i korzysta z dużego basenu. Zresztą tylko tam jest bar i
      mozliwość popijania czegoś chłodnego. Pokój, który dostałem nie ma balkonu i
      tylko jedno niewielkie okno. Zauważyłem, że obok nas są wolne pokoje z tarasami
      wychodzącymi wprost na basen. Po małej walce w recepcji udaje mi się zamienić
      pokój. Tutaj dotrwam już do końca pobytu. W bungalowach są nowiutkie
      indywidualne klimatyzatory, więc tempertaura jest OK. Gorzej z budynkiem
      głównym. Klimatyzacja nic się nie poprawiła. Trzeba będzie powalczyć o zamianę
      na pokój w bungalowie.
      Moczymy si
    • kadrom Re: Egipt od A do Z II z Alfastar - wspomnienia5 28.08.05, 00:32
      Moczymy się cały dzień na basenie. Zasłużony odpoczynek. W końcu zrobiliśmy
      ponad 3 tysiące kilometrów.
      Wieczorem na kolację ubieram czyściutką, świeżo wyprasowaną koszulę. Klima w
      restauracji ciągle do bani. Po 10 minutach ma na plecach pięknego mokrego orła.
      Żadnych koszul więcej! Chrzanię dobre obyczaje!
      Po kolacji wraz z grupą znajomych kupujemy jeszcze w hotelu rejs na RasMohamed.
      Planujemy trochę posnorkować. W końcu przywiozłem całą walizę płetw, masek i
      fajek.

      Dzień 13. - 21.08.2005
      Po śniadaniu jedziemy do portu. Okazuje się, że organizatorem jest centrum
      nurkowe AquqSharm mieszczące się tuż obok naszego hotelu, w którym zatrudnieni
      są polscy instruktorzy.
      Wypływamy. Polski instruktor Paweł próbuje namówić nas na INTRO, zejście z
      akwalungiem. Jestem trzeci raz w Egpicie. Zawsze chciałem to zrobić, ale miałem
      jakieś psychiczne opory. Czułem przerażenie głębią. Z pływaniem nie mam
      większych problemów. Raz kozie śmierć. Wraz z żoną decydujemy się na zejście.
      Kilkanaście minut instruktażu, i …
      20 minut pod wodą. Nie chciałem wracać. Tam jest bosko! Snorkeling to pikuś.
      Mam za sobą ponad setkę skoków spadochronowych. Ale to już dawno i nieprawda.
      Od czasu skakania nie czułem czegoś podobnie upajającego. Paweł, proszę cię,
      nie wracajmy na górę! Już wiem po co wrócę do Egiptu. Bezwzględnie kurs
      nurkowania. Za gigantyczne pieniądze funduję sobie jeszcze DVD z tego
      nurkowania. Obejrzałem to już z pięćset razy. Ja chcę znowu!
      Taka radocha na koniec pobytu. Rewelka!
      Powrót do hotelu. Jeszcze chwila na basenie. Kolacja. Ballantines.
      Wieczorem udaje się zamiana pokoju w budynku głównym na bungalow. Było trochę
      walki, ale opłaciło się. Klima w końcu działa jak powinna.

      Dzień 14. - 22.08.2005
      Cały dzień w hotelu. Lenistwo.
      Wieczorem ostatni spacer do sklepików w Fantazji. Godzina w sklepie z
      przyprawami i ziołami. Testujemy kilka rodzajów herbatek. Ostatnie zakupy
      pamiątek i innych drobiazgów. Ech, szkoda że to już koniec.

