kadrom
28.08.05, 00:23
Odpuściłem sobie szczegółowe opisy hoteli i zwiedzanych miejsc. To już było
tutaj wielokrotnie. Opisałem tylko „króciutko” swoje wrażenia.
Ponieważ przed wyjazdem korzystałem wielokrotnie z tego forum poczułem się w
obowiązku rewanżu i opisania swojej trzeciej wyprawy. Wszystko co opisałem
jest opinią subiektywną.
ALFASTAR – Egipt od A do Z II
Trasa: Gdańsk-Sharm-Hurghada-Luxor-Asuan-Kair-Sharm-Gdańsk
09.09-23.08.2005
Dzień 1. - 09.08.2005
Ten dzień miał trwać zaledwie 15 minut, bowiem wylot zaplanowano na 23.45 z
lotniska Rębiechowo w Gdańsku. Niestety, ze względu na prawie 2h opóźnienie
samolotu, tego dnia nie mogę zaliczyć do „egipskiej przygody”. Nie licząc
oczywiście pakowania i przedwyjazdowej gorączki.
Dzień 2. - 10.08.2005
Startujemy o godz. 01.30. Egipski czarter Air Memphis. Od początku małe
zamieszanie. Miejsca nie są z góry przydzielone. Wszyscy zajmują fotele wg
zasady „Kto pierwszy ten lepszy”. W rezultacie moja 4-osobowa rodzinka
zostaje rozrzucona po różnych miejscach, ale chociaż szczęśliwie, na
niewielkim obszarze w końcu samolotu.
W trakcie długiego oczekiwania na samolot w Gdańsku kilka osób zdążyło
już „dać w rurę” korzystając z „wody ognistej” zakupionej w strefie
wolnocłowej, więc po 5 minutach lotu jeden z członków tej grupy startuje
dziarsko do zbawiennego pomieszczenia na tyłach samolotu, ale stewardesa
zdecydowanie go cofa. Jesteśmy jeszcze w trakcie wznoszenia. Biedaczyna.
Natychmiast po osiągnięciu wysokości przelotowej ponowny atak. Tym razem
sukces.
Samolot Airbus 320. Wnętrze samolotu nie robi na mnie najlepszego wrażenia.
Większość elementów foteli (oparcia, podpórki, stoliki) zdecydowanie wymaga
naprawy lub wymiany. „Twoja kamizelka ratunkowa jest pod Twoim fotelem” – o
zgrozo! Pod moim leży tylko kawałek jakieś blachy, chyba spód siedzenia. Ale
co tam – myśl pozytywnie! Po dość długim czasie catering. Napoje, jakiś
ciepły posiłek, nieśmiertelny groszek z marchewką. Nie mam apetytu jak zwykle
na początku podróży. Na szczęście w torbie jest rezerwowa buła ze
schaboszczakiem. Przyda się jak dopadnie mnie „mały głód”.
Lądujemy w skarm po 3h 45min lotu. Czekam na ulubione uderzenie gorącego
powietrza w twarz, ale o dziwo wieje dość ostry, chłodnawy wiaterek. No cóż,
jest wczesny ranek, na dworze jeszcze szarawo.
Odprawa na lotnisku, zakup wiz w okienku, walizki i jesteśmy w autobusie.
Jedziemy do hotelu Sharming Inn. Po drodze mijamy osłonięty ciągle po zamachu
hotel Gazala.
Z przyjemnością oglądam okolicę znaną mi z ubiegłorocznego urlopu. Ok. 7.00
podjeżdżamy pod hotel. Pierwsze wrażenie to straszliwa duchota w recepcji. Na
dworze jest dużo przyjemniej. Przydział pokoi, śniadanko i czas na nieco
odpoczynku.
Szczęśliwie dostajemy pokoje w głównym budynku na poziomie basenu. Po
otwarciu drzwi „tarasu” jestem od razu na basenie. Pokoje położone na
wyższych kondygnacjach nie mają nawet balkoników, na których można by było
posiedzieć w upalne wieczory. Klima działa – to ważne w tym hotelu, o czym
przekonamy się pod koniec urlopu.
Dzień upływa leniwie: rekonesans w hotelu, basen, drinki w barze, obiadek.
Niestety, w recepcji i restauracji duchota i upał okrutny. Po prostu pot leje
się po plecach. Podczas wizyty w recepcji obserwuję tłumek Polaków, którzy
razem z nami dotarli do hotelu, a teraz walczą z rezydentem – Mohabem oraz
obsługą hotelową. Wszyscy skarżą się na klimatyzację. Już na początku widzę
listę ponad 10 pokoi z problemami klimatycznymi. Oni spędzą tu dwa tygodnie,
więc nie dziwię się ich oburzeniu. Okazuje się, że wszystkie pokoje położone
wyżej niż mój mają podobne dolegliwości.
Po południu wybieramy się busikiem na plażę. Trzeba przywitać się z rybkami.