      Dzień 15. - 23.08.2005
      O 12.00 wystawiamy walizki. Transfer na lotnisko przewidziany na godz.15.00.
      Łapiemy ostatnią opaleniznę, pływamy w basenie. O 15.00 żegnamy znajomych,
      którzy wylatują wieczorem. Jedziemy na lotnisko. Przewidywany czas wylotu
      18.00. Odprawa. Polska kolejka najdłuższa. Niemców dużo mniej. Włochów jak na
      lekarstwo.
      Lot przesunięty na 19.00. W hali odlotów grupka Polaków daje czadu wódką i
      piwem z wolnocłówki. Są głośni jak jasna cholera. Mają po ok. 25 lat, ale
      zachowują się jak szczyle (sorry za mało dyplomatyczne określenie). Do samolotu
      wchodzimy dopiero ok. 20.00. Jeden z osobników ze wspomnianej grupki wszczyna
      awanturę. Uderzył pasażera obok i złamał mu okulary. Córka nieszczęśnika
      płacze, żona jest zdenerwowana. A ten nawalony pajac dalej, że sprzeda temu
      obok kosę w Gdańsku, że przestrzeli mu kolana. MASAKRA. Na pokładzie są tylko
      stewardesy. Żadnych mężczyzn. Próbują uspokoić sytuację. Poją kawą i zmieniają
      miejsce temu pajacowi. O rany, obok mojej żony. Niezła końcówka. Obyśmy tylko
      wystartowali. Po jakimś czasie zamieniam się z żona miejscami. Facet jest
      namolny i nie daje jej spokoju. Międzylądowanie we Wrocławiu. Wysiadają
      wrocławiaki i wsiadają ci, którzy dopiero zaczynają swoją egipską przygodę.
      Lecimy do Gdańska. Rozrabiaką z samolotu natychmiast zajmuje się straż
      graniczna. Koledzy jakoś o nim zapominają. Ot przyjaźń.
      Dotarliśmy do końca. Trzeba zacząć zbierać kasę na następny raz i kurs
      nurkowania.

      Podsumowanie:
      Jestem bardzo zadowolony. Rejs po Nilu to naprawdę świetna metoda zwiedzenia
      Egiptu, przynajmniej tego typowo „turystycznego”. Trochę męczące są wczesne
      pobudki i długie jazdy autokarami. Cóż, „odpocznę” w pracy.
      Dwója dla Alfy za hotel w Gizie. Jak można coś takiego sprzedać klientom.
      Wielka piątka dla Mahmuta. To najlepszy przewodnik jakiego do tej pory miałem.
      Bardzo zaangażowany i zawsze pomocny. Bardzo miło się z nim dyskutowało na
      każdy temat.

      Przepraszam tych, których zanudziłem
      Do zobaczenia w Egipcie.
      Pozdrawiam
      • Gość: lucas Re: Egipt od A do Z II z Alfastar - wspomnienia5 IP: *.aster.pl 28.08.05, 19:43
        Gratulacje

        Nareście znalazła się poważna osoba która na forum chce pomóc inny a nie
        chrzani głupoty

        Dzięki
        • Gość: mariusz Re: Egipt od A do Z II z Alfastar - wspomnienia5 IP: 195.205.73.* 29.08.05, 15:54
          dzieki porzadna robota
          wiadomo teraz jak organizacyjnie to wyglada
          • kadrom Re: Egipt od A do Z II z Alfastar - wspomnienia5 29.08.05, 21:30
            Wielkie dzięki za pochwałę.
            Zauważyłem, że większe zainteresowanie wywołują posty w stylu:
            Jakie gatki, okulary czy klapki kupić do Egiptu ?

            Czuję przynajmniej, że spełniłem swój obowiązek wobec forum i jego "lepszej"
            części Użytkowników. Skorzystałem sam wcześniej, niech teraz skorzysta ktoś
            inny.

            Jeszcze raz pozdrawiam.
            • Gość: lucas Re: Egipt od A do Z II z Alfastar - wspomnienia5 IP: *.aster.pl 30.08.05, 07:10
              ja pozwoliłem sobie wydrukować Twój opis- raz że jest szczery i prawdziwy dwa
              że jest z humorem, po trzecie napewno pomoże mi
            • Gość: Renia Re: Egipt od A do Z II z Alfastar - wspomnienia5 IP: 213.199.201.* 14.09.05, 13:31
              Mam pytanie . Może wyda Ci się głupie , ale ciekawość mnie zżera . Czy w czasie
              rejsu po nilu widziałeś hipopotamy , lub krokodyle ?
              I jeszcze jedno . Czy w dniu wykwaterowania ze statku (opuszczenie kabin
              godz.12) obiad je się na statku czy na mieście , na własny koszt ? Proszę o
              odpowiedź .
              A co do twoich wspomnień , to są na prawdę wyczerpujące .Najlepsze z całego
              forum . Brawo !
    • emma65 Re: Egipt od A do Z II z Alfastar - wspomnienia 30.08.05, 16:05
      Wielkie dzięki za opowieść !
      Fajnie się czytało, a Twoje podejście (z lekkim humorem) co do niektórych
      niezbyt miłych niespodzianek w czasie podóży być może niektórym osobom pomoże
      traktować taki wyjazd jak przygodę, nawet jeśli zdarzą się jakieś
      niedociągnięcia.
    • kadrom Egipt od A do Z II z Alfastar - zdjęcia 31.08.05, 12:38
      Dodałem zdjęcia:

      community.webshots.com/user/kadrom
      • Gość: alku Re: Egipt od A do Z II z Alfastar - zdjęcia IP: *.kghm.pl / *.lubin.dialog.net.pl 31.08.05, 13:53
        Super opis nie moglam sie oderwac od czytania!!!!!!
        • Gość: fairy Re: Egipt od A do Z II z Alfastar - zdjęcia IP: *.internetdsl.tpnet.pl 31.08.05, 21:53
          Opis rewelacyjny tym bardziej, że jakiś czas temu przeżywałam to samo. Mogę
          tylko powiedzieć że na pewno jest to efekt przebywania z Mahmudem. Co do
          przewodnika to strzał w dziesiątkę rewelacyjny gość .To właśnie jemu będę
          zawdzięczać zaszczepienie miłości do Egiptu...Wiem że wrócę tam nie raz. Takiej
          dawki wiedzy o zabytkach,kulturze i życiu Egiptu przekazanej z żywiołowością,
          pasją i inteligencją życzę każdemu. Życzę wszystkim wyjazdu do Egiptu w
          doborowym towarzystwie i właśnie z takim przewodnikiem. Powrót do Egiptu
          gwarantowany
    • Gość: gildor Re: Egipt od A do Z II z Alfastar - wspomnienia IP: *.cache.iB1.rudanet.com / *.rudanet.pl 14.09.05, 14:23
      Opis wspaniały i jakże podnoszący na duchu. Jade z żoną 23.09 na objazdówke
      Egipt Starożytny z Alfastar. Po przeczytaniu Twojego opisu zrobiło się nam
      trochę raźniej ponieważ wcześniejsze opisy były raczej na NIE!!!
      Teraz pozostaje nam już tylko oczekiwanie na wyjazd i nadzieja, że będzie
      równie miło.
      Pozdrawiam
    • Gość: Gosia_D Współwycieczkowiczka IP: 217.153.175.* 11.10.05, 02:12
      Hej Kadrom,

      Byliśmy na tym samym statuku i w tym samym czasie, ale my niestety :(((( za
      przewodnika mieliśmy Imada.

      Gość troche dziwny, nawiedzony na punkcie islamu (więc nie warto wpuszczać sie
      z nim w dysputy religijne, bo sie bardzo emocjonuje i gotów skoczyc do gardła
      za islam), nie specjalnie ciekawie opowiadał (dlatego szybko zrezygnowaliśmy ze
      znajomymi z jego usług i skupiliśmy się na trzaskaniu fotek, filmowaniu i
      zaznajamianiu się z miejscowymi). Po tym jak po jednej z dyskotek na statku
      skaładał mi dwuznaczne propozycje mój facet z mężem koleżanki ochrzanili go
      (delikatnie mówiąc, ale bez rękoczynów) i potem w pas się nam kłaniał. Ogólnie
      nie fajny.