Zejście do wody z długiego pomostu, jak zwykle w tej okolicy Sharm. Nie
jestem zachwycony rafą. Na pomoście spory tłumek. Najbardziej egzotyczna
postać to nasza rodaczka, która wpadła na „rewelacyjny” pomysł wypchania
sobie dolnej części stroju kąpielowego bułkami i dokarmiania tą metodą fauny
Morza Czerwonego. Sądząc po ilości rybek spotkało się to z wielką aprobatą z
ich strony. Ale piski „żywego pływającego baru” wskazywały, że więcej radości
jest po stronie osoby serwującej te wyszukane dania.
Wieczorem spacer do Fantazji. Pierwszy raz widzę na ulicach Sharm termometr.
Wielki wyświetlacz wskazuje o godz. 21.00 36 stopni. Oglądamy okoliczne
sklepiki. Zaczęło się. Zachaditie, come my friend, special price, jak się
masz… Zakupy zostawiamy jednak na później. Wchodzimy do środka Fantazji. Przy
wejściu szczegółowa kontrola. Oglądamy sklepiki wewnątrz i zostajemy na
wieczorny pokaz tańców. Piwko, sisha … Z przyjemnościa obserwuję jak bawią
się miejscowe rodzinki z gromadkami dzieci. Żadnej rewii mody, ogólna radość
i zabawa. Pokaz tańców, choć może nieco kiczowaty, bardzo mi się podoba.
Po 1.00 w nocy wracamy taksówką do hotelu.
Dzień 3. - 11.08.2005
Dzisiaj przemieszczamy się już do Hurghady, więc trzeba koniecznie jeszcze
skorzystać z basenów i baru. Spotykam się z rezydentem, no i pierwsze moje
zaskoczenie. Na prom zabiorą nas o godzinie 17.00, ale pokój musimy opuścić
już o 12.00. Wiedziałem, że zasada taka obowiązuje na końcu pobytu, ale nie
spodziewałem się tego w trakcie trwania całego programu. Pocieszeniem ma być
dla nas możliwość korzystania z opcji AllInclusive do godz. 15.00. Co zrobić?
Opuszczamy pokój o 12.00 i wybieramy się na mały rejsik „łodzią podwodną”. W
zasadzie pół-podwodną, bo rafy ogląda się z zanurzonej części statku.
Niestety, ta atrakcja nie wzbudza w nas ekstazy. Wg mnie tak sobie. Zwłaszcza
przy cenie 40$ za osobę. Nie polecam.
Wracamy do hotelu ok. 15.00. Obiadek już przepadł, więc raczymy się napojami
w ciągle dusznej recepcji. Autobus na prom przyjeżdża o 16.30. Jedziemy do
portu i po odprawie wsiadamy na statek. Nowoczesna jednostka zbudowana w
Norwegii, bodajże w 1999 roku. Większość pasażerów stanowią Egipcjanie. Przy
odprawie trochę zamieszczania. Tubylcy jakoś nie uznają kolejek do kontroli i
wpychają się wszędzie pierwsi. Zwyczajnie idą „po trupach”. Fotele na promie
wygodne. W kilku telewizorach przez cały rejs leci miejscowe „Na wspólnej”. A
może „Klan”? Nie udało mi się tego wyjaśnić. W czasie rejsu nie wolno
wychodzić na pokład. Zero papierosków.
Po niecałych trzech godzinach, już w ciemnościach, docieramy do Hurghady. W
porcie czeka już na nas autobus z bardzo wesołym rezydentem – Giorgiem. Nasz
przydział na dwie noce: Royal Palace, gdzie lądujemy tuż przed 22.00.
Przydział pokoi, spóźniona kolacja, trochę Ballantine’sa z wolnocłówki dla
uniknięcia najbardziej znanej turystycznej dolegliwości i lulu.
Dzień 4. - 12.08.2005
Dzisiaj pełna laba. Nie będę szczegółowo opisywał hotelu, bo wszystko jest na
forum o hotelach. Może tylko kilka zdań własnej oceny. Pokoje – OK. Duże
przestronne, klima działa bez zarzutu. Baseny – OK. Pięknie utrzymana zieleń
na terenie całego hotelu. Duża plaża. Kiepsko z morzem. Woda, zależnie od
fazy odpływu, do kolan lub do pasa, port przy plaży, zero śladów
jakiejkolwiek rafy. Ponieważ mieszkam nad morzem nie rajcowało mnie to
kompletnie. Żadnych problemów z leżakami przy basenach i na plaży. No i tyle.
Jeden dzień to za krótko, aby wyrazić pełną opinię o hotelowych
udogodnieniach. Może jeszcze coś o części gastronomicznej. Dla mnie na
trójeczkę. Obsługa kiepska, długie oczekiwanie na napoje, wybór potraw bez
rewelacji. Ogólnie tak sobie. SharmingInn w porównaniu był na piątkę (nie
licząc nieszczęsnej klimy). Zdziwiły mnie też nieco „kartki” na napoje i
posiłki. Takie małe kartoniki, które należy mieć zawsze ze sobą gdy chcemy
skorzystać