      Mahmud rzeczywiście super. Pojechaliśmy z nim na "Kair nocą" i było bardzo
      śmiesznie, zwłaszcza kiedy opowiadał i egipskim sporcie narodowym - robieniu
      dzieci, czy o tym jakimi to doskonałymi kochankami są Egipcjanie (po czym na
      końcu dodał "I to nie jest reklma, to jeest oferta". No i zawiózł nas na
      panoramę Kairu, na miejsce do którego nie można przywozić turystów.

      Hotel w Kairze - TRAGEDIA. Spdziłam w nim cały pierwszy dzień (moje kości nie
      wytrzymały zimna w pociągu i odmówiły posłuszeństwa mimo okrywania się czym się
      dało - naprawde było bardzo zimno i radzę wziąźć na tę okazję jakiś sweter i
      długie spodnie). Nie dość żę syf i malaria, karaluchy biegają wszędzie, po
      śniadaniu myślałam że je zaraz zwrócę - ochydztwo (może z tąd te wrzuty na
      schodach i w basenie) to na koniec klima przestała działać. Obsługa jak się
      okazało nie mowiła jakoś po angielsku i musiałam palcem pokazywać o co mi
      chodzi. Owszem przez pół godziny toto burczało i troche działało, ale potem
      przestało. Stwierdzilismy z chłopakiem, że nie ma co sobie nerwów szarpać i
      spaliśmy bez klimy.

      Najśmieszniejsze (i tragiczne zarazem) jest to że hotel ten z 4**** miesiąc po
      naszym pobycie w nim miał dostać 5******. To powiedział nam nasz przewodnik,
      który też był załamany tym hotelem, więc informacja wiarygodna (raczej). Aż się
      wierzyć nie chce.

      Jeśli chodzi o statek to nam się podobało. Najfajniejsze były oczywiście
      ręcznikowe figurki (ale nie zapominajcie zostawiać funta, dwa bo
      obsługa "zapomni" wyrzeźbić wam figurkę :)). Nie polecam masażysty - pierwszego
      dnia zrobił promację - 10 min gratis, poszłam. Ja bym tego masażem nie nazwała -
      bardziej głaskaniem z nadużywaniem olejku. Trzeba też mieć na uwadze, że na
      statku piwo kosztuje 24 funty (to pogrążyło nieco nasz budżet, bo jak wiadomo
      człowiek nie wielbłąd - pić musi ;)) A i jeszcze tak delikatna sprawa -
      zużytego papieru toaletowego nie powinno sie wrzucać do muszli (dają na to
      specjalne woreczki) - rury się ponoć zapychają no i spływa to wszystko do Nilu.

      CO DO PYTAŃ RENI
      W nilu na odcinku od Asuanu nie ma już krokodyli - przez tamę, hipopotamów też
      nie ma :(, ale warto wziąść na rejs lornetkę, bo po drodze można zaobserwować
      ruiny świątyń, różne fajne ptaki no i podglądać życie Egipcjan w mijanych
      wioskach.

      Wykwaterowali nas o 12, bagaże do przyjazdu autokaru wiozącego na dworzec stały
      w holu, a my smykneliśmy do basenu. Obiad był, ale kolacja już we własnym
      zakresie. My poszliśmy na pizzę, którą serdecznie polecam (zaraz przy dworcu w
      czerwonym budynku, 3 piętrowy, nazwy nie pamiętam). Jest smaczna, duża i
      kosztowała nas jedna sztuka 12 funtów. Jest to cena niezależna od tego jakie
      bierze się składniki z listy więc generalnie można sobie wybrac wszystko (ale
      czy owoce morza pasują do ananasa??)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka